Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Powrót Sherlocka Holmesa

POWRÓT SHERLOCKA HOLMESA

 
 

 

Rozdział pierwszy 

 

Pusty dom

 
 

Wiosną 1894 roku cały Londyn z zapartym tchem śledził sprawę zabójstwa czcigodnego Ronalda Adaira, do którego doszło w niezwykłych i niewyjaśnionych okolicznościach, a wyższe sfery były przerażone tym wydarzeniem. Do publicznej wiadomości podano jedynie te informacje o zbrodni, które zostały ujawnione podczas policyjnego śledztwa, jednak znaczną ich część ukryto, gdyż wina była tak oczywista, że ujawnianie wszystkich faktów okazało się zbędne. Dopiero teraz, po niemal dziesięciu latach, pozwolono mi opisać brakujące ogniwa tego niezwykłego łańcucha zbrodni. Samo przestępstwo było nietypowe, ale moim zdaniem, nie mogło się nawet równać z tymi niewyobrażalnymi skutkami, które okazały się dla mnie tak dużym wstrząsem i zaskoczyły mnie tak bardzo, jak chyba żadne inne zdarzenia w mym pełnym przygód życiu. Nawet teraz, po tak długim czasie, myśl o nich wciąż mnie porusza, powodując przypływ radości, zdumienia i niedowierzania, jakie mnie wówczas ogarnęły. Chciałbym prosić osoby, które wykazały zainteresowanie uwagami o myślach i czynach pewnego niezwykłego człowieka, by nie winiły mnie za milczenie. Chciałbym się podzielić z nimi swoją wiedzą i uważałbym to za mą najwyższą powinność, gdyby nie stanowczy zakaz, wydany przez samego zainteresowanego, który wycofano dopiero trzeciego dnia ostatniego miesiąca.

Jak można było się spodziewać, moja zażyłość z Sherlockiem Holmesem zaowocowała głębokim zainteresowaniem przestępczością, zaś po jego zniknięciu nie zaniechałem uważnego czytania o nierozwiązanych sprawach, które ujrzały w tym czasie światło dzienne. Próbowałem nawet kilkakrotnie je rozwikłać, stosując metody mego przyjaciela, niestety, z marnym skutkiem. Żadna sprawa nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak tragedia Ronalda Adaira. Czytając informacje o dochodzeniu, w wyniku którego uznano, że śmierć została zadana umyślnie przez nieznaną osobę lub grupę osób, uświadomiłem sobie bardziej niż kiedykolwiek przedtem, jaką stratę poniosło społeczeństwo w wyniku śmierci Sherlocka Holmesa. Byłem przekonany, że pewne aspekty tej niezwykłej sprawy obudziłyby w nim wielkie zainteresowanie i że działania policji zostałyby wzbogacone – lub, co bardziej prawdopodobne, wyprzedzone – przez umiejętności obserwacji i dedukcji cechującej żywy umysł najlepszego detektywa Europy. Przez cały dzień, jeżdżąc do pacjentów, zastanawiałem się nad tą sprawą, i nie udało mi się znaleźć żadnego zadowalającego rozwiązania. Zaryzykuję opowiedzenie historii, którą wszyscy już słyszeli, i podsumuję fakty, jakie zostały podane do publicznej wiadomości po zakończeniu śledztwa.

Czcigodny Ronald Adair był drugim synem księcia Maynooth, w owym czasie gubernatora jednej z kolonii w Australii. Jego matka wróciła z antypodów, by poddać się operacji usunięcia katarakty, i wraz z synem Ronaldem i córką Hildą zamieszkała przy Park Lane 427. Młodzi obracali się w najlepszym towarzystwie, i nikt nie wiedział niczego o ich wrogach czy poważnych wadach. Ronald był po słowie z panną Edith Woodley z Carstairs, zaręczyny jednak zerwano za ich obopólną zgodą kilka miesięcy wcześniej. Nic nie wskazywało na to, by młodych łączyło kiedykolwiek głębokie uczucie. Poza tym życie Ronalda płynęło spokojnie i bez zakłóceń; miał on skromne nawyki i łagodne usposobienie. A jednak ten właśnie młody arystokrata zginął niespodziewanie w niezwykle osobliwych okolicznościach wieczorem trzydziestego marca 1894 roku pomiędzy dziesiątą a jedenastą dwadzieścia.

Młodzieniec był zapalonym karciarzem. Grywał często, ale nigdy o wysokie stawki. Był członkiem klubów karcianych „Baldwin”, „Cavendish” i „Bagatelle”. Ustalono, że po kolacji w dniu swojej śmierci rozegrał partię wista w ostatnim z tych klubów, w którym grał również tamtego popołudnia. Pozostali gracze – pan Murray, sir John Hardy i pułkownik Moran – zeznali, że partia została rozegrana do końca, a żaden z graczy nie miał wyraźnej przewagi w kartach. Adair mógł przegrać najwyżej pięć funtów, a że posiadał znaczny majątek, taka strata nie mogła w żaden sposób narazić go na szwank. Grywał codziennie, był jednak ostrożnym karciarzem i zwykle wstawał od stolika jako zwycięzca. Odkryto, że kilka tygodni wcześniej, grając w parze z pułkownikiem Moranem, wygrał w sumie czterysta dwadzieścia funtów od Godfreya Milnera i lorda Balmoral. Tyle na temat ostatnich wydarzeń z życia młodzieńca udało się ustalić policji w toku śledztwa.

Wieczorem w dniu popełnienia przestępstwa Adair wrócił z klubu o dziesiątej. Jego matki i siostry nie było w domu; spędzały wieczór z krewną. Służąca zeznała, że słyszała, jak panicz wszedł do frontowego pokoju na drugim piętrze, który służył mu za salon. Wcześniej rozpaliła tam ogień, a że kominek dymił, otworzyła okno. Z pomieszczenia nie dobiegał żaden dźwięk aż do jedenastej dwadzieścia, kiedy lady Maynooth powróciła z córką do domu. Kobieta poszła do salonu, by życzyć synowi dobrej nocy, ale nie mogła wejść do środka. Drzwi były zamknięte od wewnątrz, a krzyki i stukanie pozostały bez odpowiedzi. Posłano po pomoc, i drzwi zostały wyważone. Ciało nieszczęsnego młodzieńca leżało na podłodze nieopodal stołu. Jego głowa została potwornie okaleczona strzałem z rewolweru, jednak żadnej broni w pokoju nie znaleziono. Na stole leżały dwa banknoty dziesięciofuntowe oraz siedemnaście funtów w srebrze i złocie, ułożone w stosiki o różnej wielkości, a także arkusz papieru, na którym zapisano liczby i nazwiska kolegów Adaira z klubu. Na tej podstawie uznano, że przed śmiercią młodzieniec obliczał swe karciane zyski i straty.

Drobiazgowe badanie okoliczności sprawy skomplikowało ją jeszcze bardziej. Nie udało się przede wszystkim znaleźć powodu, dla którego młody człowiek zamknął drzwi od środka. Istniała możliwość, że uczynił to morderca, który uciekł przez okno, ale znajdowało się ono co najmniej dwadzieścia stóp nad ziemią, a na dole rozciągała się rabatka z kwitnącymi krokusami. Na ziemi nie znaleziono żadnych śladów, podobnie jak na wąskim pasie trawy, oddzielającym dom od drogi. Najwyraźniej drzwi zamknął sam młodzieniec. W jaki jednak sposób poniósł śmierć? Nikt nie zdołałby się wspiąć do jego pokoju, nie zostawiając śladów. Rozważano możliwość, że morderca oddał strzał przez okno, jednak do zadania tak straszliwej rany z rewolweru trzeba by było strzelca wyborowego. Ponadto Park Lane to ruchliwa ulica, a w odległości stu jardów od domu mieści się postój dorożek. Nikt nie słyszał strzału, a jednak na ciele znaleziono dużą ranę, a w pomieszczeniu kulę z rewolweru, spłaszczoną w sposób typowy dla pocisków o miękkim czubku, która, trafiając ofiarę, powoduje jej natychmiastowy zgon. Okoliczności dodatkowo wikłał brak motywu. Jak już mówiłem, młody Adair nie miał żadnych wrogów, a z pokoju nie zginęły pieniądze ani cenne przedmioty.

Przez cały dzień rozmyślałem nad powyższymi faktami, usiłując ułożyć teorię, która mogłaby pogodzić je wszystkie, i znaleźć linię najmniejszego oporu, którą mój nieodżałowany przyjaciel uważał za punkt wyjścia każdego dochodzenia. Muszę przyznać, że nie poczyniłem wielkich postępów. Wieczorem poszedłem na spacer do Hyde Parku i około szóstej znalazłem się na Park Lane, niedaleko skrzyżowania z Oxford Street. Grupa próżniaków stojących na chodniku i gapiących się w jedno z okien pozwoliła mi zlokalizować dom, którego szukałem. Wysoki szczupły mężczyzna w przyciemnionych okularach, co do którego miałem poważne przypuszczenia, że jest nieumundurowanym detektywem, wygłaszał swoją teorię na temat tragedii, inni zaś tłoczyli się wokół, słuchając go. Przecisnąłem się jak najbliżej, ale jego spostrzeżenia wydawały mi się absurdalne, wycofałem się więc nie bez obrzydzenia. Wycofując się, szturchnąłem wykrzywionego staruszka, który stał za mną, i wytrąciłem mu z rąk kilka książek. Podnosząc je, przeczytałem na grzbiecie jednej z nich: Początki kultu drzew, i przyszło mi na myśl, że biedak musi być bibliofilem, który zawodowo lub hobbystycznie zajmuje się zbieraniem osobliwych tytułów. Próbowałem przeprosić go za ten wypadek, jednak tomy, które tak niefortunnie naraziłem na szwank, musiały być bardzo cenne dla właściciela. Staruszek odwrócił się na pięcie, złorzecząc, i zobaczyłem, jak jego zgarbione plecy i białe bokobrody znikają w tłumie.

Obserwacje, jakie poczyniłem przy Park Lane 427, niewiele pomogły w próbach rozwikłania interesującej mnie zagadki. Dom był oddzielony od ulicy płotem o wysokości około pięciu stóp, osadzonym na niskim murku. Każdy mógł zatem łatwo dostać się do ogrodu, jednak okno było całkowicie nieosiągalne, gdyż na ścianie domu nie było rynny ani żadnej innej podpory, bez której nie poradziłby sobie nawet najbardziej wprawny wspinacz. Nie uzyskawszy żadnych nowych informacji, poszedłem z powrotem do Kensington. Byłem w swoim gabinecie niecałe pięć minut, gdy weszła pokojówka i oznajmiła, że ktoś chce się ze mną widzieć. Ku memu zdumieniu, gościem okazał się ten dziwny stary zbieracz książek o chudej, zasuszonej twarzy wystającej spod grzywy siwych włosów; pod prawą pachą miał co najmniej tuzin swych cennych ksiąg.

– Zaskoczył pana mój widok – powiedział dziwnym skrzeczącym głosem.

Przyznałem, że w istocie tak było.

– Cóż, proszę pana, nie jestem pozbawiony sumienia. Szedłem za panem i kiedy zobaczyłem, że wchodzi pan do tego domu, pomyślałem sobie: „Wstąpię do tego uprzejmego dżentelmena i powiem mu, że zachowałem się wobec niego nieco opryskliwie, ale nie miałem nic złego na myśli i jestem mu bardzo wdzięczny za pozbieranie mych książek”.

– To doprawdy błahostka – powiedziałem. – Czy mogę spytać, skąd pan mnie zna?

– Za pozwoleniem, jestem pańskim sąsiadem. Prowadzę małą księgarenkę na rogu Church Street, do której serdecznie pana zapraszam. Może pan sam zbiera książki? Mam tu Ptaki Brytanii, Katullusa Świętą Wojnę, każdą po okazyjnej cenie. Pięć tomów w sam raz wystarczyłoby, żeby zapełnić tamtą lukę na drugiej półce. Przyzna pan, że nie wygląda ona zbyt porządnie.

Popatrzyłem na biblioteczkę, a kiedy odwróciłem się do mego gościa, przy biurku stał, uśmiechając się do mnie, Sherlock Holmes. Zerwałem się na równe nogi, przez kilka sekund patrzyłem na niego, ogarnięty zdumieniem, a potem, zdaje się, że po raz pierwszy i ostatni w życiu, zemdlałem. Wiem na pewno, że oczy zasnuła mi szara mgła; kiedy się rozwiała, miałem rozpięty kołnierzyk i palący posmak brandy w ustach, a Holmes stał, pochylony nad moim krzesłem, trzymając w dłoni butelkę.

– Drogi Watsonie – powiedział głosem, który tak dobrze pamiętałem – jestem ci winien tysiąckrotne przeprosiny. Nie miałem pojęcia, że wywrze to na tobie aż takie wrażenie.

Chwyciłem go za ramiona.

– Holmesie! – krzyknąłem. – Czy to naprawdę ty! Czy to możliwe, że żyjesz? Czy naprawdę udało ci się wydobyć z tej straszliwej otchłani?

– Poczekaj chwilę – odpowiedział. – Czy jesteś pewien, że czujesz się na siłach, aby o tym rozmawiać? Spowodowałem u ciebie poważny wstrząs swoim niepotrzebnie dramatycznym powrotem.

– Nic mi nie jest, Holmesie, ale nie mogę uwierzyć własnym oczom. Wielkie nieba! Pomyśleć tylko, że to właśnie ty stoisz w moim gabinecie. – Chwyciłem go za rękaw i wyczułem wewnątrz szczupłe muskularne ramię. – Cóż, na pewno nie jesteś duchem – stwierdziłem. – Mój drogi, radość rozpiera mnie na twój widok. Usiądź i opowiedz, jak udało ci się wyjść żywym z tej strasznej przepaści.

Holmes usadowił się naprzeciwko mnie i, jak dawniej, nonszalancko zapalił papierosa. Miał na sobie znoszony frak księgarza, ale reszta atrybutów tej postaci – stos starych książek i siwa peruka – leżała na stole. Mój przyjaciel zdawał się jeszcze szczuplejszy i bardziej skupiony niż dawniej, a trupia bladość na jego wyrazistej twarzy świadczyła o tym, że nie prowadził ostatnio zdrowego trybu życia.

– Cieszę się, że mogę się wyprostować, Watsonie – stwierdził. – To nic przyjemnego, kiedy wysoki mężczyzna musi przez kilka godzin wydawać się o stopę niższym. A teraz, mój drogi, jeśli chodzi o wyjaśnienia, których zażądałeś. Mamy przed sobą, jeśli się zgodzisz mi pomóc, trudną, niebezpieczną i pracowitą noc. Lepiej chyba będzie, gdy o wszystkim ci opowiem, kiedy już wykonamy nasze zadanie.

– Nie posiadam się z ciekawości. Zdecydowanie wolałbym posłuchać teraz.

– Czy pójdziesz ze mną dzisiaj w nocy?

– Dokąd i kiedy tylko zechcesz.

– Zupełnie jak za starych dobrych czasów. Zanim wyruszymy, zdążymy jeszcze zjeść kolację. A wracając do przepaści... Wydostanie się z niej nie przysporzyło mi wielkich trudności z jednej prostej przyczyny: nigdy do niej nie wpadłem.

– Nie wpadłeś?

– Nie, Watsonie, nie wpadłem. Mój liścik do ciebie był jak najbardziej autentyczny. Nie wątpiłem, że moja kariera dobiegła kresu, kiedy zobaczyłem złowrogą postać profesora Moriarty’ego, zagradzającą wąską ścieżkę, która prowadziła w jedyne bezpieczne miejsce. Wyczytałem w jego szarych oczach nieubłaganą determinację, zamieniłem z nim więc kilka zdań i za jego uprzejmym pozwoleniem napisałem krótki liścik, który później trafił do ciebie. Zostawiłem go obok pudełka papierosów i laski i poszedłem przed siebie, a Moriarty deptał mi po piętach. Kiedy dotarłem do końca ścieżki, przystanąłem. Profesor nie wyciągnął żadnej broni, tylko rzucił się na mnie i oplótł swymi długimi rękami. Wiedział, że wypadł z gry, i miał tylko jeden cel: zemścić się na mnie. Obaj zachwialiśmy się na skraju wodospadu. Posiadam jednak pewną biegłość w japońskich zapasachbartitsu, która już nieraz mi się przydała. Udało mi się wyślizgnąć z jego uchwytu, on zaś wydał przeraźliwy krzyk, przez kilka sekund szaleńczo kopał i młócił rękami w powietrzu, jednak pomimo tych wysiłków nie udało mu się odzyskać równowagi, i poleciał w przepaść. Wysunąłem głowę nad jej skraj i ujrzałem, jak spada w dół. W końcu uderzył o skałę, odbił się od niej i wpadł do wody.

Oszołomiony, wysłuchałem opowieści i wykrzyknąłem:

– A co ze śladami? Na własne oczy widziałem, że do przepaści prowadziły odciski stóp dwóch ludzi i wszystkie te ślady urywały się na jej skraju!

Holmes zaciągnął się papierosem.

– Już ci mówię, jak to było. W chwili gdy profesor zniknął, dotarło do mnie, jak szczęśliwy traf zesłał mi los. Wiedziałem, że Moriarty nie był jedynym człowiekiem, który poprzysiągł mi śmierć. Miałem co najmniej trzech innych nieprzyjaciół, a ich pragnienie zemsty mogło zostać spotęgowane śmiercią przywódcy. Byli niezwykle niebezpieczni, i któryś z nich z pewnością w końcu by mnie dopadł. Z drugiej strony, gdyby wszyscy byli przekonani, że nie żyję, moi wrogowie przestaliby się mieć na baczności, odsłoniliby się, i wcześniej czy później mógłbym doprowadzić do ich zguby. Dopiero wówczas mógłbym ujawnić, że wciąż jestem wśród żywych. Mój mózg pracował tak szybko, że przemyślałem to, chyba jeszcze zanim profesor Moriarty osiągnął dno wodospadu Reichenbach. Przyjrzałem się wznoszącej się za mną skalnej ścianie. W twej malowniczej relacji, którą z wielkim zainteresowaniem przeczytałem kilka miesięcy później, zapewniasz, że była ona niemal pionowa. To nie do końca prawda. Można było znaleźć na niej kilka punktów podparcia dla stóp i niewielki występ. Grań była położona tak wysoko, że niepodobieństwem byłoby wspiąć się na jej szczyt, nie zdołałbym też przejść po mokrej ścieżce, nie zostawiając śladów. Mogłem wprawdzie, jak mi się to już zdarzało, kroczyć tyłem, ale ślady trzech osób prowadzących w jedną stronę niewątpliwie wzbudziłyby podejrzenia. Koniec końców postanowiłem zaryzykować wspinaczkę. Nie było to miłe przeżycie, Watsonie. Pode mną ryczał wodospad, a choć nie mam skłonności do urojeń, daję słowo, że wydawało mi się, iż słyszę głos Moriarty’ego dobiegający z czeluści. Każdy błąd mógł kosztować mnie życie. Kilka razy, kiedy kępki trawy, których się chwytałem, zostawały mi w dłoni lub moje stopy ześlizgiwały się z mokrych skalnych rozpadlin, myślałem, że już po mnie. Piąłem się jednak w górę z wysiłkiem i w końcu dotarłem do występu skalnego szerokiego na kilka stóp i pokrytego miękkim zielonym mchem, gdzie mogłem ułożyć się wygodnie i pozostać niezauważonym. Tam właśnie się znajdowałem, kiedy ty, drogi Watsonie, a później także inni, wybacz, że to powiem, całkowicie nieudolnie badaliście okoliczności mojej śmierci. Kiedy w końcu doszliście do nieuchronnych i absolutnie błędnych wniosków, ruszyliście w drogę do hotelu, pozostawiając mnie samemu sobie. Zdawało mi się, że moje przygody dobiegły końca, ale nader nieoczekiwane zdarzenie dowiodło, że czekają mnie dalsze niespodzianki. Wielki głaz, spadając z góry, przeleciał obok mnie, spadł na ścieżkę i, odbijając się od niej, wpadł w otchłań. Początkowo myślałem, że to przypadek, ale kiedy chwilę później spojrzałem w górę, zobaczyłem na tle ciemniejącego nieba twarz mężczyzny, a na półkę skalną, na której leżałem, nie dalej niż o stopę od mojej głowy, spadł kolejny kamień. Stało się dla mnie oczywiste, że Moriarty nie działał sam. Jego wspólnik (którego wcześniej nie zauważyłem, a jedno spojrzenie wystarczyło, by się przekonać, jak był groźny) stał na straży, kiedy profesor mnie zaatakował, i z oddali obserwował śmierć profesora i moją ucieczkę. Odczekał nieco, a potem dostał się na szczyt grani i próbował dokończyć dzieła, którego nie dokonał jego przyjaciel. Nie zastanawiałem się długo. Kiedy ponownie zobaczyłem nad krawędzią złowrogą twarz, zrozumiałem, że za chwilę spadnie kolejny kamień. Zsunąłem się na ścieżkę. Nie sądzę, bym zdołał zrobić to, działając z zimną krwią. Było to stukrotnie trudniejsze niż wspinaczka. Nie miałem jednak czasu myśleć o niebezpieczeństwie; kiedy zwisałem na rękach z krawędzi półki skalnej, obok mojego ucha zaświstał kolejny kamień. W połowie drogi w dół poślizgnąłem się, lecz, dzięki Bogu, poraniony i zakrwawiony, wylądowałem na ścieżce. Puściłem się biegiem, po ciemku przebyłem dziesięć mil w górzystym terenie, a tydzień później znalazłem się we Florencji, pewien, że nikt na świecie nie wie, co się ze mną stało. Zdradziłem to tylko jednej osobie, memu bratu Mycroftowi. Jestem ci winien przeprosiny, drogi Watsonie, ale było niezwykle istotne, by wszyscy sądzili, że nie żyję, a nie ulega wątpliwości, że nie napisałbyś tak przekonującej opowieści o mym smutnym końcu, gdybyś sam nie był przekonany, że on mnie spotkał. W ciągu ostatnich trzech lat kilkakrotnie zamierzałem do ciebie napisać, ale za każdym razem jednak powstrzymywała mnie obawa, że przez swe przywiązanie do mnie mógłbyś popełnić jakąś nieostrożność i zdradzić mój sekret. Z tego samego powodu odwróciłem się od ciebie dziś wieczorem, kiedy wytrąciłeś mi książki, byłem wówczas w niebezpieczeństwie; gdybyś okazał zaskoczenie lub jakiekolwiek inne emocje, mógłbyś zwrócić na mnie powszechną uwagę, co doprowadziłoby do opłakanych i nieodwracalnych skutków. Mycroftowi musiałem się zwierzyć, by pozyskać potrzebne mi pieniądze. Sprawy w Londynie nie potoczyły się tak, jak miałem nadzieję. Po procesie gangu Moriarty’ego dwaj z jego najgroźniejszych członków, a moich najbardziej zaciętych wrogów, pozostali na wolności. Przez dwa lata podróżowałem więc po Tybecie, zwiedzając dla rozrywki Lhasę i spędzając kilka dni z dalajlamą. Być może czytałeś o niezwykłych wyprawach Norwega nazwiskiem Sigerson, z pewnością nigdy jednak nie przyszło ci do głowy, że to wieści o poczynaniach twego przyjaciela. Później pojechałem do Persji, zajrzałem do Mekki i złożyłem krótką, acz interesującą wizytę kalifowi Chartumu, której wyniki przekazałem Ministerstwu Spraw Zagranicznych. Następnie wróciłem do Francji, gdzie przez kilka miesięcy prowadziłem badania nad pochodnymi smoły powęglowej w laboratorium w Montpellier, na południu kraju. Zakończyłem je z zadowalającym wynikiem i dowiedziałem się, że w Londynie pozostał już tylko jeden z mych wrogów, zacząłem więc się zbierać do powrotu. Przyśpieszyły go wieści o niezwykłej zagadce z Park Lane, która nie tylko zainteresowała mnie sama w sobie, ale także była bardzo obiecująca ze względów osobistych. Niezwłocznie wróciłem do Londynu, pod własną postacią pojawiłem się na Baker Street, wprawiając panią Hudson w stan histerii, i stwierdziłem, że Mycroft zachował moje mieszkanie i dokumenty w niezmienionym stanie. Stało się tak, mój drogi Watsonie, że dziś o drugiej, kiedy usiadłem w swym dawnym fotelu w swym dawnym pokoju, brakowało mi jedynie tego, by mój stary przyjaciel Watson znalazł się w drugim fotelu, z którego tak często korzystał.

Takiej to niesamowitej opowieści wysłuchałem owego kwietniowego wieczora. Nigdy bym w nią nie uwierzył, gdyby nie potwierdzał jej widok wysokiej szczupłej sylwetki i ożywionej twarzy o przenikliwym umyśle, których nie miałem już nadziei ujrzeć. Holmes wiedział już o mojej żałobie i okazał swe współczucie bardziej w czynach niż w słowach.

– Praca jest najlepszym lekarstwem na smutek, drogi Watsonie – stwierdził – a mam dla nas na tę noc zadanie, które, jeśli uda nam się je wykonać, uzasadni celowość życia człowieka na ziemi. – Na próżno błagałem go, by powiedział mi więcej. – Zobaczysz i usłyszysz dosyć, nim nadejdzie ranek – odparł. – Mamy do omówienia trzy minione lata. Niech to wystarczy do wpół do dziesiątej, kiedy wyruszymy na spotkanie z niezwykłą przygodą w pustym domu.

Istotnie, czułem się jak za dawnych lat, kiedy o wyznaczonej godzinie siedziałem obok przyjaciela w dorożce, z rewolwerem w kieszeni i sercem drżącym z emocji. Holmes był chłodny, surowy i cichy. Kiedy blask latarni oświetlał jego wyraziste rysy, widziałem, że zmarszczył brwi w zamyśleniu i zacisnął wąskie wargi. Nie wiedziałem, na jakie zwierzę mamy zapolować w mrocznej dżungli przestępczego Londynu, ale z zachowania tego wytrawnego łowcy mogłem wnosić, że sprawa jest poważna, a sardoniczny uśmiech, który niekiedy przebijał się przez jego ponury, ascetyczny nastrój nie wróżył niczego dobrego temu, który był celem naszej wyprawy.

Sądziłem, że jedziemy na Baker Street, jednak Holmes zatrzymał dorożkę na rogu Cavendish Square. Zauważyłem, że wysiadając, czujnie popatrzył w lewo i w prawo, a na każdym kolejnym rogu ulicy dokładnie się upewniał, czy nie jest śledzony. Nasza trasa była doprawdy niezwykła. Holmes znakomicie znał zaułki Londynu i przeszedł szybko i zdecydowanie przez cały labirynt uliczek i podwórek, o których istnieniu ja nie miałem pojęcia. W końcu wyszliśmy na niewielką ulicę, wzdłuż której stały ponure stare domy, przeszliśmy na Manchester Street i dalej na Blandford Street. Tam mój przyjaciel szybko skierował się w wąski zaułek, przeszedł przez drewnianą bramę na opuszczone podwórko, a następnie otworzył kluczem tylne drzwi domu. Razem weszliśmy do środka, a Holmes zamknął za nami drzwi.

Wewnątrz było ciemno, choć oko wykol, nie miałem jednak wątpliwości, że znajdujemy się w opuszczonym budynku. Nagie deski podłogi skrzypiały i trzeszczały pod naszymi stopami, a wyciągniętą ręką dotykałem ścian, z których zwisały resztki tapet. Zimne szczupłe palce Holmesa zacisnęły się wokół mojego nadgarstka i przyjaciel poprowadził mnie naprzód długim korytarzem, na którego końcu majaczyło słabo podświetlone półkoliste okienko umieszczone nad drzwiami. Holmes nagle skręcił przed nim w prawo i znaleźliśmy się w dużym pustym kwadratowym pokoju, którego kąty pogrążone były w ciemności, a na środek padało nieco światła z ulicy. W pobliżu nie było żadnej latarni, a okno było pokryte grubą warstwą kurzu, więc ledwie mogliśmy rozróżnić swoje sylwetki. Mój towarzysz położył mi rękę na ramieniu i zbliżył usta do mojego ucha.

– Czy wiesz, gdzie jesteśmy? – wyszeptał.

– To niewątpliwie Baker Street – odpowiedziałem, wyglądając przez zmatowiałą szybę.

– Zgadza się. Znajdujemy się w Camden House, naprzeciwko naszego dawnego mieszkania.

– Ale dlaczego tu przyszliśmy?

– Roztacza się stąd znakomity widok na tamten malowniczy gmach. Czy mógłbym cię prosić, drogi Watsonie, żebyś nieco zbliżył się do okna, dokładając wszelkich starań, by nie zostać zauważonym, i zajrzeć do naszych dawnych pokoi, w których rozpoczynało się tak wiele z twych opowiastek? Zobaczymy, czy trzy lata nieobecności nie odebrały mi umiejętności zaskakiwania cię.

Podkradłem się do ściany i spojrzałem w znajome okna. Kiedy ogarnąłem je wzrokiem, zaparło mi dech w piersiach, i krzyknąłem ze zdumienia. Roleta była opuszczona, a w pokoju paliło się jaskrawe światło. Człowiek siedzący w fotelu rzucał wyraźny czarny cień widoczny na tle rozświetlonego okna. Nie sposób było pomylić z nikim innym tej przechylonej głowy, skulonych ramion i wyrazistych rysów. Twarz była widoczna z profilu i wyglądała jak jedna z czarnych sylwetek, które lubili oprawiać w ramki nasi dziadkowie. Idealna podobizna Holmesa! Byłem tak oszołomiony, że wyciągnąłem rękę, by sprawdzić, czy mój przyjaciel na pewno stoi obok mnie, a on zatrząsł się od bezgłośnego śmiechu.

– I jak? – zapytał.

– Wielkie nieba! – wykrzyknąłem. – To cudowne!

– Mam nadzieję, że „w ogóle z wiekiem nie więdnę”1 – stwierdził, a w jego głosie było słychać radość i dumę, jakie odczuwa artysta na widok własnego dzieła. – Chyba podobne do mnie, prawda?

– Mógłbym przysiąc, że to ty sam.

– Pochwały za wykonanie należą się panu Oscarowi Meunier z Grenoble, który przez kilka dni pracował nad odlewem. To woskowe popiersie. O resztę zadbałem sam podczas wizyty, jaką złożyłem na Baker Street dziś po południu.

– Ale dlaczego?

– Ponieważ, mój drogi Watsonie, miałem bardzo dobry powód, by przekonać pewne osoby, że tam siedzę, podczas gdy w rzeczywistości znajduję się gdzie indziej.

– Sądzisz, że mieszkanie jest obserwowane?

– Jestem tego pewien.

– Przez kogo?

– Przez mych dawnych wrogów, Watsonie. Przez urocze towarzystwo, którego przywódca spoczął pod wodospadem Reichenbach. Jak zapewne pamiętasz, oni jedyni wiedzieli, że pozostałem przy życiu. Byli pewni, że wcześniej czy później wrócę do swego mieszkania, więc ciągle je obserwowali, a dziś rano byli świadkami mego powrotu.

– Skąd o tym wiesz?

– Wyglądając przez okno, zauważyłem ich wartownika. To całkiem niegroźny chłopina. Nazywa się Parker, trudni się duszeniem garotą i znakomicie gra na drumli. On mnie nie interesuje, co innego jego znacznie groźniejszy chlebodawca, serdeczny przyjaciel Moriarty’ego, ten sam człowiek, który ciskał we mnie kamieniami ze skały. Jest najbardziej przebiegłym i najniebezpieczniejszym z londyńskich przestępców. To on poluje na mnie dziś w nocy, Watsonie, lecz nie ma pojęcia, że my jesteśmy równocześnie na jego tropie.

Stopniowo zaczynały się odsłaniać plany mego przyjaciela. Z dogodnej kryjówki mieliśmy obserwować obserwatorów i tropić tropicieli. Cień, który widziałem, był przynętą, my zaś – łowcami. Bez słowa czekaliśmy pośród ciemności, obserwując przechodzące postacie. Holmes stał bez słowa i bez ruchu, wiedziałem jednak, że wytężając uwagę, wbija wzrok w strumień przechodniów. Noc była zimna i hałaśliwa, a po długiej ulicy hulał wiatr. Przechodzili nią ludzie, w większości okutani w płaszcze, z szalikami owiniętymi wokół szyi. Raz czy dwa wydało mi się, że ta sama osoba minęła nasze okno kilka razy. Moją uwagę zwrócili szczególnie dwaj mężczyźni, którzy wyglądali tak, jakby chronili się przed wiatrem w bramie nieco dalej przy tej samej ulicy. Próbowałem wskazać ich memu przyjacielowi, on jednak warknął na mnie ze zniecierpliwieniem i wciąż wpatrywał się w ulicę. Kilka razy poruszył stopami i szybko zastukał palcami w ścianę. Stało się dla mnie oczywiste, że zaczyna się niepokoić i że sytuacja nie rozwija się zgodnie z jego planem. Wreszcie, kiedy zbliżała się północ, a na ulicy było coraz mniej przechodniów, zaczął chodzić, wzburzony, tam i z powrotem po pokoju, nie mogąc się pohamować. Właśnie miałem się do niego odezwać, gdy mój wzrok spoczął na naszym oświetlonym oknie, i zdumiałem się niemal tak samo jak przedtem. Chwyciłem Holmesa za ramię i wskazałem mu okno.

– Cień się przesunął! – wykrzyknąłem.

Istotnie, sylwetka w oknie nie była już zwrócona do niego bokiem, lecz odwrócona tyłem.

Trzy lata ani trochę nie złagodziły szorstkiego charakteru mego przyjaciela, ani nie zwiększyły tolerancji dla osób mniej spostrzegawczych od niego.

– Oczywiście, że się przesunął – stwierdził. – Czy sądzisz, że jestem tak groteskowym partaczem, by, wystawiając w oknie kukłę, sądzić, że zmyli ona mężczyzn, którzy należą do najbystrzejszych w Europie? Jesteśmy tu od dwóch godzin. W tym czasie pani Hudson osiem razy przestawiała popiersie, robi to co kwadrans. Ustawia się przed nim, żeby jej cień nie był widoczny. Ha! – nagle gwałtownie wciągnął powietrze w przypływie emocji.

W słabym świetle zobaczyłem, że wysunął głowę do przodu i zesztywniał w oczekiwaniu. Ulica na zewnątrz była całkowicie pusta. Być może dwaj mężczyźni wciąż kulili się w bramie, nie mogłem jednak ich dostrzec. Wszystko było pogrążone w ciszy i ciemności, wszystko prócz jaskrawego żółtego ekranu naprzeciw nas, pośrodku którego widniała czarna sylwetka. W całkowitej ciszy znów usłyszałem wysoki syczący dźwięk, świadczący o walce z silnymi emocjami. Chwilę później Holmes odciągnął mnie w najciemniejszy kąt pokoju i zasłonił mi usta ręką. Ściskające mnie palce drżały. Nigdy nie widziałem mego przyjaciela równie wzburzonego, choć na ciemnej ulicy przed nami wciąż nie było nikogo.

Nagle uświadomiłem sobie to, co jemu już wcześniej powiedziały jego bardziej wyostrzone zmysły. Do moich uszu dobiegł cichy, stłumiony dźwięk, ale nie od strony Baker Street, lecz tylnej części tego samego domu, który służył nam za kryjówkę. Drzwi otworzyły się, a potem zamknęły. Chwilę później w korytarzu rozległy się kroki. Miały one być ciche, ale wyraźnie rozbrzmiewały w pustym domu. Holmes skulił się pod ścianą, ja zrobiłem to samo, zaciskając dłoń na rękojeści rewolweru. W mroku zauważyłem niewyraźną sylwetkę mężczyzny, ciemniejszą niż znajdujące się za nią otwarte drzwi. Obcy przez chwilę stał w progu, a później ostrożnie zakradł się do pokoju. Złowroga postać znalazła się o trzy jardy od nas, i już przygotowywałem się na konfrontację z nią, kiedy uświadomiłem sobie, że intruz nie zdaje sobie sprawy z naszej obecności. Przeszedł obok nas, podkradł się do okna i bardzo delikatnie i bezgłośnie uniósł szybę o pół stopy. Kiedy schylił się do powstałego w ten sposób otworu, światło z ulicy, nie przytłumione kurzem zebranym na szkle, padło na jego twarz. Mężczyzna wydawał się bardzo podekscytowany. Jego oczy lśniły jak gwiazdy, a mięśnie twarzy konwulsyjnie drgały. Był to starszy człowiek o wąskim wydatnym nosie, wysokim łysym czole i sumiastych, przyprószonych siwizną wąsach. Na głowie miał zsunięty do tyłu cylinder, a przez jego rozpięty płaszcz przeświecała wieczorowa koszula. Twarz nieznajomego była chuda i śniada, poorana głębokimi zmarszczkami. Mężczyzna trzymał w ręku coś, co wziąłem za laskę, ale gdy odłożył ten przedmiot na podłogę, wydał on metaliczny szczęk. Z kieszeni płaszcza przybysz wyciągnął jakiś duży przedmiot i wykonał czynność, która zakończyła się głośnym ostrym szczęknięciem, tak, jakby sprężyna lub zapadka trafiły na swoje miejsce. Wciąż klęcząc na podłodze, pochylił się do przodu i całą siłą i ciężarem ciała naparł na jakąś dźwignię, co zaowocowało długim zgrzytnięciem, po czym słychać było kolejny głośny szczęk. Mężczyzna się wyprostował; zobaczyłem, że trzyma w rękach strzelbę z kolbą o nietypowym kształcie. Odwiódł zamek do tyłu, włożył coś do środka i zaryglował go; następnie, kuląc się, oparł koniec lufy o parapet otwartego okna i zobaczyłem, jak jego długie wąsy opadają na kolbę, a oczy błyszczą. Uważnie rozejrzał się po okolicy. Usłyszałem ciche westchnienie zadowolenia, kiedy nieznajomy opierał broń o ramieniu ramię. Zobaczyłem, że wybrał niezwykły cel – czarną sylwetkę na żółtym tle. Przez chwilę stał sztywno bez ruchu, po chwili zacisnął palec na spuście. Rozległ się dziwny przeciągły świst i długie srebrzyste brzęczenie tłuczonego szkła. W tej samej chwili Holmes skoczył niczym tygrys na plecy strzelca i rzucił go na podłogę twarzą w dół. Mężczyzna szybko zerwał się na nogi i z konwulsyjną siłą złapał Holmesa za gardło, ja jednak uderzyłem go w głowę kolbą rewolweru, i on opadł z powrotem na podłogę. Rzuciłem się na niego i przytrzymałem, a mój towarzysz skorzystał z policyjnego gwizdka. Na chodniku rozległy się pośpieszne kroki, a po chwili dwaj umundurowani policjanci i jeden detektyw w cywilnym ubraniu wbiegli przez frontowe drzwi i wpadli do pokoju.

– Czy to pan, Lestrade?

– Tak, panie Holmes. Zgłosiłem się do tego zadania. Dobrze zobaczyć pana znów w Londynie.

– Sądzę, że przyda się panu nieco nieoficjalnej pomocy. Trzy niewykryte morderstwa w ciągu roku to zbyt wiele, panie Lestrade. Jednak w sprawie Moleseya postąpił pan z mniejszą niż zwykle... chciałem powiedzieć, że dobrze się pan spisał.

Podnieśliśmy się z podłogi. Nasz więzień ciężko oddychał, z obu stron trzymało go dwóch potężnych posterunkowych. Na ulicy zaczęli się już zbierać gapie. Holmes podszedł do okna, zamknął je i opuścił rolety. Lestrade zapalił dwie świece, a policjanci odsłonili lampy, więc w końcu mogłem się dobrze przyjrzeć schwytanemu.

 

Twarz, którą zwrócił ku nam, była niezwykle męska, a zarazem złowroga. Nieznajomy miał czoło filozofa i szczękę lubieżnika, musiał od urodzenia wykazywać wielką skłonność zarówno do dobrego, jak i złego. Dość jednak było spojrzeć w jego okrutne niebieskie oczy o opadających cynicznie powiekach, na agresywnie wystający nos i groźnie zmarszczone brwi, by wyczytać z nich bardzo wyraźne ostrzeżenie udzielone przez samą naturę. Mężczyzna nie zwracał uwagi na nikogo z obecnych, lecz wpatrywał się w Holmesa z wyrazem, w którym łączyły się w równych proporcjach nienawiść i zdumienie.

– Ty diable! – mamrotał bez ustanku. – Ty przebiegły diable!

– Ach, pułkowniku! – odpowiedział Holmes, poprawiając zmięty potargany kołnierzyk. – Jak napisano w pewnej starej sztuce, „jakąkolwiek pójdziesz dróżką, miłość czeka na cię”2. Nie sądzę, bym miał przyjemność pana widzieć, odkąd zechciał pan zaszczycić mnie swą uwagą, gdy leżałem na skalnej półce nad wodospadem Reichenbach.

Więzień wciąż wpatrywał się w mego przyjaciela jak zaczarowany, a jedyne słowa, na jakie mógł się zdobyć, brzmiały: „Ty przebiegły diable!”.

– Jeszcze panów sobie nie przedstawiłem – stwierdził Holmes. – Oto pułkownik Sebastian Moran, niegdyś żołnierz Armii Indyjskiej Jej Królewskiej Mości, najlepszy łowca grubego zwierza, jakiego wydało nasze Wschodnie Imperium. Pułkowniku, zdaje się, że nie minę się z prawdą, stwierdzając, że nikt dotąd nie prześcignął pana w liczbie upolowanych tygrysów?

Rozwścieczony starzec nie odpowiedział, lecz wciąż gapił się na mego towarzysza. Ze swymi okrutnymi oczami i zjeżonymi wąsami sam bardzo przypominał tygrysa.

– Dziwię się, że taki stary shikari3 dał się nabrać na moją prostą sztuczkę – stwierdził Holmes. – Musi być przecież panu znana. Wszak sam przywiązywał pan koźlęta pod drzewem, kładł się powyżej ze strzelbą i czekał, aż tygrys przybędzie, zwabiony przynętą. Ten pusty dom to moje drzewo, a pan jest moim tygrysem. Zapewne trzymał pan w zapasie inne strzelby, w razie gdyby nadeszło kilka drapieżników lub, co jest mało prawdopodobne, zawiodło pana oko. Oto moje zapasowe strzelby. – Pokazał ręką dookoła. – Porównanie jest całkiem trafne.

Pułkownik Moran rzucił się naprzód, warcząc z wściekłości, ale posterunkowi odciągnęli go. Strasznie było patrzeć na wściekłość malującą się na jego twarzy.

– Przyznaję, że zgotował mi pan jedną małą niespodziankę – dodał Holmes. – Nie sądziłem, że pan również skorzysta z tego pustego domu i jego dogodnego frontowego okna. Zdawało mi się, że będzie pan działał prosto z ulicy, gdzie czekał na niego mój przyjaciel Lestrade ze swymi wesołymi kompanami. Poza tym wszystko przebiegło tak, jak się spodziewałem.

Moran zwrócił się do policjanta:

– Być może ma pan powód, by mnie aresztować – przyznał – nie widzę jednak przyczyny, dla której miałbym pozwolić temu człowiekowi z siebie kpić. Jeśli jestem w rękach stróżów prawa, proszę postępować zgodnie z literą prawa.

– Cóż, to rozsądna prośba – stwierdził Lestrade. – Czy ma pan coś do dodania, panie Holmes?

Mój przyjaciel podniósł z podłogi potężną wiatrówkę i zbadał jej mechanizm.

– To wspaniała i wyjątkowa broń – stwierdził – działa bezgłośnie i z wielką mocą.

Znałem Von Herdera, niewidomego niemieckiego mechanika, który zbudował ją na zlecenie zmarłego profesora Moriarty’ego. Wiedziałem o jej istnieniu od lat, jednak nigdy wcześniej nie miałem okazji, by wziąć ją do ręki. Szczególnie polecam ją pańskiej uwadze, Lestrade, wraz z pociskami do niej.

– Może pan być pewien, że się tym zajmiemy, panie Holmes – stwierdził inspektor, kiedy wszyscy obecni zaczęli iść w kierunku drzwi. – Coś jeszcze?

– Chciałbym tylko spytać, jaki zarzut zamierza pan postawić.

– Jaki zarzut? Ależ to oczywiste: usiłowanie zabójstwa pana Sherlocka Holmesa.

– Nie, Lestrade. Ja w ogóle nie chcę, by łączono mnie z tą sprawą. To nadzwyczajne aresztowanie jest tylko pana zasługą. Tak, Lestrade, muszę panu pogratulować. Dzięki typowemu dla pana szczęśliwemu połączeniu przemyślności i odwagi udało się panu go dopaść.

– Dopaść? Ale kogo, panie Holmes?

– Człowieka, którego na próżno poszukuje cała policja, pułkownika Sebastiana Morana, który zabił czcigodnego Ronalda Adaira, strzelając do niego kulą typu dum-dum przez otwarte okno frontowego pokoju na drugim piętrze domu przy Park Lane 427 trzydziestego dnia zeszłego miesiąca. Oto zarzuty, Lestrade. A teraz, Watsonie, jeśli nie będzie ci przeszkadzał przeciąg spowodowany rozbitą szybą, powinniśmy przyjemnie spędzić najbliższe pół godziny, paląc cygara w moim gabinecie.

Nasze dawne mieszkanie nic a nic się nie zmieniło dzięki nadzorowi Mycrofta Holmesa i opiece pani Hudson. Wchodząc, zauważyłem nienaganny porządek, wszystkie znajome przedmioty stały na swoich miejscach. Były tam kącik chemiczny z poplamionym kwasami drewnianym stołem, półka pełna niezwykłych albumów na wycinki i leksykonów, które wielu obywateli z chęcią by spaliło, wykresy, futerał ze skrzypcami i stojak z fajkami, a nawet perski but wypełniony tytoniem – zauważyłem je wszystkie, rozglądając się wokół siebie. W pokoju znajdowały się dwie osoby: pani Hudson, która rozpromieniła się na nasz widok, i dziwna kukła, która odegrała tak istotną rolę w wydarzeniach tego wieczoru. Było to woskowe popiersie mego przyjaciela, tak znakomicie wykonane, że wyglądało dokładnie jak on. Stało na niewielkim postumencie, owinięte starym szlafrokiem Holmesa; patrząc z ulicy, nie sposób było nie ulec złudzeniu.

– Pani Hudson, mam nadzieję, że zachowała pani wszelkie środki ostrożności? – spytał Holmes.

– Podchodziłam do niego na kolanach, tak jak pan mi kazał.

– Znakomicie. Świetnie się pani spisała. Czy zauważyła pani, którędy wleciał pocisk?

– Tak, proszę pana. Obawiam się, że zniszczył pańskie piękne popiersie, przebił bowiem głowę i rozpłaszczył się na ścianie. Podniosłam go z dywanu. Oto on.

Holmes podał mi pocisk.

– Jak widzisz, Watsonie, to miękka kula rewolwerowa. Genialne rozwiązanie. Kto by się spodziewał, że może zostać wystrzelona z wiatrówki? Pani Hudson, bardzo dziękuję za pomoc. A teraz, Watsonie, usiądź znów w swym starym fotelu, gdyż pozostało kilka rzeczy, które chciałbym z tobą omówić.

Zrzucił wytarty frak, założył szary szlafrok, który zdjął z kukły, i znów stał się dawnym Holmesem.

– Stary shikari wciąż ma stalowe nerwy i sokoli wzrok – stwierdził ze śmiechem, oglądając strzaskane czoło swej podobizny.

– Rana pośrodku potylicy i roztrzaskany mózg. Był najlepszym strzelcem w Indiach, i sądzę, że w Londynie również nie miał wielu sobie równych. Czy słyszałeś przedtem jego nazwisko?

– Nie.

– Cóż, taka bywa sława. Ale jeśli dobrze pamiętam, nie znałeś również profesora Jamesa Moriarty’ego, jednego z najwybitniejszych umysłów tego stulecia. Podaj mi słownik biograficzny, z tamtej półki.

Rozparty w fotelu, leniwie przewracał kartki, wydmuchując wielkie kłęby dymu z cygara.

– Mam piękną kolekcję nazwisk na M – rzekł. – Sam Moriarty byłby ozdobą każdej litery, a tu mamy jeszcze truciciela Morgana, niechlubnej pamięci pana Merridew i Mathewsa, który wybił mi lewy kieł w poczekalni przy Charing Cross, a na końcu naszego przyjaciela, z którym spotkaliśmy się dziś w nocy.

Podał mi książkę, w której przeczytałem:

MORAN SEBASTIAN, pułkownik. Bezrobotny. Dawniej pierwszy pułk pionierów z Bangalore. Urodzony w Londynie w roku 1840. Syn sir Augustusa Morana, dawnego brytyjskiego ministra ds. Persji. Ukończył Eton i Oxford. Służył w kampanii Jowaki, kampanii afgańskiej, w Charasiab (wymieniony w sprawozdaniu), Sherpur i Kabulu. Autor „Grubej zwierzynyHimalajów zachodnich (1881) i „Trzech miesięcy w dżungli” (1884). Adres: Conduit Street. Kluby: Anglo-Indian, Tankerville, klub karciany Bagatelle.

 

Na marginesie widniał dopisek, wypisany starannie ręką Holmesa: „Drugi spośród najniebezpieczniejszych ludzi w Londynie”.

– To niezwykłe – stwierdziłem, oddając mu książkę. – Ten człowiek okrył się chwałą na polach bitwy.

– To prawda – przyznał Holmes. – Służył dzielnie. Zawsze miał stalowe nerwy, a w Indiach wciąż opowiada się o tym, jak wczołgał się do kanału w pogoni za rannym tygrysem ludożercą. Istnieją jednak, drogi Watsonie, drzewa, które po osiągnięciu pewnej wysokości nagle ulegają szpetnemu zniekształceniu. Często dzieje się tak również z ludźmi. Ułożyłem teorię, w myśl której rozwój każdego człowieka odzwierciedla losy wszystkich jego przodków, i jego nagły zwrot ku dobru lub złu świadczy o tym, jak znaczący wpływ wywiera jego pochodzenie. W ten sposób dana osoba staje się uosobieniem historii swej rodziny.

– To dość wymyślna teza.

– Nie obstaję przy niej, jednak niezależnie od przyczyny pułkownik Moran zaczął schodzić na złą drogę. Nie wywołał żadnego głośnego skandalu, ale był zmuszony opuścić Indie. Przeszedł w stan spoczynku, przyjechał do Londynu i tutaj również okrył się złą sławą. Wtedy skontaktował się z nim profesor Moriarty, dla którego przez pewien czas pracował jako szef personelu. Moriarty dawał mu znaczne sumy, którymi Moran mógł dysponować, i wykorzystał go do jednego czy dwóch zadań specjalnych, których nie zdołałby wykonać żaden zwykły przestępca. Pamiętasz może śmierć pani Stewart z Lauder w 1887 roku? Nie? Jestem przekonany, że stał za nią Moran, jednak niczego mu nie udowodniono. Pułkownik był tak zmyślnie zakonspirowany, że nawet po rozbiciu gangu Moriarty’ego nie udało się postawić mu zarzutów. Pamiętasz, odwiedziłem cię w tamtym czasie; wspomniałem, że kazałem założyć okiennice z obawy przed wiatrówkami? Uznałeś to za dziwactwo, ja jednak bardzo dobrze wiedziałem, co robię, zdawałem sobie sprawę z istnienia tej niezwykłej broni i byłem świadom, że posługuje się nią jeden z najlepszych strzelców na świecie. W Szwajcarii podążał za nami wraz z Moriartym i zaatakował mnie na półce skalnej nad wodospadem Reichenbach, jestem tego pewien. Jak się domyślasz, podczas pobytu we Francji uważnie czytałem gazety w poszukiwaniu tropu, który mógłby mnie do niego doprowadzić. Dopóki przebywał na wolności w Londynie, moje życie nie było warte funta kłaków. Jego cień wisiałby nade mną dniem i nocą; znalazłby w końcu sposobność, by dostać mnie w swoje ręce. Co miałem zrobić? Nie mogłem zastrzelić go w miejscu publicznym, wówczas sam trafiłbym do więzienia. Nie było również sensu iść ze sprawą do sędziego pokoju: nie zgodziłby się działać na podstawie podejrzeń, które uznałby za urojenia. Byłem w kropce. Śledziłem jednak kronikę kryminalną, wierząc, że wcześniej czy później go dopadnę. Kiedy nadeszła wiadomość o śmierci Ronalda Adaira, zrozumiałem, że w końcu doczekałem się swojej szansy. Wiedza, którą dysponowałem, ponad wszelką wątpliwość wskazywała na to, że sprawcą był pułkownik Moran. Grał z młodzieńcem w karty, poszedł za nim do domu z klubu i zastrzelił go przez otwarte okno. Same pociski wystarczą, by trafił na szubienicę. Przyjechałem niezwłocznie, zobaczył mnie wartownik, który, jak wiedziałem, miał natychmiast powiadomić pułkownika. Ten nie omieszkał powiązać mego powrotu z popełnioną zbrodnią i wielce się zaniepokoił. Byłem pewien, że niezwłocznie spróbuje się mnie pozbyć i wykorzysta w tym celu swą śmiercionośną broń. Zostawiłem mu w oknie idealny cel, uprzedziłem policję, że może być potrzebna jej interwencja (przy okazji, Watsonie, udało ci się dostrzec funkcjonariuszy kryjących się w bramie), i zająłem miejsce, które wydawało mi się dogodnym punktem obserwacyjnym. Nie spodziewałem się, że to stamtąd będzie chciał zaatakować. Czy wszystko jest jasne, drogi Watsonie?

– Nie – odparłem. – Nie wyjaśniłeś, jaki motyw miał pułkownik Moran, by zamordować czcigodnego Ronalda Adaira.

– Drogi Watsonie, zapuszczamy się tu w rozważania, przy których pomylić się może nawet najlogiczniejszy umysł. Każdy może stworzyć własną hipotezę na podstawie dostępnych dowodów, i twoja może okazać się równie trafna jak moja.

– Czy to znaczy, że ułożyłeś własną?

– Sądzę, że nietrudno jest wyjaśnić fakty. Podczas śledztwa wyszło na jaw, że pułkownik Moran i młody Adair wygrali wspólnie znaczną kwotę. Gra z pewnością nie była uczciwa, wiedziałem o tym od dawna. Domyślam się, że w dniu morderstwa Adair odkrył, że Moran oszukuje. Zapewne pomówił z nim na osobności i zagroził ujawnieniem całej sprawy, jeśli nie zrezygnuje dobrowolnie z członkostwa w klubie i nie przyrzeknie nie brać więcej kart do ręki. Mało prawdopodobne jest, by taki młodzik jak Adair chciał od razu wywołać skandal, donosząc na człowieka znanego i znacznie starszego od siebie. Prawdopodobnie postąpił tak, jak mówiłem. Wykluczenie z klubów oznaczałoby jednak ruinę dla Morana, który żył z nieuczciwie wygranych pieniędzy. Zamordował więc Adaira, który w tym czasie obliczał, ile powinien zwrócić, gdyż nie chciał zyskiwać na szulerstwie swego partnera. Młody człowiek zamknął drzwi od środka, by nie zaskoczyły go matka i siostra, które koniecznie chciałyby się dowiedzieć, dlaczego wypisuje nazwiska i odlicza pieniądze. Czy to brzmi prawdopodobnie?

– Nie mam wątpliwości, że odkryłeś prawdę.

– To się okaże podczas procesu. Tymczasem jednak, cokolwiek by się działo, pułkownik Moran nie przysporzy nam więcej kłopotów. Słynna wiatrówka Von Herdera stanie się ozdobą Muzeum Scotland Yardu, a pan Sherlock Holmes może znów poświęcić się rozwiązywaniu interesujących drobnych problemów, których tak obficie dostarcza skomplikowane życie Londynu.

1 Holmes trawestuje tu monolog z Antoniusza i KleopatrySzekspira. Wersja polska na podstawie przekładu Jerzego Limona i Władysława Zawistowskiego (przyp. tłum.)

2 cytat z Wieczoru Trzech Króli Szekspira w przekładzie Stanisława Dygata (przyp. tłum.)

3 shikari – stosowane (szczególnie w Indiach) określenie myśliwego, zwykle tubylca, zajmującego się polowaniem na grubego zwierza i służącego jako przewodnik (przyp. tłum.)

Rozdział drugi

 

Przedsiębiorca budowlany z Norwood

 
 

– Z punktu widzenia eksperta do spraw przestępczości – stwierdził Sherlock Holmes – Londyn stał się wyjątkowo nudnym miastem od śmierci nieodżałowanego profesora Moriarty’ego.

– Sądzę, że niewielu uczciwych obywateli by się z tobą zgodziło – odparłem.

– Cóż, nie powinienem być tak samolubny – stwierdził z uśmiechem, wstając od stołu po śniadaniu. – Z pewnością zyskało na tym społeczeństwo, a nie stracił nikt prócz biednego specjalisty, który został bez pracy. Kiedy działał profesor, poranna gazeta otwierała przede mną nieograniczone możliwości. Często były to zaledwie drobne poszlaki, ulotne ślady, a jednak wystarczały, by stwierdzić, że za wszystkim stoi geniusz zła, tak jak delikatne drżenie brzegów pajęczyny przypomina o ohydnym pająku, który czyha w jej środku. Drobne kradzieże, pozornie nieuzasadnione napady, bezcelowa brutalność układały się w jedną całość dla człowieka, który wiedział, w czym rzecz. Dla badacza świata przestępczego żadna z europejskich stolic nie miała takich zalet jak Londyn. Teraz jednak... – wzruszył ramionami, z humorem wyrażając dezaprobatę wobec stanu rzeczy, do którego powstania sam tak bardzo się przyczynił.

Rozmowa, którą przytoczyłem, miała miejsce jakiś czas po tym, gdy Holmes powrócił, a ja na jego prośbę sprzedałem gabinet i wprowadziłem się znów do naszego dawnego mieszkania przy Baker Street. Moją niewielką praktykę w Kensington odkupił młody lekarz nazwiskiem Verner, który zadziwił mnie, płacąc niemal bez sprzeciwu najwyższą kwotę, jakiej ośmieliłem się zażądać. Sprawa ta wyjaśniła się kilka lat później, kiedy odkryłem, że Verner jest dalekim krewnym Holmesa i że w istocie to mój przyjaciel dał mu pieniądze na zakup.

Kilka pierwszych miesięcy naszej ponownej współpracy nie były aż tak nudne, jak twierdził Holmes. Przeglądając zapiski z tamtego okresu, mogę stwierdzić, że zawierają one opis zagadki papierów byłego prezydenta Murillo i śledztwa w szokującej sprawie holenderskiego parowca „Friesland”, które omal nie kosztowało życia nas obu. Mój przyjaciel, beznamiętny i dumny, wzbraniał się jednak przed jakimkolwiek publicznym uznaniem, i Holmes bezwzględnie wymógł na mnie, bym nie pisał więcej o nim, jego metodach i jego sukcesach; jak już wyjaśniałem, cofnął ten zakaz dopiero niedawno.

Po wygłoszeniu swej osobliwej skargi Sherlock Holmes rozparł się w fotelu i właśnie leniwie rozkładał poranną gazetę, kiedy naszą uwagę przykuł natarczywy odgłos dzwonka, po którym nastąpiło głuche bębnienie, jakby ktoś walił pięścią w drzwi wejściowe. Kiedy drzwi zostały otwarte, usłyszeliśmy, jak ktoś wbiega na korytarz i pędzi do góry po schodach; chwilę później do pokoju wpadł rozgorączkowany młody człowiek o błędnym wzroku, blady, rozczochrany i drżący. Patrzył to na jednego, to na drugiego z nas, póki nasze pytające spojrzenia nie uświadomiły mu, że powinien przeprosić za to bezceremonialne najście.

– Przepraszam, panie Holmes! – wykrzyknął. – Proszę nie mieć mi tego za złe! Odchodzę już od zmysłów, panie Holmes. Jestem nieszczęsny John Hector McFarlane.

Wymówił te słowa w taki sposób, jakby samo nazwisko miało tłumaczyć zarówno jego wizytę, jak i zachowanie, ale z kamiennej twarzy mego towarzysza wyczytałem, że jemu to miano nie powiedziało więcej niż mnie.

– Proszę poczęstować się papierosem, panie McFarlane – rzekł, podając przybyszowi pudełko. – Jestem pewien, że obecny tu mój przyjaciel doktor Watson może zaordynować środek uspokajający, który panu pomoże. Przez kilka ostatnich dni było bardzo ciepło. A teraz, jeśli pan już nieco ochłonął, proszę, by usiadł w tamtym fotelu i bardzo spokojnie i powoli wyjaśnił, kim jest i czego od nas żąda. Wypowiedział pan swoje nazwisko tak, jakbym powinien był je rozpoznać, ale zapewniam pana, że poza oczywistymi faktami, że jest pan kawalerem, prawnikiem, masonem i astmatykiem, nic o panu nie wiem.

Znałem metody pracy mego przyjaciela, bez trudu zatem podążyłem śladem jego dedukcji, rejestrując kolejno niechlujny strój, pliki dokumentów prawnych, dewizkę od zegarka i sposób oddychania, na których oparł swe rozumowanie. Nasz klient jednak wpatrywał się w niego ze zdumieniem.

– Zgadza się, panie Holmes, a do tego jestem obecnie najnieszczęśliwszym człowiekiem w Londynie. Na litość boską, panie Holmes, niech mnie pan nie opuszcza! Jeśli przybędą mnie aresztować, nim skończę opowiadać, proszę spowodować, by poczekali, gdyż muszę wyznać panu całą prawdę. Z radością poszedłbym do więzienia, gdybym wiedział, że podczas gdy odsiaduję wyrok pan pracuje dla mnie.

– Aresztować? – stwierdził Holmes. – To doprawdy wspania... interesujące. Pod jakimi zarzutami ma pan zostać zatrzymany?

– Oskarża się mnie o zamordowania pana Jonasa Oldacre z Lower Norwood.

Na wyrazistej twarzy mego przyjaciela pojawiło się współczucie, obawiam się jednak, że nie było pozbawione domieszki zadowolenia.

– A niech mnie – powiedział. – Dopiero co mówiłem przy śniadaniu mojemu przyjacielowi doktorowi Watsonowi, że sensacyjne sprawy zniknęły z łamów gazet.

Nasz gość wyciągnął drżącą rękę i podniósł „Daily Telegraph”, wciąż leżący na kolanach Holmesa.

– Gdyby przeczytał pan ten dziennik, od razu wiedziałby pan, z czym przychodzę. Zdawało mi się, że moje nieszczęście jest na ustach wszystkich. – Przewrócił strony gazety w poszukiwaniu środkowej. – Oto artykuł, który, za pana pozwoleniem, chciałbym odczytać. Proszę posłuchać, panie Holmes. Nagłówek brzmi: „Tajemnicza sprawa w Lower Norwood. Zniknięcie znanego przedsiębiorcy budowlanego. Podejrzenie o morderstwo i podpalenie. Ślad prowadzi do sprawcy”. Mowa o tropie, którym już podąża policja, panie Holmes, i wiem, że niechybnie doprowadzi on do mnie. Byłem śledzony od stacji London Bridge, i jestem pewien, że czekają tylko na nakaz aresztowania. To złamie serce mojej matce, złamie jej serce! – Był przerażony, kiwał się w tył i w przód na krześle.

Przyjrzałem się z zainteresowaniem mężczyźnie oskarżonemu o popełnienie krwawej zbrodni. Miał włosy koloru lnu i przystojną, choć zmęczoną, gładko wygoloną twarz o przestraszonych niebieskich oczach; opuszczone kąciki ust wskazywały na pewną rozwiązłość. Miał może dwadzieścia siedem lat i strój oraz postawę dżentelmena. Z kieszeni jego lekkiego letniego płaszcza wystawał plik dokumentów mogący sugerować wykonywany przez niego zawód prawnika.

– Musimy zatem dobrze wykorzystać czas, który nam pozostał – stwierdził Holmes. – Watsonie, czy byłbyś tak dobry, wziął tę gazetę i przeczytał odpowiedni ustęp?

Pod sensacyjnym nagłówkiem, który zacytował nasz klient, znajdowała się następująca sugestywna opowieść:

Wczoraj w późnych godzinach nocnych lub dziś wczesnym rankiem w Lower Norwood doszło do incydentu, który może, niestety, wiązać się z poważnym przestępstwem. Pan Jonas Oldacre jest znanym mieszkańcem tego przedmieścia i od wielu lat pracował tam jako przedsiębiorca budowlany. Jest kawalerem, ma pięćdziesiąt dwa lata, mieszka w Deep Dene House, przy skrzyżowaniu ulic Deep Dene z Sydenham. Słynie ze swych ekscentrycznych nawyków, jest tajemniczy i zamknięty w sobie. Kilka lat temu praktycznie wycofał się z prowadzenia interesu, który podobno przyniósł mu znaczny majątek, jednakże na tyłach jego domu nadal znajduje się niewielki skład drewna. Wczoraj około północy wszczęto alarm, gdyż zapalił się jeden ze stosów. Wozy strażackie niezwłocznie przybyły na miejsce, ale suche drewno paliło się tak gwałtownie, że nie udało się ugasić ognia, dopóki nie strawił on całej sterty. Aż do tego momentu całe wydarzenie wyglądało na nieszczęśliwy wypadek, pojawiły się jednak poszlaki świadczące o tym, że popełniono poważne przestępstwo. Nieobecność gospodarza podczas pożaru wywołała zdziwienie, a dalsze poszukiwania wykazały, że mężczyzna zniknął z domu. Podczas oględzin jego pokoju okazało się, że nie spał w swoim łóżku, stojący tam sejf jest otwarty, a wiele ważnych dokumentów poniewiera się po całym pokoju. Znaleziono także ślady walki na śmierć i życie – w pokoju odkryto ślady rozpryśniętej krwi, widniała ona także na rączce dębowej laski. Wiadomo, że pan Jonas Oldacre do późna w nocy przyjmował w swym pokoju gościa, a laskę zidentyfikowano jako należącą do tej właśnie osoby – młodego londyńskiego prawnika nazwiskiem John Hector McFarlane, młodszego wspólnika z kancelarii Graham i McFarlane z Gresham Buildings 426. Policja twierdzi, że posiada dowody co do istnienia wyraźnych motywów zbrodni, a sprawa niewątpliwie będzie miała charakter sensacyjny.

Z OSTATNIEJ CHWILI. Przed oddaniem gazety do druku pojawiły się plotki, że pan John Hector McFarlane został aresztowany pod zarzutem zamordowania pana Jonasa Oldacre. Wiadomo na pewno, że został wydany nakaz aresztowania. Podczas śledztwa prowadzonego w Norwood dokonano nowych niepokojących odkryć. Poza znalezieniem śladów walki w pokoju nieszczęsnego przedsiębiorcy budowlanego ustalono, że przeszklone drzwi jego sypialni (znajdującej się na parterze) były otwarte. Odkryto ślady pozostawione przez ciężki przedmiot wleczony w stronę stosu drewna, a pomiędzy kawałkami węgla drzewnego pozostałego po pożarze znaleziono nadpalone ludzkie szczątki. Wedle teorii policji została popełniona okropna zbrodnia: sprawca zabił ofiarę w jej własnej sypialni, uderzając ją tępym narzędziem, przeszukał dokumenty i zaciągnął ciało na stos drzewa, który następnie podpalił, by ukryć wszelkie ślady zbrodni. Dochodzenie prowadzi doświadczony inspektor Lestrade ze Scotland Yardu, który podąża za poszlakami z właściwą sobie energią i przenikliwością.

 

Sherlock Holmes wysłuchał tej niezwykłej historii z zamkniętymi oczami i splecionymi dłońmi, stykając opuszki palców.

– Sprawa niewątpliwie posiada pewne interesujące aspekty – stwierdził w charakterystyczny dla siebie ospały sposób. – Panie McFarlane, czy mogę najpierw zapytać, dlaczego pozostaje pan na wolności, skoro dowody wydają się wystarczająco uzasadniać pańskie aresztowanie?

– Panie Holmes, mieszkam z rodzicami w Torrington Lodge w Blackheath, jednak nasze spotkanie z panem Jonasem Oldacre zakończyło się o bardzo późnej porze, więc zatrzymałem się w hotelu w Norwood i stamtąd pojechałem do swej kancelarii. Nie wiedziałem nic o całej sprawie, póki nie znalazłem się w pociągu, gdzie przeczytałem artykuł, którego treść pan przed chwilą wysłuchał. Od razu dostrzegłem, w jak straszliwie niebezpiecznym położeniu się znajduję, i pośpieszyłem do pana, by powierzyć mu tę sprawę. Nie mam wątpliwości, że zostałbym aresztowany, gdybym zjawił się w biurze lub w domu. Od stacji London Bridge śledził mnie jakiś mężczyzna i jestem pewien... Wielkie nieba! Kto to?

Rozległ się dzwonek, a zaraz po nim dały się słyszeć ciężkie kroki na schodach. Chwilę później w drzwiach stanął nasz stary przyjaciel Lestrade. Patrząc mu przez ramię, dostrzegłem stojących w korytarzu umundurowanych funkcjonariuszy.

– Pan John Hector McFarlane? – spytał Lestrade.

Nasz nieszczęsny klient wstał z przygnębionym wyrazem twarzy.

– Aresztuję pana za zabójstwo pana Jonasa Oldacre z Lower Norwood.

McFarlane, zrozpaczony, opadł ponownie na fotel, jak gdyby przywalił go jakiś ciężar.

– Chwileczkę, Lestrade – stwierdził Holmes. – Pół godziny nie zrobi panu żadnej różnicy, a obecny tu dżentelmen miał właśnie opowiedzieć nam o tej niezwykle interesującej sprawie. Może to nam pomóc w jej wyjaśnieniu.

– Nie sądzę, by jej wyjaśnienie miało nastręczyć jakiekolwiek trudności – ponuro odparł Lestrade.

– Mimo wszystko, za pańskim pozwoleniem, bardzo chciałbym posłuchać jego historii.

– Cóż, panie Holmes, trudno mi odmówić panu czegokolwiek, gdyż niejednokrotnie oddawał pan usługi policji; mamy wobec pana w Scotland Yardzie dług wdzięczności – stwierdził inspektor. – Muszę jednak pozostać przy więźniu i uprzedzić, że wszystko, co powie, może zostać wykorzystane jako materiał dowodowy w sprawie przeciw niemu.

– Niczego bardziej nie pragnę – zapewnił nasz klient. – Proszę tylko, by panowie wysłuchali mego szczerego wyznania.

Lestrade spojrzał na zegarek.

– Daję panom pół godziny – stwierdził.

– Wyjaśnię na początek – powiedział McFarlane – że nie znam pana Jonasa Oldacre, chociaż jego nazwisko nie jest mi obce, gdyż wiele lat temu moi rodzice utrzymywali z nim kontakt. Z czasem jednak znajomość się rozluźniła. Byłem więc bardzo zaskoczony, gdy wczoraj około trzeciej po południu człowiek ten wszedł do mego biura.

Jeszcze bardziej zdumiałem się, gdy wyjaśnił mi cel swej wizyty. „Oto mój testament – oznajmił. – Panie McFarlane, chcę, żeby nadał mu pan odpowiednią formę prawną. Posiedzę tu, kiedy będzie pan nad nim pracował”. Zabrałem się za przepisywanie tekstu, i proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy przeczytałem, że testator pozostawia mnie z nielicznymi zastrzeżeniami cały swój majątek. Był to dziwny mężczyzna: wyglądem przypominał łasicę i miał białe rzęsy. Kiedy na niego spojrzałem, zauważyłem, że jego przenikliwe szare oczy wpatrują się we mnie z rozbawieniem. Po zapoznaniu się z treścią testamentu nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Mój klient wyjaśnił, że jest kawalerem, w zasadzie nie ma żyjących krewnych, a jako że znał w młodości mych rodziców i słyszał z wielu źródeł, że jestem bardzo prawym młodym człowiekiem, jest przekonany, iż jego pieniądze trafią w dobre ręce. Testament został sporządzony na niebieskim papierze, podpisany i poświadczony przez mego kancelistę. Te kartki, jak już panom wyjaśniłem, to brudnopis. Pan Jonas Oldacre poinformował mnie następnie, że istnieje wiele dokumentów – aktów dzierżawy i własności nieruchomości, hipotek, świadectw udziałowych i tak dalej – z którymi powinienem się zapoznać. Dodał, że nie zazna spokoju, póki nie doprowadzi tej sprawy do końca, i błagał mnie, bym przyjechał do jego domu w Norwood jeszcze tego samego wieczora, przywiózł ze sobą testament i wszystko uporządkował. „Pamiętaj tylko, chłopcze, ani słowa rodzicom, póki nie dopełnimy wszystkich formalności. Będziemy mieli dla nich małą niespodziankę” – powiedział.

Bardzo nalegał i kazał mi to obiecać, że niczego nie powiem rodzicom. Domyśla się pan zapewne, panie Holmes, że nie byłem skłonny odmówić mu niczego, o co poprosił. Był moim dobroczyńcą, a mym jedynym pragnieniem stało się wypełnianie jego życzeń co do joty. Wysłałem zatem telegram do domu, w którym powiadomiłem, że zajmuję się ważną sprawą i nie wiem, o której wrócę. Pan Oldacre zaproponował spotkanie o dziewiątej na kolacji, gdyż bał się, że nie zdąży wrócić do domu wcześniej. Dotarcie na miejsce nastręczyło mi jednak pewnych trudności; dochodziło wpół do dziesiątej, kiedy wszedłem do jego domu. Zastałem gospodarza...

– Chwileczkę! – przerwał Holmes. – Kto otworzył drzwi?

– Kobieta w średnim wieku, zdaje się, gospodyni.

– Rozumiem, że to ona podała policji pańskie nazwisko?

– Tak – przyznał McFarlane.

– Proszę mówić dalej.

Prawnik otarł pot z czoła i kontynuował swą opowieść.

– Kobieta wprowadziła mnie do salonu, w którym czekała skromna kolacja. Po posiłku pan Jonas Oldacre zaprowadził mnie do swej sypialni, w której stał ciężki sejf.

Otworzył go i wyjął ze środka mnóstwo dokumentów, które wspólnie przejrzeliśmy.

Kiedy skończyliśmy, było już dawno po jedenastej, ale północ jeszcze nie wybiła. Pan Oldacre stwierdził, że nie powinniśmy niepokoić gospodyni, i wypuścił mnie przez oszklone drzwi w swoim pokoju, które cały czas były otwarte.

– Czy roleta została opuszczona? – spytał Holmes.

– Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że jedynie do połowy. Tak, teraz sobie przypominam, że pan Oldacre podciągnął ją, by szerzej otworzyć drzwi. Nie mogłem znaleźć swojej laski, powiedział mi jednak: „Nie szkodzi, chłopcze, mam nadzieję, że będziemy się teraz częściej widywać. Przechowam ją, póki po nią nie wrócisz”. Wyszedłem z pokoju. Sejf był otwarty, a papiery poukładane w stosiki na stole. Było tak późno, że nie miałem jak wrócić do Blackheath, spędziłem więc noc w Anerley Arms i o strasznych wydarzeniach, jakie miały miejsce, dowiedziałem się rano z gazety.

– Czy chciałby pan spytać o coś jeszcze, panie Holmes? – Podczas tej niezwykłej opowieści Lestrade kilka razy uniósł brew.

– Nie przed powrotem z Blackheath.

– Chyba z Norwood – poprawił go policjant.

– Ach tak, o to właśnie mi chodziło – stwierdził Holmes z enigmatycznym uśmiechem. Lestrade wiedział z doświadczenia potwierdzonego większą liczbą dochodzeń niż byłby to skłonny przyznać, że umysł mego przyjaciela jest w stanie przejrzeć sprawy dla niego niezrozumiałe. Zobaczyłem, że inspektor z zaciekawieniem przyglądał się Holmesowi.

– Chciałbym zamienić teraz z panem kilka słów, panie Holmes – powiedział. – Panie McFarlane, za drzwiami stoi dwóch posterunkowych, a na dole czeka powóz.

– Udręczony młody człowiek wstał, rzucił nam ostatnie błagalne spojrzenie i wyszedł z pokoju. Funkcjonariusze zaprowadzili go do dorożki, a Lestrade pozostał z nami.

Holmes wziął do ręki kartki zawierające brudnopis testamentu i zaczął się im przyglądać z wielkim zainteresowaniem.

– Ten dokument budzi pewne wątpliwości, prawda, Lestrade? – spytał, podając kartki policjantowi.

Ten spojrzał na nie, zmieszany.

– Zdołałem odczytać kilka pierwszych linijek, później kilka następnych znajdujących się w połowie drugiej strony i jedną czy dwie linijki na końcu. Są one nie mniej czytelne niż druk – stwierdził – ale pismo pomiędzy nimi jest bardzo niewyraźne, a w trzech miejscach w ogóle nie jestem w stanie go odcyfrować.

– Co pan z tego wnosi?

– A pan?

– Że kartki zapisano w pociągu. Wyraźne linijki powstały podczas postojów, niewyraźne podczas jazdy, nieczytelne zaś – podczas przejeżdżania przez zwrotnice. Ekspert niezwłocznie orzekłby, że testament powstał na linii podmiejskiej, gdyż nigdzie poza najbliższym otoczeniem wielkich miast stacje nie leżą tak blisko siebie. Przyjmując, że spisywanie ostatniej woli zajęło całą podróż, można stwierdzić, że autor jechał ekspresem, który zatrzymywał się tylko raz pomiędzy stacjami Norwood i London Bridge.

Lestrade wybuchnął śmiechem.

– Panie Holmes, nie nadążam za panem, kiedy zaczyna pan snuć swoje teorie – stwierdził. – Jak to się ma do sprawy?

– Do pewnego stopnia potwierdza opowieść młodego człowieka, świadczy bowiem o tym, że Jonas Oldacre spisał testament wczoraj podczas podróży. Czyż to nie dziwne, że tak istotny dokument powstał w tak przypadkowy sposób? Oznacza to, że mężczyzna nie przywiązywał do swej ostatniej woli wielkiej wagi. Gdyby ktoś chciał spisać testament, który nigdy nie ma zyskać mocy prawnej, zrobiłby to właśnie w ten sposób.

– Cóż, tym samym podpisał na siebie wyrok śmierci – stwierdził Lestrade.

– Tak pan sądzi?

– A pan nie?

– To całkiem możliwe, jednak sprawa nie jest dla mnie jeszcze do końca jasna.

– Nie jest jasna? Chyba nie mogłaby być jaśniejsza! Mamy tu młodego człowieka, który nagle dowiaduje się, że po śmierci pewnego starca odziedziczy fortunę. Co zatem robi? Nic nikomu nie mówiąc, udaje się w nocy pod jakimś pretekstem do klienta. Czeka, aż jedyna poza gospodarzem mieszkanka domu zaśnie, a później, będąc sam ze swym dobroczyńcą w sypialni, morduje go, pali ciało na stosie drewna i udaje się do leżącego nieopodal hotelu. Plamy krwi znalezione w pokoju i na lasce są bardzo niewielkie.

Być może wydawało mu się, że popełnił zbrodnię bezkrwawo i liczył na to, że spalenie ciała ukryje wszystkie ślady morderstwa, ślady, które siłą rzeczy wskazałyby na niego.

Czy to nie oczywiste?

– Zacny Lestrade, uderza mnie fakt, że jest to nieco zbyt oczywiste – stwierdził Holmes. – Bujna wyobraźnia nie jest pańską najmocniejszą stroną, ale gdyby mógł pan na chwilę postawić się na miejscu tego młodego człowieka, czy wybrałby pan pierwszą noc po sporządzeniu testamentu na popełnienie zbrodni? Czy nie wydawałoby się panu niebezpieczne tworzenie tak bliskiego związku pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami?

Poza tym, czy zabiłby pan akurat wtedy, kiedy wiadomo było, że jest pan w domu, gdyż wpuściła pana służąca? Czy zadałby wreszcie pan sobie tak wiele trudu, by ukryć ciało, a pozostawił swoją laskę na miejscu zbrodni, która potwierdzałaby pana winę? Przyzna pan, Lestrade, że wszystko to jest bardzo mało prawdopodobne.

– Jeśli chodzi o laskę, panie Holmes, wie pan równie dobrze jak ja, że przestępcy, działając w stanie wzburzenia, często robią rzeczy, których trzeźwo myślący człowiek by nie zrobił. Bardzo możliwe, że sprawca bał się wrócić do pokoju. Niech mi pan poda inną teorię, która pasowałaby do faktów.

– Bez trudu mógłbym ich stworzyć z pół tuzina – stwierdził Holmes. – Oto, na przykład, teza możliwa, a nawet prawdopodobna. Dam ją panu w prezencie. Starszy człowiek pokazuje dokumenty, które niewątpliwie mają wielką wartość. Przechodzący włóczęga widzi je przez okno, gdyż roleta jest opuszczona jedynie do połowy, zakrada się do pokoju po wyjściu prawnika, chwyta laskę, którą dostrzega w pokoju, zabija pana Oldacre i odchodzi, podpalając stos drewna i ciało.

– Po co włóczęga miałby spalić ciało?

– Skoro już o tym mowa, dlaczego miałby to robić McFarlane?

– Aby pozbyć się dowodów.

– Być może włóczęga chciał ukryć, że w ogóle doszło do popełnienia zbrodni.

– A dlaczego niczego nie zabrał?

– Dokumenty nie były łatwe do zbycia.

Lestrade potrząsnął głową, wydawało mi się jednak, że uczynił to w sposób mniej pewny niż wcześniej.

– Cóż, panie Holmes, może pan szukać swego włóczęgi, ale póki go pan nie znajdzie, zatrzymamy podejrzanego. Czas pokaże, kto z nas ma rację. Proszę jednak zwrócić uwagę na jeden fakt: z tego, co wiemy, nie brakuje żadnych dokumentów, a nasz podejrzany jest jedyną osobą na świecie, która nie miała powodu, by je zabierać, i tak trafiłyby do niego jako do prawowitego spadkobiercy.

Mój przyjaciel wydawał się głęboko poruszony tą uwagą.

– Nie zamierzam zaprzeczać, że część dowodów bardzo silnie przemawia za pańską teorią – przyznał. – Chciałem jedynie zauważyć, że istnieją inne możliwości. Jak pan powiedział, czas pokaże. Życzę dobrego dnia i zapowiadam, że zamierzam wstąpić dziś do Norwood, by zbadać postępy w sprawie.

Po wyjściu detektywa Holmes podniósł się z fotela i przystąpił do wykonywania codziennych porannych czynności z energią człowieka, który ma przed sobą przyjemne zajęcie.

– Na początek, Watsonie – powiedział, szybko wdziewając surdut – udam się, jak zapowiedziałem, do Blackheath.

– A czemu nie do Norwood?

– W tej sprawie jedno niezwykłe wydarzenie nastąpiło tuż po innym. Policjanci popełnili błąd, skupiając swą uwagę jedynie na drugim z nich, gdyż to ono nosi znamiona przestępstwa. Dla mnie jest jednak oczywiste, że logiczne podejście do sprawy wymaga wyjaśnienia tak nagłego i osobliwego sporządzenia testamentu na rzecz tak nieoczekiwanego spadkobiercy. Być może ułatwi to rozwikłanie dalszej części zagadki. Mój drogi, nie sądzę, byś mógł mi pomóc. Nie grozi mi raczej niebezpieczeństwo, w przeciwnym razie na pewno bym cię ze sobą zabrał. Mam nadzieję, że kiedy spotkamy się wieczorem, będę mógł ci powiedzieć, że udało mi się zdziałać coś dla tego nieszczęsnego młodzika, który błagał mnie o pomoc.

Mój przyjaciel wrócił do domu późno i jedno spojrzenie na jego pełną zmęczenia i niepokoju twarz wystarczyło mi, by stwierdzić, że wielkie nadzieje, z jakimi wyruszał w drogę, spełzły na niczym. Holmes przez godzinę grał na skrzypcach, by ukoić wzburzone nerwy, potem odłożył instrument i ze szczegółami opowiedział mi o swych dzisiejszych poczynaniach.

– Wszystko idzie źle, Watsonie, tak źle, jak to tylko możliwe. Przed Lestradem robiłem dobrą minę do złej gry, ale na mój honor, zdaje się, że tym razem to on jest na właściwym tropie, a my gonimy w piętkę. Instynkt mówi mi co innego, fakty świadczą o czymś innym, a obawiam się, że brytyjscy przysięgli nie rozwinęli jeszcze swej inteligencji na tyle, by dać mym teoriom pierwszeństwo nad faktami, które przedstawi Lestrade.

– Czy byłeś w Blackheath?

– Tak, Watsonie, pojechałem tam i bardzo szybko przekonałem się, że nieodżałowany Oldacre był nie lada łajdakiem. Ojciec pojechał do syna, matkę zastałem w domu, ta drobna, delikatna niebieskooka osóbka aż trzęsła się ze strachu i oburzenia. Rzecz jasna, nie chciała nawet słyszeć o winie młodzieńca, a ponadto nie wyraziła ani zdziwienia, ani żalu z powodu tego, co spotkało pana Oldacre. Wręcz przeciwnie, mówiła o nim z taką goryczą, że nieświadomie potwierdzała argumenty policji. Gdyby jej syn usłyszał, jak wypowiada się o tym mężczyźnie, dałoby mu to powód do nienawiści i przemocy.

„On bardziej przypominał złośliwą, przebiegłą małpę niż istotę ludzką – stwierdziła. – Był taki zawsze, od młodości”. „Czy znała pani go już wtedy?”. „Tak, znałam go dobrze, był jednym z moich adoratorów. Dzięki Bogu, miałam dość rozsądku, by odrzucić jego awanse i wyjść za lepszego, choć mniej zamożnego, człowieka. Byłam z nim nawet zaręczona, panie Holmes, ale gdy usłyszałam szokującą opowieść o tym, jak wpuścił kota do ptaszarni, jego okrucieństwo tak mnie przeraziło, że nie chciałam mieć z nim w ogóle do czynienia”. Przetrząsnęła biurko i wyjęła fotografię kobiety, ohydnie oszpeconą i pociętą nożem. „To moje zdjęcie – powiedziała. – Przysłał mi je wraz ze swym przekleństwem w dniu mego ślubu”. „Cóż – stwierdziłem – zdaje się, że już pani wybaczył, skoro zapisał pani synowi cały swój majątek”. „Ani mój syn, ani ja nie chcemy niczego od Jonasa Oldacre, ani za jego życia, ani po śmierci! – krzyknęła, wzburzona. – Bóg istnieje, panie Holmes. Najpierw pokarał tego niegodziwego człowieka, a później, w odpowiednim czasie, wykaże, że mój syn nie ma na rękach jego krwi”. Podążałem kilkoma tropami, ale nie natrafiłem na nic, co mogłoby poprzeć naszą hipotezę, odkryłem natomiast kilka faktów, które jej przeczyły. W końcu dałem za wygraną i pojechałem do Norwood. Dom Deep Dene House, w którym popełniono przestępstwo, to duża nowoczesna willa z czerwonej cegły, położona w głębi posiadłości. Przed budynkiem rozciąga się trawnik, na którym rosną krzewy wawrzynu. Po prawej stronie, w pewnej odległości od drogi, znajduje się skład drewna, w którym doszło do pożaru. Narysowałem ogólny plan domu na okładce notatnika. Okno po lewej znajduje się w pokoju Oldacre’a. Można zajrzeć do niego z drogi. To jedyny fakt, który nie świadczy przeciwko McFarlane’owi. Lestrade’a nie było, ale jego najwyższy rangą policjant czynił honory domu. Właśnie odkryli cenną poszlakę. Spędzili cały ranek, przeszukując popioły, pozostałe po spalonym stosie drewna; poza zwęglonymi resztkami ciała znaleźli kilka odbarwionych metalowych krążków. Uważnie je obejrzałem: nie ulegało wątpliwości, że są to guziki od spodni. Udało mi się nawet dostrzec, że na jednym z nich widnieje nazwisko Hyams, tak nazywał się krawiec Oldacre’a. Później bardzo uważnie przeszukałem trawnik, ale nie znalazłem żadnych śladów, bo przez panującą suszę ziemia była twarda jak kamień. Nie udało mi się ustalić niczego poza tym, że ciało lub jakiś inny duży przedmiot zostały przeciągnięte przez niski ligustrowy żywopłot, który rósł wzdłuż składu drewna. Wszystko to, rzecz jasna, pasuje do oficjalnej teorii. Czołgałem się po trawniku w gorącym sierpniowym słońcu; po godzinie podniosłem się z kolan, nie dowiedziawszy się niczego. Zawiedziony, poszedłem do sypialni, by tam dokonać oględzin. Plamy krwi były niewielkie (znalazłem zaledwie smugi i przebarwienia), ale niewątpliwie świeże. Laskę już zabrali, ale na niej również nie było wyraźnych śladów. Nie ulega wątpliwości, że laska należy do naszego klienta. On sam to przyznał. Na dywanie widniały tylko ślady stóp obu mężczyzn, nie było żadnych innych, co również świadczy na niekorzyść naszego prawnika. Policja zdobywała więc kolejne punkty, a my nadal byliśmy w kropce. Zobaczyłem tylko jeden niewielki promyczek nadziei. Przejrzałem papiery z sejfu, większa część jego zawartości została wyjęta i rozłożona na stole. Dokumenty znajdowały się w zalakowanych kopertach. Jedną lub dwie z nich otworzyli policjanci. O ile mogłem to ocenić, te papiery nie przedstawiały wielkiej wartości, a wyciągi z konta bankowego bynajmniej nie wskazywały na to, że pan Oldacre był człowiekiem zamożnym. Wydało mi się jednak, że części papierów brakuje. Znalazłem odwołania do aktów notarialnych – być może bardziej wartościowych – których nie było. Rzecz jasna, gdyby udało nam się to udowodnić, argument Lestrade’a obróciłby się przeciwko niemu, któż bowiem kradłby coś, co miał niebawem odziedziczyć? Wreszcie, po otwarciu wszystkich kopert, w których nie natrafiłem na żaden trop, postanowiłem spróbować szczęścia w rozmowie z gospodynią, panią Lexington, drobną śniadą małomówną kobietą o podejrzliwych oczach, którymi wciąż strzelała na boki. Jestem przekonany, że gdyby chciała, mogłaby nam coś powiedzieć, milczała jednak jak grób. Owszem, wpuściła pana McFarlane do domu o wpół do dziesiątej. Żałuje, że nie uschła jej ręka, nim zdążyła to zrobić. Położyła się spać o wpół do jedenastej. Jej pokój znajduje się na drugim końcu domu, więc nie słyszała niczego, co wtedy zaszło. Pan McFarlane nie zabrał kapelusza, ona zaś obudziła się dopiero, kiedy wszczęto alarm z powodu pożaru. Jej biedny ukochany pan z pewnością padł ofiarą morderstwa. Czy miał wrogów? Każdy ich ma, jednak pan Oldacre trzymał się na uboczu, a jeżeli spotykał się z innymi, to jedynie w interesach. Widziała guziki i była przekonana, że pochodzą z ubrań, które zmarły miał na sobie poprzedniego wieczora.

Drewno ułożone w stos było bardzo suche, gdyż nie padało od miesiąca. Paliło się jak hubka, a kiedy dotarła na miejsce, nie było już widać nic prócz płomieni. Podobnie jak strażacy poczuła dobiegający z ognia swąd palonego ciała. Nie wie nic o papierach ani o prywatnych sprawach pana Oldacre. Oto, mój drogi Watsonie, sprawozdanie z porażki. A jednak... a jednak... – zacisnął ręce z emocji – wiem, że to nie wszystko. Czuję to w kościach. Coś nie wyszło jeszcze na jaw, i gospodyni o tym wie. Nadąsana, patrzyła na mnie wyzywająco, jakby strzegła mrocznej tajemnicy. Nie ma sensu więcej o tym mówić, Watsonie, ale jeśli nie pomoże nam szczęśliwy traf, obawiam się, że sprawa zniknięcia przedsiębiorcy budowlanego z Norwood nie trafi do kroniki naszych sukcesów, z którą wcześniej czy później będą musieli uporać się wytrwali czytelnicy.

– Sam wygląd McFarlane’a zdołałby z pewnością przekonać każdą ławę przysięgłych – stwierdziłem.

– To niepewny argument, mój drogi Watsonie. Czy pamiętasz tego straszliwego mordercę, Berta Stevensa, który chciał, byśmy doprowadzili do jego uniewinnienia w roku 1887? Czy kiedykolwiek widziałeś młodzieńca wyglądającego równie niewinnie, jakby właśnie wrócił ze szkółki niedzielnej?

– To fakt.

– Jeśli nie uda nam się stworzyć alternatywnej teorii, ten człowiek będzie zgubiony. Trudno wskazać błąd w stawianych przeciwko niemu argumentach, a im dalej postępuje śledztwo, tym stają się one mocniejsze. Choć, nawiasem mówiąc, znalazłem w papierach coś osobliwego, co może posłużyć nam za punkt wyjścia dla dalszych działań. Przeglądając wyciągi bankowe, odkryłem, że skromny stan konta wynikał przede wszystkim ze spieniężenia czeków na duże sumy, wystawionych w ciągu ostatniego roku na niejakiego Corneliusa. Przyznaję, że zaciekawiło mnie, kim może być ów człowiek, z którym emerytowany przedsiębiorca dokonywał tak kosztownych transakcji. Czy to możliwe, że brał udział w całej sprawie? Być może jest maklerem, nie znaleźliśmy jednak akcji, które odpowiadałyby wypłaconym kwotom. Ze względu na brak innych tropów, muszę wypytać w banku o dżentelmena, który spieniężył te czeki. Obawiam się jednak, mój drogi, że nasza sprawa znajdzie haniebny koniec: Lestrade powiesi naszego klienta, a Scotland Yard uzna to za swój sukces.

Nie wiem, czy Sherlock Holmes w ogóle spał tej nocy; kiedy zszedłem na dół na śniadanie, zauważyłem, że był blady i znękany, a jego jasne oczy wydawały się jeszcze bledsze, kontrastując z ciemnymi kręgami pod oczami. Dywan wokół fotela był pokryty niedopałkami papierosów i pierwszymi wydaniami porannych gazet, a na stole leżał otwarty telegram.

– Co o tym sądzisz, Watsonie? – spytał, rzucając mi arkusz papieru.

Telegram, nadany w Norwood, brzmiał następująco:

Pojawiły się nowe istotne dowody. Wina McFarlane’a dowiedziona ponad wszelką wątpliwość. Doradzam zakończenie śledztwa. LESTRADE.

 

– To brzmi poważnie – stwierdziłem.

– To przechwałki zwycięskiego inspektora – odparł Holmes z gorzkim uśmiechem – a jednak za wcześnie chyba kłaść krzyżyk na tej sprawie. Nowe istotne dowody to przecież obosieczna broń, która może zadać cios z innej strony niż ta, z której spodziewa się tego Lestrade. Zjedz śniadanie, Watsonie, a później pójdziemy i zobaczymy, co da się jeszcze zrobić. Czuję, że będę dziś potrzebował twego towarzystwa i moralnego wsparcia.

Mój przyjaciel nic nie zjadł; jedną z jego osobliwych cech była ta, że w chwilach wielkiego wzburzenia nie przyjmował żadnych pokarmów. Zdarzały się przypadki, gdy czerpał ze swej niezwykłej siły, dopóki nie zemdlał z niedożywienia.

– W tej chwili nie mogę zużywać fizycznej i psychicznej energii na trawienie – odpowiadał na moje lekarskie kazania. Nie byłem więc zdziwiony, że tego ranka wyruszył ze mną do Norwood, pozostawiwszy na stole nietknięty posiłek. Wokół Deep Dene House, który okazał się podmiejską willą, dokładnie taką, jak sobie wyobrażałem, wciąż kłębił się tłum gapiów. W bramie stał Lestrade, który wyszedł nam na spotkanie, pokraśniały z dumy po odniesionym zwycięstwie i rozkoszujący się swym triumfem.

– I jak, panie Holmes, czy dowiódł pan już, że byliśmy w błędzie? Znalazł pan swojego włóczęgę? – wykrzyknął.

– Nie rozstrzygnąłem jeszcze tej sprawy – odparł mój towarzysz.

– My zaś rozstrzygnęliśmy ją jeszcze wczoraj, i jak się okazało, prawidłowo, musi pan zatem przyznać, panie Holmes, że tym razem udało nam się go wyprzedzić.

– Niewątpliwie wygląda pan tak, jakby stało się coś niebywałego – stwierdził Holmes.

Lestrade zaśmiał się głośno.

– Nie lubi pan przegrywać, podobnie jak wszyscy – orzekł. – Nie sposób jednak zawsze wygrywać, prawda doktorze Watson? Chodźcie za mną, panowie, a sądzę, że uda mi się przekonać was, że to John McFarlane popełnił przestępstwo.

Policjant poprowadził nas korytarzem do znajdującego się za nim ciemnego holu.

– To tu przyszedł młody McFarlane, by odzyskać swój kapelusz po popełnieniu zbrodni – wyjaśnił. – A teraz popatrzcie na to. – Dramatycznym ruchem zapalił zapałkę, w której świetle ukazała się plama krwi widniejąca na bielonej wapnem ścianie. Był to wyraźny odcisk kciuka.

– Proszę obejrzeć go przez szkło powiększające, panie Holmes.

– To właśnie robię.

– Jest pan świadom, że nie ma dwóch identycznych odcisków palców?

– Słyszałem o tym.

– Proszę zatem porównać ten ślad z woskowym odlewem prawego kciuka pana McFarlane, który kazałem wykonać dziś rano.

Kiedy umieścił odcisk w wosku obok krwawego śladu, nie trzeba było szkła powiększającego, by stwierdzić, że niewątpliwie są to ślady tego samego kciuka. Byłem pewien, że nie ma już ratunku dla naszego nieszczęsnego klienta.

– To ostateczny dowód – stwierdził Lestrade.

– Ostateczny – niechcący powtórzyłem za nim.

– Owszem, ostateczny – potwierdził Holmes.

Ton, jakim to powiedział, przykuł moją uwagę i spowodował, że odwróciłem się, by na niego spojrzeć. W twarzy mego przyjaciela zaszła niezwykła zmiana – biła od niej radość, a oczy błyszczały jak gwiazdy. Wydawało mi się, że czyni rozpaczliwe wysiłki, by powstrzymać wybuch gromkiego śmiechu.

– A niech to, a niech to! – powiedział w końcu. – Kto by pomyślał? To jednak prawda, że pozory często mylą. A wyglądał na takiego miłego młodzieńca! To lekcja dla nas, by nie ufać zbyt łatwo swemu osądowi, prawda, panie Lestrade?

– Owszem, niektórzy z nas bywają zbyt zadufani w sobie, panie Holmes – odparł inspektor. Jego bezczelność była nie do zniesienia, ale trudno było go za to winić.

– Cóż za niezwykłe zrządzenie losu, że ten młody człowiek przycisnął swój prawy kciuk do ściany, zdejmując z kołka kapelusz. A jeśli głębiej się nad tym zastanowić, jakże naturalne jest takie zachowanie! – Holmes był na pozór spokojny, ale wiedziałem, że mówiąc, cały drżał od tłumionego podniecenia.

– A przy okazji, panie Lestrade, kto dokonał tego niezwykłego odkrycia?

– To gospodyni, pani Lexington, zwróciła na nie uwagę posterunkowego, który pełnił tu służbę w nocy.

– Gdzie on przebywał?

– Strzegł sypialni, w której zostało popełnione przestępstwo, by upewnić się, że nikt niczego tam nie tknie.

– Ale czemu policja nie zauważyła tego znaku wczoraj?

– Nie widzieliśmy powodu, by dokonać uważnych oględzin holu. Poza tym, jak pan widzi, ślad nie znajduje się w szczególnie widocznym miejscu.

– To prawda. Jak sądzę, nie ma wątpliwości, że ślad znajdował się tu również wczoraj?

Lestrade spojrzał na Holmesa jak na szaleńca. Przyznaję, że sam byłem zaskoczony zarówno dobrym humorem mego przyjaciela, jak i jego osobliwymi spostrzeżeniami.

– Czy sądzi pan, że McFarlane uciekł z więzienia w środku nocy, by dodatkowo wzmocnić obciążające go dowody? – spytał Lestrade. – Każdy ekspert na tym świecie przyzna, że to odcisk jego kciuka.

– Nie ma co do tego żadnych wątpliwości.

– I to wystarczy – stwierdził inspektor. – Panie Holmes, jestem człowiekiem praktycznym i po zebraniu dowodów wyciągam z nich wnioski. Jeśli nie ma pan nic do dodania, przejdę teraz do salonu, by napisać stosowny raport.

Holmes odzyskał panowanie nad sobą, choć wciąż dostrzegałem w jego twarzy ślady rozbawienia.

– Doprawdy, to bardzo smutne odkrycie, Watsonie – stwierdził. – A jednak jest w nim coś, co niesie ze sobą nadzieję dla naszego klienta.

– Miło mi to słyszeć – stwierdziłem szczerze. – Bałem się, że sprawa jest przegrana.

– Nie posunąłbym się do takiego stwierdzenia, drogi Watsonie. W gruncie rzeczy dowód, do którego nasz przyjaciel inspektor przywiązuje tak wielką wagę, ma bardzo poważny mankament.

– Jaki, Holmesie?

– Wiem z pewnością, że śladu nie było w holu wczoraj, kiedy go oglądałem. A teraz, Watsonie, przejdźmy się w słońcu.

Oszołomiony, ale z sercem na nowo przepełnionym nadzieją, towarzyszyłem memu przyjacielowi w spacerze po ogrodzie. Holmes podszedł po kolei do każdej ze ścian domu i bardzo uważnie obejrzał. Później wrócił do środka i zbadał cały budynek od piwnicy aż po strych. Większość pokoi nie była umeblowana, ale Holmes dokonał drobiazgowych oględzin wszystkich pomieszczeń. Wreszcie w korytarzu na najwyższym piętrze, który łączył ze sobą trzy niezamieszkałe sypialnie, znów zadygotał z radości.

– To doprawdy niezwykła sprawa, Watsonie – stwierdził. – Sądzę, że nadszedł czas, byśmy wtajemniczyli we wszystko naszego przyjaciela Lestrade’a. Zabawił się naszym kosztem i być może uda nam się odpłacić mu pięknym za nadobne, jeśli okaże się, że to ja rozwikłałem zagadkę. Tak, tak, myślę, że wiem, jak się do tego zabrać.

Inspektor Scotland Yardu wciąż siedział w salonie, zajęty pisaniem, kiedy Holmes mu przerwał.

– Rozumiem, że pisze pan raport z tej sprawy – stwierdził.

– Owszem.

– Nie sądzi pan, że nieco zbyt wcześnie na to? Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zebrane przez pana dowody nie są kompletne.

Lestrade zbyt dobrze znał mego przyjaciela, by zlekceważyć jego słowa. Odłożył pióro i spojrzał na niego z zaciekawieniem.

– Co pan ma na myśli, panie Holmes?

– Jedynie to, że jest jeszcze jeden istotny świadek, którego pan nie przesłuchał.

– Czy może pan go wezwać?

– Tak sądzę.

– Proszę więc to zrobić.

– Postaram się. Iloma funkcjonariuszami pan dysponuje?

– Trzech natychmiast przybiegnie na moje wezwanie.

– Znakomicie! – stwierdził Holmes. – Czy są to potężni zwinni ludzie o mocnych głosach?

– Nie mam co do tego wątpliwości, nie rozumiem jednak, co mają do rzeczy ich głosy.

– Być może uda mi się wyjaśnić panu tę i kilka innych spraw – stwierdził mój towarzysz. – Proszę wezwać swoich ludzi, a postaram się to zrobić.

Pięć minut później w holu zebrało się trzech policjantów.

– W szopie znajdą panowie mnóstwo słomy – powiedział Holmes. – Proszę, by przynieśli panowie do domu dwie wiązki. Sądzę, że odegra to wielką rolę w przesłuchaniu świadka, którego chcę wezwać. Dziękuję bardzo. Watsonie, zdaje się, że masz w kieszeni zapałki. A teraz proszę, by wszyscy panowie towarzyszyli mi na najwyższe piętro.

Jak już wspomniałem, biegł tamtędy długi korytarz, na który wychodziły drzwi trzech pustych sypialni. Holmes zaprowadził nas wszystkich na jeden jego koniec. Posterunkowi szczerzyli zęby w uśmiechu, a Lestrade wpatrywał się w mojego przyjaciela na przemian ze zdumieniem, wyczekiwaniem i kpiną. Holmes stanął przed nami z miną magika wykonującego sztuczkę.

– Czy mógłby pan posłać jednego ze swych ludzi po dwa wiadra wody? Proszę położyć słomę na podłodze w tym miejscu, tak, by nie dotykała żadnej ze ścian. Sądzę, że teraz jesteśmy gotowi.

Twarz Lestrade’a poczerwieniała z gniewu.

– W co się pan z nami bawi, panie Holmes? – spytał. – Jeśli coś pan wie, z pewnością może nam pan to powiedzieć bez tego całego przedstawienia.

– Zapewniam pana, zacny Lestrade, że mam znakomity powód, by robić to, co robię. Być może pamięta pan, jak strofował mnie kilka godzin temu, kiedy wydawało się, że to pan będzie górą, więc proszę nie odmawiać mi teraz prawa do odrobiny pompatyczności. Watsonie, czy mogę prosić, byś otworzył okno, a później przyłożył zapałkę do wiązki słomy?

Zrobiłem, o co prosił. Pchane strumieniem powietrza kłęby siwego dymu rozpełzły się po korytarzu, a sucha słoma trzeszczała i strzelała płomieniami.

– A teraz zobaczymy, czy uda się znaleźć pańskiego świadka, Lestrade. Czy mogę prosić, by panowie krzyknęli wszyscy razem: „Pali się!”? Na mój znak: raz, dwa, trzy...

– Pali się! – wrzasnęliśmy jednym głosem.

– Dziękuję. Proszę powtórzyć okrzyk.

– Pali się!

– I ostatni raz, panowie, wszyscy razem.

– Pali się! – ten krzyk musiał dotrzeć aż do Norwood.

Nim przebrzmiał, stało się coś niezwykłego. Na końcu korytarza, w ścianie, otworzyły się ukryte dotychczas drzwi, o których istnieniu nikt nie podejrzewał, a zza nich, niczym królik ze swej nory, wyskoczył mały zasuszony człowieczek.

– Kapitalnie! – stwierdził spokojnie Holmes. – Watsonie, wylej na słomę wiadro wody. Tyle starczy. Lestrade, proszę pozwolić, że przedstawię panu najważniejszego, nie przesłuchanego dotąd świadka, pana Jonasa Oldacre.

Detektyw wpatrywał się w nowo przybyłego w niemym zdumieniu, mężczyzna zaś mrugał, oślepiony przez jaskrawe światło oświetlające korytarz, i wpatrywał się w nas i w tlący się ogień. Miał odrażającą twarz – chytrą, okrutną i złośliwą, o rozbieganych, jasnoszarych oczach i białych rzęsach.

– O co tu chodzi? – spytał w końcu inspektor. – Co pan tu robił przez cały ten czas, hę?

Oldacre zaśmiał się nerwowo, cofając się przed wściekłą zaczerwieniona twarzą rozeźlonego detektywa.

– Nic złego.

– Nic złego? Zrobił pan, co w pańskiej mocy, by niewinny człowiek trafił na szubienicę. Gdyby nie obecny tu dżentelmen, być może by się to panu udało.

Odrażająca kreatura zaczęła skomleć:

– Ależ proszę pana, to był tylko dowcip!

– Ach tak? Dowcip? Obiecuję, że niedługo przestanie się pan śmiać. Zabierzcie go stąd i trzymajcie w salonie, dopóki nie przyjdę. Panie Holmes – ciągnął, kiedy policjanci wyprowadzili więźnia – nie mogłem powiedzieć tego w obecności swoich ludzi, ale przyznam przy doktorze Watsonie, że to pańskie największe dotychczasowe osiągnięcie, chociaż nie mam pojęcia, jak pan tego dokonał. Ocalił pan życie niewinnego człowieka i zapobiegł wybuchowi poważnego skandalu, który zrujnowałby moją reputację w policji.

Holmes uśmiechnął się i poklepał Lestrade’a po ramieniu.

– Szanowny panie, pańska reputacja nie dozna uszczerbku, wręcz przeciwnie: znacznie zyska. Proszę wprowadzić jedynie kilka poprawek w swym raporcie, a pańscy przełożeni zobaczą, że z inspektorem Lestradem trzeba się liczyć.

– Nie chce pan, by pojawiło się tam pańskie nazwisko?

– W żadnym razie. Dla mnie nagrodą jest sama praca. Być może kiedyś zdobędę należne mi uznanie, jeśli ponownie pozwolę memu gorliwemu kronikarzowi przelać nasze przygody na papier, prawda, Watsonie? A teraz zobaczmy, gdzie ukrywał się ten szczur.

Sześć stóp przed końcem korytarza postawiono ściankę z listewek i gipsu ze zmyślnie zamaskowanymi drzwiczkami. Od wewnątrz oświetlały ją szpary pod okapem, znajdowało się w niej także kilka mebli, zapasy jedzenia i wody oraz książki i papiery.

– Oto zaleta bycia budowlańcem – stwierdził Holmes, kiedy stamtąd wyszliśmy. – Ten człowiek zdołał stworzyć dla siebie kryjówkę bez pomocy żadnego wspólnika poza oczywiście, jego nieocenioną gospodynią, którą także radzę się panu zająć, Lestrade.

– Postąpię zgodnie z pańską sugestią. Ale jak pan odkrył to miejsce, panie Holmes?

– Uznałem, że ten człowiek ukrył się gdzieś w domu. Kiedy zauważyłem, że jeden z korytarzy jest o sześć stóp krótszy od przebiegającego poniżej, stało się dla mnie jasne, gdzie należy go szukać. Pomyślałem, że nie zdoła wysiedzieć tam spokojnie, kiedy usłyszy, że wybuchł pożar. Rzecz jasna, mogliśmy wtargnąć do środka i go aresztować, uznałem jednak, że zabawniej będzie zmusić go, by sam się ujawnił. Poza tym, Lestrade, należał mi się rewanż za pańskie poranne uwagi.

– Cóż, niewątpliwie wyrównał pan ze mną rachunki. Ale skąd wiedział pan, że Oldacre przebywa w domu?

– Dzięki odciskowi kciuka, Lestrade. Stwierdził pan, że to ostateczny dowód, i istotnie tak było, lecz w zupełnie innym sensie. Wiedziałem, że śladu nie było w tym miejscu dzień wcześniej. Jak być może pan zauważył, przywiązuję wielką wagę do szczegółów. Po obejrzeniu holu byłem pewien, że ściana jest czysta. Wynikało z tego, że ślad pojawił się w nocy.

– Ale jak?

– Bardzo prosto. Podczas lakowania kopert Jonas Oldacre poprosił McFarlane’a, by odcisnął swój kciuk w miękkim wosku. Młody człowiek zrobił to szybko i naturalnie, zapominając o tym niemal natychmiast. Zapewne stało się to przypadkiem, a sam Oldacre nie miał jeszcze wtedy pojęcia, do czego wykorzysta odcisk. Kiedy jednak rozmyślał nad sprawą w swej norze, przyszło mu do głowy, jak obciążający dowód przeciwko McFarlane’owi może stworzyć za pomocą takiego śladu. Nie było nic prostszego niż zdjęcie odcisku z laku, zwilżenie go krwią, której utoczył sobie z palca, i odbicie go w nocy na ścianie, samemu lub z pomocą gospodyni. Jeśli przejrzy pan dokumenty, które zabrał do swej kryjówki, mogę się założyć, że znajdzie pan pośród nich pieczęć z odciskiem kciuka.

– Cudownie! – stwierdził Lestrade. – Cudownie! Kiedy wyłożył pan wszystko w taki sposób, sprawa stała się przejrzysta jak kryształ. Jaki jednak był cel tego przemyślnego podstępu, panie Holmes?

Zabawnie było patrzeć, jak detektyw z postawy pełnej wyższości przeszedł do tonu dziecka zadającego pytania nauczycielowi.

– Cóż, nietrudno to wyjaśnić. Dżentelmen, który czeka na nas na dole jest niezwykle złośliwym i mściwym osobnikiem. Czy wie pan, że został niegdyś odtrącony przez matkę McFarlane’a? Nie wiedział pan! Mówiłem panu, że należy pojechać najpierw do Blackheath, dopiero później do Norwood. Zniewaga, za jaką uznał ten fakt, jątrzyła jego niegodziwy podstępny umysł, i przez całe życie pragnął zemsty, nigdy jednak nie miał do niej sposobności. W ciągu ostatnich dwóch lat sprawy przestały układać się po jego myśli – zapewne ze względu na potajemną spekulację – i nasz budowlaniec znalazł się w kłopocie. Postanowił oszukać swych wierzycieli i w tym celu wypłacił czeki na dużą kwotę niejakiemu Corneliusowi. Sądzę, że był to on sam ukryty pod innym nazwiskiem. Nie prześledziłem jeszcze losu tych czeków, ale nie mam wątpliwości, że Oldacre wpłacał je na to nazwisko do banku w jakimś prowincjonalnym miasteczku, w którym prowadził podwójne życie. Zamierzał na dobre zmienić tożsamość, pobrać pieniądze, zniknąć i zacząć życie od nowa w innym mieście.

– To całkiem prawdopodobne.

– Wpadł na pomysł, że znikając, mógłby zmylić pogoń, a jednocześnie dokonać okrutnej zemsty na swej dawnej ukochanej, pozorując morderstwo dokonane przez jej jedyne dziecko. Było to arcydzieło zbrodni, a on rozegrał je po mistrzowsku. Pomysł z testamentem, który posłużyłby oczywistym motywem do zabójstwa, potajemna wizyta, o jakiej nie wiedzieli nawet rodzice młodzieńca, zabranie laski, krew i szczątki zwierząt oraz guziki w stosie drewna – wszystko to było godne podziwu. Jeszcze kilka godzin temu wydawało mi się, że z tej sieci nie ma ucieczki. Oldacre był jednak pozbawiony najważniejszego daru cechującego artystów, nie wiedział, kiedy przestać. Chciał poprawić to, co było doskonałe, mocniej zaciskając pętlę wokół szyi swej nieszczęsnej ofiary, i przez to wszystko zepsuł. Zejdźmy na dół, Lestrade. Chciałbym zadać mu jeszcze kilka pytań.

Złośliwy człowieczek siedział we własnym salonie otoczony policjantami.

– To był dowcip, proszę pana, tylko dowcip, nic więcej! – skomlał bez przerwy. – Zapewniam pana, że ukryłem się tylko po to, by sprawdzić, jaki będzie skutek mego zniknięcia. Nie był pan chyba tak niesprawiedliwy i nie sądził, że pozwolę, by biednemu młodemu panu McFarlane stała się jakaś krzywda!

– O tym zdecydują przysięgli – stwierdził Lestrade. – Z pewnością postawimy panu zarzut jeśli nie usiłowania zabójstwa, to przynajmniej spisku.

– A pańscy wierzyciele zapewne zajmą konto pana Corneliusa – dodał Holmes.

Człowieczek wzdrygnął się i zwrócił swe złośliwe oczka ku memu przyjacielowi.

– Doprawdy, mam za co panu dziękować – stwierdził. – Być może pewnego dnia zdołam spłacić swój dług.

Holmes uśmiechnął się z pobłażaniem.

– Sądzę, że przez kilka najbliższych lat będzie pan bardzo zajęty – odparł. – A przy okazji, co położył pan na stosie drzewa obok swych starych spodni? Czy był to martwy pies czy króliki? Nie chce pan powiedzieć? To wielce nieuprzejme z pana strony! Sądzę, że para królików wyjaśnia zarówno krew, jak i zwęglone szczątki. Watsonie, jeśli kiedykolwiek będziesz pisać o tej sprawie, wspomnij o królikach.

Rozdział trzeci

 

Tańczące sylwetki

 
 

Holmes od kilku godzin siedział, pochylając swe długie szczupłe plecy nad naczyniem chemicznym, w którym warzył jakiś szczególnie cuchnący dekokt. Z głową opuszczoną na piersi przypominał mi dziwnego chudego ptaka o matowym szarym upierzeniu z czarną kitą na czubku głowy.

– A zatem, Watsonie – powiedział nagle – odradzasz inwestowanie w południowoafrykańskie papiery wartościowe?

Wzdrygnąłem się ze zdziwienia. Choć byłem przyzwyczajony do osobliwych zdolności mego przyjaciela, takie nagłe wtargnięcie w moje najskrytsze myśli było całkowicie niewytłumaczalne.

– Skąd o tym wiesz, u licha? – spytałem.

Obrócił się na stołku z dymiącą probówką w dłoniach i błyskiem rozbawienia w głęboko osadzonych oczach.

– Przyznaj, Watsonie, że zupełnie cię zaskoczyłem – powiedział.

– Przyznaję.

– Powinienem kazać ci podpisać oświadczenie w tej sprawie.

– Dlaczego?

– Za pięć minut stwierdzisz, że to absurdalnie proste.

– Jestem pewien, że tego nie powiem.

– Widzisz, drogi Watsonie – odstawił probówkę na stojak i zaczął wygłaszać wykład z miną profesora zwracającego się do swych studentów. – Doprawdy, nietrudno jest wyciągnąć serię wniosków, z których każdy zależy od poprzedniego, a każdy jest prosty sam w sobie. Jeśli po dokonaniu takiego rozumowania usunie się wnioski pośrednie i przedstawi słuchaczom jedynie początek i koniec, można osiągnąć oszałamiający, choć powierzchowny efekt. Dlatego po oględzinach bruzdy pomiędzy twym lewym kciukiem a palcem wskazującym uzyskałem pewność, że nie zamierzasz inwestować swego niewielkiego kapitału w złotonośne pola.

– Nie widzę związku.

– To wielce prawdopodobne, ja jednak mogę szybko go wykazać. Oto brakujące ogniwa tego prostego łańcucha. Po pierwsze, gdy wróciłeś z klubu ostatniej nocy, miałeś ślady kredy między lewym kciukiem a palcem wskazującym. Po drugie, wsuwasz tam kredę, kiedy grasz w bilard, by podtrzymać kij. Po trzecie, w bilard grywasz jedynie z Thurstonem. Po czwarte, cztery tygodnie temu powiedziałeś mi, że Thurston ma opcje na udziały w jakiejś nieruchomości w Afryce Południowej, które wygasną za miesiąc i którymi chciał się z tobą podzielić. Po piąte, twoja książeczka czekowa spoczywa w mej zamkniętej szufladzie, a nie poprosiłeś mnie o klucz. Po szóste, nie zamierzasz inwestować pieniędzy w ten sposób.

– Ależ to absurdalnie proste! – wykrzyknąłem.

– Zgadza się – przyznał mój przyjaciel, nieco poirytowany. – Każdy problem staje się dziecinny, kiedy ci go wyjaśnię. Oto jeden niewyjaśniony. Sprawdź, co uda ci się z tego wywnioskować, Watsonie – rzucił na stół arkusz papieru i powrócił do swej analizy chemicznej.

Spojrzałem ze zdumieniem na absurdalne hieroglify pokrywające papier.

– Ależ Holmesie, to dziecięce bazgroły! – wykrzyknąłem.

– Tak ci się wydaje!

– Co innego może to być?

– Tego właśnie pragnie się dowiedzieć pan Hilton Cubitt z Riding Thorpe Manor w hrabstwie Norfolk. Ta drobna zagadka nadeszła poranną pocztą, a jej autor ma przyjechać następnym pociągiem. Oto dzwonek do drzwi, Watsonie, i nie zdziwiłbym się, gdyby to był nasz klient.

Na schodach rozbrzmiały ciężkie kroki, a chwilę później do pokoju wszedł wysoki ogorzały, gładko wygolony dżentelmen, którego błyszczące oczy i rumiane policzki świadczyły, że pędzi życie z dala od mgieł Baker Street. Odniosłem wrażenie, że wchodząc, przyniósł ze sobą powiew czystego, świeżego, orzeźwiającego powietrza ze wschodniego wybrzeża. Uścisnął ręce nam obu, i już miał usiąść, kiedy jego wzrok spoczął na kartce pokrytej osobliwymi rysunkami, którą przed chwilą oglądałem, a później zostawiłem na stole.

– I jak, panie Holmes, co pan o nich sądzi? – wykrzyknął. – Powiedziano mi, że lubi pan osobliwe zagadki, a nie sądzę, by istniała dziwniejsza od tej. Wysłałem wiadomość wcześniej, by miał pan czas zapoznać się z nią przed moim przyjazdem.

– To istotnie dość interesujący wytwór – przyznał Holmes. – Na pierwszy rzut oka wydaje się dziecinnym żartem. Składa się z pewnej liczby absurdalnych małych sylwetek, tańczących na papierze. Dlaczego przywiązuje pan wagę do takiego groteskowego rysunku?

– Nie przyszłoby mi to nawet do głowy, panie Holmes, ale moja żona uważa, że jest to bardzo ważne, i śmiertelnie się tego boi. Dlatego chcę dogłębnie zbadać tę sprawę.

Holmes uniósł arkusik papieru i popatrzył na niego pod światło. Była to kartka wydarta z notatnika, pokryta rysunkami, wykonanymi ołówkiem. Tak one wyglądały:

 

Holmes przez pewien czas przyglądał się rysunkowi, potem ostrożnie go złożył i umieścił w swym notesie.

– Sprawa może być bardzo interesująca i niezwykła – podsumował. – Panie Cubitt, w swym liście podał pan kilka szczegółów, byłbym jednak zobowiązany, gdyby pan był tak dobry i powtórzył je mojemu przyjacielowi doktorowi Watsonowi.

– Nie jestem biegły w opowiadaniu – stwierdził nasz gość, nerwowo splatając i rozplatając swe wielkie silne ręce. – Proszę pytać mnie o wszystko, czego nie przedstawię dość jasno. Zacznę od mego małżeństwa, zawartego w zeszłym roku. Najpierw jednak chcę powiedzieć, że choć nie jestem bogaty, moja rodzina mieszka w Riding Thorpe od przeszło pięciuset lat, a w hrabstwie Norfolk nie ma rodu cieszącego się większym poszanowaniem. W zeszłym roku przyjechałem do Londynu na obchody jubileuszu panowania królowej Wiktorii i zatrzymałem się w pensjonacie przy Russell Square, gdyż wybrał go Parker, wikary z naszej parafii. Mieszkała tam młoda Amerykanka, nazywała się Patrick, Elsie Patrick. Zaprzyjaźniliśmy się, a nim minął miesiąc, byłem w niej zakochany nad życie. Wzięliśmy cichy ślub cywilny i wróciliśmy do Norfolk jako małżeństwo. Panie Holmes, zapewne uzna pan za szaleństwo, że potomek dobrej rodziny ożenił się, nie wiedząc nic o przeszłości ani o krewnych swej wybranki, jednak gdyby mógł pan zobaczyć i poznać moją małżonkę, z pewnością by mnie zrozumiał. Elsie nigdy nie ukrywała tego, co myśli. Muszę przyznać, że na każdym kroku dawała mi możliwość wycofania się, gdybym tylko tego chciał. „Zawarłam w życiu kilka nieciekawych znajomości – wyznała – i chciałabym o nich zapomnieć. Wolałabym nie wspominać o przeszłości, gdyż jest ona dla mnie bardzo bolesna. Hiltonie, jeśli się ze mną ożenisz, zyskasz małżonkę, która nie ma się czego wstydzić, ale będziesz musiał uwierzyć mi na słowo i pozwolić mi pominąć milczeniem wszystko, co działo się przed naszym ślubem. Jeśli te warunki są dla ciebie nie do przyjęcia, wróć do Norfolk i pozwól mi dalej żyć samotnym życiem, jakie prowadziłam, nim cię poznałam”. Powiedziała mi to dopiero w przeddzień naszego ślubu. Odparłem, że z radością przyjmę ją na jej warunkach, i dotrzymałem słowa. Jesteśmy małżeństwem od około roku. Byliśmy bardzo szczęśliwi, jednak jakiś miesiąc temu, pod koniec czerwca, dostrzegłem pierwsze zwiastuny kłopotów. Pewnego dnia moja żona otrzymała list z Ameryki. Zauważyłem amerykański znaczek. Gdy zobaczyła kopertę, zbladła jak ściana, przeczytała list i wrzuciła go do ognia. Nie wspominała o nim, ja również o nic nie pytałem – wszak jej to obiecałem – jednak od tamtej chwili nie przeżyła spokojnie ani chwili. Na jej twarzy ciągle malują się strach i wyczekiwanie. Powinna mi zaufać, przekonałaby się, że jestem jej najlepszym przyjacielem. Jednak póki mi o wszystkim nie powie, nie mogę dodać niczego więcej. Podkreślam jednak, panie Holmes, że to prawdomówna kobieta i żadne problemy, jakie mogła mieć w dawnym życiu, nie wyniknęły z jej winy. Jestem tylko skromnym ziemianinem z Norfolk, ale nie ma w Anglii człowieka, który ceniłby honor swego rodu bardziej niż ja. Elsie dobrze o tym wie, i była tego świadoma, zanim jeszcze za mnie wyszła. Nigdy nie splamiłaby mego nazwiska, tego jestem pewien. Teraz dochodzimy do osobliwej części mojej opowieści. Mniej więcej tydzień temu, w zeszły wtorek, odkryłem na jednym z parapetów absurdalne tańczące sylwetki, takie jak te na rysunku. Były nabazgrane kredą. Myślałem, że narysował je stajenny, chłopak jednak przysiągł, że nic o tym nie wie. Tak czy inaczej, pojawiły się w nocy. Zmyłem je i dopiero później opowiedziałem o wszystkim mojej żonie. Ku memu zaskoczeniu potraktowała sprawę bardzo poważnie i błagała mnie, bym pokazał jej nowe rysunki, jeśli się pojawią. Przez tydzień nie było kolejnych bazgrołów, aż wczoraj rano znalazłem tę kartkę leżącą na zegarze słonecznym w ogrodzie. Kiedy pokazałem ją Elsie, padła zemdlona. Od tej chwili wygląda, jakby chodziła we śnie, jest półprzytomna, a w jej oczach czai się strach. Dlatego napisałem do pana i przesłałem panu tę kartkę, panie Holmes. Nie mogłem pójść z tym na policję, bo wyśmialiby mnie, ale liczę, że pan mi powie, co robić. Nie jestem bogaty, ale jeśli mojej żonie zagraża niebezpieczeństwo, wydam ostatni grosz, by ją ochronić.

Ten uczciwy potomek starego angielskiego rodu był dobrym człowiekiem, prostym i łagodnym; miał duże niebieskie oczy o poważnym spojrzeniu i krągłą urodziwą twarz, z której aż biła miłość do żony i zaufanie do niej. Holmes wysłuchał jego opowieści z wytężoną uwagą, a później przez chwilę siedział, pogrążony w myślach.

– Czy nie sądzi pan, panie Cubitt – stwierdził w końcu – że najlepiej byłoby zwrócić się bezpośrednio do pańskiej małżonki i poprosić ją, by zdradziła panu swój sekret?

Hilton Cubitt potrząsnął swą masywną głową.

– Dałem słowo, panie Holmes. Gdyby Elsie chciała mi o tym powiedzieć, już by to zrobiła. Skoro tak nie jest, nie zamierzam siłą wydobywać z niej zwierzeń. Mam powody, by tak właśnie postępować, i nie zamierzam się z tego wycofywać.

– Skoro tak pan stawia sprawę, pomogę panu, jak tylko będę mógł. Po pierwsze, czy słyszał pan, by w okolicy pojawili się jacyś obcy?

– Nie.

– Podejrzewam, że mieszka pan w bardzo odludnym miejscu, gdzie każda nowa twarz wywołałaby komentarze?

– W najbliższej okolicy owszem, jednak niedaleko znajduje się kilka niewielkich uzdrowisk, a farmerzy wynajmują pokoje.

– Te hieroglify z pewnością mają jakiś sens. Jeśli jest jednak jakaś metoda ich odczytania, na pewno zdołamy ją odkryć. Nie jestem jednak w stanie nic zrobić z tak krótką próbką, a fakty, które mi pan przedstawił, są tak mało konkretne, że nie dają punktu wyjścia dla śledztwa. Proponuję, by wrócił pan do Norfolk, zachował czujność i dokładnie przerysowywał wszystkie tańczące sylwetki, jakie się pojawią. Bardzo żałuję, że nie dysponujemy kopią rysunku wykonanego kredą na parapecie. Proszę też dyskretnie wypytać o obcych, którzy ostatnio pojawili się w sąsiedztwie. Jeśli zdobędzie pan nowe informacje, proszę znów do mnie przyjechać. To najlepsza rada, jakiej mogę panu udzielić, panie Cubitt. Jeśli sytuacja będzie wymagała szybkiej interwencji, niezwłocznie przyjadę do pana do Norfolk.

Po spotkaniu Sherlock Holmes był bardzo zamyślony, a w ciągu kolejnych kilku dni nieraz widziałem, jak wyjmuje kawałek papieru ze swego notatnika i długo i przenikliwie przygląda się wyrysowanym na nim sylwetkom. Nie wspominał jednak o tej sprawie aż do pewnego popołudnia około dwóch tygodni później. Zawołał mnie, kiedy wychodziłem.

– Lepiej zostań, Watsonie.

– Dlaczego?

– Dostałem telegram od Hiltona Cubitta. Pamiętasz tego człowieka od tańczących sylwetek? Miał przyjechać na Liverpool Street o pierwszej dwadzieścia. Może tu być w każdej chwili. Z treści jego listu wnoszę, że wydarzyło się coś ważnego.

Nie musieliśmy długo czekać, nasz znajomy ziemianin z Norfolk przyjechał dorożką co koń wyskoczy wprost ze stacji. Wyglądał na zmartwionego i przygnębionego, miał zmęczone oczy i zmarszczone czoło.

– Cała ta sprawa zaczyna działać mi na nerwy, panie Holmes – powiedział, opadając w fotel, jakby był czymś wyczerpany. – Nie wystarczy, że otaczają nas nieznani niewidzialni ludzie, którzy mają w stosunku do nas jakieś plany. Kiedy okazuje się, że moja żona jest przez to bliska śmierci, rzecz staje się nie do zniesienia. Ona gaśnie na moich oczach!

– Czy rozmawiała z panem na ten temat?

– Nie, panie Holmes. Widziałem, że chciała coś powiedzieć, lecz nie mogła się zebrać na odwagę. Próbowałem jej pomóc, ale robiłem to tak niezręcznie, że tylko ją wystraszyłem. Zaczęła mówić o mym starym rodzie, jego reputacji w naszym hrabstwie i naszej dumie z niesplamionego honoru. Za każdym razem wydawało mi się, że do czegoś zmierza, ale zawsze przerywała, nim udało jej się cokolwiek wyjaśnić.

– A czy pan zdołał się czegoś dowiedzieć?

– Wielu rzeczy, panie Holmes. Mam dla pana kilka nowych rysunków tańczących sylwetek, a co najważniejsze, widziałem tego człowieka.

– Mężczyznę, który je rysuje?

– Tak, widziałem go przy pracy. Ale opowiem panu wszystko po kolei. Po tym, jak wróciłem od pana, pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem rano, był kolejny rysunek. Tańczące sylwetki wyrysowano kredą na czarnych drewnianych drzwiach szopki, stojącej obok trawnika tak, że widać ją z frontowych okien. Dokładnie skopiowałem rysunek. Oto i on. – Rozłożył kartkę i położył ją na stole. Hieroglify wyglądały tak:

 

– Znakomicie – stwierdził Holmes. – Znakomicie! Proszę mówić dalej.

– Po sporządzeniu kopii starłem znaki, ale rankiem dwa dni później pojawił się kolejny rysunek. Oto on:

 

Holmes zatarł ręce i zaśmiał się radośnie, mówiąc:

– Szybko przybywa nam materiałów.

– Trzy dni później znalazłem kolejny liścik nabazgrany na skrawku papieru i umieszczony pod kamieniem na zegarze słonecznym. Oto on. Jak pan widzi, postacie wyglądają tak samo, jak na poprzednim. Po tym wydarzeniu postanowiłem się zaczaić na intruza. Nabiłem więc rewolwer i usiadłem w gabinecie, którego okna wychodzą na trawnik i ogród. Około drugiej w nocy, kiedy siedziałem przy oknie, a na dworze było ciemno i widać było jedynie światło księżyca, usłyszałem za sobą kroki. Była to moja żona ubrana w szlafrok. Błagała mnie, bym wrócił do łóżka. Szczerze wyznałem, że chcę zobaczyć, kto wyczynia takie absurdalne rzeczy. Odpowiedziała, że to jakiś bezsensowny dowcip i że nie powinienem zwracać na niego uwagi.

– Jeśli naprawdę ci to przeszkadza, Hiltonie, możemy wybrać się w podróż, by uniknąć tych przykrości.

– Co takiego? Jakiś kawalarz miałby wykurzyć nas z domu? – odpowiedziałem. – Stalibyśmy się pośmiewiskiem całego hrabstwa!

– Chodź do łóżka – poprosiła – a porozmawiamy o tym rano.

– Nagle, jeszcze nim skończyła mówić, zauważyłem, jak jej twarz widoczna w świetle księżyca jeszcze bardziej zbladła, a jej ręka zacisnęła się na mym ramieniu. Coś poruszało się w cieniu szopki. Zauważyłem ciemną sylwetkę, która zakradła się zza rogu i przycupnęła pod drzwiami. Chwyciłem pistolet i już miałem wybiec do ogrodu, kiedy żona oplotła mnie ramionami i przytrzymała rozpaczliwie. Próbowałem się jej wyrwać, ale desperacko do mnie przylgnęła. W końcu udało mi się uwolnić, ale nim otworzyłem drzwi i wybiegłem z domu, nieznajomego już nie było. Zostawił jednak po sobie ślad: na drzwiach szopki widniała taka sama grupa tańczących ludzików, jaka pojawiła się przedtem dwa razy i jaką przerysowałem na tę kartkę. Nie znalazłem żadnego innego śladu po nim, choć przeszukałem całą posiadłość. A jednak, choć to zadziwiające, przez cały czas musiał być w pobliżu, bo kiedy rankiem znów obejrzałem drzwi, okazało się, że narysował kolejne sylwetki pod rządkiem, który widziałem już wcześniej.

– Czy ma pan ten nowy rysunek?

– Tak. Jest bardzo krótki, ale sporządziłem jego kopię. Oto on. – Wyciągnął kartkę.

Nowy taniec wyglądał następująco:

 

– Proszę mi powiedzieć – odezwał się Holmes, a w jego oczach wyczytałem wielkie poruszenie – czy był to jedynie dodatek do pierwszego rysunku, czy też wydawał się zupełnie oddzielny?

– Znajdował się na innej desce na drzwiach.

– Znakomicie! Ten rysunek jest najistotniejszy dla naszych celów. Napełnia mnie nadzieją. A teraz, panie Cubitt, proszę kontynuować swą niezwykle zajmującą opowieść.

– Nie mam nic do dodania, panie Holmes, poza tym, że rozgniewałem się na żonę za to, że mnie przytrzymała, kiedy mogłem złapać tego łajdaka. Powiedziała, że bała się, że może zrobić mi krzywdę. Przez chwilę pomyślałem, że być może obawiała się w gruncie rzeczy, że to ja mogę zranić jego, gdyż nie wątpiłem, że wiedziała, kim jest ten mężczyzna i co oznaczają te dziwne znaki. Mimo wszystko, panie Holmes, ton jej głosu i spojrzenie pozbawiły mnie wszelkich wątpliwości, jestem pewien, że istotnie troszczyła się o moje bezpieczeństwo. Oto cała historia. Teraz chciałbym, żeby poradził mi pan, co robić. Gdyby to ode mnie zależało, ukryłbym w krzakach z pół tuzina robotników z farmy, by spuścili mu takie manto, gdy się znów pojawi, żeby na przyszłość zostawił nas w spokoju.

– Obawiam się, że sprawa jest zdecydowanie zbyt skomplikowana na takie proste rozwiązania – stwierdził Holmes. – Jak długo może pan zostać w Londynie?

– Muszę wrócić jeszcze dzisiaj. Za nic w świecie nie zostawiłbym żony samej na całą noc. Jest bardzo wzburzona i błagała mnie, bym szybko wracał.

– Zapewne ma pan rację, jednak jeśli byłby pan skłonny się tu zatrzymać, sądzę, że za dzień lub dwa będę mógł pojechać na miejsce razem z panem. Póki co, proszę zostawić mi papiery, a bardzo możliwe, że niebawem uda mi się złożyć panu wizytę i wyjaśnić tę sprawę.

Sherlock Holmes zachowywał spokojną i profesjonalną postawę aż do wyjścia naszego gościa, znałem go jednak dobrze, widziałem więc, że jest głęboko poruszony. Kiedy tylko szerokie plecy Hiltona Cubitta zniknęły za drzwiami, mój przyjaciel podbiegł do stołu, rozłożył przed sobą wszystkie kartki zawierające rysunki tańczących sylwetek i rozpoczął zawiłe drobiazgowe obliczenia. Przez dwie godziny patrzyłem, jak pokrywa kolejne arkusze papieru literami i cyframi, tak pochłonięty działaniem, że najwyraźniej zapomniał o mojej obecności. Niekiedy robił postępy – wówczas gwizdał i podśpiewywał przy pracy – w innych momentach gubił trop i przez długie chwile siedział ze zmarszczonym czołem, patrząc przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. Wreszcie zerwał się z krzesła z okrzykiem zadowolenia i zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju, zacierając ręce. Później wziął formularz, na którym napisał długi telegram, i powiedział:

– Jeśli dostaniemy taką odpowiedź, jakiej się spodziewam, będziesz mógł dodać do swej kolekcji bardzo ciekawą sprawę, Watsonie. Sądzę, że jutro pojedziemy do Norfolk i zawieziemy naszemu przyjacielowi pewne informacje o tym, co go martwi.

Przyznaję, że rozpierała mnie ciekawość, wiedziałem jednak, że Holmes lubił dzielić się swą wiedzą, jak i kiedy chciał, czekałem więc, aż uzna za stosowne wtajemniczyć mnie w całą sprawę.

Długo nie otrzymywaliśmy odpowiedzi, przez dwa dni czekaliśmy z niecierpliwością, a Holmes nadstawiał ucha przy każdym dzwonku do drzwi. Wieczorem drugiego dnia nadszedł list od Hiltona Cubitta. Nie miał dla nas nowych informacji poza tym, że tego ranka na postumencie zegara słonecznego pojawił się duży rysunek. Nasz klient załączył jego kopię:

 

Holmes na kilka minut pochylił się nad tym groteskowym szlaczkiem, a później nagle zerwał się na równe nogi z okrzykiem zaskoczenia i przerażenia. Na jego twarzy odbił się niepokój.

– Pozwoliliśmy tej sprawie zabrnąć wystarczająco daleko – stwierdził. – Czy dziś wieczorem jest pociąg do North Walsham?

Sprawdziłem w rozkładzie. Ostatni właśnie odjechał.

– W takim razie zjemy jutro wczesne śniadanie i pojedziemy pierwszym porannym pociągiem – stwierdził Holmes. – Sprawa pilnie wymaga naszej obecności. Ach, a oto i telegram, którego oczekiwałem. Chwileczkę, pani Hudson, być może będę chciał nadać odpowiedź. Nie, treść jest taka, jak się spodziewałem. Ta wiadomość potwierdza, że powinniśmy niezwłocznie powiadomić Hiltona Cubitta o rozwoju sytuacji. Nasz ziemianin z Norfolk uwikłał się w niezwykłą i niebezpieczną sieć.

Istotnie, przypuszczenia Holmesa się potwierdziły, a kiedy zbliżam się do mrocznego zakończenia opowieści, która na początku wydawała mi się jedynie dziecinną i dziwaczną zabawą, ponownie odczuwam przerażenie, które mnie wówczas ogarnęło. Wolałbym przedstawić czytelnikom szczęśliwe zakończenie, opisuję jednak fakty, muszę zatem opowiedzieć o mrocznym ogniwie w łańcuchu zdarzeń, które na pewien czas uczyniło Riding Thorpe Manor sławnym w całej Anglii.

Ledwie wysiedliśmy na North Walsham i wspomnieliśmy o tym, dokąd jedziemy, podszedł do nas zawiadowca.

– Jesteście, panowie, detektywami z Londynu? – spytał.

Przez twarz Holmesa przemknął cień irytacji.

– Czemu pan tak sądzi?

– Przed chwilą przejeżdżał tędy inspektor Martin z Norwich. Ale może jesteście, panowie, chirurgami. Ona żyje, a przynajmniej żyła według ostatnich relacji. Być może zdążycie, panowie, ją uratować, choć tylko po to, by trafiła na szubienicę.

Holmes się nachmurzył.

– Jedziemy do Riding Thorpe Manor – przyznał – ale nie słyszeliśmy o tym, co tam zaszło.

– To straszna sprawa – stwierdził kolejarz. – Oboje padli od kul. Ona strzeliła do niego, a później do siebie, tak mówią służący. On nie żyje, jej nie dają wielkich nadziei. A to przecież jeden z najstarszych i najszacowniejszych rodów w Norfolk!

Holmes bez słowa pośpieszył do powozu i przez siedem mil drogi nie otworzył ust. Niewiele razy widziałem go równie przygnębionego. Był niespokojny przez całą drogę z miasteczka, zauważyłem też, że choć przedtem z napięciem czytał poranne gazety, fakt, że jego obawy były uzasadnione, wprawił go w melancholię. Oparł się na siedzeniu, zatopiony w ponurych myślach. Wokół było jednak mnóstwo interesujących rzeczy – przejeżdżaliśmy przez jeden z najwspanialszych angielskich obszarów, którego obecni obywatele mieszkali w nielicznych, rozsianych po okolicy domach, a o dawnej świetności Anglii Wschodniej świadczyły olbrzymie kościoły o kwadratowych wieżach, wyrastające tu i ówdzie pośród płaskiego zielonego krajobrazu. Wreszcie za zielonym wybrzeżem Norfolk pojawiły się fioletowe fale Morza Północnego, a woźnica wskazał biczem dwa dachy z cegły i drewna, wystające ponad linię drzew.

– Oto Riding Thorpe Manor – wyjaśnił.

Kiedy podjechaliśmy do okolonych portykiem drzwi frontowych, zauważyłem przed nimi, obok kortu tenisowego, czarną szopkę i stojący na postumencie zegar słoneczny, z którymi łączyły się niezwykłe skojarzenia. Z wysokiej dwukółki wysiadł elegancki człowiek, bystry i czujny, o nawoskowanych wąsach. Przedstawił się jako inspektor Martin z komisariatu w Norfolk i był wielce zaskoczony, kiedy usłyszał nazwisko mego towarzysza.

– Ależ panie Holmes, przestępstwo popełniono dziś o trzeciej rano. Jakim cudem, skoro usłyszał pan o nim w Londynie, przybył pan na miejsce równo ze mną?

– Przewidziałem je. Przyjechałem w nadziei, że się uda mu zapobiec.

– Dysponuje pan zatem dowodami, o których istnieniu my nie wiemy? Uchodzili bowiem za bardzo zgodną parę.

– Mam jedynie tańczące sylwetki – stwierdził Holmes. – Później wyjaśnię panu, o co chodzi. Tymczasem, skoro jest zbyt późno, by zapobiec tragedii, chciałbym wykorzystać posiadaną wiedzę, by zapewnić, że sprawiedliwości stanie się zadość. Chce pan towarzyszyć mi w śledztwie czy wolałby, żebym działał na własną rękę?

– Byłbym dumny, mogąc powiedzieć, że działamy wspólnie, panie Holmes – żarliwie stwierdził inspektor.

– W takim razie chciałbym niezwłocznie zapoznać się z dowodami i dokonać oględzin domu.

Inspektor Martin miał dość rozsądku, by pozwolić memu przyjacielowi działać według jego uznania i zadowolić się uważnym odnotowywaniem wyników jego postępowania. Miejscowy chirurg, stary siwowłosy mężczyzna, który właśnie wyszedł z pokoju pani Cubitt, oświadczył, że obrażenia, jakie odniosła są poważne, ale niekoniecznie śmiertelne. Kula otarła się jednak o przedni płat mózgu i może minąć nieco czasu, nim ranna odzyska przytomność. Nie mógł z całą stanowczością stwierdzić, czy kobieta została postrzelona, czy sama strzeliła do siebie. Z pewnością strzał oddano z bardzo niewielkiej odległości. W pokoju znaleziono tylko jeden pistolet, w którego magazynku brakowało dwóch kul. Hilton Cubitt został zabity strzałem w serce. Możliwe było zarówno to, że on strzelił do żony, a później do siebie, jak i to, że ona popełniła tę zbrodnię, rewolwer leżał bowiem między nimi.

– Czy przeniesiono ciało? – spytał Holmes.

– Nie dotykaliśmy niczego, prócz pani Cubitt. Nie mogliśmy zostawić rannej leżącej na podłodze.

– Jak długo pan tu jest, doktorze?

– Od czwartej.

– Czy był tu ktoś jeszcze?

– Tak, obecny tu posterunkowy.

– I niczego panowie nie ruszali?

– Niczego.

– Postąpili panowie bardzo rozważnie. Kto po panów posłał?

– Pokojówka, pani Saunders.

– Czy to ona wszczęła alarm?

– Razem z kucharką, panią King.

– Gdzie są teraz?

– Zdaje się, że w kuchni.

– W takim razie powinniśmy natychmiast wysłuchać ich reacji.

Stary hol o wysokich oknach wyłożony dębową boazerią stał się miejscem pracy śledczych. Holmes usiadł w wielkim staromodnym fotelu, a jego bezlitosne oczy lśniły w wymizerowanej twarzy. Wyczytałem w nich, że zamierza poświęcić się tej sprawie bez reszty, dopóki klient, którego nie zdołał ocalić, nie zostanie pomszczony. Resztę zebranych stanowili zadbany inspektor Martin, stary siwowłosy wiejski lekarz, flegmatyczny policjant z wioski i ja.

Opowieść kobiet była jasna. Ze snu wyrwał je odgłos wystrzału, a minutę po nim nastąpił kolejny. Spały w przylegających do siebie pokojach, i pani King pobiegła do pani Saunders. Wspólnie zbiegły ze schodów. Drzwi gabinetu były otwarte, a na stole płonęła świeca. Pan domu leżał twarzą do ziemi pośrodku pokoju, zupełnie bez życia. Nieopodal okna kuliła się jego żona, opierając głowę o ścianę. Była ciężko ranna, a jedna strona jej twarzy była czerwona od krwi. Oddychała ciężko, ale nie była w stanie wydobyć z siebie słowa. Korytarz i pokój były pełne dymu, w powietrzu unosił się zapach prochu. Okno było zamknięte i zaryglowane od wewnątrz. Obie kobiety były tego pewne. Natychmiast posłały po lekarza i posterunkowego, a później, z pomocą stajennych, przeniosły swą ranną panią do jej pokoju. Zauważyły, że zarówno ona, jak i jej mąż spali wcześniej w łóżku. Ona miała na sobie suknię, on – szlafrok narzucony na koszulę nocną. W gabinecie nic nie zostało przesunięte. Z tego, co wiedziały służące, mąż i żona nigdy się nie kłócili – zawsze uchodzili za bardzo zgodną parę.

Tak przedstawiały się najważniejsze punkty zeznania pokojówki i kucharki. Odpowiadając na pytanie inspektora Martina, potwierdziły, że wszystkie drzwi były zamknięte od środka i że nikt nie mógł uciec z domu, z kolei Holmesowi wyjaśniły, że obie pamiętają, jak poczuły zapach prochu, kiedy wybiegły ze swych pokoi, znajdujących się na najwyższym piętrze.

– Polecam ten fakt pańskiej uwadze – powiedział Holmes do kolegi po fachu – i sądzę, że teraz możemy przejść do oględzin pokoju.

Gabinet okazał się niewielkim pomieszczeniem z biblioteczkami zajmującymi trzy ściany i biurkiem stojącym pod zwykłym oknem wychodzącym na ogród. Najpierw przyjrzeliśmy się ciału nieszczęsnego ziemianina, którego olbrzymia sylwetka leżała wyciągnięta na podłodze. Jego ubiór był w nieładzie, co świadczyło o tym, że został nagle wyrwany ze snu. Strzelono do niego od przodu, a pocisk po przejściu przez serce pozostał w ciele. Śmierć niewątpliwie była natychmiastowa i bezbolesna. Na szlafroku i na dłoniach nie znaleziono śladów prochu. Chirurg stwierdził, że kobieta miała proch na twarzy, ale nie na rękach.

– Jego brak nie oznacza nic, choć jego obecność mogłaby rozstrzygnąć o wszystkim – stwierdził Holmes. – O ile proch ze źle dopasowanego pocisku nie zostanie wyrzucony do tyłu, można oddać wiele strzałów, nie zostawiając śladów. Sądzę, że można już usunąć stąd ciało pana Cubitta. Doktorze, czy wyjął pan kulę, która zraniła damę?

– Wymagałoby to przeprowadzenia poważnej operacji. W rewolwerze zostały cztery pociski, wystrzelono dwa z nich, i zadano dwie rany, znany jest zatem los wszystkich kul.

– Na pierwszy rzut oka. A co z losem tej, która najwyraźniej przeszła przez skraj okna?

Szybko się odwrócił, wskazując swym długim szczupłym palcem otwór wybity w dolnej części ramy okiennej, mniej więcej o cal nad jej krawędzią.

– Do diaska! – wykrzyknął inspektor. – Jakim cudem go pan zauważył?

– Szukałem go.

– Znakomicie! – stwierdził lekarz. – Niewątpliwie ma pan rację. Skoro został oddany trzeci strzał, musiała tu być trzecia osoba. Jednak kto to był i jak udało mu się zbiec?

– Za chwilę rozwiążemy tę zagadkę – powiedział Sherlock Holmes. – Pamięta pan, inspektorze Martin, jak służące zeznały, że po wyjściu z pokoi natychmiast poczuły zapach prochu, a ja podkreśliłem, że to bardzo istotna uwaga?

– Tak, proszę pana, ale przyznaję, że nie do końca zrozumiałem, o co panu chodziło.

– Dowodziło to, że w chwili oddania strzału okno i drzwi pokoju były otwarte, inaczej opary prochu nie rozeszłyby się tak szybko po całym domu. Konieczny był do tego przeciąg w pokoju. Jednak zarówno drzwi, jak i okno były otwarte jedynie przez krótką chwilę.

– Jak może pan tego dowieść?

– Świeca nie zdążyła zgasnąć.

– Kapitalne! Kapitalne! – wykrzyknął inspektor.

– Upewniwszy się, że do tragedii doszło przy otwartym oknie, doszedłem do wniosku, że mogła brać w niej udział jeszcze jedna osoba, która stała za oknem i strzeliła przez nie. Strzał wymierzony w tego człowieka mógł trafić w ramę. Przyjrzałem się jej i znalazłem otwór po kuli.

– Ale w jaki sposób okno zostało zamknięte i zaryglowane?

– Zamknięcie go to pierwsza instynktowna reakcja kobiety. Ale cóż to!

Mój przyjaciel wydał okrzyk na widok damskiej torebki stojącej na biurku w gabinecie, była niewielka, wykonana z krokodylej skóry i srebra. Holmes otworzył ją i wyjął jej zawartość. Było w niej dwadzieścia pięćdziesięciofuntowych banknotów Banku Anglii związanych gumką recepturką, i nic ponadto.

– Należy to zachować, gdyż będzie stanowiło dowód podczas procesu – stwierdził Holmes, podając inspektorowi torebkę wraz z zawartością. – Teraz musimy wyjaśnić sprawę trzeciej kuli, która, jak wskazuje na to sposób uszkodzenia drewna, została wystrzelona ze środka pokoju. Chciałbym jeszcze raz porozmawiać z kucharką. Pani King, mówiła pani, że obudził ją głośny wybuch. Czy chce pani przez to powiedzieć, iż wydawał się głośniejszy niż drugi?

– Ten odgłos, proszę pana, wyrwał mnie ze snu, więc trudno mi to ocenić. Ale naprawdę wydawał się bardzo głośny.

– Czy sądzi pani, że oba strzały mogły zostać oddane niemal równocześnie?

– Nie mam pojęcia, proszę pana.

– Ja jestem o tym przekonany. Inspektorze Martin, sądzę, że w tym pokoju niczego więcej się nie dowiemy. Jeśli zechce pan wyjść ze mną na zewnątrz, zobaczymy, co uda się znaleźć w ogrodzie.

Rabatka kwiatowa podchodziła aż pod samo okno gabinetu, na jej widok wszyscy wydaliśmy głośny okrzyk. Kwiaty zostały zadeptane, a na miękkiej ziemi widniały liczne odciski dużych męskich butów o niezwykle długich i spiczastych noskach. Holmes szperał w trawie i liściach niczym pies gończy podążający za ranną zwierzyną. Po chwili schylił się z okrzykiem zadowolenia i podniósł z ziemi niewielki mosiężny cylinder.

– Tak myślałem – stwierdził. – Rewolwer był wyposażony w wyrzutnik, a oto trzeci nabój. Sądzę, inspektorze Martin, że sprawa jest bliska rozwiązania.

Na twarzy policjanta widać było zdumienie wywołane szybkimi postępami, jakich po mistrzowsku dokonywał w śledztwie mój przyjaciel. Na początku Martin usiłował podkreślić swą pozycję, później jednak, ogarnięty podziwem, był gotów bez szemrania podążać tam, gdzie prowadził go Holmes.

– Kogo pan podejrzewa? – spytał.

– Do tego przejdę za chwilę. Istnieje jednak kilka aspektów tej sprawy, których nie zdążyłem jeszcze panu wyjaśnić. Teraz, kiedy zaszedłem tak daleko, powinienem działać na własną rękę i wyjaśnić całą sprawę raz i na zawsze.

– Niech pan robi to, co uzna za stosowne, panie Holmes, byle tylko udało nam się dopaść tego człowieka.

– Nie zamierzam robić z niczego tajemnicy, ale na tym etapie dochodzenia nie mogę wdawać się w długie i skomplikowane wyjaśnienia. Mam w ręku wszystkie wątki tej sprawy. Nawet, jeśli ranna nie odzyska przytomności, zdołamy odtworzyć wydarzenia, jakie rozegrały się ostatniej nocy i zapewnić, że sprawiedliwości stanie się zadość. Po pierwsze, chciałbym się dowiedzieć, czy w okolicy jest gospoda „U Elridge’a”?

Wypytano służących, ale żadne z nich nie słyszało o takim miejscu. Stajenny przypomniał sobie jednak, że farmer nazwiskiem Elridge mieszka kilka mil dalej w kierunku East Ruston.

– Czy to odludne miejsce?

– Bardzo, proszę pana.

– Czy to możliwe, że nie słyszano tam jeszcze o tym, co zdarzyło się tej nocy?

– Tak, proszę pana.

Holmes pomyślał przez chwilę, a na jego twarzy pojawił się osobliwy uśmiech.

– Osiodłaj konia, chłopcze – powiedział. – Chciałbym, żebyś zawiózł list na farmę Elridge’a.

Wyjął z kieszeni kartki z tańczącymi sylwetkami, ułożył je przed sobą i przez pewien czas pracował przy biurku w gabinecie. Wreszcie podał stajennemu liścik i kazał mu oddać adresatowi do rąk własnych, w żadnym razie nie odpowiadając na zadawane pytania. Zauważyłem, że liścik został zaadresowany rozstrzelonymi nieregularnymi literami, zupełnie nie przypominającymi starannego charakteru pisma Holmesa. Adresatem był pan Abe Slaney na farmie Elridge’a w East Ruston, w hrabstwie Norfolk.

– Sądzę, inspektorze – zauważył Holmes – że powinien pan wysłać telegram z prośbą o posiłki, gdyż jeśli moje przypuszczenia się potwierdzą, będzie pan musiał odeskortować do więzienia okręgowego szczególnie groźnego przestępcę. Telegram może nadać stajenny, którego wysyłamy z liścikiem. Watsonie, jeśli po południu odchodzi pociąg do Londynu, powinniśmy nim pojechać, muszę dokończyć interesującą analizę chemiczną, a to śledztwo rychło dobiegnie końca.

Kiedy chłopak pojechał zawieźć liścik, Holmes udzielił służącym instrukcji. Gdyby ktokolwiek przybył do posiadłości i pytał o żonę pana Hiltona Cubitta, miały nie udzielać mu żadnych informacji co do jej stanu, ale natychmiast wprowadzić go do salonu. Mój przyjaciel bardzo na to nalegał. Potem poszedł z nami do salonu, stwierdzając, że sprawa nie jest już w naszych rękach i musimy poczekać, by przekonać się, co przyniesie los.

Lekarz pojechał do swych pacjentów, a na miejscu pozostaliśmy my z inspektorem.

– Sądzę, że pomogę panom spędzić ten czas w sposób interesujący i pożyteczny – stwierdził Holmes, przysuwając krzesło do stołu i rozkładając przed sobą kartki, na których widniały pląsy sylwetek. – Tobie, mój przyjacielu Watsonie, jestem winien zadośćuczynienie za to, że pozwoliłem, by twoja ciekawość tak długo pozostała niezaspokojona. Dla pana, inspektorze, to zdarzenie może być interesujące z zawodowego punktu widzenia. Przede wszystkim muszę opowiedzieć panom o niezwykłych okolicznościach towarzyszących rozmowom, jakie prowadziłem z panem Hiltonem Cubittem przy Baker Street. – Pokrótce omówił fakty, które już tu opisałem. – Mam przed sobą te osobliwe rysunki, które mogłyby budzić śmiech, gdyby nie były zwiastunami tak straszliwej tragedii. Sporo wiem o szyfrach; napisałem na ich temat krótką monografię, w której przeanalizowałem sto sześćdziesiąt różnych kodów, przyznaję jednak, że ten był dla mnie całkowicie nowy. Celem autorów tego systemu było zapewne ukrycie faktu, że ciągi sylwetek zawierają jakąś wiadomość, i stworzenie złudzenia, iż to przypadkowe dziecięce bazgroły. Kiedy się jednak zorientowałem, że symbole odpowiadają literom, i zastosowałem do nich te same zasady, którymi kieruję się w przypadku wszystkich innych szyfrów, rozwiązanie okazało się całkiem proste. Pierwsza wiadomość, jaką mi przedstawiono, była tak krótka, że dała mi pewność jedynie co do tego, że symbol

 

odpowiadał literze E. Jak zapewne panowie wiedzą, jest to najczęściej występująca litera angielskiego alfabetu i dominuje w nim tak, że spotyka się ją najczęściej nawet w krótkich zdaniach. Cztery z piętnastu symboli zawartych w pierwszej wiadomości były identyczne, postanowiłem zatem uznać, że przedstawiają E. Prawdą jest, że w niektórych miejscach ludki trzymały w dłoniach flagę, w innych nie, jednak, sądząc ze sposobu rozłożenia flag, uznałem za prawdopodobne, że zostały użyte do rozbicia zdania na poszczególne słowa. Przyjąłem taką hipotezę i zapisałem, że literze E odpowiada symbol:

 

W tym miejscu dochodzenie bardzo się skomplikowało. Częstotliwość występowania angielskich liter po E nie jest już tak oczywista, a ich kolejność wyliczona na podstawie jednej strony druku może zostać odwrócona w jednym krótkim zdaniu. Ogólnie rzecz biorąc, litery występują w kolejności: T, A, O, I, N, S, H, R, D, L, przy czym T, A i O są niemal równie powszechne, i można by bez końca wypróbowywać różne kombinacje, nim rozszyfrowałoby się znaczenie wiadomości. Podczas naszej drugiej rozmowy pan Cubitt pokazał mi dwa inne krótkie zdania i jedną wiadomość, którą – ze względu na brak flagi – uznałem za pojedyncze słowo. W tym pięcioliterowym wyrazie litera E występowała jako druga i czwarta, mogło to zatem być sever ‘odciąć’, lever ‘dźwignia’ lub never ‘nigdy’. Nie ulegało wątpliwości, że ostatnie z tych słów stanowiło najbardziej prawdopodobną odpowiedź na prośbę, a okoliczności wskazywały, że napisała ją kobieta. Przyjmując tę hipotezę udało mi się ustalić, że symbole:

 

odpowiadają kolejno literom N, V i R. Nie rozwiało to wszystkich wątpliwości, ale dzięki fortunnemu skojarzeniu udało mi się poznać kilka kolejnych liter. Uznałem, że jeśli, jak podejrzewałem, autorem próśb był ktoś, kogo dama znała w młodości, połączenie dwóch E z trzema innymi literami mogło stanowić zapis jej imienia „Elsie”. Po bliższych oględzinach okazało się, że takie połączenie występowało na końcu wiadomości, która została powtórzona trzykrotnie. Była to zatem jakaś prośba skierowana do Elsie. Słowo poprzedzające jej imię składało się zaledwie z czterech liter i kończyło na E. Przekonałem się, że chodzi o come ‘przyjdź’. Sprawdziłem wszystkie inne czteroliterowe wyrazy kończące się na E, jednak żaden nie pasował. Odkryłem zatem, jak wyglądają litery C, O oraz M, i mogłem ponownie postarać się rozszyfrować pierwszą wiadomość, dzieląc ją na poszczególne słowa i wstawiając kropki w miejsce brakujących symboli. Po takim zabiegu, treść przedstawiała się następująco:

. M. ERE ..E SL.NE.

 

Pierwszą z liter mogło być jedynie A; to odkrycie okazało się bardzo przydatne, gdyż symbol występuje trzykrotnie w krótkim zdaniu, a na początku drugiego ze słów może stać jedynie H. Zdanie przybrało zatem postać:

AM HERE A.E SLANE.

 

A po wypełnieniu oczywistych luk w nazwisku:

AM HERE ABE SLANEY. (JESTEM TU ABE SLANEY).

 

Dysponowałem już tak wieloma literami, że mogłem z większą pewnością siebie przystąpić do rozszyfrowywania kolejnej wiadomości. Brzmiała ona:

A. ELRI. ES.

 

Mogłem doszukać się w niej sensu, jedynie podstawiając T i G w miejsce brakujących liter. Otrzymałem wyrażenie At Elridge’s (U Elridge’a), przypuszczałem zatem, że to nazwa domu lub gospody, gdzie zatrzymał się autor.

Wraz z inspektorem Martinem z ogromnym zainteresowaniem słuchaliśmy szczegółowej i przejrzystej opowieści mego przyjaciela o tym, jak dochodził do wniosków, które pozwoliły mu przezwyciężyć trudności.

– Co zrobił pan później? – spytał inspektor.

– Miałem podstawy sądzić, że Abe Slaney jest Amerykaninem, gdyż Abe to amerykańskie zdrobnienie, a od listu nadanego w Ameryce zaczęły się wszystkie problemy. Byłem również przekonany, że sprawa wiąże się z jakimś zbrodniczym sekretem. Wskazywały na to zarówno aluzje kobiety do przeszłości, jak i odmowa wtajemniczenia męża w całą sprawę. Napisałem więc telegram do mego przyjaciela Wilsona Hargreave z nowojorskiej policji, który wielokrotnie korzystał z mojej wiedzy o londyńskim świecie przestępczym. Spytałem go, czy zna nazwisko Abe Slaney. Jego odpowiedź brzmiała: „To najniebezpieczniejszy przestępca w Chicago”. Tego samego wieczora, kiedy nadeszła jego odpowiedź, Hilton Cubitt przesłał mi ostatnią wiadomość od Slaneya. Wykorzystując znane mi litery, uzyskałem co następuje:

ELSIE. RE. ARE TO MEET THY GO.

 

Uzupełniając brakujące symbole literami P i D, otrzymałem zdanie: Elsie prepare to meet thy God (Elsie, przygotuj się na spotkanie z Bogiem), co wskazywało, że łotr przeszedł od próśb do gróźb, a dzięki swej wiedzy o chicagowskich przestępcach wiedziałem, że może bardzo szybko wprowadzić swe słowa w czyn. Niezwłocznie przyjechałem do Norfolk ze swoim przyjacielem i współpracownikiem doktorem Watsonem, lecz, niestety, okazało się, że doszło już do najgorszego.

– To zaszczyt pracować z panem – powiedział ciepło inspektor. – Proszę mi jednak wybaczyć szczerość. Pan odpowiada jedynie przed sobą, ja – przed przełożonymi. Jeśli ten Abe Stanley mieszkający u Elridge’a istotnie jest sprawcą zbrodni i jeśli ucieknie, kiedy ja będę siedział tutaj, znajdę się w wielkim kłopocie.

– Nie musi się pan niepokoić. Nie będzie próbował ucieczki.

– Skąd pan to wie?

– Byłoby to równoznaczne z przyznaniem się do winy.

– W takim razie jedźmy go aresztować.

– Spodziewam się go tutaj lada chwila.

– Ale czemu miałby tu przyjść?

– Napisałem do niego i poprosiłem go o to.

– Ależ to niewiarygodne, panie Holmes! Czemu miałby odpowiedzieć na takie zaproszenie? Czy nie wzbudzi ono jego podejrzeń i nie skłoni do ucieczki?

– Sądzę, że udało mi się nadać wiadomości odpowiednią formę – stwierdził Holmes. – Jeśli się nie mylę, nadchodzi tu wspomniany dżentelmen we własnej osobie.

Ścieżką prowadzącą do drzwi szedł wysoki przystojny mężczyzna o śniadej cerze, krzaczastej czarnej brodzie i wielkim wydatnym haczykowatym nosie. Ubrany był w szary flanelowy garnitur, a na głowie miał panamę. Idąc, wywijał laską. Kroczył dróżką tak, jakby dom należał do niego. Po chwili usłyszeliśmy głośny natarczywy dźwięk dzwonka.

– Panowie – powiedział cicho Holmes – powinniśmy ustawić się za drzwiami. W kontaktach z takim osobnikiem należy zachować wszelkie środki ostrożności. Inspektorze, będą potrzebne kajdanki. Ja z nim porozmawiam.

Czekaliśmy w milczeniu, była to jedna z tych chwil, których nigdy nie zapomnę. Otworzyły się drzwi, i do środka wszedł mężczyzna. W mgnieniu oka Holmes przystawił mu do głowy pistolet, a Martin nałożył mu kajdanki. Zrobili to tak szybko i zręcznie, że kiedy przybysz zorientował się, że wpadł w zasadzkę, nie mógł już nic zrobić. Patrzył to na jednego, to na drugiego wściekłymi czarnymi oczami, a następnie wybuchnął gorzkim śmiechem.

– Cóż, panowie, dopadliście mnie. Trafiła kosa na kamień. Przybyłem tu jednak, bo prosiła mnie o to pani Cubitt. Chyba nie powiecie mi, panowie, że brała w tym udział i pomogła zastawić na mnie pułapkę?

– Pani Cubitt została poważnie ranna i jest o krok od śmierci.

Mężczyzna wydał ochrypły krzyk rozpaczy, który odbił się echem w całym domu.

– Chybaście oszaleli! – krzyknął z wściekłością. – To on został ranny, nie ona. Kto mógłby skrzywdzić małą Elsie? Groziłem jej, niech mi Bóg wybaczy, jednak nie pozwoliłbym, żeby włos spadł jej z głowy. Proszę powiedzieć, że nic jej nie jest!

– Znaleziono ją ciężko ranną u boku zmarłego męża.

Amerykanin opadł na kanapę z głuchym jękiem i ukrył twarz w zakutych w kajdanki dłoniach. Po chwili podniósł głowę i zaczął mówić z zimnym opanowaniem świadczącym o rozpaczy.

– Nie mam przed panami nic do ukrycia. Strzeliłem do człowieka, który przedtem strzelił do mnie, nie było to więc morderstwo. Jeśli jednak sądzą panowie, że mogłem zrobić krzywdę tej kobiecie, nie znają panowie ani jej, ani mnie. Oświadczam, że żaden mężczyzna na tym świecie nie kochał żadnej kobiety tak, jak ja kochałem Elsie. Miałem do niej prawo. Wiele lat temu zaręczyliśmy się. Kimże był ten Anglik, który ośmielił się nas rozdzielić? Powtarzam, ja pierwszy miałem do niej prawo i chciałem jedynie je wyegzekwować.

– Kiedy przekonała się, jakim jest pan człowiekiem, przestał pan mieć na nią wpływ – stwierdził surowo Holmes. – Uciekła z Ameryki, by się od pana uwolnić, a w Anglii poślubiła szacownego dżentelmena. Pan wytropił ją, zaczął prześladować i zamienił jej życie w piekło, by skłonić do porzucenia męża, którego kochała i szanowała, i ucieczki z panem, którego nienawidziła i się lękała. Doprowadził pan do śmierci szlachetnego człowieka i samobójstwa jego żony. Oto pański udział w tej sprawie, panie Slaney, i odpowie pan za to przed sądem.

– Jeśli Elsie nie przeżyje, będzie mi wszystko jedno, co się ze mną stanie – powiedział Amerykanin i przyjrzał się zmiętemu w dłoni liścikowi. – Proszę spojrzeć na to! – krzyknął, a w jego oczach pojawił się cień podejrzliwości. – Nie chce mnie pan chyba zastraszyć, co? Jeśli dama jest tak ciężko ranna, jak pan mówi, kto to napisał? – spytał, rzucając karteczkę na stół.

– Zrobiłem to ja, aby tu pana zwabić.

– Pan? Ale nikt na świecie poza naszym gangiem nie znał sekretu tańczących sylwetek. Jak się panu udało to napisać?

– To, co stworzył jeden człowiek, inny człowiek jest w stanie pojąć – stwierdził Holmes. – Panie Slaney, jedzie tu już powóz, który zawiezie pana do Norwich. Niech pan się postara i przynajmniej częściowo naprawi krzywdę, którą pan wyrządził. Czy zdaje pan sobie sprawę, że panią Cubitt podejrzewano o zamordowanie męża i że jedynie moja obecność tutaj i wiedza, którą posiadam, ocaliły ją przed oskarżeniem? Jest jej pan winien przynajmniej tyle, by wyjaśnić całemu światu, że nie jest ona w żaden sposób odpowiedzialna, pośrednio czy bezpośrednio, za tragiczną śmierć małżonka.

– Niczego więcej nie pragnę – stwierdził Amerykanin. – Sądzę, że najlepiej będzie, jeżeli przedstawię całą prawdę.

– Muszę pana uprzedzić, że zostanie ona wykorzystana przeciwko panu – wykrzyknął inspektor, dowodząc, jak sprawiedliwie działa brytyjskie prawo karne.

Slaney wzruszył ramionami.

– Zaryzykuję – stwierdził. – Po pierwsze, chcę by panowie wiedzieli, że znam tę damę od dzieciństwa. Nasz gang w Chicago miał siedmiu członków, przewodził mu jej ojciec. Stary Patrick był sprytnym chłopem. To on wymyślił szyfr, który dla niewtajemniczonych wyglądał jak dziecięce bazgroły. Elsie nauczyła się niektórych naszych sztuczek, ale nie mogła znieść tego, czym się zajmowaliśmy; jako że miała trochę własnych, uczciwie zarobionych pieniędzy, wymknęła się nam i pojechała do Londynu. Byliśmy zaręczeni, i sądzę, że zostałaby moją żoną, gdybym wybrał inny zawód, bo nie chciała mieć nic wspólnego z przestępcami. Dopiero po tym, jak wyszła za tego Anglika, udało mi się wywiedzieć, gdzie mieszka. Napisałem do niej, ale nie otrzymałem odpowiedzi. Przyjechałem więc tutaj, a że listy nie wywołały żadnej reakcji, zostawiłem wiadomości tam, gdzie Elsie mogła je odczytać. Jestem tu już od miesiąca. Mieszkam na farmie. Wynająłem tam pokój na parterze, dzięki czemu wymykałem się stamtąd co noc bez niczyjej wiedzy. Chwytałem się wszelkich sposobów, by Elsie odeszła ze mną po dobroci. Wiedziałem, że czyta moje wiadomości, gdyż odpisała na jedną z nich. Wreszcie moja cierpliwość się wyczerpała, i zacząłem jej grozić. Wtedy napisała do mnie list, błagając, bym wyjechał, i wyjaśniając, że pękłoby jej serce, gdyby nazwisko jej męża splamiło się jakimś skandalem. Zaproponowała, że o trzeciej w nocy, kiedy Cubitt będzie spał, zejdzie na dół i porozmawia ze mną przez okno, jeśli obiecam, że wyjadę i zostawię ją w spokoju. Przyszła i przyniosła ze sobą pieniądze, gdyż chciała mnie przekupić. Rozwścieczyło mnie to. Chwyciłem ją za ramię i próbowałem wyciągnąć przez okno. W tej samej chwili do pokoju wpadł jej mąż z bronią w ręku. Elsie osunęła się na podłogę, a my stanęliśmy twarzą w twarz. Byłem również uzbrojony i wyciągnąłem pistolet, licząc, że się przestraszy i pozwoli mi spokojnie odejść. On jednak strzelił do mnie, ale chybił. Pociągnąłem za spust niemal w tym samym momencie i powaliłem go. Pobiegłem z powrotem przez ogród, a po drodze usłyszałem dźwięk zamykanego za mną okna. Przysięgam na Boga, że powiedziałem całą prawdę. Nie słyszałem niczego więcej o całej sprawie, póki nie zjawił się u mnie chłopak z liścikiem. Natychmiast przyszedłem tu jak ostatni naiwniak, i wpadłem w panów ręce.

Nim Amerykanin skończył mówić, podjechał powóz z dwoma umundurowanymi policjantami. Inspektor Martin wstał i dotknął ramienia swego więźnia.

– Czas na nas.

– Czy mógłbym ją zobaczyć?

– Nie, wciąż jest nieprzytomna. Panie Holmes, mogę jedynie mieć nadzieję, że jeśli jeszcze kiedyś będę miał do rozwiązania tak trudną sprawę, uda mi się ponownie skorzystać z pańskiej pomocy.

Staliśmy przy oknie, obserwując odjeżdżający pojazd. Kiedy się odwróciłem, mój wzrok padł na zwiniętą w kulkę kartkę papieru, którą więzień rzucił na stół. Był to liścik, który Holmes zastosował jako przynętę.

– Sprawdź, czy uda ci się to odczytać, Watsonie – powiedział mój przyjaciel z uśmiechem.

Na kartce nie było ani jednego słowa, widniał jedynie rządek tańczących sylwetek.

 

– Jeśli skorzystasz z szyfru, który złamałem – powiedział Holmes – odkryjesz, że w liściku jest napisane po prostu: „Przyjdź jak najszybciej”. Byłem pewien, że Slaney nie odrzuci takiego zaproszenia, gdyż nie przyszłoby mu nawet pomyśl do głowy, że liścik mógł być napisany przez kogokolwiek innego poza damą jego serca. I tak, drogi Watsonie, udało nam się użyć tańczących sylwetek, które tak często wykorzystywano do złego, w dobrym celu, i zdaje się, że zdołałem wywiązać się z obietnicy dostarczenia ci niezwykłego materiału do zapisków. Pociąg mamy o trzeciej czterdzieści. Sądzę, że dotrzemy na Baker Street w samą porę na kolację.

 

 

Zamiast epilogu. Amerykanin Abe Slaney został skazany na śmierć podczas zimowej sesji wyjazdowej sądu w Norwich, jednak karę zmieniono na więzienie z uwagi na okoliczności łagodzące i pewność, że Hilton Cubitt strzelił jako pierwszy. O żonie zmarłego wiem tylko tyle, że wróciła do zdrowia i nie wyszła powtórnie za mąż. Swoje życie poświęciła opiece nad ubogimi i zarządzaniu majątkiem męża.

Rozdział czwarty

 

Samotna cyklistka

 
 

W latach 1894–1901 Sherlock Holmes był człowiekiem bardzo zajętym. Można stwierdzić z całą pewnością, że w ciągu tych ośmiu lat nie było żadnej, nastręczającej trudności, publicznie udostępnionej sprawy, w której rozwiązaniu nie brałby udziału. Odegrał też znaczącą rolę w rozwikłaniu setek problemów prywatnych, niekiedy wielce zawikłanych i osobliwych. Ten długi okres nieprzerwanej pracy zaowocował wieloma oszałamiającymi sukcesami i kilkoma nieuniknionymi porażkami. Zachowałem kompletne zapiski dotyczące tych spraw, a że w wiele z nich byłem osobiście zaangażowany, nic dziwnego, że niełatwo mi wybrać te, które chciałbym przedstawić czytelnikom. Postanowiłem kierować się stosowaną dawniej zasadą i przyznać pierwszeństwo sprawom interesującym nie tyle z racji brutalnego charakteru zbrodni, co z powodu pomysłowości i dramatyzmu procesu rozwiązywania zagadki. Dlatego właśnie zamierzam teraz przedstawić fakty związane z panną Violet Smith, samotną cyklistką z Charlington, i interesujące skutki naszego dochodzenia, które zakończyło się niespodziewaną tragedią. Faktem jest, że okoliczności nie pozwoliły na spektakularne wykorzystanie zdolności, z których słynął mój przyjaciel, jednak pewne aspekty tej sprawy wyróżniają ją spośród licznych innych, opisanych w relacjach z prowadzonych dochodzeń, z których czerpię materiały do swych opowiadań.

Sprawdzając notatki z 1895 roku, mogę stwierdzić, że po raz pierwszy usłyszeliśmy o pannie Violet Smith w sobotę dwudziestego trzeciego kwietnia. Pamiętam, że jej wizyta była bardzo nie na rękę Holmesowi, pochłoniętemu wówczas pracą nad niezwykle zawiłą i złożoną sprawą, dotyczącą osobliwego nękania, którego ofiarą padł John Vincent Harden, słynny milioner i plantator tytoniu. Mój przyjaciel, który nade wszystko cenił sobie logikę działania i skupienie myśli, nie znosił tego wszystkiego, co odwracało jego uwagę od prowadzonego dochodzenia. Mimo to nie był tak nieuprzejmy, by odmówić wysłuchania opowieści młodej i pięknej kobiety, wysokiej i pełnej iście królewskiego wdzięku, która zjawiła się na Baker Street późnym wieczorem, błagając o radę i pomoc. Na próżno mój przyjaciel tłumaczył jej, że nie ma ani jednej wolnej chwili; młoda dama przyszła z mocnym zamiarem opowiedzenia swej historii, i było jasne, że póki tego nie zrobi, nic, poza brutalną siłą, nie zdoła jej skłonić do opuszczenia pokoju. Holmes przybrał zrezygnowaną postawę i z nieco znużonym uśmiechem poprosił piękną damę, by usiadła i opowiedziała nam o swoich kłopotach.

– Przynajmniej wiem, że nie chodzi o pani zdrowie – powiedział, obrzucając ją badawczym spojrzeniem. – Tak zapalona cyklistka wprost tryska energią.

Kobieta ze zdumieniem zerknęła na swoje stopy, ja zaś zauważyłem szorstki punkt z boku podeszwy jej buta, w miejscu, które ocierało się o brzeg pedału.

– Owszem, panie Holmes, często jeżdżę na rowerze, i ma to związek z moją dzisiejszą wizytą.

Mój przyjaciel chwycił nieosłoniętą rękawiczką dłoń naszego gościa i przyjrzał się jej uważnie i beznamiętnie jak badacz, który ogląda ciekawy okaz.

– Proszę wybaczyć, ale taką mam pracę – powiedział, wypuszczając dłoń z rąk. – Niewiele brakowało, a mylnie uznałbym, że jest pani maszynistką. Tymczasem zajmuje się pani muzyką. Watsonie, czy dostrzegłeś szufelkowate opuszki palców, typowe dla obu tych profesji? W tym przypadku widać jednak w twarzy uduchowienie – tu dama delikatnie odwróciła głowę w stronę światła – którego próżno szukać u maszynistek. Ta pani jest muzyczką.

– Owszem, panie Holmes, uczę muzyki.

– Z pani cery wnoszę, że mieszka pani na wsi.

– Tak, proszę pana. Niedaleko Farnham, na obrzeżach hrabstwa Surrey.

– To piękna okolica, budzi we mnie wielce interesujące skojarzenia. Pamiętasz, Watsonie, niedaleko stamtąd udało nam się ująć fałszerza Archiego Stamforda? Panno Violet, cóż takiego przydarzyło się pani niedaleko Farnham, na obrzeżach hrabstwa Surrey?

Młoda dama w wyjątkowo przejrzysty i opanowany sposób opowiedziała nam tę oto osobliwą historię.

– Panie Holmes, mój ojciec nie żyje. Nazywał się James Smith i był dyrygentem orkiestry w starym teatrze „Imperial”. Nie miałyśmy z matką innych krewnych prócz mego stryja Ralpha Smitha, który dwadzieścia pięć lat temu wyjechał do Afryki i od tego czasu nie dawał znaku życia. Po śmierci ojca popadłyśmy w wielką nędzę. Może pan sobie zatem wyobrazić, jak się ucieszyłyśmy, kiedy pewnego dnia dowiedziałyśmy się, że w „Timesie” ukazało się ogłoszenie, w którym pytano o nasz adres. Miałyśmy nadzieję, że być może ktoś zostawił nam w spadku majątek. Natychmiast udałyśmy się do prawnika, którego nazwisko podano w gazecie. Spotkałyśmy się tam z dwoma dżentelmenami, Carruthersem i Woodleyem, którzy przyjechali w odwiedziny do kraju z Południowej Afryki. Wyjaśnili oni, że mój stryj był ich przyjacielem, że kilka miesięcy wcześniej zmarł w wielkim ubóstwie w Johannesburgu i że w swych ostatnich słowach poprosił ich, by odnaleźli jego krewnych i upewnili się, czy niczego im nie brak. Wydawało nam się dziwne, że stryj Ralph, który za życia nie utrzymywał z nami stosunków, uznał za stosowne zaopiekować się nami po śmierci, pan Carruthers wyjaśnił jednak, że stryj tuż przed śmiercią dowiedział się o zgonie brata i poczuł się za nas odpowiedzialny.

– Przepraszam – przerwał Holmes – kiedy miała miejsce ta rozmowa?

– W grudniu zeszłego roku, cztery miesiące temu.

– Proszę mówić dalej.

– Pan Woodley wydał mi się niezwykle odpychający. Ten grubiański młody człowiek o nalanej twarzy, rudych wąsach i włosach przylizanych po obu stronach czoła ciągle się we mnie wpatrywał. Pomyślałam, że to bardzo niemiły osobnik i że Cyril z pewnością nie życzyłby sobie, żebym zawierała z nim znajomość.

– Ach, więc on ma na imię Cyril! – powiedział Holmes z uśmiechem.

Młoda dama zaśmiała się i spłonęła rumieńcem.

– Tak, panie Holmes, Cyril Morton, jest inżynierem elektrykiem; zamierzamy się pobrać pod koniec lata. Ojej, ale jakim cudem zaczęłam o nim mówić? Chciałam tylko zaznaczyć, że pan Woodley był absolutnie odrażający, natomiast pan Carruthers, człowiek znacznie od niego starszy, zrobił na mnie o wiele przyjemniejsze wrażenie. To ciemnowłosy milczący mężczyzna o gładko wygolonej ziemistej twarzy, uprzejmy, o miłym uśmiechu. Wypytał nas o naszą sytuację, a kiedy dowiedział się, w jak wielkiej żyjemy biedzie, zaproponował, bym zaczęła uczyć muzyki jego jedyną dziesięcioletnią córkę. Wyjaśniłam mu, że nie chcę zostawiać matki samej, więc on zaproponował, że będę mogła odwiedzać ją w każdy weekend, i zaoferował mi sto funtów rocznie, to bardzo hojna pensja. Koniec końców przyjęłam propozycję i pojechałam do Chiltern Grange, leżącego niecałe sześć mil od Farnham. Pan Carruthers jest wdowcem; zatrudnia gospodynię, bardzo szacowną starszą panią o nazwisku Dixon, prowadzi mu dom. Dziecko okazało się urocze, i wszystko zapowiadało się jak najlepiej. Pan Carruthers był nadzwyczaj miły i bardzo muzykalny; przyjemnie spędzaliśmy razem wieczory, a w każdy weekend jeździłam do miasta do matki. Pierwszą rzeczą, która zakłóciła moje szczęście, był przyjazd rudowąsego pana Woodleya. Przybył z tygodniową wizytą, która dla mnie trwała miesiące. Wszystkich traktował okropnie, ale mnie zdecydowanie najgorzej. Narzucał mi się ze swymi awansami, przechwalał się swym majątkiem, mówił, że gdybym za niego wyszła, kupiłby mi najwspanialsze w Londynie brylanty. Kiedy oznajmiłam, że nie chcę mieć z nim nic do czynienia, chwycił mnie pewnego dnia po kolacji w ramiona, a był niezwykle silny, i stwierdził, że mnie nie puści, póki go nie pocałuję. W tym momencie wszedł pan Carruthers, który wyrwał mnie z rąk brutala. Ten zaatakował swojego gospodarza, zwalając go z nóg i raniąc mu twarz. Jak zapewne się pan domyśla, na tym zakończyła się jego wizyta. Następnego dnia pan Carruthers przeprosił mnie i zapewnił, że nigdy więcej nie narazi mnie na podobną zniewagę. Od tego czasu nie widziałam pana Woodleya. A teraz, panie Holmes, przechodzę do tego szczególnego wydarzenia, które sprawiło, że przyjechałam tu dziś prosić pana o radę. W każde sobotnie przedpołudnie jeżdżę na rowerze na dworzec w Farnham i wsiadam w pociąg do Londynu, odjeżdżający o 12.22. Droga z Chiltern Grange jest odludna, szczególnie w jednym miejscu, gdzie przez ponad milę biegnie wzdłuż wrzosowiska Charlington Heath z jednej strony i lasów otaczających dwór Charlington Hall z drugiej. Nie ma chyba na świecie bardziej odludnej ścieżki; rzadko spotyka się na niej dwukółkę czy wieśniaka, póki nie dotrze się do drogi głównej nieopodal Crooksbury Hill. Dwa tygodnie temu, przejeżdżając tędy, przypadkiem obejrzałam się za siebie i zobaczyłam mężczyznę, również jadącego na rowerze. Zdaje się, był w średnim wieku i miał krótką ciemną brodę. Obejrzałam się jeszcze raz, nim dotarłam do Farnham, ale mężczyzny już nie było, więc nie myślałam o tym więcej. Może pan sobie jednak wyobrazić, jak się zdziwiłam, kiedy w poniedziałek, wracając od matki, zobaczyłam tego samego człowieka na tym samym odcinku drogi. Zdumiałam się jeszcze bardziej, kiedy incydent powtórzył się w kolejną sobotę i kolejny poniedziałek. Nieznajomy zawsze jechał w pewnej odległości ode mnie i w żaden sposób mi się nie narzucał, ale sytuacja niewątpliwie była bardzo dziwna. Wspomniałam o tym panu Carruthers; wydawało się, że zaciekawiły go moje spostrzeżenia. Powiedział mi wkrótce, że zamówił konia i dwukółkę, bym w przyszłości nie musiała jeździć tą odludną drogą sama.

– Koń i powóz miały dotrzeć w tym tygodniu, jednak z jakiegoś powodu ich nie dostarczono, i znów musiałam pojechać na dworzec rowerem. Miało to miejsce dziś rano. Jak się pan domyśla, dojeżdżając do Charlington Heath obejrzałam się za siebie, i rzecz jasna, zobaczyłam tego samego mężczyznę co wcześniej. Zawsze trzymał się tak daleko ode mnie, że nie mogłam dokładnie przyjrzeć się jego rysom, ale z pewnością nie był to nikt mi znany. Miał na sobie ciemny garnitur i płócienną czapkę. Twarzy nie widziałam wyraźnie, jedynie ciemną brodę. Dziś nie przestraszył mnie, ale zaciekawił, i postanowiłam dowiedzieć się, kim jest i czego chce. Zwolniłam, ale on także zaczął jechać wolniej. Zatrzymałam, on również przystanął. Wreszcie zastawiłam na niego pułapkę. W pewnym miejscu droga ostro zakręca. Przejechałam tamtędy bardzo szybko, zatrzymałam się i czekałam. Spodziewałam się, że nieznajomy skręci i przejedzie obok mnie, gdyż nie zdąży się zatrzymać, ale on wcale się nie pojawił. Cofnęłam się i spojrzałam na drogę przed zakrętem. Miałam przed oczami długi na milę odcinek drogi, jednak mężczyzny nie było. Sprawa jest o tyle dziwna, że nie ma tam żadnej bocznej drogi, w którą mógłby zjechać.

Holmes zaśmiał się cicho i zatarł ręce.

– To niezwykle interesująca sprawa – stwierdził. – Ile czasu upłynęło od chwili, kiedy pokonała pani zakręt i stwierdziła, że na drodze nie ma nikogo?

– Dwie lub trzy minuty.

– A zatem mężczyzna nie zdążyłby się oddalić, a twierdzi pani, że w okolicy nie ma bocznych dróg.

– Zgadza się.

– W takim razie poszedł ścieżką w bok.

– Na pewno nie przez wrzosowisko, inaczej bym go zauważyła.

– A zatem drogą eliminacji dochodzimy do stwierdzenia, że skierował się ku Charlington Hall, który, jak rozumiem, leży w głębi posiadłości po drugiej stronie drogi. Czy chce pani coś jeszcze dodać?

– Nie, panie Holmes, ale byłam tak oszołomiona, że w obawie o własny spokój postanowiłam zobaczyć się z panem i uzyskać pańską poradę.

Holmes przez chwilę siedział w milczeniu.

– Gdzie pracuje dżentelmen, z którym jest pani zaręczona? – spytał w końcu.

– W Midland Electrical Company w Coventry.

– Czy nie sądzi pani, że mógłby przyjechać do pani z niezapowiedzianą wizytą?

– Panie Holmes! Poznałabym go przecież!

– Czy miała pani innych adoratorów?

– Kilku, nim przedstawiono mi Cirila.

– A od tego czasu?

– Był ten okropny człowiek, Woodley, jeśli można go nazwać adoratorem.

– Nikogo poza tym?

Nasza urocza klientka nieco się zmieszała.

– Kto to był?

– Ach, być może tylko mi się wydawało, ale niekiedy odnosiłam wrażenie, że mój chlebodawca, pan Carruthers, jest mną bardzo zainteresowany. Spędzamy razem dużo czasu. Akompaniuję mu wieczorami. Nigdy nie powiedział niczego na ten temat, jest dżentelmenem w każdym calu, ale kobiety dostrzegają takie rzeczy.

– Ha! – Holmes przybrał poważną minę. – A z czego się utrzymuje?

– Jest bogaty.

– I nie ma koni ani powozów?

– Jest co najmniej zamożny. Jeździ jednak do miasta dwa lub trzy razy w tygodniu. Wiem, że inwestuje w kopalnie złota w Afryce Południowej.

– Panno Smith, proszę powiadamiać mnie o wszelkich nowych wydarzeniach. W tej chwili jestem bardzo zajęty, postaram się jednak znaleźć czas, by zbadać pani sprawę. Póki co proszę nie podejmować żadnych kroków, nie uprzedziwszy mnie o tym. Do widzenia. Mam nadzieję, że będziemy mieć dla pani wyłącznie pomyślne wieści.

– Jest to naturalny porządek świata, że taka panna ma adoratorów – stwierdził Holmes, dobywając fajki, którą palił podczas rozmyślań – jednak zwykle nie poruszają się oni na rowerach po odludnych wiejskich drogach. Nie ma cienia wątpliwości, że to jakiś potajemny kochanek. Przyznaję jednak, Watsonie, że pewne aspekty tej sprawy są dziwne i znaczące.

– Na przykład to, że mężczyzna pojawia się jedynie w tym miejscu.

– Zgadza się. Najpierw musimy ustalić, kto mieszka w Charlington Hall, następnie – co łączy Carruthersa i Woodleya, którzy tak się od siebie różnią. Czemu obu tak bardzo zależało na odnalezieniu krewnych Ralpha Smitha? I jeszcze jedno. Co to za dom, w którym płaci się guwernantce podwójną pensję, ale nie utrzymuje się koni, choć do stacji jest sześć mil? To dziwne, Watsonie, bardzo dziwne!

– Pojedziesz tam?

– Nie, mój drogi, ty tam pojedziesz. Sprawa może okazać się błaha, i nie zamierzam przerywać dla niej innego istotnego dochodzenia. W poniedziałek udasz się do Farnham wcześnie rano, ukryjesz się w pobliżu Charlington Heath, zobaczysz na własne oczy, jak się sprawy mają, i zrobisz to, co wyda ci się najwłaściwsze. Później wypytasz jeszcze o mieszkańców Charlington Hall, wrócisz do mnie i zdasz mi relację. A teraz, Watsonie, ani słowa więcej o tej sprawie, dopóki nie zdobędziemy jakichś punktów zaczepienia, na których podstawie będziemy mogli przejść do rozwiązania zagadki.

Wiedzieliśmy od naszej klientki, że w poniedziałki jeździ pociągiem odchodzącym z dworca Waterloo o 9.50; wyruszyłem wcześnie i zdążyłem na pociąg o 9.13. Na dworcu w Farnham bez trudu dowiedziałem się o drogę do Charlington Heath. Nie sposób było nie znaleźć miejsca, gdzie młodą damę spotkała przygoda; droga biegła tam pomiędzy wrzosowiskiem a starym cisowym żywopłotem, otaczającym park, w którym rosły wspaniałe drzewa. Prowadziła do niego brama z omszałego kamienia, na której bocznych kolumnach widniały wyszczerbione symbole heraldyczne. Poza tym zauważyłem kilka luk w żywopłocie, przez które prowadziły ścieżki. Domu nie było widać z drogi, ale jego otoczenie tchnęło smutkiem i zwiastowało upadek.

Wrzosowisko było pokryte złotymi plamami kwitnącego janowca, pięknie lśniącym w ostrym wiosennym słońcu. Ukryłem się za jedną z kęp, aby widzieć zarówno bramę parku, jak i długi odcinek drogi po każdej jej stronie. Kiedy schodziłem z drogi, była on pusta, ale po chwili ujrzałem rowerzystę jadącego w kierunku, z którego przybyłem. Był ubrany w ciemny garnitur, miał czarną brodę. Kiedy dotarł do krańca posiadłości, zeskoczył z pojazdu i przeprowadził go przez lukę w żywopłocie, znikając mi z oczu.

Po upływie kwadransa pojawiła się druga osoba na rowerze: była to nasza młoda dama, która jechała od strony dworca. Zauważyłem, że gdy dotarła do żywopłotu przed Charlington Hall, zaczęła się rozglądać. Chwilę później mężczyzna wychynął z kryjówki, wskoczył na rower i pojechał za nią. W całym tym rozległym krajobrazie poruszały się tylko dwie sylwetki – pełna wdzięku dziewczyna, która siedziała, wyprostowana, na rowerze i mężczyzna jadący za nią, pochylony nad kierownicą tak, jakby się skradał na tym rowerze. Panna Smith obejrzała się za siebie i zwolniła. Mężczyzna również zmniejszył tempo. Dziewczyna zatrzymała się, i on natychmiast zrobił to samo, trzymając się w odległości dwustu jardów od niej. Kolejny ruch kobiety był gwałtowny i nieoczekiwany. Nagle odwróciła rower i pojechała prosto w kierunku nieznajomego. On jednak równie szybko ruszył do desperackiej ucieczki. Po chwili młoda dama zawróciła, z dumnie uniesioną głową kontynuując jazdę w poprzednim kierunku: najwyraźniej postanowiła nie zwracać więcej uwagi na swego milczącego towarzysza. Mężczyzna ponownie ruszył za nią, wciąż trzymając się w pewnej odległości za panną, i jechał tak aż do chwili, gdy zniknął mi z oczu za zakrętem.

Pozostałem w swej kryjówce, jak się okazało, słusznie, gdyż po chwili znów pojawił się nieznajomy, który powoli pedałował z powrotem. Zatrzymał się przy bramie i zsiadł z roweru. Przez kilka minut stał między drzewami. Podniósł ręce do góry, i wydawało mi się, że poprawia muszkę. Później znów wsiadł na swój rower i odjechał, oddalając się ode mnie, podjazdem prowadzącym do budynku. Pobiegłem przez wrzosowiska i pomiędzy drzewami zajrzałem do w głąb posiadłości. W oddali dostrzegłem stary budynek w stylu Tudorów, szary, ze sterczącymi kominami, ścieżka prowadziła jednak przez gęste zarośla, więc mężczyzna zniknął mi z oczu.

Mimo to miałem poczucie, że dobrze poradziłem sobie ze swym porannym zadaniem i w świetnym nastroju wróciłem piechotą do Farnham. Pośrednik z miejscowego biura obrotu nieruchomościami nie potrafił mi nic powiedzieć na temat Charlington Hall i skierował mnie do znanej firmy mającej siedzibę przy ulicy Pall Mall w Londynie. Wstąpiłem tam po drodze do domu i zostałem bardzo grzecznie przyjęty. Dowiedziałem się, że się spóźniłem, bo Charlington Hall został już wynajęty mniej więcej miesiąc wcześniej niejakiemu panu Williamsonowi, szacownemu starszemu dżentelmenowi. Uprzejmy pośrednik stwierdził, że niestety, nie może powiedzieć mi nic więcej, gdyż nie zwykł rozmawiać o sprawach swych klientów.

Holmes z uwagą wysłuchał długiego sprawozdania, jakie złożyłem mu tego wieczora, nie skwitował go jednak lakoniczną pochwałą, której oczekiwałem i z której bym się ucieszył. Wręcz przeciwnie, jego surowa twarz przybrała wyraz jeszcze bardziej srogi niż zwykle, kiedy roztrząsał, co zrobiłem, a co zaniedbałem.

– Drogi Watsonie, wybrałeś zupełnie niewłaściwe miejsce na kryjówkę. Powinieneś był stanąć za żywopłotem, skąd mógłbyś z bliska przyjrzeć się temu interesującemu człowiekowi. Tymczasem zaczaiłeś się o setki jardów od niego i w efekcie wiesz o nim jeszcze mniej niż panna Smith. Młoda dama twierdzi, że nie zna tego mężczyzny, a ja jestem przekonany, że to nieprawda. Gdyby tak było istotnie, dlaczego tak bardzo utrudniał jej możliwość przyjrzenia mu z bliska? Mówisz, że pochylał się nad kierownicą. To również świadczy o tym, że starał się ukryć swą tożsamość. Doprawdy, spisałeś się po prostu fatalnie. Mężczyzna wraca do domu, a ty, chcąc się dowiedzieć, kim on jest, jedziesz do agenta nieruchomości w Londynie!

– Co miałem wobec tego zrobić? – krzyknąłem nie bez irytacji.

– Pójść do najbliższej gospody. Tam można usłyszeć wiejskie plotki. Poznałbyś personalia wszystkich mieszkańców, od pana domu do pomywaczki. Nazwisko Williamson nic mi nie mówi. Jeśli to starszy człowiek, nie może być tym sprawnym rowerzystą, który zdołał wymknąć się energicznej pogoni młodej damy. Co dała nam twoja wyprawa? Przekonanie, że opowieść dziewczyny jest prawdziwa, w co nigdy nie wątpiłem, oraz że istnieje związek pomiędzy tajemniczym rowerzystą a posiadłością, o czym również byłem przekonany. Wiemy, że dom wynajął człowiek nazwiskiem Williamson, ale co komu z tego? No, mój drogi, nie bądź taki przybity. Do następnej soboty niewiele możemy zrobić, a ja sam postaram się sprawdzić kilka faktów.

Następnego ranka otrzymaliśmy liścik od panny Smith, opisujący zwięźle i dokładnie wydarzenia, których byłem świadkiem. Jego najważniejszą częścią okazało się jednak post scriptum:

Panie Holmes, jestem pewna, że dochowa pan tajemnicy, jeśli zdradzę panu, że moja praca tutaj stała się trudna, gdyż mój chlebodawca mi się oświadczył. Nie mam wątpliwości, że jego uczucia są głębokie i godne szacunku, jednak jestem już po słowie z innym. Pan Carruthers przyjął mą odmowę z wielką powagą, bardzo grzecznie, jednak, jak zapewne się pan domyśla, sytuacja jest obecnie nieco napięta.

 

– Zdaje się, że nasza młoda przyjaciółka brnie coraz bardziej w kłopoty – stwierdził Holmes w zamyśleniu, kiedy skończył czytać list. – Sprawa staje się ciekawsza i bardziej obiecująca, niż sądziłem. Przydałby mi się cichy i spokojny dzień spędzony na wsi. Pojadę tam chyba dziś po południu i sprawdzę jedną lub dwie teorie, które wysnułem.

Spokojny dzień, który Holmes spędził na wsi, zakończył się nader osobliwie – mój przyjaciel powrócił na Baker Street późnym wieczorem z podbitym okiem i sinym guzem na czole; wyglądał tak podejrzanie, że Scotland Yard z pewnością mógłby się nim zainteresować. Był bardzo podekscytowany swoimi przygodami, a opowiadając o nich, śmiał się serdecznie.

– Zażywam ruchu tak rzadko, że takie okazje to dla mnie gratka – stwierdził. – Jak wiesz, posiadłem pewną biegłość w boksie, starym dobrym brytyjskim sporcie. Niekiedy mi się to przydaje. Dzisiaj na przykład popadłbym w wielką biedę.

Błagałem go, by opowiedział, co zaszło.

– Znalazłem wiejską gospodę, którą już przedtem poleciłem twej uwadze. Usiadłem przy barze i od gadatliwego gospodarza uzyskałem wszystkie informacje, których potrzebowałem. Williamson to siwobrody staruszek, który mieszka w domu sam z nielicznymi służącymi. Chodzą plotki, że jest lub był duchownym, ale kilka wydarzeń, jakie miały miejsce, odkąd zamieszkał w Hall, pozostaje w sprzeczności z naukami kościoła. Zasięgnąłem już języka w kurii i dowiedziałem się, że człowiek o tym nazwisku istotnie został wyświęcony, jednak jego kariera przebiegała wyjątkowo niepomyślnie. Dowiedziałem się też, że w weekendy w posiadłości nocują goście („zgraja hulaków, proszę pana”), spośród których wyróżnia się jeden rudowąsy dżentelmen nazwiskiem Woodley, który przyjeżdża tu co tydzień. Kiedy doszliśmy do tego momentu, podszedł do nas dżentelmen, o którym była mowa. Raczył się on piwem w sali obok i usłyszał naszą rozmowę. Zaczął wypytywać, kim jestem, czego chcę i po co zadaję takie pytania. Mówił potoczyście, używając niezwykle soczystych przymiotników. Strumień przekleństw zakończył podstępnym ciosem na odlew, przed którym nie do końca udało mi się obronić. Następnych kilka minut upłynęło bardzo miło na pojedynku mego lewego prostego z sierpowym tego zbira. Wyszedłem z tego w stanie, który widzisz, pana Woodleya natomiast odwieziono do domu dwukółką. Tak zakończyła się moja wycieczka na wieś, i muszę przyznać, że choć setnie się ubawiłem, spędzając dzień na obrzeżach hrabstwa Surrey, nie dowiedziałem się wiele więcej niż ty.

W czwartek otrzymaliśmy kolejny list od naszej klientki. Oto jego treść:

Panie Holmes, zapewne nie zdziwi pana wiadomość, że zrezygnowałam z pracy u pana Carruthers. Nawet wysoka pensja nie może wynagrodzić mi niedogodności związanych z moją sytuacją. W sobotę jadę do Londynu i nie zamierzam wrócić. Panu Carruthers w końcu dostarczono dwukółkę, więc niebezpieczeństwa czyhające na odludnej drodze, jeśli takowe w ogóle istniały, odchodzą w niepamięć.

Przyczyną mego odejścia jest nie tylko napięta sytuacja pomiędzy mną a panem Carruthers, ale także ponowne pojawienie się tego odpychającego typa Woodleya. Zawsze był on ohydny, teraz jednak wygląda jeszcze gorzej niż przedtem, zdaje się bowiem, że uległ jakiemuś wypadkowi, w wyniku którego został okaleczony. Widziałam go przez okno, ale z radością donoszę, że nie spotkaliśmy się. Gość odbył długą rozmowę z panem Carruthers, który po jej zakończeniu był bardzo poruszony. Woodley musiał zatrzymać się gdzieś w sąsiedztwie, nie spał tutaj, ale rano widziałam, jak skrada się przez zarośla. Wolałabym, żeby puszczono tu swobodnie dzikie zwierzę. Nie potrafię nawet opisać, jaki strach i wstręt odczuwam do niego. Jak to możliwe, że pan Carruthers choć przez chwilę znosi obecność takiej kreatury?

 

Na szczęście, wszystkie moje problemy skończą się w sobotę.

 
 

– Mam taką nadzieję, Watsonie – stwierdził Holmes z powagą. – Ta młoda kobieta wpadła w sieć szeroko zakrojonej intrygi, i naszym obowiązkiem jest dopilnować, by nikt nie przeszkodził jej podczas ostatniego przejazdu. Sądzę, że powinniśmy, poświęcając swój czas, pojechać tam razem w sobotni poranek i upewnić się, że to niecodzienne i skomplikowane śledztwo zakończy się pomyślnie.

Przyznaję, że aż do tej chwili nie zapatrywałem się zbyt poważnie na sprawę, która wydawała mi się raczej dziwna i groteskowa niż niebezpieczna. Fakt, że mężczyzna czeka w ukryciu, a później śledzi niezwykle urodziwą kobietę, nie jest sam w sobie niczym niezwykłym, a skoro nieznajomy był tak nieśmiały, że nie tylko się do niej nie odzywał, ale uciekał, gdy się zbliżała, trudno było uznać go za straszliwego napastnika. Ten łajdak Woodley to co innego, ale naprzykrzał się naszej klientce tylko raz, a później odwiedził dom pana Carruthers, w ogóle się z nią nie spotykając. Cyklista niewątpliwie musiał należeć do weekendowych gości Charlington Hall, o których wspomniał właściciel gospody, ale nie miałem pojęcia, kim jest i czego chce. Dopiero poważne podejście Holmesa do tego zdarzenia i fakt, że przed wyjściem z domu wsunął do kieszeni rewolwer, przekonały mnie, że ten szczególny ciąg zdarzeń może doprowadzić do tragedii.

Po deszczowej nocy nastał przepiękny poranek, a wrzosowisko usiane kępkami kwitnącego janowca wydawało się jeszcze piękniejsze naszym oczom, znużonym szaroburym Londynem. Szliśmy z Holmesem szeroką piaszczystą drogą, wdychając czyste poranne powietrze i ciesząc się śpiewem ptaków i świeżością wiosny. W miejscu, gdzie droga biegła wysoko po zboczu Crooksbury Hill, dojrzeliśmy ponury budynek Charlington Hall, wznoszący się ponad prastare, lecz i tak młodsze od niego dęby. Holmes wskazał na długą drogę, która wiła się czerwono-żółtą wstęgą pomiędzy brązową połacią wrzosowiska a świeżą zielenią lasu. W oddali ujrzeliśmy czarną kropkę – pojazd zmierzający w naszym kierunku. Holmes wydał okrzyk zniecierpliwienia.

– Dałem nam pół godziny zapasu – stwierdził. – Jeśli to jej dwukółka, widocznie wybrała się na wcześniejszy pociąg, i obawiam się, Watsonie, że minie Charlington, nim uda nam się do niej dotrzeć.

Kiedy zeszliśmy ze wzniesienia, pojazd zniknął nam z oczu, ale ruszyliśmy naprzód z taką szybkością, że zacząłem boleśnie odczuwać skutki siedzącego trybu życia i zostałem z tyłu. Holmes był jak zawsze w dobrej formie, gdyż korzystał z niewyczerpanych zasobów energii. Ani na chwilę nie zwolnił sprężystego kroku aż do momentu, kiedy, wyprzedzając mnie o sto jardów, stanął i wyrzucił ręce w górę w geście smutku i rozpaczy. W tej samej chwili pusta dwukółka ciągnięta przez galopującego konia, z lejcami wlokącymi się po ziemi, wyjechała zza zakrętu drogi i zaczęła szybko zbliżać się do nas.

– Za późno, Watsonie, za późno! – wykrzyknął Holmes, kiedy, zdyszany, stanąłem u jego boku. – Jakim głupcem byłem, że nie pomyślałem o wcześniejszym pociągu!

Doszło do porwania, morderstwa albo Bóg raczy wiedzieć, czego jeszcze! Zatarasuj drogę! Zatrzymaj konia! Właśnie tak. A teraz wskakuj i zobaczmy, czy uda mi się naprawić skutki własnego błędu.

Wskoczyliśmy do dwukółki. Holmes, zawróciwszy konia, ostro strzelił z bicza, i pomknęliśmy z powrotem tą samą drogą. Kiedy wyłoniliśmy się zza zakrętu, otworzył się przed nami widok na cały odcinek drogi pomiędzy Charlington Hall a wrzosowiskiem. Chwyciłem Holmesa za ramię.

– To on! – wykrztusiłem. W naszą stronę jechał samotny cyklista. Miał pochyloną głowę i napięte ramiona, jak gdyby wkładał w pedałowanie resztki swej energii. Pędził, jakby brał udział w wyścigu. Nagle uniósł brodatą twarz, zobaczył nas w pobliżu, zatrzymał się i zeskoczył z roweru. Jego kruczoczarna broda dziwnie kontrastowała z oczami, które błyszczały, jakby miał gorączkę. Przez chwilę wpatrywał się to w nas, to w dwukółkę, a później na jego twarzy pojawił się wyraz oszołomienia.

– Hola! Stać! – krzyknął, ustawiając rower tak, by zablokować drogę. – Skąd macie ten powóz? Stój, człowieku! – ryknął, dobywając pistoletu. – Stój, mówię, albo, do diaska, wpakuję kulę w twojego konia.

Holmes rzucił mi lejce i zeskoczył z pojazdu.

– To pana szukamy. Gdzie jest panna Violet Smith? – spytał w typowy dla siebie bezpośredni i rzeczowy sposób.

– To ja was o to pytam. Siedzicie w jej dwukółce. Powinniście wiedzieć, gdzie jest.

– Znaleźliśmy pojazd przy drodze. Nikogo w nim nie było. Zawróciliśmy, by pomóc młodej damie.

– Boże drogi! Boże drogi! Co ja pocznę? – wykrzyknął nieznajomy, ogarnięty rozpaczą. – Dopadli ją, ten łajdak Woodley i niegodziwy duchowny. Człowieku, jeśli naprawdę jesteś jej przyjacielem, chodź ze mną. Stań u mego boku, a ocalimy ją, choćbym miał paść trupem w lesie Charlington.

Jak szalony pobiegł z pistoletem w dłoni w kierunku luki w żywopłocie. Holmes ruszył za nim, a ja podążyłem za nimi, zostawiwszy konia skubiącego trawę na poboczu drogi.

– To tędy przeszli – wyjaśnił, wskazując ślady kilku osób na błotnistej ścieżce. – Hola! Stać! Ktoś jest w zaroślach!

Zobaczyliśmy młodego, może siedemnastoletniego chłopaka w stroju stajennego – na nogach miał kamasze, a w ręku trzymał bat. Leżał na plecach z podkurczonymi kolanami, miał rozciętą głową. Był nieprzytomny, ale żył. Rzut oka na ranę pozwolił mi stwierdzić, że kości czaszki nie zostały naruszone.

– To Peter, koniuszy – wykrzyknął nieznajomy. – To on ją wiózł. Te bydlaki wyciągnęły go i pobiły. Zostawmy go tu, jemu nie pomożemy, a ją możemy uratować od najgorszego, co może spotkać kobietę.

Pomknęliśmy ścieżką wijącą się między drzewami. Kiedy dotarliśmy do otaczającego dom żywopłotu, Holmes się zatrzymał.

– Nie poszli do domu. Ich ślady widać po lewej, tam, obok wawrzynów. Ach! Tak właśnie myślałem.

Nim skończył mówić, przenikliwy kobiecy krzyk, w którym słychać było śmiertelne przerażenie, dobiegł z dużej kępy krzaków znajdującej się przed nami. Skończył się nagle zduszonym piskiem.

– Tędy! Tędy! Są na torze do kręgli! – wykrzyknął mężczyzna, przedzierając się przez zarośla. – Co za tchórzliwe psy! Za mną, panowie! Już za późno, do diaska, za późno!

Znaleźliśmy się nagle na uroczej polanie, otoczonej prastarymi drzewami. Na jej krańcu, w cieniu wielkiego dębu, ujrzeliśmy niezwykłą grupę z trzech osób: była tam kobieta, nasza klientka, omdlewająca, z chusteczką przyciśniętą do ust; brutalny rudowąsy młodzieniec o nalanej twarzy stał na szeroko rozstawionych, obutych w kamasze nogach, jedną ręką podpierał się pod bok, a w drugiej trzymał palcat i wyglądał jak ucieleśnienie triumfu. Pomiędzy nimi znajdował się starszy siwobrody mężczyzna w krótkiej komży narzuconej na lekki tweedowy garnitur, który najwyraźniej przed chwilą skończył udzielać im ślubu. Kiedy się pojawiliśmy, właśnie chował do kieszeni książeczkę do nabożeństwa i poklepywał złowrogiego pana młodego po plecach, jowialnie mu gratulując.

– Pobrali się! – wykrztusiłem.

– Chodźcie! – wykrzyknął nasz przewodnik. – Chodźcie! – Pobiegł przez polanę, a Holmes i ja ruszyliśmy za nim. Kiedy się zbliżyliśmy, kobieta wsparła się o pień drzewa, Williamson, były duchowny, ukłonił się nam z udawaną grzecznością, a brutal Woodley wystąpił naprzód, wybuchając radosnym grubiańskim śmiechem.

– Możesz już zdjąć tę brodę, Bob – powiedział. – Od razu cię poznałem. Ty i twoi kolesie przybyliście w samą porę, bym mógł przedstawić was pani Woodley.

Nieznajomy zareagował w gwałtowny sposób – zerwał z twarzy czarną brodę i rzucił ją na ziemię, ukazując ziemistą, gładko wygoloną twarz, po czym uniósł pistolet i wymierzył go w młodego łotra, który zbliżał się do niego, wymachując groźnie palcatem.

– Tak – stwierdził nasz sprzymierzeniec. – To ja, Bob Carruthers, i pomszczę krzywdę tej kobiety, choćbym miał za to zawisnąć na szubienicy. Uprzedzałem cię, co uczynię, jeśli będziesz się jej naprzykrzał, i Bóg mi świadkiem, że dotrzymam słowa.

– Spóźniłeś się. Jest moją żoną.

– Nie. Wdową po tobie.

Rozległ się strzał. Zobaczyłem, jak przód kamizelki Woodleya pokrywa się krwią. Mężczyzna obrócił się z krzykiem i padł na plecy, a jego ohydna czerwona twarz pokryła się nagle okropnymi bladymi plamami. Starzec, nadal odziany w komżę, wybuchnął gradem przekleństw, jakich jeszcze nigdy w życiu nie słyszałem, i również wyciągnął rewolwer, jednak nim zdążył go unieść, zobaczył wymierzoną w siebie lufę pistoletu Holmesa.

– Dość tego! – rozkazał mój przyjaciel. – Rzuć broń! Watsonie, podnieś ją i przystaw mu do głowy. Dziękuję. Panie Carruthers, proszę o pańską broń. Nie dopuszczę do dalszego rozlewu krwi. Proszę mi ją oddać.

– Kim pan jest?

– Nazywam się Sherlock Holmes.

– Dobry Boże!

– Widzę, że pan o mnie słyszał. Będę reprezentował policję aż do jej przybycia. – Ej, ty! – krzyknął do przerażonego stajennego, który pojawił się na skraju polany. – Chodź tu. Weź ten liścik i pędź z nim co koń wyskoczy do Farnham. – Napisał kilka słów na kartce z notatnika. – Daj go naczelnikowi posterunku policji. Do jego przybycia pozostaniecie, panowie, pod moim nadzorem.

Silna osobowość Holmesa zdominowała tę tragiczną scenę, a my wszyscy zdawaliśmy się marionetkami w jego rękach. Williamson i Carruthers zanieśli nieprzytomnego Woodleya do domu, a ja podałem rękę wystraszonej dziewczynie. Woodley został ułożony na swoim łóżku, a ja na prośbę Holmesa zbadałem rannego, po czym poszedłem, do starej, jadalni obwieszonej gobelinami, gdzie siedział mój przyjaciel i jego dwaj więźniowie, i zdałem sprawę ze stanu Woodleya.

– Przeżyje – stwierdziłem.

– Co takiego? – wykrzyknął Carruthers, zrywając się z krzesła. – W takim razie muszę pójść na górę i skończyć z nim. Czy ten anioł pozostanie już przez całe życie z tym okrutnym Ryczącym Jackiem Woodleyem?

– Proszę się o to nie martwić – odparł Holmes. – Istnieją dwa bardzo istotne powody, by w żadnym razie nie uznawać jej za żonę tego łajdaka. Po pierwsze, bez trudu możemy zakwestionować prawo pana Williamsona do udzielenia ślubu.

– Zostałem wyświęcony! – krzyknął stary łotr.

– A później usunięty z zakonu.

– Duchowny pozostaje duchownym.

– Śmiem wątpić. A co z pozwoleniem na ślub?

– Wystaraliśmy się o nie. Mam je w kieszeni.

– Zdobyliście je podstępem. Poza tym małżeństwo zawarte pod przymusem nie jest sakramentem, a bardzo poważnym przestępstwem, o czym będzie się pan miał okazję przekonać. Jeśli się nie mylę, dostanie pan mniej więcej dziesięć lat na przemyślenie tej sprawy. Co do pana, Carruthers, nie trzeba było dobywać broni.

– Zaczynam sam dochodzić do tego wniosku, panie Holmes, ale nie wytrzymałem, kiedy pomyślałem o wszystkim, co zrobiłem, by chronić tę dziewczynę, kochałem ją bowiem, panie Holmes, i dzięki niej poznałem, co to miłość. Do szaleństwa doprowadził mnie fakt, że wpadła w łapy najgroźniejszego opryszka w Afryce Południowej, mężczyzny, którego nazwisko sieje postrach od Kimberley po Johannesburg. Panie Holmes, być może pan mi nie uwierzy, ale odkąd przyjąłem tę dziewczynę do pracy, za każdym razem, kiedy przejeżdżała koło tego domu, w którym, jak wiedziałem, ukrywali się łajdacy, jechałem za nią na swoim rowerze, by upewnić się, że nic jej nie zrobią. Trzymałem się w pewnej odległości od niej i przyklejałem sobie brodę, by mnie nie rozpoznała; ta dobra i pełna życia dziewczyna rychło zrezygnowałaby z pracy, gdyby się dowiedziała, że uganiam się za nią po wiejskich drogach.

– Dlaczego nie powiedział jej pan o niebezpieczeństwie?

– Odeszłaby, a ja bym nie zniósł takiej straty. Choć mnie nie kochała, wiele znaczyło dla mnie już to, że mogłem podziwiać tę uroczą kobietę w swoim domu i słuchać jej głosu.

– Cóż – stwierdziłem – pan nazywa to miłością, panie Carruthers, dla mnie jednak to egoizm.

– Być może jedno łączy się z drugim. Tak czy inaczej nie mogłem pozwolić jej odejść. Poza tym, skoro interesowała się nią ta szajka, ktoś musiał jej bronić. Kiedy nadszedł telegram, wiedziałem, że będą musieli wykonać jakiś ruch.

– Jaki telegram?

Carruthers wyjął z kieszeni arkusz papieru.

– Oto on.

List był krótki i zwięzły: „Stary nie żyje”.

– Hmm. Wiem, co zaszło – stwierdził Holmes – i rozumiem, że taka wiadomość mogła, tak jak pan twierdzi, skłonić ich do działania. Jednak, czekając na policję, może mi pan o wszystkim opowiedzieć.

Stary nikczemnik w komży znów zaczął przeklinać, na czym świat stoi.

– Niech cię ręka Boska broni! – wykrzyknął. – Bobie Carruthers, jeśli nas wsypiesz, zrobię ci to samo, co ty zrobiłeś Jackowi Woodleyowi. Możesz bajdurzyć o dziewczynie, ile dusza zapragnie, to twoja sprawa, ale jeśli wydasz kumpli temu glinie w cywilu, zrobisz najpodlejsze świństwo w życiu.

– Wielebny, to wzburzenie jest doprawdy zbędne – stwierdził Holmes, zapalając papierosa. – Dowody wyraźnie świadczą przeciw panom, a fakt, że chciałbym poznać kilka szczegółów, wynika z mej własnej ciekawości. Jeśli jednak nie zechcą panowie ze mną rozmawiać, ja zacznę mówić, i zobaczymy, jak szybko uda mi się odkryć panów sekrety. Po pierwsze, wszyscy trzej przybyliście tu w tej sprawie z Afryki Południowej – ty, Williamson, ty, Carruthers, i Woodley.

– To pierwsze kłamstwo – stwierdził starzec. – Obu poznałem nie dalej jak dwa miesiące temu i w życiu nie byłem w Afryce, więc tą bzdurą może pan sobie nabić fajkę, panie Wścibski Holmesie.

– Mówi prawdę – potwierdził Carruthers.

– W takim razie przyjechało dwóch z was. Wielebny jest wytworem naszego pięknego kraju. W Afryce zawarliście, panowie, znajomość z Ralphem Smithem, mieliście podstawy przypuszczać, że długo nie pożyje i odkryliście, że jego majątek odziedziczy bratanica. Zgadza się?

Carruthers przytaknął, Williamson zaklął.

– Nie ulegało wątpliwości, że jest jego najbliższą krewną, a wiedzieliście, panowie, że staruszek nie sporządzi testamentu.

– Nie umiał czytać ani pisać – stwierdził Carruthers.

– Przyjechaliście więc razem do kraju i odnaleźliście dziewczynę. Jeden z was miał się z nią ożenić, drugi – dostać swoją część łupu. Z jakiegoś powodu mężem miał zostać wybrany Woodley. Dlaczego?

– Podczas podróży graliśmy o nią w karty. On wygrał.

– Rozumiem. Pan przyjął młodą damę do pracy, a Woodley miał się do niej zalecać. Spostrzegła jednak, że to pijak i brutal i nie chciała mieć z nim nic wspólnego. Tymczasem wasze plany nieco skomplikował fakt, że pan sam zakochał się w dziewczynie i nie mógł ścierpieć myśli, że mogłaby wpaść w ręce tego łotra.

– Bóg mi świadkiem, nie mogłem!

– Doszło między wami do kłótni, pański wspólnik wpadł we wściekłość, porzucił pana i zaczął realizować własne plany.

– Williamson, zadziwia mnie, jak niewiele nowego możemy powiedzieć temu dżentelmenowi – stwierdził Carruthers, śmiejąc się gorzko. – Owszem, doszło do kłótni, i Woodley powalił mnie na ziemię. Teraz mu za to odpłaciłem. Potem zniknął mi z oczu i skumał się z obecnym tu wyklętym klechą. Dowiedziałem się, że wynajęli dom przy drodze, którą młoda dama jeździła na dworzec. Od tego czasu miałem pannę Smith na oku, gdyż wiedziałem, że kroi się jakieś łajdactwo. Od czasu do czasu spotykałem się z nimi, gdyż chciałem wiedzieć, co zamierzają. Dwa dni temu Woodley przybył do mego domu z telegramem o śmierci Ralpha Smitha; chciał wiedzieć, czy zamierzam dotrzymać warunków naszej umowy. Zaprzeczyłem. Wtedy spytał, czy zgodzę się sam ożenić z dziewczyną i podzielić się z nim pieniędzmi. Odparłem, że chętnie bym to zrobił, ale ona mnie nie przyjmie, no to on zaproponował: „Najpierw doprowadźmy do ślubu, a za tydzień lub dwa panna może inaczej spojrzeć na sprawę”. Powiedziałem, że nie życzę sobie żadnej przemocy, więc ten wulgarny łajdak wyniósł się, klnąc na czym świat stoi i przysięgając, że i tak ją dopadnie. Dziewczyna postanowiła wyjechać w ten weekend. Nająłem dwukółkę, by zawiozła ją na dworzec, ale tak się o nią niepokoiłem, że pojechałem za nią na rowerze. Wyruszyła jednak wcześniej, i nim zdążyłem ją dogonić, doszło do nieszczęścia. Zrozumiałem to, kiedy zobaczyłem panów jadących jej dwukółką.

Holmes wstał i wrzucił niedopałek papierosa do kominka.

– Watsonie, zachowałem się jak tępak – stwierdził. – Kiedy opowiedziałeś mi, że widziałeś, jak rowerzysta poprawia muszkę, stojąc wśród zarośli, powinienem był od razu się wszystkiego domyślić. Możemy jednak pogratulować sobie ciekawej i pod pewnymi względami wyjątkowej sprawy. Widzę, że ścieżką nadchodzi trzech panów z policji okręgowej, i cieszę się, że młody stajenny dotrzymuje im kroku, zdaje się, że ani on, ani osobliwy pan młody nie doznali trwałego uszczerbku podczas dzisiejszych porannych przygód. Sądzę, Holmesie, że jako lekarz możesz sprawdzić stan panny Smith i powiedzieć jej, że jeśli czuje się na siłach, z przyjemnością odwieziemy ją do matki. Jeśli wciąż będzie osłabiona, sądzę, że postawi ją na nogi wzmianka o telegramie do pewnego młodego elektryka. Co do pana, panie Carruthers, sądzę, że zrobił pan wszystko, co w pańskiej mocy, by odkupić swój udział w tym ohydnym spisku. Oto moja wizytówka. Jeśli moje zeznania mogłyby pomóc podczas pańskiego procesu, będę do dyspozycji.

Jak czytelnicy zapewne zauważyli, w wirze naszej nieprzerwanej działalności często miewam trudności z podsumowaniem mych opowieści i podaniem końcowych informacji, których mogliby oczekiwać zainteresowani. Niemal natychmiast po każdej sprawie następuje kolejna, a po rozwikłaniu zagadki zamieszane w nią osoby na zawsze znikają z naszego pracowitego życia. Na końcu notatek dotyczących tego śledztwa znalazłem jednak dopisek, że panna Violet Smith istotnie odziedziczyła spory majątek i obecnie jest żoną Cyrila Mortona, starszego wspólnika Morton & Kennedy, słynnej firmy elektrycznej z Westminster. Williamson i Woodley stanęli przed sądem za napaść i porwanie. Pierwszego z nich skazano na siedem, drugiego na dziesięć lat więzienia. O losie pana Carruthers nic mi nie wiadomo, jestem jednak pewien, że sąd nie był dla niego zbyt surowy, gdyż to Woodley uchodził za niebezpiecznego łotra, i sądzę, że już po kilku miesiącach spłacił swój dług wobec prawa.

Rozdział piąty

 

Szkoła klasztorna

 
 

Wiele osób wkraczało do naszego mieszkania przy Baker Street lub opuszczało je w dramatyczny sposób, nie przypominam sobie jednak żadnego przypadku równie nagłego i zdumiewającego jak pierwsza wizyta, którą złożył nam mgr dr itp. Thorneycroft Huxtable. Najpierw wniesiono jego wizytówkę, zbyt małą, by pomieścić wszystkie tytuły naukowe właściciela, następnie do pokoju wkroczył pan Huxtable we własnej osobie, potężny, pompatyczny i pełen godności, uosobienie solidności i opanowania. Ale kiedy tylko zamknęły się za nim drzwi, zachwiał się na nogach, chwycił się stolika i, nieprzytomny i bezradny, osunął się na podłogę. Jego majestatyczna sylwetka spoczęła na skórze niedźwiedzia leżącej przed kominkiem.

Zerwaliśmy się na równe nogi i przez kilka chwil w ciszy i zdumieniu przypatrywaliśmy się temu olbrzymiemu wrakowi człowieka, który niechybnie przebył nagłą i śmiertelnie niebezpieczną burzę w odmętach oceanu życia. Holmes szybko podłożył mu pod głowę poduszkę, a ja napoiłem go brandy. Nalana blada twarz mężczyzny była poorana zmarszczkami świadczącymi o licznych troskach, zwisające worki pod oczami miały kolor ołowiu, kąciki rozchylonych ust opadły w grymasie bólu, a fałdy policzków pokrywał zarost. Kołnierzyk i koszula przybysza były przybrudzone po długiej podróży, a rozczochrane włosy jeżyły się na kształtnej głowie. Leżał przed nami człowiek dotknięty wielkim cierpieniem.

– Co mu jest, Watsonie? – spytał Holmes.

– Całkowicie wyczerpany. Może osłabł z głodu i zmęczenia – powiedziałem, badając nitkowate tętno nieprzytomnego, które świadczyło o tym, że życie ledwie się w nim tli.

– Bilet w obie strony, z Mackleton, na północy Anglii – stwierdził Holmes, wyciągając dokument z kieszonki od zegarka. – Nie ma jeszcze dwunastej. Musiał wyjechać bardzo wcześnie.

Zmarszczone powieki naszego gościa zaczęły drgać, i po chwili spojrzały na nas nieprzytomne szare oczy. Mężczyzna stanął chwiejnie na nogi z twarzą purpurową ze wstydu.

– Proszę wybaczyć mi tę słabość, panie Holmes, jestem nieco wyczerpany nerwowo. Jeśli poczęstują mnie panowie ciastkiem i szklanką mleka, poczuję się lepiej. Panie Holmes, przyjechałem osobiście, by upewnić się, że pojedzie pan ze mną. Obawiałem się, że żaden telegram nie przekona pana, jak pilna jest sprawa.

– Kiedy dojdzie pan do siebie...

– Czuję się już dobrze. Nie wiem, co mi się stało. Panie Holmes, chciałbym, żeby pojechał pan ze mną do Mackleton najbliższym pociągiem.

Mój przyjaciel potrząsnął głową.

– Mój współpracownik doktor Watson może zaświadczyć, że jesteśmy w tej chwili bardzo zajęci. Pracuję nad sprawą dokumentów Ferrersa, rozpoczyna się też proces o morderstwo Abergavenny. Jedynie bardzo istotna sprawa mogłaby skłonić mnie w tej chwili do wyjazdu z Londynu.

– Istotna! – nasz gość wyrzucił w górę ręce. – Czy nie słyszał pan o porwaniu jedynego syna księcia Holdernesse?

– Byłego ministra?

– Zgadza się. Staraliśmy się, by sprawa nie trafiła do gazet, ale wzmianka ukazała się w „Globe” wczoraj wieczorem. Myślałem, że może pan o tym słyszał.

Holmes wyciągnął swą długą szczupłą rękę i chwycił tom encyklopedii zawierający hasła na literę H: „Holdernesse, szósty książę, kawaler orderu podwiązki, tajny radca – cóż za persona! – Baron Beverley, hrabia Carston – a niech mnie, jaka długa lista! – Od 1900 pan na Hallamshire. W 1888 poślubił Edith, córkę sir Charlesa Appledore. Dziedzic i jedyny potomek, lord Saltire. Posiadacz ok. 250 akrów ziemi oraz kopalni minerałów w hrabstwie Lancashire i w Walii. Adres: Carlton House Terrace; Holdernesse Hall, Hallamshire; zamek Carston, Bangor, Walia. Lord Admiralicji, 1872. Sekretarz stanu ds.” – no, no, ten człowiek z pewnością należy do najznamienitszych poddanych królowej.

– Najznamienitszych i zapewne najzamożniejszych. Panie Holmes, wiem, że w pracy zawodowej postępuje pan według niezwykle szlachetnych zasad i jest pan gotów pracować dla samej pracy. Mogę jednak zdradzić, iż jego książęca mość obiecał czek na pięć tysięcy funtów osobie, która wykryje miejsce pobytu jego syna, i kolejny, na tysiąc, temu, kto ujawni tożsamość porywaczy.

– To hojna oferta – stwierdził Holmes. – Watsonie, sądzę, że pojedziemy z doktorem Huxtable na północ Anglii. A teraz, doktorze, kiedy skończy pan pić mleko, proszę, by zechciał nam opowiedzieć, co się stało, kiedy i w jaki sposób, co wspólnego ze sprawą ma doktor Thorneycroft Huxtable ze szkoły klasztornej nieopodal Mackleton i czemu zjawia się on w trzy dni po całym zajściu, da się to stwierdzić po pańskim zaroście, by zabiegać o moje skromne usługi.

Nasz gość zjadł ciastka, popijając mlekiem. W jego oczach znów pojawił się błysk, a na policzki wrócił rumieniec, kiedy zaczął, z wielką werwą i jasnością, objaśniać sytuację:

– Trzeba wam wiedzieć, panowie, że szkoła klasztorna, której jestem założycielem i dyrektorem, to szkoła przygotowawcza. Być może pamiętają mnie panowie jako autora opracowania „Huxtable’a uwagi o Horacym”. Moja szkoła jest bez wątpienia najlepszą i najbardziej elitarną tego typu placówką w Anglii. Swoich synów powierzyli mi lord Leverstoke, hrabia Blackwater i sir Cathcart Soames, jednak naprawdę poczułem, że szkoła osiągnęła szczyt świetności kilka tygodni temu, kiedy książę Holdernesse przysłał swego sekretarza pana Jamesa Wildera z informacją, że dziesięcioletni lord Saltire, jego jedyny potomek i dziedzic, ma zostać umieszczony pod mą opieką. Nie spodziewałem się wówczas, że będzie to początek najbardziej druzgocącego nieszczęścia, jakie mnie w życiu spotkało. Chłopiec przyjechał pierwszego maja, na początku semestru letniego. Okazał się uroczym dzieckiem i szybko przyzwyczaił się do życia u nas. Mogę panu zdradzić (nie wiem, czy nie popełnię niedyskrecji, ale w takiej sprawie absurdem byłoby zachowywanie jakichkolwiek sekretów), że malec nie był zbyt szczęśliwy w domu. Jest tajemnicą poliszynela, że małżeństwo księcia nie było zgodne i za porozumieniem stron zakończyło się separacją. Księżna zamieszkała na południu Francji. Stało się to niedawno, a chłopiec, jak wiadomo, był bardzo przywiązany do matki. Rozpaczał po jej odjeździe z Holdernesse Hall, i dlatego właśnie książę postanowił umieścić go w mojej placówce. W ciągu dwóch tygodni chłopak poczuł się u nas jak w domu, i wyglądało na to, że jest całkiem szczęśliwy. Ostatni raz widziano go w nocy trzynastego maja, czyli w ostatni poniedziałek. Jego pokój znajdował się na drugim piętrze; wchodziło się do niego przez drugi, większy, zamieszkany przez dwóch innych chłopców. Lokatorzy nic nie widzieli ani nie słyszeli, jest zatem pewne, że młody lord Saltire nie wychodził tamtędy. Jego okno było otwarte, a po ścianie budynku aż do ziemi pnie się bluszcz o mocnych pnączach. Nie znaleźliśmy śladów na podłożu, ale z pewnością był to jedyny sposób, w jaki chłopiec mógł opuścić pokój. Jego nieobecność odkryto we wtorek o siódmej rano. Ustalono, że spał w łóżku, a przed wyjściem ubrał się w szkolny mundurek: krótką czarną marynarkę i ciemnoszare spodnie. Nie znaleziono żadnych śladów świadczących o tym, by ktoś wchodził do pokoju, a pewne jest, że krzyki czy szamotanina nie pozostałyby niezauważone, gdyż Caunter, starszy z chłopców mieszkających w przyległym pokoju, ma bardzo lekki sen. Po odkryciu zaginięcia małego lorda natychmiast zarządziłem odczytanie listy wszystkich obecnych na terenie szkoły: chłopców, nauczycieli i służących. Okazało się, że lord Saltire nie uciekł sam. Brakowało również Heideggera, wykładowcy niemieckiego. Jego pokój znajdował się na drugim piętrze, w dalszej części budynku, a okna wychodziły na tę samą stronę, co okna sypialni młodego lorda. Nauczyciel również spał w swoim łóżku, ale opuścił szkołę najwyraźniej w niekompletnym stroju, na podłodze znaleziono koszulę i skarpetki. Nie ulegało wątpliwości, że zsunął się w dół po bluszczu, gdyż na trawniku, w miejscu, w którym wylądował, widoczne były odciski jego stóp. Zniknął także rower, który trzymał w małej szopce obok trawnika. Heidegger pracował u mnie od dwóch lat. Miał najlepsze możliwe referencje, był jednak cichym ponurym człowiekiem, nie lubianym zbytnio ani przez nauczycieli, ani przez uczniów. Ślad po uciekinierach zaginął, i dziś, w czwartek rano, nie wiemy więcej niż we wtorek. Rzecz jasna, od razu skontaktowaliśmy się z Holdernesse Hall. Dwór jest oddalony zaledwie o kilka mil; sądziliśmy, że chłopak może nagle zatęsknił i wrócił do ojca, ale nikt go tam nie widział. Książę jest bardzo wzburzony, a jeśli o mnie chodzi, sami panowie widzieli, do jakiego stanu napięcia nerwowego doprowadziły mnie niepewność i poczucie winy. Panie Holmes, jeśli może pan zaprząc do pracy wszystkie swe zdolności, błagam, by zrobił pan to teraz: żadna inna sprawa nie zasługuje na to bardziej niż ta.

Sherlock Holmes z wielką uwagą wysłuchał opowieści nieszczęsnego dyrektora. Jego zmarszczone brwi i widoczna pomiędzy nimi bruzda wskazywały, że nawet gdyby go o to nie błagano, skupiłby całą swą uwagę na zagadce, która nie tylko dawała perspektywę zarobku, ale także zaspokajała jego żądzę złożonych i niezwykłych spraw. Po chwili wyciągnął notatnik i poczynił kilka zapisków.

– Popełnił pan wielki błąd, nie przychodząc do mnie wcześniej – powiedział surowo. – Bardzo utrudni mi to prowadzenie śledztwa. Niemożliwe jest, na przykład, by wprawny obserwator nie odczytał nic z bluszczu i trawnika.

– Proszę mnie nie winić, panie Holmes. Jego książęca mość bardzo chciał uniknąć skandalu. Nie życzył sobie, by nieszczęścia dziejące się w jego rodzinie zostały wyciągnięte na światło dzienne. Bardzo boi się takich sytuacji.

– Rozumiem jednak, że zostało przeprowadzone oficjalne śledztwo?

– Tak, proszę pana, jego wyniki bardzo nas jednak rozczarowały. Już na samym początku wydawało się, że znaleziono ślad, ustalono bowiem, że jakiś chłopiec i młody mężczyzna odjechali porannym pociągiem z pobliskiego dworca. Wczoraj w nocy otrzymaliśmy wiadomość, że odnaleziono ich w Liverpoolu i nie mają oni żadnego związku ze sprawą. Wtedy, zrozpaczony i rozczarowany, przyjechałem porannym pociągiem po nieprzespanej nocy prosto do pana.

– Czy dochodzenie zostało wstrzymane na czas śledzenia fałszywego tropu?

– Zostało przerwane.

– A zatem zmarnowano trzy dni. Sprawę rozegrano w godny pożałowania sposób.

– Jestem tego świadom i przyznaję to.

– A jednak powinno się udać rozwikłać tę zagadkę. Zajmę się nią z wielką przyjemnością. Czy zdołano ustalić jakiekolwiek powiązanie pomiędzy zaginionym chłopcem a nauczycielem niemieckiego?

– Absolutnie nie.

– Czy malec był w jego klasie?

– Nie, i z tego, co wiem, nie zamienił z nim ani słowa.

– To doprawdy niezwykłe. Czy chłopiec miał rower?

– Nie.

– Czy brakowało jakiegoś innego roweru?

– Nie.

– Jest pan pewien?

– Całkowicie.

– Nie sądzi pan chyba, że Niemiec odjechał na swoim bicyklu w środku nocy, uwożąc chłopca pod pachą?

– Zdecydowanie nie.

– Jaką zatem ma pan teorię?

– Rower mógł zostać zabrany, by sprowadzić śledztwo na fałszywy trop. Być może gdzieś go ukryto, a uciekinierzy odeszli piechotą.

– To możliwe, ale czy taki fałszywy trop nie wydaje się absurdalny? Czy w szopce stały inne rowery?

– Owszem, kilka.

– Czy w takim razie, gdyby zaginiony chciał stworzyć wrażenie, że odjechali na rowerach, nie ukryłby dwóch?

– Sądzę, że tak właśnie by zrobił.

– Oczywiście, że tak. Teoria o fałszywym tropie jest błędna, ale samo zdarzenie stanowi znakomity punkt wyjścia dla śledztwa, wszak niełatwo jest zniszczyć lub ukryć rower. Jeszcze jedno pytanie. Czy nikt nie przyjechał do chłopca z wizytą w dniu poprzedzającym jego zniknięcie?

– Nie.

– Czy malec otrzymał wtedy jakieś listy?

– Tak, jeden.

– Od kogo?

– Od ojca.

– Czy otwiera pan listy uczniów?

– Nie.

– Skąd w takim razie wie pan, że ten był od księcia Holdernesse?

– Na kopercie widniał herb, adres wypisany był charakterystycznym dla księcia kanciastym pismem. Poza tym jego książęca mość pamięta, że pisał.

– Kiedy chłopiec dostał poprzedni list?

– Kilka dni wcześniej.

– Czy zdarzyło się, by przyszła do niego poczta z Francji?

– Nie, nigdy.

– Mam nadzieję, że rozumie pan cel, w jakim zadaję te pytania. Lord Saltire mógł zostać uprowadzony siłą albo uciec z własnej woli. W tym ostatnim przypadku można się spodziewać, że aby skłonić malca do takiego kroku, potrzebny był jakiś sygnał z zewnątrz. Jeśli młody lord nie miał gości, sygnał musiał być zawarty w liście, dlatego usiłuję prześledzić, z kim chłopiec korespondował.

– Obawiam się, że niewiele panu pomogę. Z tego, co wiem, pisywał do niego jedynie ojciec.

– Który przysłał list także w dniu zniknięcia syna. Czy łączyły ich przyjazne stosunki?

– Jego książęca mość nie jest zbyt przyjazny dla nikogo. Zaprzątają go sprawy wagi państwowej, więc pospolite emocje nie mają do niego przystępu. Zawsze jednak był na swój sposób dobry dla chłopca.

– Mimo to chłopak wolał matkę?

– Tak.

– Czy przyznał się do tego?

– Nie.

– Czy stwierdził to książę?

– Nie, broń Boże!

– Skąd zatem pan to wie?

– Odbyłem kilka poufnych rozmów z panem Jamesem Wilderem, sekretarzem jego książęcej mości. To on uświadomił mnie co do uczuć lorda Saltire.

– Rozumiem. A przy okazji, czy po zniknięciu chłopca znaleziono w jego pokoju ten list?

– Nie, zabrał go ze sobą. Panie Holmes, sądzę, że już czas udać się na dworzec Euston.

– Wezwę dorożkę, w ciągu kwadransa będziemy do pańskiej dyspozycji. Panie Huxtable, jeśli zamierza pan telegrafować do domu, byłoby dobrze, gdyby pozwolił pan wszystkim myśleć, że śledztwo wciąż prowadzone jest w Liverpoolu lub jakimś innym miejscu, do którego zaprowadził fałszywy ślad. Ja tymczasem będę po cichu pracował w pana szkole. Być może trop jest jeszcze na tyle ciepły, aby dwóm ogarom, takim jak Watson i ja, udało się na niego wpaść.

Wieczór zastał nas w zimnych i rześkich okolicach Peak, gdzie mieściła się słynna szkoła doktora Huxtable. Kiedy dotarliśmy na miejsce, było już ciemno. Na stole w korytarzu leżała wizytówka, a lokaj wyszeptał coś do swego pana, który zwrócił się do nas z ożywieniem bijącym z grubo ciosanej twarzy.

– Przyjechał książę – powiedział. – Wraz z panem Wilderem czeka w gabinecie. Proszę za mną, panowie, przedstawię was.

Rzecz jasna, widywałem przedtem zdjęcia słynnego męża stanu, ale w rzeczywistości wyglądał on zgoła inaczej niż na tych podobiznach. Wysoki i postawny, nienagannie ubrany, miał szczupłą wynędzniałą twarz i groteskowo długi i wykrzywiony nos. Był blady jak ściana, co dodatkowo podkreślała długa, przerzedzona płomiennoruda broda, spływająca na białą kamizelkę, z której kieszonki zwisała dewizka. Ten imponujący mężczyzna patrzył na nas kamiennym wzrokiem, stojąc na dywaniku przed kominkiem. Towarzyszył mu bardzo młody człowiek, jak się domyśliłem, pan Wilder, jego sekretarz. Był drobny nerwowy i czujny, miał inteligentne bladoniebieskie oczy i wyrazistą twarz. To on rozpoczął konwersację tonem ostrym i stanowczym.

– Doktorze Huxtable, przybyłem dziś rano, nie zdążyłem jednak powstrzymać pana przed wyjazdem do Londynu. Dowiedziałem się, że udał się pan tam, by poprosić pana Sherlocka Holmesa o przeprowadzenie śledztwa w naszej sprawie. Jego książęca mość jest zdumiony, że podjął pan takie kroki bez uzgodnienia z nim.

– Kiedy dowiedziałem się, że policja zawiodła...

– Jego książęca mość bynajmniej nie jest o tym przekonany.

– Ależ panie Wilder...

– Z pewnością wie pan, doktorze Huxtable, jak bardzo jego książęcej mości zależy na uniknięciu skandalu. Pragnie on, by w sprawę było wtajemniczonych jak najmniej osób.

– Łatwo temu zaradzić – odparł wystraszony dyrektor. – Pan Holmes może wrócić do Londynu porannym pociągiem.

– Ależ nie, doktorze, w żadnym razie – stwierdził Holmes swym najbardziej uprzejmym tonem. – Klimat na północy Anglii jest tak przyjemny i ożywczy, że chciałbym spędzić w tej okolicy kilka dni, zajmując się tym, co uznam za stosowne. Oczywiście, do pana należy decyzja, czy zatrzymam się pod pańskim dachem, czy w oberży w wiosce.

Widziałem, że biedny doktor jest zupełnie rozdarty; wyrwał go z tego stanu głęboki dźwięczny głos rudobrodego księcia, który rozbrzmiał jak gong:

– Doktorze Huxtable, zgadzam się z panem Wilderem, że lepiej by pan zrobił, omawiając to ze mną. Ale skoro przedstawił pan już sprawę panu Holmesowi, byłoby doprawdy absurdalne, gdybyśmy nie skorzystali z jego usług. Panie Holmes, o noclegu w gospodzie nie ma mowy, z przyjemnością będę gościł pana w Holdernesse Hall.

– Dziękuję, wasza książęca mość, sądzę jednak, że dla dobra śledztwa powinienem pozostać na miejscu przestępstwa.

– Jak pan uważa, panie Holmes. Rzecz jasna, i ja, i pan Wilder udzielimy panu wszelkich informacji.

– Prawdopodobnie będę musiał spotkać się z panem w Holdernesse Hall – stwierdził Holmes. – Teraz chciałbym jedynie spytać, czy ma pan jakąś własną teorię wyjaśniającą zagadkowe zniknięcie pańskiego syna?

– Nie.

– Przepraszam, jeśli pana urażę, ale nie mam wyjścia. Czy sądzi pan, że księżna miała cokolwiek wspólnego z tą sprawą?

Wielki minister wyraźnie się zawahał.

– Nie wydaje mi się – stwierdził w końcu.

– Innym oczywistym wyjaśnieniem jest porwanie dziecka dla okupu. Czy otrzymał pan jakiekolwiek żądania tego rodzaju?

– Nie.

– Jeszcze jedno pytanie, wasza książęca mość. Podobno napisał pan do syna w dniu, w którym doszło do incydentu.

– Nie, list napisałem dzień wcześniej.

– Zgadza się. Ale chłopiec otrzymał go tego dnia?

– Tak.

– Czy cokolwiek w treści listu mogło wytrącić go z równowagi i skłonić do podjęcia takiego kroku?

– Zdecydowanie nie.

– Czy sam nadał pan list?

Odpowiedź szlachcica została przerwana przez sekretarza, który wtrącił się nie bez irytacji.

– Jego książęca mość nie ma w zwyczaju samodzielnie wysyłać korespondencji – stwierdził. – List leżał razem z innymi na biurku w gabinecie, i sam włożyłem wszystkie do worka pocztowego.

– Czy jest pan pewien, że był wśród nich list do syna?

– Tak, widziałem go.

– Ile listów napisał jego książęca mość tego dnia?

– Dwadzieścia lub trzydzieści. Koresponduję z wieloma osobami. Ale co to ma do rzeczy?

– Być może więcej, niż się wydaje – odpowiedział Holmes.

– Jeśli o mnie chodzi – mówił dalej książę – zaleciłem policji, by skupili swą uwagę na południu Francji. Powiedziałem już, że nie wierzę, by księżna mogła stać za tym potwornym przestępstwem, ale chłopak miał głowę nabitą błędnymi przekonaniami i mógł uciec do niej przy pomocy tego Niemca. Doktorze Huxtable, myślę, że wrócimy teraz do Holdernesse Hall.

Zauważyłem, że Holmes zamierzał zadać kolejne pytania, ale stanowcza postawa szlachcica wskazywała, że rozmowę należy uznać za zakończoną. Jasne było, że omawianie prywatnych spraw z obcymi było wstrętne jego arystokratycznej naturze i obawiał się, że każde kolejne pytanie mogłoby rzucić więcej światła na ukryte w dyskretnym cieniu zakątki jego książęcej historii.

Kiedy arystokrata i jego sekretarz wyszli, mój przyjaciel z właściwym sobie zapałem przystąpił do prowadzenia śledztwa.

Pokój chłopca poddano uważnym oględzinom, które wskazały ponad wszelką wątpliwość, że okno było jedyną możliwą drogą ucieczki. Badanie pomieszczenia i rzeczy należących do nauczyciela niemieckiego nie dostarczyło dalszych poszlak. Łodyga bluszczu oberwała się pod ciężarem mężczyzny, a w świetle latarni dostrzegliśmy na trawniku ślady jego pięt. Wgłębienie w niskiej zielonej trawie było jedynym dowodem związanym z niewyjaśnioną nocną ucieczką.

Mój przyjaciel wyszedł z domu sam, a wrócił dopiero po jedenastej. Wystarał się o dużą wojskową mapę okolicy, przyniósł ją do mojego pokoju, położył na łóżku, skierował na nią światło lampy, zapalił, i, przyglądając się mapie, wskazywał od czasu do czasu interesujące miejsca dymem z żarzącej się fajki.

– Coraz bardziej podoba mi się ta sprawa, Watsonie – stwierdził. – Zapowiada się bardzo interesująco. Chciałbym, żebyś ty już na wczesnym jej etapie zapoznał się z ukształtowaniem terenu, które może odegrać znaczącą rolę w naszym dochodzeniu. Spójrz na mapę. Ten ciemny kwadrat to szkoła klasztorna. Zaznaczę go pinezką. Ta linia to główna droga. Jak widzisz, biegnie obok szkoły ze wschodu na zachód, a w promieniu mili nie ma żadnej bocznej ścieżki. Jeśli uciekinierzy jechali drogą, to na pewno tą.

 

– Zgadza się.

– Niezwykłym i szczęśliwym trafem mamy możność sprawdzić do pewnego stopnia, co działo się przy tej drodze feralnej nocy. W tym miejscu, tu, gdzie wskazałem fajką, od dwunastej do szóstej pełnił służbę policjant z okręgu. Zarzeka się, iż ani na chwilę nie opuścił posterunku, i jest pewien, że ani chłopiec, ani mężczyzna nie przedostaliby się niezauważeni. Rozmawiałem dziś z tym funkcjonariuszem, i wydał mi się jak najbardziej wiarygodny. To wyklucza kierunek wschodni. Teraz zajmiemy się drugim kierunkiem. W tym miejscu znajduje się oberża „Pod Czerwonym Bykiem”. Jej właścicielka zachorowała i posłała do Mackleton po lekarza, który jednak został wcześniej wezwany do innego pacjenta i przybył do chorej dopiero rankiem. Pracownicy gospody czuwali przez całą noc i na zmianę nieustannie obserwowali drogę, wyglądając lekarza. Są pewni, że nikt tamtędy nie przejeżdżał. Jeśli to prawda, mamy szczęście, możemy wykluczyć również kierunek zachodni i stwierdzić, że zbiegowie w ogóle nie korzystali z drogi.

– Ale co z rowerem? – zaprotestowałem.

– Otóż to. Za chwilę do tego dojdziemy, tymczasem wnioskujmy dalej: jeśli nie pojechali drogą, musieli udać się na przełaj na północ albo na południe od domu. Rozważmy obie te możliwości. Jak widzisz, na południe od budynku znajduje się duża połać ziemi uprawnej, podzielonej na mniejsze pola oddzielone od siebie kamiennymi murkami. Przyznaję, że nie sposób przejechać tamtędy na rowerze, możemy więc wykluczyć ten kierunek. Na północy znajduje się zagajnik zwany Ragged Shaw, a za nim rozległe falujące wrzosowisko, Lower Gill Moor, które ciągnie się przez dziesięć mil na stopniowo wznoszącym się terenie. Po drugiej stronie tego dzikiego obszaru leży Holdernesse Hall, do którego drogą jedzie się dziesięć mil, ale na przełaj przez wrzosowisko – tylko sześć. To wyjątkowo odludna równina. Kilku farmerów postawiło tam niewielkie budynki, w których trzymają owce i bydło, jednak tylko siewki i kuliki są jedynymi stałymi mieszkańcami tego terenu aż do drogi na Chesterfield. Tu, jak widzisz, znajduje się kościółek, kilka domów i gospoda. Dalej wzgórza stają się strome. Nie ulega zatem wątpliwości, że musimy skierować się na północ.

– Ale co z rowerem? – powtórzyłem uparcie.

– Chwileczkę – odparł zniecierpliwiony Holmes. – Dobry rowerzysta nie potrzebuje szosy. Wrzosowisko przecinają ścieżki, a księżyc tamtej nocy był w pełni. Tak! Kto tam?

– Rozległo się energiczne pukanie do drzwi, i chwilę później do pokoju wszedł doktor Huxtable. Trzymał w ręce niebieską czapeczkę z daszkiem, z białym galonem na czubku.

– Wreszcie trafiliśmy na ślad! – wykrzyknął. – Dzięki Bogu! W końcu jesteśmy na tropie drogiego chłopca! To jego czapka.

– Gdzie ją znaleziono?

– W wozie Cyganów, którzy obozowali na wrzosowisku. We wtorek ruszyli w dalszą drogę, dziś odnalazła ich policja i przeszukała cały tabor. Natrafiono na czapkę.

– Jak to wytłumaczyli?

– Kłamali i kręcili, twierdzili, że znaleźli czapkę na wrzosowisku we wtorek rano. Te łotry wiedzą, gdzie jest chłopak! Dzięki Bogu, wszyscy trafili za kratki, i z pewnością wszystko wyśpiewają albo ze strachu przed karą, albo z chęci uzyskania nagrody od księcia.

– Póki co wszystko się zgadza – stwierdził Holmes, kiedy doktor wreszcie wyszedł z pokoju. – Przynajmniej potwierdza się nasza teoria, że należy szukać na obrzeżach Lower Gill Moor. Policja w ogóle nie przeprowadziła żadnych prac w terenie poza aresztowaniem tych Cyganów. Spójrz, Watsonie! Przez wrzosowisko płynie strumień. Zaznaczono go na mapie. W niektórych miejscach rozlewa się w moczary. Jest to szczególnie widoczne pomiędzy Holdernesse Hall a szkołą. Przy tak suchej pogodzie próżno byłoby szukać śladów gdziekolwiek indziej, ale tam mogły zostać odciski. Przyjdę do ciebie jutro wcześnie rano i zobaczymy, czy uda nam się rzucić nieco światła na tę zagadkę.

Dopiero zaczynało się rozwidniać, kiedy obudziłem się i zobaczyłem przy łóżku wysoką szczupłą sylwetkę Holmesa. Był całkowicie ubrany i wyglądało na to, że już wychodził.

– Obejrzałem trawnik i szopkę na rowery – wyjaśnił. – Przeszedłem się też po Ragged Shaw. A teraz, Watsonie, w pokoju obok czeka kakao. Proszę, pośpiesz się, gdyż mamy przed sobą wiele pracy.

Oczy mojego przyjaciela błyszczały, a na policzkach widniał rumieniec radości, takiej samej, jaką może odczuwać wprawny rzemieślnik, przyglądając się swojemu dziełu. Ten aktywny czujny Holmes bardzo różnił się od bladego i zamyślonego marzyciela z Baker Street. Patrząc na gibką postać, pełną nerwowej energii, pomyślałem, że istotnie czeka nas pełen trudów dzień.

Zaczęło się jednak od wielkiego rozczarowania. Pełni nadziei, ruszyliśmy przez brunatne torfowe wrzosowisko, przecinane tysiącem wydeptanych przez owce ścieżek; dotarliśmy do szerokiego pasa jasnej zieleni znaczącego mokradła pomiędzy szkołą a Holdernesse Hall. Jeśli chłopiec jechał w stronę domu, musiał przejeżdżać właśnie tędy, a nie mógł tego zrobić, nie zostawiając odcisków. Mimo to nie widać było żadnych śladów, ani jego, ani Niemca. Mój przyjaciel z coraz bardziej ponurą miną chodził wzdłuż obrzeża, uważnie przyglądając się każdej plamie błota na omszałej powierzchni. Widać było ślady mnóstwa owiec i w jednym miejscu, o kilka mil dalej, kilku krów. Nic poza tym.

– Oto pierwszy problem – stwierdził Holmes, ponuro przyglądając się falującemu wrzosowisku. Tam leży kolejne mokradło, oddzielone od tego wąskim przesmykiem. Proszę, proszę, co my tu mamy?

Dotarliśmy do czarnej ścieżki, wąskiej i krętej. Pośrodku niej widniał wyraźnie odciśnięty w wilgotnej ziemi ślad opony rowerowej.

– Hurra! – wykrzyknąłem. – Mamy go!

Holmes jednak pokręcił głową, a na jego twarzy malowały się raczej zaskoczenie i wyczekiwanie niż radość.

– To był rower, ale nie ten – wyjaśnił. – Znam czterdzieści dwa rodzaje odcisków opon. Jak widzisz, to połatany Dunlop. Heidegger miał opony Palmera, zostawiające podłużne pasy. Aveling, nauczyciel matematyki, był tego pewien. Nie jest to zatem ślad Heideggera.

– Czy mógł go zostawić chłopiec?

– Byłoby to możliwe, gdybyśmy zdołali dowieść, że posiada rower, nie udało nam się jednak tego zrobić. Jak widzisz ślad zostawił rowerzysta jadący od strony szkoły.

– A nie ku niej?

– Nie, nie, drogi Watsonie. Głębiej odciska się tylne koło, na którym spoczywa ciężar ciała jadącego. Zauważ, że w kilku miejscach przejechało po płytszych śladach pozostawionych przez przednie, zacierając je. Rower niewątpliwie jechał od strony szkoły. Ten ślad może nie mieć związku z naszym dochodzeniem, ale nim pójdziemy dalej, prześledzimy go.

Zrobiliśmy, jak powiedział, i zgubiliśmy trop po kilkuset jardach, gdy wyszliśmy na suchą część wrzosowiska. Cofnęliśmy się i przyjrzeliśmy się innemu miejscu, przez które przepływał strumyk. Również tutaj znajdował się odcisk opony rowerowej, był jednak niemal zatarty przez krowie kopyta. Dalej ślad również się urywał, ale ścieżka wiodła prosto do Ragged Shaw, lasu sąsiadującego ze szkołą, pojazd musiał zatem wyjechać właśnie stamtąd. Holmes przysiadł na kamieniu i oparł podbródek na dłoniach. Zdążyłem wypalić dwa papierosy, nim znów się poruszył.

– No, no – stwierdził w końcu. – Rzecz jasna, możliwe jest, by przebiegły człowiek zmienił opony w rowerze, aby nie dało się rozpoznać jego śladów. Z przyjemnością zająłbym się śledzeniem przestępcy zdolnego wpaść na taki pomysł. Pozostawmy jednak tę kwestię nierozstrzygniętą i wróćmy na mokradła, gdyż nie zakończyliśmy jeszcze oględzin.

Zaczęliśmy znów uważnie przyglądać się skrajowi podmokłej części wrzosowiska, i niebawem nasz upór został nagrodzony. Przez dolną część grzęzawiska biegła bagnista ścieżka. Holmes, zbliżając się do niej, wydał okrzyk zadowolenia. Na środku dróżki widniał odcisk przypominający wiązkę drutów telegraficznych. Zostawiły go opony Palmera.

– Oto i ślady Herr Heideggera! – wykrzyknął uradowany Holmes. – Zdaje się, Watsonie, że moje rozumowanie okazało się całkiem słuszne.

– Gratuluję.

– To jednak bynajmniej nie koniec. Proszę, nie wchodź na ścieżkę. Podążajmy ich tropem. Obawiam się, że nie zajdziemy daleko.

Okazało się jednak, że ta część wrzosowiska jest pokryta połaciami miękkiej ziemi, więc choć często traciliśmy ślady z oczu, zawsze udawało nam się odnaleźć je ponownie.

– Czy zauważyłeś – spytał Holmes – że rowerzysta jechał w wielkim pośpiechu? Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Popatrz na ten odcisk, gdzie wyraźnie widać obie opony. Jedna zostawiła równie głęboki ślad jak druga, może to oznaczać, że jadący starał się obciążyć kierownicę, tak jak się to robi podczas sprintu. Na Jowisza! Upadł!

Na odcinku kilku jardów widniała na drodze szeroka nieregularna plama. Pojawiły się też ślady stóp, potem szybko powróciły odciski opon.

– Poślizgnął się – stwierdziłem.

Holmes podniósł pomiętą pomiędzy wrzosami widniały ciemne plamy zaschniętej krwi.

– Niedobrze! – stwierdził Holmes. – Niedobrze! Odsuń się, Watsonie! Ani jednego zbędnego kroku! Co da się stąd odczytać? Został ranny, upadł, wstał, znów wsiadł na rower i pojechał dalej. Nie ma jednak innych śladów. Po tej stronie ścieżki widać odciski krowich kopyt. Chyba nie pobódł go byk? To niemożliwe. Nie widzę jednak żadnych innych śladów. Idźmy dalej, Watsonie. Teraz, kiedy prowadzą nas ślady opon i plamy krwi, już nam się nie wymknie.

Nasze poszukiwania nie trwały długo. Ślady opon zaczęły tworzyć wymyślne zawijasy na lśniącej mokrej ścieżce. Nagle, spoglądając do przodu, dostrzegłem błysk metalu wśród gęstych krzaków janowca. Wyciągnęliśmy z nich rower. Miał opony Palmera, wygięty pedał, a przednia część ramy cała była zalana krwią. Z drugiej strony kępy wystawał but. Pobiegliśmy tam i znaleźliśmy nieszczęsnego rowerzystę. Był to wysoki brodaty mężczyzna w okularach z jednym wybitym szkłem. Przyczyną śmierci był potężny cios w głowę, który wgniótł część czaszki. Fakt, że po doznaniu takich obrażeń ranny zdołał kontynuować jazdę, wiele mówił o jego żywotności i odwadze. Mężczyzna miał na sobie buty, brakowało jednak skarpetek, a spod rozpiętego płaszcza wystawała koszula nocna. Nie ulegało wątpliwości, że był to nauczyciel niemieckiego.

Holmes z szacunkiem obrócił ciało i bardzo uważnie je obejrzał. Później przez jakiś czas siedział, zatopiony w myślach, a z jego zmarszczonych brwi wyczytałem, że wątpi, by to ponure odkrycie posunęło śledztwo do przodu.

– Trudno mi rozstrzygnąć, co robić dalej, Watsonie – powiedział w końcu. – Chciałbym kontynuować dochodzenie, straciliśmy bowiem tyle czasu, że nie możemy zmitrężyć kolejnej godziny. Z drugiej strony, musimy poinformować policję o odkryciu i dopilnować, by odpowiednio zajęto się ciałem tego biedaka.

– Mogę zanieść liścik.

– Ale twoje towarzystwo i pomoc są mi potrzebne. Chwileczkę! Tam jakiś człowiek wycina torf. Sprowadź go tu. Wyślemy go po policję.

Przyprowadziłem wieśniaka, a Holmes posłał tego przestraszonego posłańca z liścikiem do doktora Huxtable.

– Watsonie – powiedział do mnie – dziś rano odkryliśmy dwa ślady. Jeden z nich należał do roweru z oponami Palmera, i już wiemy, dokąd dojechał. Drugi został odciśnięty przez rower z łatanymi oponami Dunlopa. Zanim zaczniemy badać tę sprawę, zastanówmy się, co o niej wiemy, by oddzielić fakty istotne od tych przypadkowych. Po pierwsze, chciałbym zwrócić twą uwagę na fakt, że chłopiec niewątpliwie opuścił szkołę z własnej woli. Wydostał się oknem i uciekł sam lub w czyimś towarzystwie. To pewne.

Przytaknąłem.

– A teraz zajmijmy się nieszczęsnym nauczycielem niemieckiego. Uczeń uciekł w pełni ubrany, wiadomo zatem, że zaplanował swoje działania. Niemiec ruszył w drogę bez skarpetek, z pewnością wyruszał w wielkim pośpiechu.

– Niewątpliwie tak było.

– Dlaczego to zrobił? Z okna sypialni zobaczył, jak chłopiec ucieka, chciał go dogonić i sprowadzić z powrotem. Chwycił rower, ruszył za młodym lordem, a podczas pościgu pożegnał się z życiem.

– Na to wygląda.

– Teraz przechodzę do krytycznej części argumentu. Naturalnym działaniem mężczyzny usiłującego dogonić małego chłopca byłoby pobiegnąć za nim, jest przecież pewne, by go doścignął. Niemiec jednak postąpił inaczej. Wsiadł na rower. Mówiono mi, że był wytrawnym cyklistą. Nie zrobiłby tego, gdyby nie widział, że malec dysponuje szybkim sposobem ucieczki.

– Drugim rowerem.

– Kontynuujmy odtwarzanie faktów. Nauczyciel został zabity pięć mil od szkoły, zauważ, że nie kulą (z pistoletu mogłoby wystrzelić nawet dziecko), a okrutnym ciosem zadanym z potężną siłą. Chłopiec nie uciekał zatem sam. Oglądając teren wokół miejsca tragedii, znaleźliśmy jednak tylko kilka odcisków krowich kopyt. Obszedłem okolicę. W promieniu pięćdziesięciu jardów nie ma żadnej ścieżki. Drugi rowerzysta nie mógł mieć nic wspólnego z morderstwem, nie dostrzegłem także żadnych ludzkich śladów.

– Holmesie! – wykrzyknąłem – To niemożliwe!

– Wspaniale! – odparł. – To bardzo pomocna uwaga. Opisany przeze mnie przebieg zdarzeń jest niemożliwy, zatem musiałem pomylić się w jego opisie. Widziałeś jednak wszystko na własne oczy. Możesz wskazać jakiś błąd?

– Czy nie mógł strzaskać czaszki podczas upadku?

– Na bagnie, Watsonie?

– Nie wiem, co myśleć.

– No, no, rozwiązywaliśmy już trudniejsze zagadki. Tym razem mamy przynajmniej dużo materiału, musimy tylko odpowiednio go wykorzystać. Skoro wyczerpaliśmy temat roweru z oponami Palmera, zobaczmy, dokąd zaprowadzi nas połatany Dunlop.

Podjęliśmy trop i przez jakiś czas widzieliśmy go, jednak niebawem wrzosowisko zmieniło się w wysokie, porośnięte kępkami wrzosu wzgórze, a strumień pozostał za nami. Na dalsze ślady nie było co liczyć. Ostatnie odciski opon Dunlopa widzieliśmy w miejscu, skąd mogły równie dobrze prowadzić do Holdernesse Hall, którego okazałe wieże wznosiły się opodal po lewej, jak i do szarej wioski o niskiej zabudowie, która leżała przed nami przy drodze na Chesterfield.

Kiedy zbliżaliśmy się do ponurej zaniedbanej gospody, nad której drzwiami wisiał szyld z kogutem wyszkolonym do walk, Holmes nagle jęknął i chwycił mnie za ramię, by nie upaść. Zwichnął chyba sobie nogę, bo nie mógł na niej stanąć. Z trudem dokuśtykał do drzwi, przed którymi przysadzisty ciemnowłosy starszy mężczyzna palił czarną glinianą fajką.

– Jak się pan miewa, panie Reubenie Hayes? – spytał mój przyjaciel.

– Kim pan jesteś i skąd pan znasz moje nazwisko? – odpowiedział wieśniak z podejrzanym błyskiem w chytrych oczkach.

– Jest wypisane na tablicy nad pańską głową. Nietrudno poznać człowieka, który jest panem swego domu. Czy nie ma pan przypadkiem w stajni powozu?

– Nie mam.

– Nie mogę nawet postawić stopy na ziemi.

– To niech jej pan nie stawia.

– Nie mogę chodzić.

– Niech pan skacze.

Pan Reuben Hayes nie był zbyt uprzejmy, Holmes jednak przyjął to zadziwiająco spokojnie.

– Dobry człowieku – powiedział – znalazłem się w naprawdę wielkiej biedzie. Nie wiem, jak mam ruszyć w dalszą drogę.

– Ja też nie – odparł ponury oberżysta.

– To dla mnie bardzo ważne. Dałbym suwerena za możliwość skorzystania z roweru.

– Gdzie pan chce jechać?

– Do Holdernesse Hall.

– To przyjaźnią się panowie z naszym księciem? – spytał mężczyzna, ironicznie przyglądając się poplamionym błotem ubraniom.

Holmes zaśmiał się dobrodusznie.

– Na pewno ucieszy się na nasz widok.

– Czemu?

– Przynosimy mu wieści o jego zaginionym synu.

Oberżysta bardzo wyraźnie się wzdrygnął.

– Jak to, wpadliście na jego trop?

– Widziano go w Liverpoolu. Spodziewają się go znaleźć lada chwila.

W nalanej nieogolonej twarzy zaszła kolejna szybka zmiana. Mężczyzna nagle stał się ujmująco grzeczny.

– Mam mniej powodów niż większość, by dobrze życzyć księciu – powiedział – bo byłem kiedyś jego głównym stangretem, a on mnie bardzo źle potraktował. Wyrzucił z pracy, choć nie miał żadnych dowodów prócz słów kłamliwego handlarza kukurydzą. Ale cieszę się, że młodego lorda znaleźli w Liverpoolu, i pomogę panu dotrzeć do Holdernesse Hall, żeby mógł pan przekazać dobre wieści.

– Dziękuję – odpowiedział Holmes. – Najpierw coś zjemy, potem może pan przyprowadzić rower.

– Nie mam roweru.

Holmes wyciągnął suwerena.

– Mówię ci, człowieku, że nie mam. Dam panom dwa konie, żebyście mogli dojechać do dworu.

– Dobrze, dobrze – odparł mój przyjaciel. – Porozmawiamy o tym po posiłku.

Kiedy zostaliśmy sami w wyłożonej kamiennymi płytami kuchni, skręcona kostka zagoiła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zaczynało zmierzchać, a my niczego nie jedliśmy od wczesnego ranka, spędziliśmy więc trochę czasu, posilając się. Holmes był zatopiony w myślach, a raz czy dwa podszedł do okna i wyjrzał przez nie, patrząc dookoła badawczym wzrokiem. Okno wychodziło na zapuszczone podwórze. Na jego końcu w jednym rogu znajdowała się kuźnia, w której pracował brudny chłopak, w drugim były położone stajnie. Po jednej z wycieczek do okna Holmes usiadł, a po chwili zerwał się z krzesła z głośnym okrzykiem.

– Wielkie nieba, Watsonie, myślę, że mamy rozwiązanie! – krzyknął. – Tak, tak właśnie musiało być. Watsonie, czy pamiętasz, że widzieliśmy dziś ślady krowich kopyt?

– Tak, kilka razy.

– Gdzie?

– No wszędzie. Były na mokradłach, na ścieżce i niedaleko miejsca, gdzie zginął biedny Heidegger.

– Zgadza się. A teraz, Watsonie, powiedz, ile krów widziałeś na wrzosowisku?

– Nie przypominam sobie ani jednej.

– To dziwne, że przez cały czas natykaliśmy się na ślady, ale nie widzieliśmy na wrzosowisku ani jednej krowy. Nie sądzisz, że to bardzo osobliwe?

– Owszem.

– A teraz, Watsonie, wysil pamięć. Czy wiesz, jak wyglądały te ślady?

– Tak.

– A czy pamiętasz, że czasami układały się one tak – ułożył okruchy chleba w następujący sposób : : : : : – czasami tak – : . : . : . : . – a niekiedy tak? – . : . : . : .

– Nie.

– Ale ja owszem. Mógłbym to przysiąc. Wrócimy tam w wolnej chwili, by to sprawdzić. Byłem ślepy jak kret, skoro nie wyciągnąłem wniosków wcześniej.

– Jakie to wnioski?

– Takie, że krowa, która chodzi stępa, kłusuje i galopuje musi być doprawdy niezwykła. Do licha! Watsonie, do takiego zatarcia śladów nie wystarczy umysł wiejskiego oberżysty. Nikt nie powinien nam tu przeszkadzać, chyba że tamten chłopak wyjdzie z kuźni. Wymknijmy się i zobaczmy, co uda nam się znaleźć.

W walącej się szopie stały dwa zaniedbane szorstkowłose konie. Holmes podniósł tylne kopyto jednego ze zwierząt i zaśmiał się w głos.

– Ma stare podkowy, ale niedawno przybite, widać to po nowych gwoździach. Ta sprawa wejdzie do kanonu. Chodźmy do kuźni.

Chłopak pracował cały czas, nie zwracając na nas uwagi. Zauważyłem, że wzrok Holmesa błądzi tam i z powrotem pośród rozrzuconych po podłodze kawałków drewna i żelaza. Nagle usłyszeliśmy za sobą kroki, i w kuźni pojawił się gospodarz, marszcząc szerokie brwi nad pałającymi gniewem oczami, z grymasem wściekłości na smagłej twarzy. Trzymał w ręku krótki, okuty żelazem kij i zbliżał się do nas z miną tak groźną, że ucieszyłem się na myśl, iż mam w kieszeni rewolwer.

– Wy piekielni szpiedzy! – wykrzyknął mężczyzna. – Co tu robicie?

– Ależ panie Hayes – spokojnie odpowiedział Holmes – można by pomyśleć, że boi się pan, żebyśmy czegoś nie znaleźli.

Mężczyzna opanował się z wielkim wysiłkiem i ułożył ponure usta w fałszywy uśmiech, wyglądający bardziej złowrogo niż poprzedni grymas.

– Możecie sobie zabrać wszystko, co znajdziecie w mojej kuźni – powiedział. – Ale słuchaj pan, nie lubię, jak ludzie wałęsają mi się po domu bez pozwolenia, więc im szybciej pan zapłacisz rachunek i ruszysz dalej, tym lepiej.

– Dobrze, panie Hayes, nie miałem złych zamiarów. – Rzuciliśmy okiem na pańskie konie, ale myślę, że jednak się przejdę. Zdaje się, że to nie jest daleko.

– Nie więcej niż dwie mile do bramy dworu. Prowadzi do niego ta droga po lewej – stwierdził oberżysta i przyglądał nam się ponuro, dopóki nie opuściliśmy terenu gospody.

Nie zaszliśmy zbyt daleko, Holmes zatrzymał się bowiem zaraz po tym, jak zniknęliśmy gospodarzowi z oczu za zakrętem drogi.

– W oberży, jak mówią dzieci podczas zabawy, było ciepło – stwierdził – a z każdym krokiem, z którym się od niej oddalamy, staje się coraz zimniej. Nie mogę stąd odejść.

– Jestem pewien – stwierdziłem – że ten cały Reuben Hayes wie wszystko o sprawie. Nigdy nie widziałem człowieka, którego podłość bardziej rzucałaby się w oczy.

– A więc takie zrobił na tobie wrażenie? Są konie, jest i stajnia. Tak, „Pod walczącym kogutem” to wielce interesujące miejsce. Myślę, że warto mu się dyskretnie przyjrzeć.

Za nami rozciągało się długie wzgórze usiane szarymi wapiennymi głazami. Zeszliśmy z drogi i właśnie wdrapywaliśmy się na nie, kiedy, spoglądając w stronę Holdernesse Hall, zauważyłem szybko zbliżającego się rowerzystę.

– Na ziemię, Watsonie! – wykrzyknął Holmes, kładąc mi rękę na ramieniu. Ledwie zdążyliśmy się ukryć, gdy mężczyzna szybko przejechał drogą obok nas. Pośród chmury pyłu, którą wzbił, zauważyłem bladą wyrazistą twarz, w której wszystkich rysach malowało się przerażenie. Rowerzysta miał otwarte usta i błędny wzrok. Wyglądał jak osobliwa karykatura eleganckiego Jamesa Wildera, którego spotkaliśmy poprzedniego dnia.

– To sekretarz księcia! – wykrzyknął Holmes. – Chodź, Watsonie, zobaczymy, co zrobi.

Skacząc z kamienia na kamień, w kilka chwil dostaliśmy się do miejsca, z którego roztaczał się widok na frontowe drzwi oberży. Rower Wildera stał oparty o ścianę. W domu nie było widać żadnego ruchu, nie zauważyliśmy także sylwetek za oknami. Słońce schowało się za wysokimi wieżami Holdernesse Hall, i powoli zapadł zmierzch. Później zobaczyliśmy w półmroku, jak na podwórzu przed stajnią zapalają się boczne lampy dwukółki, a chwilę później usłyszeliśmy tętent kopyt, kiedy pojazd wyjechał na drogę i z szaloną prędkością ruszył w stronę Chesterfield.

– Co o tym sądzisz, Watsonie? – wyszeptał Holmes.

– Wygląda mi to na ucieczkę.

– Z tego, co widziałem, wózkiem jechał jeden mężczyzna. Z pewnością nie był to pan James Wilder, on bowiem jest za drzwiami.

Z ciemności wyłonił się czerwony kwadrat światła. Pośrodku niego dostrzegliśmy ciemną sylwetkę sekretarza, który, wychylając głowę, wpatrywał się w mrok. Było oczywiste, że kogoś wygląda. W końcu na drodze rozległy się kroki, a na tle światła przez chwilę zamajaczyła druga sylwetka. Potem drzwi się zamknęły, i znów zapadła ciemność. Pięć minut później zapalono lampę w pokoju na pierwszym piętrze.

– Gospoda prowadzi wielce interesującą działalność – zauważył Holmes.

– Mieści się przecież po drugiej stronie budynku.

– Zgadza się. Ci, których obserwujemy, to prywatni goście. Ale co, u licha, James Wilder robi w takiej norze tak późno w nocy i kim jest jego towarzysz, który przybył się z nim spotkać? Chodź, Watsonie, musimy podjąć ryzyko i postarać się nieco bliżej zbadać sprawę.

Podkradliśmy się do drogi, a potem dotarliśmy do drzwi gospody. Rower wciąż stał oparty o ścianę. Holmes zapalił zapałkę i zbliżył ją do tylnego koła. Usłyszałem jego cichy śmiech, kiedy światło padło na połataną oponę Dunlopa. Nad nami znajdowało się rozświetlone okno.

– Muszę przez nie zajrzeć, Watsonie. Jeśli się schylisz i oprzesz o ścianę, myślę, że powinno mi się to udać.

Chwilę później stanął mi na ramionach, ale zaraz zszedł z powrotem na ziemię.

– Chodź, przyjacielu – powiedział. – Mamy za sobą długi i pracowity dzień. Myślę, że zebraliśmy wszystkie możliwe dowody. Do szkoły kawał drogi, więc im szybciej wyruszymy, tym lepiej.

Kiedy brnęliśmy przez wrzosowisko, prawie się nie odzywał, a kiedy wróciliśmy do szkoły, nie wszedł do środka, lecz udał się na dworzec w Mackleton, z którego wysłał kilka telegramów. Późno w nocy słyszałem, jak pociesza doktora Huxtable, przybitego śmiercią swego nauczyciela, a potem wszedł do mego pokoju równie skupiony i pełen energii jak rano.

– Wszystko jest na najlepszej drodze, przyjacielu – powiedział. – Obiecuję, że rozwiążemy zagadkę przed jutrzejszym wieczorem.

O jedenastej następnego dnia szedłem z przyjacielem słynną cisową aleją, prowadzącą do Holdernesse Hall. Wprowadzono nas przez wspaniałe elżbietańskie drzwi i dalej, do gabinetu jego książęcej mości. Czekał tam na nas pan James Wilder. Był spokojny i uprzejmy, ale ślady przerażenia z ostatniej nocy wciąż były widoczne w jego ukradkowych spojrzeniach i rozedrganej twarzy.

– Przyszli panowie zobaczyć się z jego książęcą mością? Przykro mi, ale książę nie czuje się dobrze. Bardzo przeżył tragiczne wieści. Wczoraj po południu otrzymaliśmy telegram od doktora Huxtable, który doniósł nam o pańskim odkryciu.

– Muszę zobaczyć się z księciem, panie Wilder.

– Ale jego książęca mość jest w swoim pokoju.

– W takim razie pójdę do jego pokoju.

– Zdaje się, że nie wstał z łóżka.

– Zatem przyjmie mnie na leżąco.

Chłodne i stanowcze zachowanie Holmesa uzmysłowiło sekretarzowi, że nie ma sensu się spierać.

– Dobrze, panie Holmes, powiem jego książęcej mości o pańskim przybyciu.

Po godzinie pojawił się wielki arystokrata. Jego twarz była jeszcze bledsza niż wcześniej, bardziej się zgarbił i wyglądał tak, jakby od poprzedniego ranka przybyło mu lat. Powitał nas z wielkopańską uprzejmością i usiadł przy swoim biurku, a ruda broda opadła na blat.

– Cóż, panie Holmes? – zapytał. Mój przyjaciel wpatrywał się jednak w sekretarza, który stał obok krzesła swego pana.

– Wasza książęca mość, sądzę, że mógłbym mówić swobodniej, gdyby nie było tu pana Wildera.

Młodzieniec zbladł i rzucił memu przyjacielowi pełne złości spojrzenie.

– Jeśli wasza książęca mość sobie życzy...

– Tak, tak, lepiej wyjdź. A teraz, panie Holmes, co ma pan mi do powiedzenia?

Mój przyjaciel odczekał, aż za sekretarzem zamkną się drzwi.

– Wasza książęca mość, doktor Huxtable zapewnił mojego współpracownika doktora Watsona i mnie, że za rozwiązanie tej sprawy wyznaczono nagrodę. Chciałbym usłyszeć to z pańskich ust.

– Oczywiście, panie Holmes.

– Zdaje się, że nagroda wynosi pięć tysięcy funtów dla osoby, która zdoła wskazać miejsce pobytu pańskiego syna?

– Owszem.

– I kolejny tysiąc dla tego, kto poda tożsamość jego porywaczy?

– Zgadza się.

– Rzecz jasna, należy rozumieć przez to nie tylko osoby, które uprowadziły chłopca, ale także te, które przetrzymują go w obecnym położeniu?

– Tak, tak! – wykrzyknął zniecierpliwiony książę. – Panie Holmes, jeśli dobrze wykona pan swą pracę, nie będzie miał powodu, by się na mnie uskarżać.

Mój przyjaciel zatarł szczupłe dłonie, udając zachłanność, która mnie zdziwiła, gdyż dobrze wiedziałem, jakim jest skromnym człowiekiem.

– Zdaje się, że widzę na biurku waszej książęcej mości książeczkę czekową. Proszę o wypisanie czeku na sześć tysięcy funtów. Może być krosowany. Korzystam z filii banku Capital and Counties przy Oxford Street.

Książę, siedzący bardzo sztywno na krześle, spojrzał kamiennym wzrokiem na mego przyjaciela.

– Czy to żart, panie Holmes? Nie uważam, by był to właściwy temat do dowcipkowania.

– Nie żartuję, wasza książęca mość. Nigdy w życiu nie byłem bardziej poważny.

– W takim razie o co panu chodzi?

– O to, że zarobiłem na nagrodę. Wiem, gdzie przebywa pański syn, i znam tożsamość przynajmniej niektórych z porywaczy.

Broda księcia stała się nagle bardziej ognista niż przedtem, gdyż jeszcze mocniej odcinała się od bladej jak ściana twarzy.

– Gdzie on jest? – wykrztusił.

– Jest, albo przynajmniej był wczoraj wieczorem, w gospodzie „Pod walczącym kogutem”, niecałe dwie mile od bramy pańskiej posiadłości.

Książę opadł z powrotem na krzesło.

– A kogo pan oskarża?

Odpowiedź Holmesa była zdumiewająca. Szybko podszedł do arystokraty i dotknął jego ramienia.

– Oskarżam pana – stwierdził. – A teraz, wasza książęca mość, poproszę o czek.

Nigdy nie zapomnę, jak książę zerwał się z miejsca i zaczął młócić rękami jak tonący. Później, odzyskując z wielkim wysiłkiem panowanie nad sobą godne szlachcica, usiadł z powrotem i zatopił twarz w dłoniach. Nie odzywał się przez kilka minut.

– Jak dużo pan wie? – spytał w końcu, nie podnosząc głowy.

– Widziałem was razem wczoraj wieczorem.

– Czy mówił pan o tym komukolwiek poza pańskim przyjacielem?

– Z nikim o tym nie rozmawiałem.

Książę ujął pióro w drżącą dłoń i otworzył książeczkę czekową.

– Dotrzymam słowa, panie Holmes. Za chwilę wypiszę panu czek, choć informacje, które pan uzyskał, nie są dla mnie korzystne. Wyznaczając nagrodę, nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Sądzę jednak, że pan i pański przyjaciel jesteście ludźmi dyskretnymi.

– Nie rozumiem, do czego wasza książęca mość zmierza.

– Powiem wprost, panie Holmes. Jeśli jedynie panowie wiedzą o tym incydencie, nie ma powodu, by dowiedział się o nim ktoś jeszcze. Zdaje się, że jestem panom winien dwanaście tysięcy funtów?

Holmes uśmiechnął się i potrząsnął głową.

– Obawiam się, wasza książęca mość, że nie da się tak łatwo zatuszować tej sprawy. Należy wyjaśnić śmierć nauczyciela.

– Ale James nic o tym nie wiedział. Nie możecie obarczać go za to odpowiedzialnością. To robota tego brutalnego szubrawca, którego nająłem na swoje nieszczęście.

– Wasza książęca mość, wyznaję pogląd, że kiedy człowiek dopuszcza się przestępstwa, staje się moralnie odpowiedzialny za wszystkie zbrodnie, jakie może ono za sobą pociągnąć.

– Owszem, panie Holmes, z moralnego punktu widzenia. Nie ulega wątpliwości, że ma pan rację. Ale z pewnością nie w świetle prawa. Nie można skazać nikogo za morderstwo, w którym nie brał bezpośredniego udziału i które wywołuje w nim równie wielkie przerażenie i obrzydzenie jak w panu. Kiedy tylko o tym usłyszał, był tak przerażony, że okazał skruchę i do wszystkiego mi się przyznał. Natychmiast wyparł się mordercy. Ach, panie Holmes, musi pan go uratować, musi pan! Powtarzam, musi pan! – książę nie był w stanie dłużej zachowywać spokój. Konwulsje wykrzywiły mu twarz. Chodził nerwowo po gabinecie, wymachując w powietrzu zaciśniętymi w pięści dłońmi. W końcu odzyskał panowanie nad sobą i ponownie usiadł przy biurku. – Doceniam fakt, że przyszedł pan tutaj, zanim komukolwiek o tym powiedział – stwierdził. – Możemy przynajmniej spokojnie omówić, jak złagodzić ten ohydny skandal.

– Zgadza się – przyznał Holmes. – Sądzę, wasza książęca mość, że wymaga to absolutnej szczerości pomiędzy nami. Jestem gotów pomóc waszej książęcej mości, ale muszę poznać całą sprawę w najdrobniejszych szczegółach. Rozumiem, że mówił pan o panu Jamesie Wilderze i że to nie on jest mordercą.

– Nie, morderca zbiegł.

Sherlock Holmes uśmiechnął się skromnie.

– Wasza książęca mość nie słyszał chyba o sławie, jaką się cieszę w pewnych kręgach, w przeciwnym razie nie sądziłby, że można tak łatwo przede mną uciec. Pan Reuben Hayes został aresztowany wczoraj o jedenastej wieczorem w Chesterfield na podstawie przekazanych przeze mnie informacji. Dziś rano, gdy byłem jeszcze w szkole, otrzymałem w tej sprawie telegram od komendanta tamtejszej policji.

Książę odchylił się na krześle i ze zdumieniem wpatrzył w mego przyjaciela.

– Jest pan chyba obdarzony nadludzkimi zdolnościami – stwierdził. – A zatem ujęto Reubena Hayesa? Cieszę się z tej wiadomości, o ile nie zaważy ona na losie Jamesa.

– Pańskiego sekretarza?

– Mojego syna.

Tym razem to Holmes wyglądał na zaskoczonego.

– Przyznaję, wasza książęca mość, że to dla mnie zupełna nowość. Muszę prosić pana o więcej informacji.

– Nie zamierzam niczego przed panem ukrywać. Zgadzam się, że całkowita szczerość, choć może być dla mnie niezmiernie bolesna, stanowi najlepsze wyjście z tej rozpaczliwej sytuacji, do której doprowadziły szaleństwo i zazdrość Jamesa. Panie Holmes, kiedy byłem bardzo młodym człowiekiem, pokochałem kobietę; taka miłość zdarza się tylko raz w życiu. Poprosiłem moją wybrankę o rękę, ona jednak odmówiła, twierdząc, że takie małżeństwo mogłoby zniszczyć mi karierę. Gdyby żyła, nigdy nie ożeniłbym się z nikim innym. Zmarła jednak, pozostawiając dziecko, które, ze względu na jej pamięć, kochałem i hołubiłem. Nie mogłem go usynowić, trzymałem jednak przy sobie. Kiedy odgadł mój sekret, zaczął wykorzystywać przewagę, jaką w ten sposób zdobył, i groził wywołaniem skandalu. Obecność Jamesa była przyczyną wszystkich problemów w mym małżeństwie. Od początku znienawidził mego prawowitego dziedzica. Dziwi się pan, dlaczego trzymałem Jamesa pod swoim dachem? Odpowiedź jest prosta. W jego rysach widziałem twarz jego matki, a przez wzgląd na pamięć o ukochanej byłem zdolny do nieskończonej cierpliwości. Przypominał mi także wszystkie jej urocze zwyczaje. Nie byłem w stanie go odesłać, jednak tak się bałem, że skrzywdzi Arthura, lorda Saltire, że dla bezpieczeństwa chłopca wysłałem go do szkoły doktora Huxtable’a. James poznał Hayesa, gdyż działał jako mój przedstawiciel, a tamten był moim najemcą. Ten człowiek to była szumowina, jednak z niewiadomych przyczyn James zaprzyjaźnił się z nim. Kiedy postanowił porwać lorda Saltire, skorzystał z usług tego łotra. Jak pan pamięta, na dzień przed incydentem napisałem do Arthura. James otworzył kopertę i włożył do niej liścik z prośbą o spotkanie w lasku Ragged Shaw, leżącym nieopodal szkoły. Skłonił chłopca do przybycia, powołując się na księżną. Tego wieczora James pojechał do lasu – powtarzam teraz panu to, co on sam mi wyznał – i powiedział Arthurowi, z którym się tam spotkał, że jego matka pragnie się z nim zobaczyć, czeka na niego na wrzosowisku, i jeśli chłopiec przyjdzie do lasu jeszcze raz o północy, postara się, by przyjechał człowiek z koniem, który go do niej zabierze. Biedny Arthur wpadł w pułapkę. Przybył na spotkanie, gdzie czekał na niego Hayes z kucykiem. Mj syn dosiadł wierzchowca, i wyruszyli razem. Zdaje się, choć James dowiedział się o tym dopiero wczoraj, że ktoś ruszył za nimi w pogoń, Hayes uderzył ścigającego swoim kijem, i mężczyzna zmarł od odniesionych ran. Hayes zabrał Arthura do swej gospody „Pod walczącym kogutem”, gdzie zamknął chłopca w pokoju na górze, zostawiając pod opieką pani Hayes, kobiety zacnej, ale znajdującej się pod całkowitym wpływem swego brutalnego męża.

– Panie Holmes, taki był stan rzeczy, kiedy pierwszy raz spotkałem się z panem dwa dni temu. Nie wiedziałem wówczas o całej sprawie więcej niż pan. Jaki motyw miał James, dopuszczając się takiego czynu? Była to nienawiść, jaką odczuwał do mego dziedzica, bezrozumna i fanatyczna. Uważał, że to on powinien odziedziczyć cały mój majątek, i czuł się głęboko urażony zasadami społecznymi, które to uniemożliwiały. Jednocześnie miał jednak także bardziej konkretny cel. Chciał, bym zrezygnował z majoratu4, i sądził, że jestem w stanie to zrobić. Zamierzał dobić ze mną targu: odda mi Arthura, jeśli odrzucę majorat i umożliwię mu dziedziczenie na mocy testamentu. Dobrze wiedział, że nigdy z własnej woli nie oddam go w ręce policji. Powiedziałem panu, że chciał mi zaproponować taki układ, nie zrobił jednak tego; wydarzenia potoczyły się zbyt szybko, i zabrakło mu czasu, by wprowadzić swe zamierzenia w czyn. Jego niecny plan legł w gruzach, kiedy odkrył pan ciało Heideggera. James się przeraził. Ta wieść nadeszła wczoraj, kiedy siedzieliśmy razem w gabinecie. Doktor Huxtable przysłał nam telegram. James był tak wystraszony i zasmucony, że podejrzenia, które miałem już wcześniej, natychmiast zmieniły się w pewność, i zarzuciłem mu porwanie. Sam przyznał się do wszystkiego, poprosił mnie tylko, bym dochował jego tajemnicy jeszcze przez trzy dni, by jego podły wspólnik mógł ujść z życiem. Jak zawsze, uległem jego prośbom, a James natychmiast pojechał do Hayesa, by go ostrzec i umożliwić mu ucieczkę. Nie mogłem udać się tam za dnia, nie wywołując komentarzy, ale gdy tylko zapadł zmrok, pośpieszyłem zobaczyć się z mym drogim Arthurem. Znalazłem go całego i zdrowego, ale niewyobrażalnie przerażonego okrutną zbrodnią, której był świadkiem. Zgodnie z daną obietnicą, choć zdecydowanie wbrew swej woli, zgodziłem się pozostawić go tam na trzy dni pod opieką pani Hayes, bo nie mogłem poinformować o wszystkim policji, nie zdradzając tożsamości mordercy, a zdawałem sobie sprawę, że kara wymierzona zbrodniarzowi zrujnuje także życie nieszczęsnego Jamesa. Prosił mnie pan o szczerość, panie Holmes; uwierzyłem panu na słowo i opowiedziałem wszystko, nie próbując niczego pominąć czy ukryć. Czy w zamian będzie pan ze mną równie szczery?

– Owszem – powiedział Holmes. – Po pierwsze, wasza książęca mość, jestem zmuszony powiedzieć panu, że postawił się pan w bardzo trudnej sytuacji z prawnego punktu widzenia. Patrzył pan przez palce na przestępstwo i pomógł mordercy w ucieczce, nie mam bowiem wątpliwości, że wszelkie środki, którymi posłużył się James Wilder, by pomóc swemu wspólnikowi, pochodziły z pańskiej kiesy.

Książę skinął głową na potwierdzenie.

– To niewątpliwie bardzo poważny zarzut. Moim zdaniem, wasza książęca mość, jeszcze większym przewinieniem jest pańska postawa wobec młodszego syna. Zostawił go pan w tej norze na trzy dni.

– Otrzymałem solenną obietnicę...

– Czymże są obietnice dla takich ludzi? Nie ma pan żadnej gwarancji, że chłopiec nie zostanie znów uprowadzony. Aby ułagodzić starszego potomka, winnego przestępstwa, naraził pan niewinnego młodszego syna na nieuchronne i niepotrzebne niebezpieczeństwo. Nie ma usprawiedliwienia dla takiego czynu.

Dumny pan na Holdernesse nie przywykł do takiego traktowania we własnym dworze. Krew zalała go aż po wysokie czoło, ale sumienie nakazało mu milczeć.

– Pomogę panu, ale pod jednym warunkiem. Proszę zadzwonić po lokaja i pozwolić mi wydać mu takie rozkazy, jakie uznam za stosowne.

Książę bez słowa wcisnął przycisk elektrycznego dzwonka. Do pokoju wszedł sługa.

– Ucieszy cię wiadomość – powiedział do niego Holmes – że młody panicz się odnalazł. Książę życzy sobie, aby powóz natychmiast pojechał do gospody „Pod walczącym kogutem”, by przywieźć lorda Saltire do domu.

– A teraz – mówił dalej mój przyjaciel, kiedy uradowany lokaj zniknął – zabezpieczywszy przyszłość, możemy pozwolić sobie na bardziej pobłażliwe traktowanie przeszłości. Jestem tu nieoficjalnie i nie widzę żadnego powodu, by zdradzać wszystko, co wiem, o ile sprawiedliwości stanie się zadość. W sprawie Hayesa nie mam nic do powiedzenia. Czeka go stryczek i nie kiwnę palcem, by go przed nim uchronić. Nie sposób powiedzieć, co może zdradzić, nie wątpię jednak, że wasza książęca mość może pomóc mu pojąć, że milczenie leży w jego interesie. Policja uzna, że porwał chłopca dla okupu. Jeśli sami nie dojdą do innych wniosków, nie widzę powodu, by proponować im przyjęcie innego punktu widzenia w tej sprawie. Muszę jednak ostrzec waszą książęcą mość, że dalsza obecność Jamesa Wildera w pańskim domu niechybnie doprowadzi do nieszczęścia.

– Zdaję sobie z tego sprawę, panie Holmes. Zostało już postanowione, że opuści mnie na zawsze i pojedzie szukać szczęścia w Australii.

– W takim przypadku, wasza książęca mość, skoro sam pan stwierdził, że wszelkie problemy w pańskim małżeństwie powodowała obecność Wildera, proponuję, by dołożył pan wszelkich starań, by pogodzić się z księżną i naprawić stosunki, które zostały tak niefortunnie zerwane.

– I o tym pomyślałem, panie Holmes. Napisałem do żony dziś rano.

– Skoro tak – powiedział Holmes, wstając – sądzę, że mój przyjaciel i ja możemy pogratulować sobie kilku efektów naszej krótkiej wizyty na północy kraju. Chciałbym wyjaśnić jeszcze jedną drobną kwestię. Ten łajdak Hayes podkuł konie podkowami udającymi krowie kopyta. Czy to pan Wilder zaproponował mu ten niezwykły podstęp?

Książę przez chwilę stał, zamyślony, z wyrazem wielkiego zdumienia na twarzy. Potem otworzył drzwi i wprowadził nas do dużego pokoju, urządzonego na podobieństwo muzeum. Poprowadził nas do stojącej w rogu szklanej gablotki i pokazał nam jej opis, który głosił:

Podkowy te wykopano z fosy Holdernesse Hall. Podkuwano nimi konie, pod spodem mają jednak żelazny odlew rozszczepionego kopyta, by zmylić pogoń. Mówi się, że w średniowieczu używali ich łupieżczy baronowie Holdernesse.

 

Holmes otworzył gablotę, zwilżył palec i przesunął nim po podkowie. Na opuszce pozostała cienka warstewka świeżego błota.

– Dziękuję – powiedział, zamykając pokrywę. – To drugi najciekawszy przedmiot, jaki widziałem na północy.

– Jaki był pierwszy?

Holmes złożył czek i pieczołowicie umieścił go w notatniku.

– Jestem człowiekiem biednym – powiedział, głaszcząc go czule, po czym włożył notatnik do wewnętrznej kieszeni.

4 majorat to sposób dziedziczenia własności ziemskiej polegający na przejmowaniu majątku zmarłego przez najstarszego syna bądź najbliższego krewnego (przyp. tłum.)

Rozdział szósty

 

Czarny Piotr

 
 

Nigdy nie widziałem mego przyjaciela w lepszej kondycji fizycznej i umysłowej niż w roku 1895. Rosnąca sława przysporzyła mu wiele zleceń. Byłbym nadzwyczaj niedyskretny, gdybym napomknął o tożsamości niektórych spośród znamienitych klientów, przekraczających skromne progi naszego mieszkania przy Baker Street. Holmes jednak, jak wszyscy wielcy artyści, żył dla swej sztuki i nie słyszałem, by otrzymał kiedykolwiek wysoką nagrodę za swe nieocenione usługi poza gratyfikacją od księcia Holdernesse. Był tak obojętny na sprawy tego świata – lub tak grymaśny – że często odmawiał pomocy możnym, których kłopoty nie wzbudziły w nim zainteresowania, za to poświęcał całe tygodnie wytężonej pracy na rozwiązanie problemów skromnych klientów, jeśli dziwne i dramatyczne okoliczności ich spraw przemawiały do jego wyobraźni i stanowiły wyzwanie dla jego intelektu.

W pamiętnym 1895 roku uwagę mego przyjaciela zaprzątały liczne osobliwe i wielce różnorodne zagadnienia, poczynając od słynnego śledztwa w sprawie nagłej śmierci kardynała Toski, przeprowadzonego na wyraźne życzenie Jego Świątobliwości Papieża, po aresztowanie Wilsona, niesławnego nauczyciela śpiewu, które pozwoliło odetchnąć mieszkańcom londyńskiej dzielnicy East End. W jednym rzędzie z tymi słynnymi sprawami należy wymienić tragedię w Woodman’s Lee i badanie wielce niejasnych okoliczności śmierci kapitana Petera Careya. Żaden zbiór opowieści o działalności Sherlocka Holmesa nie byłby kompletny bez sprawozdania z tego niezwykłego dochodzenia.

W pierwszym tygodniu lipca mój przyjaciel znikał z domu tak często i na tak długo, że domyślałem się, iż prowadzi jakieś śledztwo. Owszem, kilku podejrzanych typów pytało w tym czasie o kapitana Basila, co uzmysłowiło mi, że Holmes pracował w jednym ze swych rozlicznych przebrań, ukrywając tożsamość pod fałszywym nazwiskiem. Miał przynajmniej pięć kryjówek w różnych częściach Londynu, gdzie mógł się przedzierzgnąć w inną osobę. Nie wspominał o tej sprawie, a ja nie przywykłem wymuszać na nim zwierzeń. Pierwszy znak, na którego podstawie wywnioskowałem, w jakim kierunku zmierza dochodzenie, był doprawdy osobliwy. Mój przyjaciel wyszedł z domu przed śniadaniem, a ja właśnie miałem spożyć swoje śniadanie; w tym momencie Sherlock wszedł pokoju w kapeluszu na głowie i z harpunem wetkniętym pod ramię jak parasolka.

– Dobry Boże, Holmesie! – wykrzyknąłem. – Nie powiesz mi chyba, że chodziłeś z tym po Londynie?

– Byłem u rzeźnika.

– U rzeźnika?

– Jestem głodny jak wilk. Drogi Watsonie, zażywanie ruchu przed śniadaniem jest niewątpliwie bardzo korzystne dla zdrowia. Mogę się jednak założyć, że nie zgadniesz, jaką postać przybrały moje ćwiczenia.

– Nawet nie będę próbował.

Holmes zachichotał, nalewając sobie kawy:

– Gdybyś zajrzał na zaplecze sklepu Allaedyce’a, zobaczyłbyś ubitą świnię wiszącą na haku, zamocowanym w suficie, i dżentelmena w zarękawkach, wściekle dźgającego zwierzę tą oto bronią. To ja byłem ową energiczną osobą i upewniłem się, że bez żadnego wysiłku jestem w stanie przebić świnię jednym ciosem. Może chciałbyś spróbować?

– Nie, za skarby świata! Ale dlaczego to robiłeś?

– Wydawało mi się, że jest to w pośredni sposób związane z zagadką Woodman’s Lee. Ach, Hopkins, dostałem pański telegram wczoraj wieczorem i czekałem na pana. Proszę wejść i usiąść.

Nasz gość był niezwykle spięty. Był to trzydziestoletni mężczyzna, ubrany w skromny tweedowy garnitur; jego wyprostowana postawa wskazywała na osobę, przyzwyczajoną do noszenia munduru. Od razu rozpoznałem Stanleya Hopkinsa, młodego inspektora policji, z którym Holmes wiązał wielkie nadzieje i który z podziwem i szacunkiem czeladnika odnosił się do naukowych metod pracy słynnego amatora. Młody człowiek usiadł z nachmurzoną twarzą i bardzo zniechęconą miną.

– Nie, dziękuję panu, już jadłem. Spędziłem noc w mieście; przyjechałem wczoraj, by złożyć raport.

– I co pan napisał w tym raporcie?

– To porażka, proszę pana, całkowita porażka.

– Nie poczynił pan żadnych postępów?

– Żadnych.

– Do licha! Muszę zająć się tą sprawą.

– Modlę się o to, panie Holmes. To moja wielka szansa, a sam już nie wiem, co myśleć. Na litość boską, proszę przyjechać i mi pomóc.

– Tak się składa, że zapoznałem się już ze wszystkimi dowodami, w tym z raportem ze śledztwa. A przy okazji, co pan sądzi o kapciuchu na tytoń, który znaleziono na miejscu zbrodni? Czy nie stanowi on żadnej poszlaki?

Hopkins zrobił zaskoczoną minę.

– Był własnością zmarłego. Są tam jego inicjały. Został wykonany ze skóry foki; zabity był niegdyś łowcą fok.

– Nie miał jednak fajki.

– Nie, proszę pana, nie udało nam się znaleźć fajki. Najwyraźniej palił bardzo mało, ale w domu trzymał tytoń, by częstować znajomych.

– No tak. Wspominam o tym jedynie dlatego, że gdybym ja miałem rozwiązać tę zagadkę, uczyniłbym ten fakt punktem wyjścia w dochodzeniu. Mój przyjaciel doktor Watson nie wie nic o całej sprawie, a mnie nie zaszkodzi, jeśli raz jeszcze posłucham o tym, co się wydarzyło. Proszę pokrótce przedstawić nam najważniejsze fakty.

Stanley Hopkins wyciągnął z kieszeni skrawek papieru.

– Mam tu kilka dat z życia zmarłego kapitana Petera Careya. Urodził się w 1845 roku, czyli miał pięćdziesiąt lat. Był bardzo śmiałym wytrawnym łowcą fok i wielorybnikiem. W 1883 roku dowodził parowcem „Sea Unicorn” z Dundee, odbył kilka udanych wypraw, a rok później przeszedł na emeryturę. Przez kilka lat podróżował, następnie nabył niewielką posiadłość „Woodman’s Lee” nieopodal Forest Row w hrabstwie Sussex. Tam mieszkał przez sześć lat, zmarł tydzień temu. Musicie, panowie, wiedzieć kilka rzeczy o tym człowieku. W życiu codziennym był surowym purytaninem, człowiekiem milczącym i ponurym. Mieszkał z żoną i dwudziestoletnią córką; w domu były też dwie pokojówki. Służącym nigdy nie udawało się zagrzać długo miejsca w tym domu, gdyż ponure życie w nim niekiedy stawało się nie do zniesienia. Mężczyzna miewał napady pijaństwa, podczas których wstępował w niego diabeł. Podobno kiedyś w środku nocy wyrzucił żonę i córkę z domu i poganiał je, smagając biczem, po parku, aż krzyki tych nieszczęsnych pobudziły wszystkich mieszkańców wioski, w której położona jest posiadłość. Raz pan kapitan stanął przed sądem za barbarzyńską napaść na starego księdza, który przybył do niego, by czynić mu wyrzuty z powodu niegodnego zachowania. Krótko mówiąc, panie Holmes, musiałby pan daleko szukać, żeby znaleźć człowieka groźniejszego niż Peter Carey, a słyszałem, że cieszył się podobnie złą sławą już wtedy, kiedy dowodził statkiem. Wśród marynarzy znany był jako Czarny Piotr; nazywano go tak nie tylko ze względu na smagłą twarz i kolor bujnej brody, ale także przez napady wściekłości, które przerażały wszystkich w jego otoczeniu. Nie muszę chyba dodawać, że sąsiedzi nienawidzili go jak jeden mąż i unikali jak ognia oraz żaden z nich nie wyraził żalu z powodu tak okropnego końca. Panie Holmes, na pewno czytał pan raport ze śledztwa przeprowadzonego w posiadłości; pański przyjaciel nie mógł o nim nie słyszeć. Carey własnoręcznie wybudował w odległości kilkuset jardów od swego domu drewniany barak, który nazywał „kajutą”, i spędzał w nim każdą noc. Był to mały jednoizbowy domek o wymiarach szesnaście na dziesięć stóp. Mężczyzna zawsze nosił klucz przy sobie, sam sprzątał dom, ścielił łóżko i nie pozwalał nikomu przestąpić jego progu. W dwóch ścianach budynku znajdują się okna, przykryte zasłonami, które nikt nigdy nie otwiera. Jedno z okien wychodzi na drogę. Kiedy nocami paliło się w nim światło, ludzie pokazywali je sobie nawzajem i zastanawiali się, co też wyczynia tam Czarny Piotr. Właśnie to okno, panie Holmes, umożliwiło nam uzyskać jedną z niewielu pewnych poszlak, wykrytych w czasie śledztwa. Jak pan pamięta, kamieniarz nazwiskiem Slater, który szedł z Forest Row około pierwszej w nocy – na dwa dni przed morderstwem – zatrzymał się, przechodząc niedaleko domu i popatrzył w rozświetlony kwadrat okna widoczny między drzewami. Przysięga, że na tle zasłony było wyraźnie widać cień profilu męskiej głowy i że cień ten z pewnością nie przypominał dobrze mu znanego Petera Careya. Slater zobaczył postać brodatego mężczyzny, ale jego broda była krótka i najeżona, zupełnie inna niż zarost kapitana. Tak twierdzi kamieniarz, ale wcześniej spędził on dwie godziny w gospodzie, droga natomiast znajduje się w znacznej odległości od okna. Poza tym Slater szedł tamtędy w poniedziałek, a przestępstwo popełniono w środę. We wtorek Peter Carey był w jednym ze swych najgorszych nastrojów, czerwony na twarzy od wypitego alkoholu i wściekły jak dzika bestia. Miotał się po domu, a kobiety, słysząc go, schodziły mu z drogi. Późnym wieczorem poszedł do swojej chaty. Około drugiej w nocy jego córka, która spała przy otwartym oknie, usłyszała dochodzący stamtąd przeraźliwy wrzask: kiedy kapitan popił, często zdarzało mu się płakać i krzyczeć, więc nikt nie zwrócił na to uwagi. O siódmej rano jedna z pokojówek po obudzeniu zauważyła, że drzwi domku są otwarte, ale gospodarz budził we wszystkich taki lęk, że minęło południe, nim ktoś odważył się pójść i sprawdzić, co się z nim stało. Kiedy zajrzeli przez drzwi, zobaczyli to, co się za nimi kryło, natychmiast pobiegli, bladzi jak ściana, do wioski. W ciągu godziny przybyłem na miejsce i przejąłem tę sprawę. Jak pan wie, panie Holmes, mam dość mocne nerwy, ale, słowo daję, zadrżałem, kiedy wszedłem do tego małego domku. Rozbrzmiewało w nim brzęczenie, niczym dźwięk fisharmonii, much i plujek, a podłoga i ściany wyglądały jak w rzeźni. Kapitan nazywał tę budowlę kajutą; rzeczywiście, wnętrze przypominało wyglądem pomieszczenie na statku. Znajdowały się w nim koja, marynarski kufer, mapy i wykresy, obraz przedstawiający statek „Sea Unicorn”, dzienniki pokładowe stojące rzędem na półce – wszystko tak, jak powinno wyglądać w kapitańskiej kajucie. Sam kapitan stał, przyszpilony do ściany. Jego twarz wykrzywił grymas, jaki przybiera ktoś cierpiący piekielne męki; olbrzymia, przetykana siwizną broda uniosła się w chwili agonii. Szeroka klatka piersiowa została przeszyta stalowym harpunem, który wbił się głęboko w drewnianą ścianę za jego plecami. Był przyszpilony jak motyl w gablotce. Rzecz jasna, nie żył, i to już od chwili, kiedy wydał w agonii ostatni krzyk. Panie Holmes, postąpiłem zgodnie z pańskimi metodami, które nie są mi obce. Zanim pozwoliłem cokolwiek przesunąć, bardzo dokładnie zbadałem otoczenie domu i podłogę pokoju. Nie było na nich śladów stóp.

– Żadnych pan nie dostrzegł?

– Zapewniam pana, nie było żadnych.

– Zacny Hopkinsie, badałem już wiele zbrodni, nie zetknąłem się jednak z taką, którą popełniłby latający potwór. O ile sprawca porusza się na dwóch nogach, musi pozostawić zagłębienie, otarcie czy drobne zadrapanie, które można odkryć. Nie chce mi się wierzyć, że w tym zbryzganym krwią pokoju nie było żadnych śladów, które mogłyby nam pomóc. Z przebiegu śledztwa wnoszę jednak, że znajdowały się tam przedmioty, których nie udało się panu przeoczyć.

Młody inspektor zamrugał, słysząc ironiczne komentarze mego towarzysza.

– Byłem głupcem, że nie wezwałem pana od razu na miejsce, panie Holmes. Ale teraz jest już za późno, by to zmienić. Owszem, kilka przedmiotów znajdujących się w pokoju zwróciło szczególnie moją uwagę. Jednym z nich był harpun, za pomocą którego popełniono tę zbrodnię. Został zdjęty ze stojaka przytwierdzonego do ściany. Znajdowały się tam dwa inne egzemplarze podobnej broni, a jedno miejsce było puste. Na oprawie miał wygrawerowany napis: „SS. Sea Unicorn, Dundee”. Świadczyło to, że zabójstwa dokonano w afekcie, a morderca chwycił pierwszą broń, jaka wpadła mu w ręce. Fakt, że zbrodnię popełniono o drugiej w nocy, a Peter Carey był kompletnie ubrany, sugeruje, że gospodarz był umówiony z napastnikiem. Taką teorię potwierdza butelka rumu i dwie brudne szklanki stojące na stole.

– Tak – stwierdził Holmes. – Sądzę, że oba te wnioski są do przyjęcia. Czy w pokoju poza rumem był jeszcze jakiś alkohol?

– Tak, na skrzyni stał barek z brandy i whisky. Nie jest to jednak dla nas istotne, bo karafki były pełne, zatem nie korzystano z nich.

– Mimo wszystko ich obecność ma pewne znaczenie – stwierdził Holmes. – Czy były tam inne przedmioty, które pańskim zdaniem, mogą być istotne dla sprawy.

– Na stole leżał kapciuch.

– Gdzie dokładnie?

– Pośrodku. Wykonany z szorstkiej foczej skóry, porośniętej gładką sierścią, związany skórzanym rzemykiem. Na wewnętrznej stronie klapy widniały inicjały „P.C.”, a w środku znaleziono pół uncji mocnego marynarskiego tytoniu.

– Znakomicie! Coś jeszcze?

Stanley Hopkins wyciągnął z kieszeni szary notatnik o podniszczonej okładce i wyblakłych stronicach. Na pierwszej stronie można było odczytać inicjały „J.H.N.” i datę: „1883”. Holmes położył zeszyt na stole i przyjrzał mu się z właściwą sobie drobiazgowością. Na drugiej stronie widniały drukowane litery „C.P.R.”, a po nich następowało kilka kartek cyfr. Kolejny nagłówek brzmiał „Argentyna”, następny „Kostaryka”, a kolejny – „Sao Paulo”; po każdym z nich kilka stron było zapisano znakami i cyframi.

– Co pan o tym sądzi?

– Wydaje mi się, że są to listy akcji giełdowych, „J.H.N.” może być maklerem, a „C.P.R.” – jego klientem.

– Niech pan sprawdzi spółkę „Canadian Pacific Railway” – zaproponował Holmes.

Hopkins zaklął pod nosem i uderzył się w udo zaciśniętą pięścią.

– Jaki ze mnie głupiec! – wykrzyknął. – Rzecz jasna, jest tak, jak pan mówi. W takim razie do rozszyfrowania pozostają jedynie inicjały „J.H.N.”. Sprawdziłem już stare księgi giełdowe i w zapiskach z roku 1883 nie udało mi się znaleźć nikogo, ani z pracowników giełdy, ani ze współpracujących z nią maklerów, o takich inicjałach. Mam jednak wrażenie, że to najważniejsza poszlaka, jaką posiadam. Przyzna pan, panie Holmes, że mogą to być inicjały drugiej osoby, która znajdowała się w „kajucie”, innymi słowy, zabójcy. Sądzę także, że teoria o istnieniu dokumentu związanego z dużą ilością cennych papierów wartościowych stanowi pierwsze wyjaśnienie motywu zbrodni, jakim dysponujemy.

Twarz Holmesa wskazy wała, że jest całkowicie zaskoczony takim rozumowaniem:

– Muszę stwierdzić, że ma pan rację w obu kwestiach. Przyznaję, że ten notatnik, o którym nie było mowy podczas śledztwa, zmienia mój punkt widzenia. W teorii, którą wcześniej stworzyłem, nie ma dla niego miejsca. Czy próbował pan prześledzić którykolwiek z wymienionych tu papierów?

– Obecnie wypytujemy o nich w biurach maklerskich, obawiam się jednak, że kompletny spis akcjonariuszy tych południowoamerykańskich koncernów znajduje się w Ameryce Południowej i może minąć kilka tygodni, nim uda nam się sprawdzić, kto i kiedy zajmował się tymi akcjami.

Holmes oglądał właśnie okładkę notatnika przez swoje szkło powiększające.

– Zdaje się, że jest tu jakieś przebarwienie – stwierdził.

– Tak, plama krwi. Mówiłem panu, że podniosłem ten zeszyt z podłogi.

– Czy był poplamiony krwią z wierzchu, czy może leżał na plamie?

– Leżał obok, na jednej z desek podłogi.

– Co, rzecz jasna, dowodzi, że notatnik znalazł się na ziemi po popełnieniu przestępstwa.

– Zgadza się, panie Holmes. Zauważyłem to i wywnioskowałem, że zeszycik upuścił morderca podczas ucieczki, bo leżał on niedaleko drzwi.

– Jak rozumiem, w rzeczach zmarłego nie znaleziono żadnych papierów wartościowych.

– Nie.

– Czy ma pan jakikolwiek powód, by podejrzewać napad rabunkowy?

– Nie. Zdaje się, że nic nie zginęło.

– Do licha, to doprawdy bardzo interesująca sprawa. A co z nożem, bo znaleziono przecież i nóż?

– Owszem, nóż motylkowy, wciąż tkwi w pochwie. Leżał u stóp zmarłego. Pani Carey zidentyfikowała go jako własność męża.

Holmes przez pewien czas siedział pogrążony w myślach.

– Cóż – stwierdził w końcu – zdaje się, że będę musiał tam pojechać i sam się wszystkiemu przyjrzeć.

Stanley Hopkins aż krzyknął z radości:

– Dziękuję panu! Kamień spadł mi z serca!

Holmes pogroził inspektorowi palcem.

– To zadanie byłoby znacznie bardziej owocne tydzień temu – stwierdził – ale i teraz moja wizyta może przynieść pewne efekty. Watsonie, jeśli masz wolną chwilę, chętnie zabiorę cię ze sobą. Hopkins, proszę wezwać dorożkę, za kwadrans wyruszymy do Forest Row.

Wysiedliśmy na małej stacyjce, przejechaliśmy kilka mil przez pozostałości rozległego lasu, stanowiącego niegdyś część wielkiej puszczy, która tak długo powstrzymywała saksońskich najeźdźców. Przez sześćdziesiąt lat była niezdobytym bastionem Brytanii. Wielkie jej połacie wycięto, gdyż w tej okolicy mieściły się pierwsze w kraju huty żelaza, a drewno wykorzystywano w procesie wytapiania rudy. Obecnie ośrodki metalurgiczne znajdują się na bogatszej w złoża północy, a tu o przeszłości przypominają jedynie spustoszone lasy i wielkie blizny w ziemi. W takim właśnie miejscu na polanie położonej na zielonym zboczu wzgórza, stał długi, niski, kamienny dom, do którego prowadziła kręta droga biegnąca przez pola. W pobliżu drogi stała niewielka szopa, otoczona z trzech stron krzewami, której jedno okno i drzwi wychodziły na naszą stronę. Było to miejsce zbrodni.

Poszliśmy najpierw do domu, gdzie Stanley Hopkins przedstawił nas wynędzniałej siwej kobiecie, wdowie po zamordowanym, której wychudła twarz, głęboko poorana zmarszczkami, oraz błyski przerażenia w głębi zaczerwienionych oczu świadczyły o latach niedoli i złego traktowania, jakie musiała znosić. Była z nią córka, blada jasnowłosa dziewczyna, której oczy płonęły wyzywająco, kiedy mówiła nam, że cieszy się ze śmierci ojca i błogosławi rękę, która zadała mu śmiertelny cios. Dom Czarnego Piotra był zaiste przerażający, i odetchnęliśmy z ulgą, gdy znaleźliśmy się z powrotem w świetle dnia i podążyliśmy ścieżką przez pola, wydeptaną stopami zmarłego.

Szopa była bardzo prostym drewnianym budynkiem z dachem krytym gontem; jedno okno znajdowało się obok drzwi, a drugie – w przeciwległej ścianie. Hopkins wyciągnął z kieszeni klucz i pochylił się nad zamkiem. Nagle zatrzymał się, bacznie się przyjrzał, a na jego twarzy pojawił się wyraz zdumienia.

– Ktoś przy nim majstrował – stwierdził.

Fakt ten nie ulegał wątpliwości. Stolarka została przecięta, a rysy zrobione w farbie prześwitywały na biało, tak jakby ktoś wykonał je przed chwilą. Holmes obejrzał okno.

– Ktoś próbował wejść także tędy. Ktokolwiek to był, nie udało mu się. Musiał być bardzo marnym włamywaczem.

– Bardzo dziwne – stwierdził inspektor. – Mógłbym przysiąc, że wczoraj wieczorem nie było tu żadnych śladów.

– Może zostawił je jakiś ciekawski mieszkaniec wioski – podsunąłem.

– To bardzo mało prawdopodobne. Niewielu z nich odważyłoby się podejść do domu, a tym bardziej spróbować dostać się do „kajuty”. Co pan o tym sądzi, panie Holmes?

– Myślę, że szczęście bardzo nam sprzyja.

– Spodziewa się pan, że ten człowiek tu wróci?

– To wielce prawdopodobne. Przybył tu, spodziewając się zastać otwarte drzwi. Próbował je sforsować za pomocą ostrza małego scyzoryka. Nie udało mu się to. Co zatem zrobi?

– Wróci kolejnej nocy z bardziej użytecznym narzędziem.

– Otóż to! I popełnimy wielki błąd, jeśli się tu na niego nie zaczaimy. Tymczasem chciałbym obejrzeć wnętrze chaty.

Ślady tragedii usunięto, ale meble wciąż stały tak jak owej feralnej nocy. Holmes przez dwie godziny w najwyższym skupieniu oglądał wszystkie przedmioty po kolei, jednak z jego twarzy mogłem wyczytać, że nie wiedzie mu się w poszukiwaniach. Tylko raz przerwał oględziny.

– Czy wziął pan cokolwiek z tej półki, Hopkins?

– Nie, niczego nie ruszałem.

– Coś stąd zabrano. W tym rogu półki warstwa kurzu jest cieńsza niż gdzie indziej. Możliwe, że znajdowały się tu książka ułożona na boku lub pudełko. Cóż, nic więcej nie mogę zrobić. Watsonie, przejdźmy się po tych pięknych lasach i rozkoszujmy się przez kilka godzin ptakami i kwiatami. Spotkamy się tu później, panie Hopkins, i zobaczymy, czy uda nam się zawrzeć bliższą znajomość z dżentelmenem, który złożył nocną wizytę.

Było już po jedenastej, kiedy zastawiliśmy naszą małą pułapkę. Hopkins optował za tym, by zostawić drzwi domku otwarte, Holmes jednak był zdania, że wzbudziłoby to podejrzenia nieznajomego. Zamek był bardzo prosty, a do jego otwarcia wystarczyło odpowiednio mocne ostrze. Holmes zaproponował także, byśmy czekali nie w chatce, a na zewnątrz, ukryci w krzewach rosnących pod oknem w ścianie położonej naprzeciwko drzwi. W ten sposób moglibyśmy zobaczyć intruza, gdyby zapalił światło, i sprawdzić, jaki jest cel tej potajemnej nocnej wizyty.

Czuwanie było długie i nużące, wywoływało jednak dreszcz podobny do tego, jaki czuje myśliwy, kiedy kryje się przy wodopoju i czeka na nadejście spragnionej zwierzyny. Jaka dzika bestia miała podkraść się do nas w ciemności? Czy był to wściekły zbrodniczy tygrys morderca, którego trzeba będzie pokonać w ciężkiej walce, zębami i pazurami, czy tylko przyczajony szakal, niebezpieczny jedynie dla słabych i nieostrożnych?

W milczeniu przykucnęliśmy wśród krzewów, czekając na to, co miało nastąpić. Najpierw urozmaicały nam czas odgłosy kroków wieśniaków, wracających późno do domu, lub dochodzące z wioski dźwięki, jednak milkły one jeden po drugim, aż nastała absolutna cisza. Przerywały ją jedynie bicie odległego kościelnego dzwonu, uświadamiające nam upływ czasu, oraz szmer drobnego deszczu padającego na liście, pod którymi znaleźliśmy schronienie.

Wybiło wpół do drugiej – była to najciemniejsza godzina poprzedzająca nadejście świtu – kiedy wzdrygnęliśmy się, słysząc cichy, lecz wyraźny odgłos, jaki dobiegł od strony bramy. Ktoś szedł drogą. Znów nastała cisza, która trwała tak długo, że już zacząłem się obawiać, iż to fałszywy alarm, aż nagle po drugiej stronie chaty usłyszeliśmy ciche kroki, a chwilę później – metaliczne skrobanie i szczękanie. Intruz usiłował sforsować zamek. Tym razem zabrał się do tego bardziej umiejętnie lub miał lepsze narzędzia, gdyż rozległ się trzask, po czym zaskrzypiały zawiasy. Następnie zapaliła się zapałka, i po chwili wnętrze domku wypełniło równomierne światło świecy. Uważnie wpatrywaliśmy się przez zasłonę z gazy, by zobaczyć, co dzieje się w środku.

Nocny gość okazał się młodym człowiekiem, wątłym i chudym, o czarnych wąsach, które podkreślały trupią bladość jego twarzy. Nie miał wiele więcej niż dwadzieścia lat. Nigdy w życiu nie widziałem nikogo równie żałosnego i przestraszonego – widać było, jak szczękają mu zęby i drżą ręce i nogi. Ubrany był w luźną kurtkę i pumpy, jak przystało na dżentelmena, a na głowie miał płócienną czapkę. Patrzyliśmy, jak rozgląda się wokół przerażonym wzrokiem. Później położył ogarek na stole i zniknął nam z oczu w rogu pokoju. Wrócił, niosąc dużą księgę, jeden z dzienników pokładowych, stojących rzędem na półkach. Opierając się o stół, szybko przewracał kartki opasłego tomu, aż znalazł wpis, którego szukał. Gniewnie wygrażając zaciśniętą pięścią, zamknął księgę, odłożył ją z powrotem na półkę w rogu i zgasił światło. Nim zdążył odwrócić się do drzwi, Hopkins złapał go za kołnierz. Usłyszałem, jak nieznajomy gwałtownie zaczerpnął powietrza, i kiedy zrozumiał, że został schwytany, ogarnęło go przerażenie. Ponownie zapaliliśmy świecę, i naszym oczom ukazał się nieszczęsny więzień, który drżał, skulony, w mocnym chwycie inspektora. Opadł na skrzynię i patrzył bezradnie to na jednego, to na drugiego z nas.

– Dobry człowieku – zagaił Hopkins – kim jesteś i czego tu chcesz?

Mężczyzna uspokoił się i obrócił się ku nam, starając się opanować.

– Rozumiem, że jesteście, panowie, detektywami – stwierdził. – Sądzicie, że mam związek ze śmiercią kapitana Petera Careya. Zapewniam panów, że jestem niewinny.

– To się okaże – stwierdził Hopkins. – Po pierwsze, jak się pan nazywa?

– John Hopley Neligan.

– Zauważyłem, że Holmes i Hopkins pośpiesznie wymienili spojrzenia.

 

– Co pan tu robi?

– Czy potraktuje pan tę informację jako poufną?

– Nie, z pewnością nie.

– W takim razie czemu miałbym to panu zdradzić?

– Jeśli pan tego nie zrobi, może to panu zaszkodzić podczas procesu.

Młody człowiek zamrugał:

– No to powiem panom. Dlaczegóż by nie? Nie podoba mi się jednak, że ten dawny skandal wróci na łamy prasy. Słyszeliście, panowie, kiedyś o firmie Dawson i Neligan?

Z miny Hopkinsa wywnioskowałem, że nie zna tej nazwy, Holmes natomiast wydawał się wielce zainteresowany.

– Chodzi o bankierów z West Country5 – stwierdził. – Stracili milion, zrujnowali połowę rodzin w Kornwalii, a Neligan zniknął.

– Otóż to. Neligan był moim ojcem.

Wreszcie udało nam się uzyskać jakieś istotne informacje, wydawało się jednak, że wyjętego spod prawa bankiera i kapitana Petera Careya przyszpilonego do ściany za pomocą jednego z jego własnych harpunów dzieli przepaść. Wszyscy z uwagą słuchaliśmy słów młodego człowieka.

– W gruncie rzeczy winę ponosi mój ojciec, Dawson wycofał się już z interesu. Miałem wówczas zaledwie dziesięć lat, byłem jednak wystarczająco dojrzały, by odczuć hańbę i grozę, jakie wywołała ta sytuacja. Powszechnie twierdzono, że to mój ojciec ukradł wszystkie akcje i uciekł. To nieprawda. Wierzył, że gdyby miał czas je sprzedać, wszystko skończyłoby się dobrze i spłaciłby wierzycieli co do grosza. Wyruszył swym małym jachtem do Norwegii tuż przed wydaniem nakazu jego aresztowania. Pamiętam tę ostatnią noc, kiedy żegnał się z moją matką. Zostawił nam wykaz akcji, które miał ze sobą, przysięgając, iż powróci, by odzyskać dobre imię. Zapewniał, że żadna z osób, które mu zaufały, nie ucierpi. Więcej o nim nie słyszano, zniknął razem z jachtem jak kamfora. Sądziliśmy z matką, że akcje, które ze sobą zabrał, spoczęły na dnie morza. Mamy jednak wiernego przyjaciela; zajmuje się on interesami, jakiś czas temu odkrył, że część papierów, które miał ze sobą mój ojciec, pojawiła się ponownie na londyńskiej giełdzie. Możecie sobie, panowie, wyobrazić moje zdumienie. Miesiącami starałem się prześledzić losy tych akcji, miałem z tym dużo problemów, nieraz ogarniały mnie wątpliwości, ale w końcu odkryłem, że puścił je w obieg kapitan Peter Carey, właściciel tej chaty.

Rzecz jasna, zacząłem rozpytywać o tego człowieka. Dowiedziałem się, że dowodził statkiem wielorybniczym, który wracał z Morza Arktycznego w tym samym czasie, kiedy mój ojciec płynął do Norwegii. Jesień 1883 roku była burzliwa, długo wiały południowe wiatry. Jacht mojego ojca mógł zostać zepchnięty na północ, gdzie napotkał statek kapitana Careya. Jeśli w istocie tak było, co stało się z ojcem? W każdym razie uznałem, że gdybym z pomocą Petera Careya zdołał wyjaśnić, w jaki sposób papiery pojawiły się na rynku, dowiódłbym, że mój ojciec nie zabrał ich, by sprzedać dla własnego zysku. Przyjechałem do Sussex, pragnąc zobaczyć się z kapitanem, ale dowiedziałem się, że właśnie poniósł okropną śmierć. W raporcie ze śledztwa przeczytałem opis jego „kajuty”, dzięki czemu dowiedziałem się, że znajdowały w niej stare dzienniki pokładowe. Pomyślałem, że gdybym mógł sprawdzić, co się wydarzyło na pokładzie statku „Sea Unicorn” w sierpniu 1883 roku, być może zdołałbym rozwikłać zagadkę rejsu, podczas którego zaginął mój ojciec. Wczoraj w nocy próbowałem dostać się do ksiąg, nie byłem jednak w stanie otworzyć drzwi. Dziś mi się to udało, odkryłem jednak, że strony dotyczące miesiąca, o który mi chodziło, zostały wyrwane z dziennika. Chwilę później stałem się panów więźniem.

– Czy to wszystko? – spytał Hopkins.

– Tak – odpowiedział młodzieniec, strzelając oczami na boki.

– Nie ma pan nam nic więcej do powiedzenia?

Neligan zawahał się.

– Nie.

– Nie był tu pan wcześniej?

– Nie.

– Więc jak wyjaśni pan to? – wykrzyknął Hopkins, wyjmując obciążający naszego więźnia dowód: notatnik z jego inicjałami na pierwszej stronie i plamą krwi na okładce.

Nieszczęsny mężczyzna załamał się. Zatopił twarz w dłoniach i zaczął drżeć na całym ciele.

– Skąd pan go ma? – jęknął. – Nie wiedziałem. Myślałem, że zgubiłem go w hotelu.

– Wystarczy – surowo odparł Hopkins. – Dalsze wyjaśnienia złoży pan przed sądem. Teraz pójdzie pan ze mną na posterunek. Cóż, panie Holmes, bardzo dziękuję panu i pańskiemu przyjacielowi za pomoc. Okazuje się, że ich obecność nie była konieczna, a mnie udałoby się samemu doprowadzić sprawę do pomyślnego zakończenia, jestem jednak wdzięczny. Zarezerwowałem dla panów pokoje w hotelu „Brambletye”, więc możemy razem przejść się do wioski.

– I jak, Watsonie, co o tym sądzisz? – spytał Holmes następnego ranka, gdy ruszyliśmy w drogę powrotną do domu.

– Widzę, że nie jesteś zadowolony.

– Ależ nie, mój drogi, jestem jak najbardziej zadowolony, nie podobają mi się jednak metody pracy Stanleya Hopkinsa. Zawiodłem się na nim. Spodziewałem się po nim więcej. Należy zawsze szukać innej możliwej alternatywy i ją obalać. To pierwsza zasada prowadzenia śledztwa w sprawach karnych.

– Jaka jest alternatywa?

– To wątek dochodzenia, które sam prowadzę. Być może prowadzi donikąd, jeszcze tego nie wiem, ale zamierzam doprowadzić go do końca.

Na Baker Street czekało na Holmesa kilka listów. Chwycił jeden z nich, otworzył go i wybuchnął triumfalnym śmiechem.

– Znakomicie, Watsonie! Nasza alternatywna teoria się rozwija. Czy masz formularze do telegramów? Wyślij dla mnie dwie wiadomości: „Sumner, spedytor, Ratcliff Highway. Proszę przysłać 3 ludzi jutro na 10 rano. Basil”. I jeszcze jedna: „Inspektor Stanley Hopkins, Lord Street 46, Brixton. Proszę przyjść na śniadanie jutro na 9.30. To ważne. Jeśli pan nie będzie miał czasu, proszę o telegram. Sherlock Holmes”. Watsonie, ta piekielna sprawa męczyła mnie przez dziesięć dni. Teraz zakazuję mówić o niej w mojej obecności. Mam nadzieję, że jutro usłyszymy o niej po raz ostatni.

Rankiem inspektor Stanley Hopkins zjawił się punktualnie o wyznaczonej godzinie i wspólnie zasiedliśmy do znakomitego śniadania przygotowanego przez panią Hudson. Młody detektyw był uradowany odniesionym sukcesem.

– Czy naprawdę sądzi pan, że pańska teoria jest właściwa? – spytał go Holmes.

– Nie potrafię sobie wyobrazić drugiej równie jasnej sprawy.

– Mnie te argumenty nie wydały się rozstrzygające.

– Zadziwia mnie pan, panie Holmes. Czego więcej można oczekiwać w tej sprawie?

– Czy pańska teoria wyjaśnia wszystko?

– Niewątpliwie, tak. Dowiedziałem się, że młody Neligan przybył do hotelu „Brambletye” w dniu, w którym została popełniona zbrodnia. Twierdził, że przyjechał grać w golfa. Jego pokój znajdował się na parterze, mógł więc wychodzić, kiedy chciał. Tej samej nocy poszedł do Woodman’s Lee, spotkał się z Peterem Careyem w jego chacie, pokłócił się z nim i zabił harpunem. Przerażony tym, co uczynił, uciekł z domku, pozostawiając notatnik, który przyniósł ze sobą, żeby wypytać kapitana o akcje. Być może zauważył pan, że niektóre z nich zostały odhaczone, przy innych, a była ich zdecydowana większość, nie było żadnych znaczków. Te odhaczone zostały wyśledzone na londyńskiej giełdzie, inne prawdopodobnie wciąż znajdowały się w posiadaniu Careya, a młody Neligan, jeśli wierzyć jego słowom, pragnął je odzyskać, by spłacić wierzycieli ojca. Po ucieczce nie śmiał zbliżyć się do chatki przez pewien czas, ale w końcu zmusił się do tego, by uzyskać informacje o pozostałych akcjach, których potrzebował. Czyż nie jest to jasne i proste?

Holmes uśmiechnął się i potrząsnął głową.

– Panie Hopkins, widzę tylko jedną wadę pańskiej teorii, jest ona wewnętrznie sprzeczna. Czy próbował pan przebić ciało harpunem? Nie? No, no, drogi panie, musi pan zwracać uwagę na takie drobiazgi. Mój przyjaciel Watson może potwierdzić, że spędziłem kiedyś cały poranek na takim ćwiczeniu. Nie jest to proste, i wymaga silnej wyćwiczonej ręki. A ten cios został zadany z taką siłą, że głownia harpuna wbiła się głęboko w ścianę. Czy wyobraża pan sobie, że nasz anemiczny młodzieniec mógłby zaatakować silnego mężczyznę z taką furią? Czy to on w środku nocy popijał z Czarnym Piotrem rum z wodą sodową? Czy to jego profil widziano w oknie dwie noce wcześniej? Nie, nie, Hopkins, szukamy innej, znacznie groźniejszej osoby.

Entuzjazm detektywa słuchającego wypowiedzi Holmesa powoli znikał. Jego nadzieje i ambicje legły w gruzach, nie zamierzał jednak poddać się bez walki.

– Nie zaprzeczy pan jednak, że Neligan był na miejscu feralnej nocy. Świadczy o tym jego notatnik. Sądzę, że mam wystarczająco dużo dowodów, by przekonać ławę przysięgłych, nawet jeśli ma pan zastrzeżenia co do niektórych z nich. Poza tym, panie Holmes, ja złapałem swojego podejrzanego. A gdzie jest ten okropny człowiek, o którym pan mówił?

– Zdaje się, na schodach – spokojnie odpowiedział Holmes. – Watsonie, myślę, że powinieneś mieć rewolwer w zasięgu ręki. – Wstał i położył zapisaną kartkę papieru na stoliku. – Teraz jesteśmy gotowi – stwierdził.

Na zewnątrz rozbrzmiały ochrypłe głosy; po chwili pani Hudson otworzyła drzwi i powiedziała, że trzech mężczyzn pyta o kapitana Basila.

– Proszę wpuszczać ich tu pojedynczo – powiedział Holmes.

Jako pierwszy do pokoju wszedł niski okrąglutki człowieczek o rumianych policzkach i puszystych białych bokobrodach. Holmes wyjął z kieszeni list.

– Jak się pan nazywa? – zapytał.

– James Lancaster.

– Przykro mi, Lancaster, ale wszystkie miejsca są już zajęte. Ma pan tu pół suwerena za fatygę. Proszę przejść do tamtego pokoju i poczekać kilka minut.

Drugi z mężczyzn był wysokim zasuszonym osobnikiem, miał włosy pozlepiane w strąki i ziemistą cerę. Nazywał się Hugh Pattins. On również otrzymał odprawę, pół suwerena i polecenie, by chwilę zaczekać.

Trzeci przybysz wyglądał zaiste niezwykle. Jego wściekłą, przypominającą pysk buldoga twarz okalały splątane włosy i broda, a czarne oczy o śmiałym spojrzeniu wyzierały spod gęstych krzaczastych brwi. Zasalutował i stanął w pozie marynarza, obracając w dłoniach czapkę.

– Jak się pan nazywa? – spytał Holmes.

– Patrick Cairns.

– Jest pan harpunnikiem?

– Tak, proszę pana. Mam za sobą dwadzieścia sześć wypraw.

– Zdaje się, że pochodzi pan z Dundee?

– Tak.

– Czy jest pan gotów zamustrować się na statek badawczy?

– Tak.

– Jakich zarobków pan oczekuje?

– Ośmiu funtów tygodniowo.

– Czy mógłby pan wyruszyć natychmiast?

– Kiedy tylko dostanę ekwipunek.

– Czy ma pan dokumenty?

– Tak – odpowiedział mężczyzna, wyjmując z kieszeni plik podniszczonych zatłuszczonych papierów. Holmes przejrzał je i oddał.

– Jest pan takim właśnie człowiekiem, jakiego szukałem – stwierdził. – Na stoliku leży umowa. Jeśli pan ją podpisze, sprawa będzie załatwiona.

Żeglarz chwiejnym krokiem przeszedł przez pokój i wziął do ręki pióro.

– Czy mam podpisać w tym miejscu? – spytał, pochylając się nad stolikiem.

Holmes nachylił się nad jego ramieniem i zacisnął mu ręce na szyi.

– Tak, tu – odpowiedział.

Usłyszałem brzęk stali i ryk, jaki mógłby wydać z siebie rozjuszony byk. Po chwili Holmes i Cairns, mocując się, padli na podłogę. Żeglarz był tak silny, że nawet w kajdankach, które Holmes tak zręcznie mu założył, szybko pokonałby mego przyjaciela, gdybyśmy wraz z Hopkinsem nie ruszyli mu z odsieczą. Dopiero kiedy przyłożyłem do skroni harpunnika zimną lufę rewolweru, zrozumiał, że dalszy opór jest bezcelowy. Skrępowaliśmy mu sznurem kostki u nóg i, zdyszani, zakończyliśmy walkę.

– Bardzo pana przepraszam, Hopkins – stwierdził Holmes. – Zdaje się, że wystygła nam jajecznica. Sądzę jednak, że reszta śniadania będzie panu bardziej smakowała dzięki świadomości, że doprowadził pan swoją sprawę do triumfalnego końca.

Stanley Hopkins oniemiał ze zdumienia.

– Nie wiem, co powiedzieć, panie Holmes – wykrztusił w końcu, czerwony jak burak. – Zdaje się, że od początku robiłem z siebie głupca. Teraz rozumiem to, o czym powinienem był pamiętać przez cały czas: ja jestem uczniem, a pan mistrzem. Nawet teraz, kiedy widzę, co pan zrobił, nie wiem, jak się to panu udało ani co to wszystko znaczy.

– Cóż – stwierdził łagodnie Holmes – Wszyscy uczymy się na błędach, a pan powinien wyciągnąć z tej lekcji wniosek, że nie wolno tracić z oczu alternatywnych teorii. Był pan tak zaabsorbowany młodym Neliganem, że nawet nie pomyślał o Patricku Cairnsie, rzeczywistym mordercy Petera Careya.

Naszą rozmowę przerwał ochrypły głos harpunnika.

– Słuchaj pan – powiedział. – Nie skarżę się na takie traktowanie, ale byłbym wdzięczny, gdybyś pan nazywał rzeczy po imieniu. Pan mówisz, że zamordowałem Petera Careya, ja obstaję przy tym, że go zabiłem, a to jest różnica. Może mi pan nie wierzysz? Może pan myślisz, że coś kręcę?

– Bynajmniej – odparł Holmes. – Posłuchajmy, co ma pan do powiedzenia.

– Nie zajmie mi to wiele czasu, i przysięgam na Boga, że każde moje słowo jest prawdą. Znałem dobrze Czarnego Piotra, i kiedy wyciągnął na mnie nóż, przebiłem go harpunem na wskroś, bo wiedziałem, że tylko jeden z nas może wyjść z tego żywy. Tak właśnie umarł. Możecie nazywać to morderstwem. Ja jednak wolę umrzeć z pętlą na szyi niż z nożem Czarnego Piotra w sercu.

– Jak pan tam trafił? – spytał Holmes.

– Opowiem panu wszystko od początku. Proszę tylko pozwolić mi usiąść, żeby łatwiej mi było mówić. To było w 1883 roku, w sierpniu. Peter Carey był kapitanem statku „Sea Unicorn”, a ja służyłem na nim jako dodatkowy harpunnik. Wracaliśmy do portu i właśnie wypłynęliśmy spomiędzy lodów, mając wiatr od dziobu, po tygodniu południowych wichur, kiedy pojawiła się mała łódź, która została zepchnięta na północ. Był na niej tylko jeden człowiek, szczur lądowy. Załoga jego jachtu, obawiając się, że rychło zatonie, odpłynęła szalupą w kierunku wybrzeża Norwegii. Myślę, że wszyscy utonęli. Wzięliśmy tego rozbitka na pokład, gdzie prowadził długie rozmowy z kapitanem, zamknięty z nim w kajucie. Za cały bagaż miał jedno blaszane pudełko. O ile mi wiadomo, nazwisko przybysza nie padło ani razu; drugiej nocy po tym, jakeśmy go wyłowili, zniknął, jakby nigdy nie istniał. Mówili, że musiał rzucić się za burtę albo wypaść podczas sztormu. Tylko jeden człowiek wiedział, co się z nim stało, i to byłem ja, bo na własne oczy widziałem, jak kapitan powalił go na pokład i wyrzucił za burtę ciemną nocą podczas środkowej wachty, na dwa dni przed tym, jak zobaczyliśmy światła Szetlandów. Zachowałem swoją wiedzę dla siebie i czekałem, co będzie dalej. Kiedy wróciliśmy do Szkocji, sprawa została zatuszowana, i nikt nie zadawał żadnych pytań. Jakiś obcy człowiek poniósł przypadkową śmierć, i nikt nie miał żadnego interesu w tym, żeby się o niego dopytywać. Niedługo później Peter Carey porzucił morze, i przez długie lata nie mogłem się dowiedzieć, gdzie zamieszkał. Podejrzewałem, że zrobił to, co zrobił, by zdobyć zawartość blaszanego pudełka, i że dzięki niej będzie go stać na opłacenie mojego milczenia. W końcu zdobyłem jego adres od żeglarza, który spotkał go w Londynie, i przyjechałem, by wydusić z niego co nieco. Pierwszej nocy zachowywał się rozsądnie i był gotów zapłacić mi tyle, bym przez resztę życia nie musiał więcej wypływać w morze. Mieliśmy wszystko omówić do końca dwie noce później. Kiedy przyszedłem, był pijany jak bela i w podłym nastroju. Usiedliśmy, napiliśmy się i pogadali o starych czasach, ale im więcej rumu wlewał w siebie Czarny Piotr, tym mniej podobało mi się to, co widziałem na jego twarzy. Przyuważyłem ten harpun na ścianie i pomyślałem, że może mi się przydać, nim cała sprawa się skończy. W końcu Carey rzucił się na mnie, plując i przeklinając, z mordem w oczach i wielkim motylkowym nożem w ręku. Nie zdążył go rozłożyć, nim zatopiłem w jego ciele harpun. Wielkie nieba! Jaki wrzask z siebie wydał! Wspomnienie jego twarzy nie pozwala mi zasnąć. Stałem tam, a jego krew tryskała wokół mnie. Poczekałem chwilę, ale było cicho, więc znów nabrałem odwagi. Rozejrzałem się i dostrzegłem na półce blaszane pudełko. Miałem do niego takie samo prawo jak Peter Carey, więc zabrałem je ze sobą i wyszedłem z chaty, jak ostatni głupiec zostawiając na stole swój kapciuch. Teraz opowiem panu najdziwniejszą część tej historii. Ledwie zdążyłem wyjść z chaty, kiedy usłyszałem, że ktoś nadchodzi. Ukryłem się w krzakach. Do domku podkradł się jakiś mężczyzna, wszedł do środka, wrzasnął, jakby zobaczył ducha, i zwiewał ile sił w nogach, dopóki nie straciłem go z oczu. Nie mam pojęcia, kim był ani czego chciał. Ja przeszedłem dziesięć mil, wsiadłem w pociąg w Tunbridge Wells i dojechałem do Londynu, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Kiedy przejrzałem zawartość pudełka, okazało się, że nie ma w nim pieniędzy, tylko jakieś papiery, których nie odważyłbym się sprzedać. Straciłem władzę nad Czarnym Piotrem i utknąłem w Londynie bez grosza przy duszy. Zobaczyłem ogłoszenia o naborze harpunników, obiecujące wysokie zarobki, poszedłem więc do spedytora, a on przysłał mnie tutaj. Tyle wiem i jeszcze raz powtarzam, że zabiłem Czarnego Piotra, a wymiar sprawiedliwości powinien być mi wdzięczny, bo oszczędził na stryczku.

– To bardzo jasne zeznanie – stwierdził Holmes, wstając i zapalając fajkę. – Hopkins, sądzę, że powinien pan niezwłocznie przewieźć więźnia w bezpieczne miejsce. Ten pokój raczej nie nadaje się na celę, a pan Cairns zajmuje zbyt dużą połać naszego dywanu.

– Panie Holmes – powiedział Hopkins – nie wiem, jak mam panu dziękować. W dalszym ciągu nie rozumiem, jak panu udało się rozwikłać tę sprawę.

– Miałem szczęście, gdyż od początku wpadłem na właściwy trop. Bardzo możliwe, że gdybym wiedział wtedy o notatniku, naprowadziłby mnie na fałszywy trop podobnie jak pana. Jednak wszystko, o czym słyszałem, wskazywało na jedno. Niezwykła siła, umiejętność władania harpunem, rum z wodą sodową i kapciuch z foczej skóry wypełniony podłym tytoniem – wszystko świadczyło o tym, że sprawcą jest żeglarz, dawny wielorybnik. Byłem przekonany, że inicjały „P.C.” widniejące na kapciuchu były przypadkowo zbieżne z personaliami ofiary. Nie mogły należeć do Petera Careya, który rzadko palił, poza tym w chacie nie znaleziono fajki. Pamięta pan, jak pytałem, czy są w domku whisky i brandy? Potwierdził pan to. Ilu ludzi przywykłych do życia na lądzie wybrałoby rum, mając do dyspozycji inne trunki? W ten sposób upewniłem się, że sprawcą jest żeglarz.

– A jak go pan znalazł?

– Drogi panie, tu sprawa była bardzo prosta. Jeśli miał to być marynarz, to tylko taki, który służył na „Sea Unicorn”, gdy kapitanem był Carey. Z tego, co udało mi się dowiedzieć, Czarny Piotr nie pływał na żadnym innym statku. Spędziłem trzy dni, telegrafując do Dundee, a po upływie tego czasu uzyskałem nazwiska członków załogi statku z roku 1883. Kiedy odkryłem wśród harpunników Patricka Cairnsa, moje śledztwo zaczęło zbliżać się do końca. Odgadłem, że człowiek, którego szukam, jest w Londynie i że będzie chciał na pewien czas opuścić kraj. Spędziłem zatem kilka dni na East Endzie, wymyśliłem ekspedycję arktyczną, zaproponowałem kuszące warunki harpunnikom, którzy zamustrują się na rejs pod dowództwem kapitana Basila, i oto efekt!

– Wspaniale! – wykrzyknął Hopkins. – Wspaniale!

– Musi pan jak najszybciej doprowadzić do zwolnienia młodego Neligana – dodał Holmes. – Sądzę, że jest mu pan winien przeprosiny. Należy koniecznie zwrócić mu blaszane pudełko, choć, rzecz jasna, papiery, które sprzedał Peter Carey, przepadły. Hopkins, dorożka już jest, może pan zabrać więźnia. Gdyby zechciał pan, abym wziął udział w procesie, znajdzie pan mnie i Watsona gdzieś w Norwegii, adres prześlę w późniejszym terminie.

5 West Country – nieformalna nazwa południowo-zachodniego obszaru Anglii, obejmującego Kornwalię, Devon, Dorset, Somerset i miasto Bristol (przyp. tłum.)

Rozdział siódmy

 

Charles Augustus Milverton

 
 

Od wydarzeń, które zamierzam tu opisać, minęły całe lata, a jednak waham się, czy o nich wspomnieć. Przez długi czas nie mogłem podać tych faktów do publicznej wiadomości nawet przy zachowaniu największej dyskrecji i powściągliwości, teraz jednak, gdy główna uczestniczka zdarzeń nie podlega już prawom ludzkim, można po stosownym sformułowaniu opowiedzieć tę historię tak, by nikomu nie zaszkodziła. Będzie to zapis doświadczenia absolutnie wyjątkowego zarówno w karierze Sherlocka Holmesa, jak i mojej. Proszę zatem, by czytelnicy wybaczyli mi pominięcie dat i innych faktów, które mogłyby pozwolić im na zidentyfikowanie tego wydarzenia.

Holmes i ja wyruszyliśmy na jedną z naszych wieczornych wypraw w mroźny zimowy wieczór i wróciliśmy około szóstej. Kiedy Holmes zapalił lampę, jej światło padło na leżącą na stole wizytówkę. Mój przyjaciel spojrzał na nią po czym z okrzykiem obrzydzenia rzucił na podłogę. Podniosłem kartonik i przeczytałem:

CHARLES AUGUSTUS MILVERTON, agent. Appledore Towers, Hampstead

 

– Kto to taki?

– Najgorszy człowiek w Londynie – odpowiedział Holmes, siadając i wyciągając nogi w stronę kominka. – Czy na odwrocie znajduje się jakiś dopisek?

Odwróciłem wizytówkę i odczytałem: „Przyjdę o 6.30. C.A.M.”.

– Widzisz, Watsonie, zaraz tu będzie! Powiedz, czy kiedy stoisz w zoo przed klatką z wężami i widzisz te oślizgłe wijące się jadowite stworzenia o oczach, w których czai się śmierć, i odpychających płaskich łbach, nie ogarniają cię mimowolnie dreszcze? Ja czuję się tak, gdy patrzę na Milvertona. W ciągu całego swego życia zajmowałem się pięćdziesięcioma morderstwami, jednak nawet najgorsze z nich nie wywołało we mnie takiego wstrętu jak styczność z tym człowiekiem. Mimo to nie mogę nie utrzymywać z nim kontaktów, co więcej, przybędzie tu na moje zaproszenie.

– Ale któż to taki?

– Watsonie, to król szantażystów. Niech Bóg ma w swej opiece mężczyzn, a tym bardziej kobiety, których tajemnice i dobre imię dostaną się w ręce Milvertona. Ten uśmiechnięty człowiek o kamiennym sercu wyciśnie z nich wszystko do ostatniego grosza. To geniusz w swoim fachu, a zabłysnąłby również w każdym bardziej szacownym zawodzie. Działa w następujący sposób: rozgłasza, że gotów jest zapłacić bardzo wysokie sumy za listy kompromitujące możnych. Odkupuje je nie tylko od zdradzieckich służących, ale równie często od uroczych łajdaków, którzy zdobyli zaufanie i uczucie naiwnych kobiet. Nie żałuje grosza. Wiem, że zapłacił pewnemu lokajowi siedemset funtów za liścik z dwóch linijek, z którego za pomocą doprowadził do ruiny jeden z rodów szlacheckich. Wszystkie listy dostępne na rynku trafiają do Milvertona, i setki osób w tym pięknym mieście bledną na dźwięk jego nazwiska. Nikt nie wie, kiedy uderzy, jest bowiem wystarczająco zamożny i zbyt przebiegły, by od razu wykorzystywać zdobyte kompromitujące materiały. Potrafi latami trzymać w tajemnicy zdobyte wiadomości, by zagrozić ich ujawnieniem wtedy, gdy stawka będzie najwyższa. Powiedziałem już, że jest to najgorszy człowiek w Londynie; powiedz, jak można porównać łobuza, który w amoku zatłucze na śmierć swego towarzysza, z tym kimś, kto metodycznie i z premedytacją dręczy dusze i szarga nerwy ludziom, by jeszcze bardziej nabić swą i tak wypchaną kabzę?

Rzadko zdarzało mi się słyszeć, by mój przyjaciel mówił z takim wzburzeniem.

– Ale przecież – odparowałem – ten człowiek musi także podlegać prawu?

– Teoretycznie z pewnością tak, praktycznie bynajmniej. Co zyskałaby, na przykład, kobieta, za której sprawą trafiłby na kilka miesięcy do więzienia, skoro tym samym sprowadziłaby na siebie zgubę? Ofiary Milvertona nie mają odwagi, by się na nim odegrać. Gdyby kiedyś zaszantażował niewinną osobę, udałoby się pewnie go dopaść, jest jednak zmyślny jak sam diabeł. Musimy znaleźć inne sposoby, by go pokonać.

– A dlaczego ma się pojawić tutaj?

– Pewna znakomita klientka oddała w moje ręce swą godną politowania sprawę. Chodzi o lady Evę Blackwell, najpiękniejszą debiutantkę ostatniego sezonu. Za dwa tygodnie ma wyjść za mąż za hrabiego Dovercourt. Ten łajdak dysponuje kilkoma nierozważnymi liścikami (nierozważnymi, Watsonie, nic więcej), które napisała do pewnego zubożałego wiejskiego szlachcica. Ich ujawnienie zerwałoby zaręczyny. Milverton zagroził, że wyśle te listy do hrabiego, jeśli nie otrzyma dużej sumy. Ja mam się z nim spotkać i wynegocjować jak najlepsze warunki.

W tym momencie na ulicy rozległ się turkot kół i tętent kopyt. Spojrzałem w dół przez okno i zobaczyłem piękny powóz zaprzężony w parę koni. Jaskrawe światło lamp odbijało się od lśniących zadów szlachetnych kasztanów. Lokaj otworzył drzwi, i z pojazdu wysiadł niewielki tęgi człowieczek w futrze z karakułów. Minutę później przybysz był już w naszym pokoju.

Charles Augustus Milverton miał pięćdziesiąt lat, dużą, świadczącą o wielkiej inteligencji głowę, okrągłą pulchną twarz, pozbawioną zarostu, zastygłą w nieustannym uśmiechu, i przenikliwe szare oczy, lśniące za dużymi okularami w złotych oprawkach. W jego powierzchowności było coś z dobroduszności pana Pickwicka6, jednak wrażenie to psuła nieszczerość wiecznego uśmiechu i okrutne błyski w rozbieganych oczach o przenikliwym spojrzeniu. Kiedy podszedł bliżej, wyciągając swą małą pulchną dłoń i mamrocząc, że jest mu przykro, iż nie zastał nas przy pierwszej wizycie, zauważyłem, że jego głos jest równie gładki i uprzejmy jak jego fizjonomia. Holmes zignorował wyciągniętą rękę i z kamienną twarzą wpatrywał się w mężczyznę. Milverton uśmiechnął się jeszcze szerzej, wzruszył ramionami, zdjął futro, pieczołowicie powiesił je na oparciu krzesła i usiadł.

– Ten dżentelmen – stwierdził, wymachując ręką w moją stronę. – Czy to dyskretne? Czy to właściwe?

– Doktor Watson jest mym przyjacielem i współpracownikiem.

– Znakomicie, panie Holmes. Zgłosiłem tę wątpliwość w interesie pańskiej klientki. Sprawa jest tak delikatna...

– Doktor Watson już o niej słyszał.

– W takim razie możemy przejść do rzeczy. Twierdzi pan, że działa w imieniu lady Evy. Czy upoważniła pana do przyjęcia moich warunków?

– Jakie to warunki?

– Siedem tysięcy funtów.

– A jaka jest alternatywa?

– Drogi panie, mówię o tym z wielkim bólem, ale jeśli do czternastego nie dostanę pieniędzy, osiemnastego z pewnością nie dojdzie do zawarcia małżeństwa.

– Jego nieznośny uśmiech pozostał równie błogi jak przedtem.

Holmes na chwilę pogrążył się w myślach, a potem stwierdził:

– Wydaje mi się, że jest pan zbyt pewny swego. Rzecz jasna, znam treść tych listów. Moja klientka z pewnością postąpi zgodnie z moją radą, ja zaś zamierzam nakłonić ją, by opowiedziała o wszystkim swemu przyszłemu mężowi i zaufała jego wielkoduszności.

Milverton zachichotał.

– Od razu widać, że nie zna pan hrabiego – stwierdził.

Z zaskoczonej miny Holmesa wywnioskowałem, że nasz gość minął się z prawdą.

– Cóż złego jest w tych listach? – zapytał.

– Są pełne polotu, i to bardzo – odparł Milverton. – Dama jest uroczą korespondentką. Mogę jednak zapewnić pana, że hrabia Dovercourt nie doceniłby tego. Jeśli jednak się pan ze mną nie zgadza, dajmy spokój tej sprawie. Chodzi tu wyłącznie o interesy. Jeśli pan sądzi, że dla jego klientki byłoby lepiej, gdyby listy trafiły do rąk hrabiego, to rzeczywiście głupotą byłoby płacić tak znaczną sumę za ich odzyskanie. – Wstał i chwycił futro.

Twarz Holmesa poszarzała z gniewu i upokorzenia.

– Proszę chwileczkę poczekać – stwierdził. – Działa pan zbyt pochopnie. Z pewnością dołożymy wszelkich starań, by uniknąć skandalu w tej delikatnej sprawie.

Milverton opadł z powrotem na fotel.

– Byłem pewien, że się zrozumiemy – mruknął.

– Musi pan jednak wiedzieć – ciągnął Holmes – że lady Eva nie jest kobietą zamożną. Zapewniam, że nawet dwa tysiące funtów byłyby dla niej wielkim wydatkiem, a kwota, której pan żąda, przekracza jej możliwości. Błagam więc, by ograniczył pan swe żądania i zwrócił listy za wskazaną przeze mnie sumę, która, gwarantuję to, jest najwyższą, jaką może pan za nie otrzymać.

Milverton uśmiechnął się szerzej, a w jego oczach pojawił się błysk rozbawienia.

– Jestem świadom tego, że mówi pan prawdę o majątku tej damy – stwierdził. – Musi pan jednak przyznać, że jej zamążpójście stanowi odpowiednią okazję do obdarowania jej w jakiś sposób. Rodzina może się zastanawiać nad odpowiednim prezentem ślubnym. Ręczę głową, że ten mały pakiecik z listami sprawi jej więcej radości niż wszystkie świeczniki i maselniczki w Londynie.

– To niemożliwe – uciął Holmes.

– Ojej, ojej, jakże to niefortunne! – wykrzyknął Milverton, wyjmując gruby notatnik. – Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że damy nie chcą się zdobyć na odpowiedni wysiłek, a to błąd. Proszę spojrzeć! – Wyciągnął liścik z herbem na kopercie. – To należy do... Może nie powinienem zdradzać tego nazwiska do jutrzejszego poranka, wówczas jednak list znajdzie się w rękach męża tej damy. A wszystko dlatego, że nie zgodziła się zapłacić skromnej kwoty, którą mogła zdobyć, zastawiając swe brylanty. Jaka szkoda! A czy pamięta pan nagłe zerwanie zaręczyn pomiędzy szanowną panną Miles a pułkownikiem Dorkingiem? Zaledwie na dwa dni przed ich ślubem ukazała się w „Morning Post” informacja, że do małżeństwa nie dojdzie. A dlaczego tak się stało? Trudno uwierzyć, ale śmieszna suma tysiąca dwustu funtów załatwiłaby całą sprawę. Czyż to nie żałosne? Teraz pan, skądinąd rozsądny człowiek, próbuje się targować, kiedy w grę wchodzi przyszłość i honor jego klientki. Zaskoczył mnie pan, panie Holmes.

– Mówię prawdę – odparł mój przyjaciel. – Nie jesteśmy w stanie zdobyć takiej kwoty. Czy nie lepiej byłoby, żeby pan przyjął sumę, którą oferuję, niż zrujnował życie tej kobiety, co nie przyniesie panu żadnego pożytku?

– Tu się pan myli, panie Holmes. Skompromitowanie jej przyniosłoby mi znaczne, choć pośrednie, korzyści. W toku jest osiem lub dziesięć podobnych spraw. Jeśli rozniesie się, że przykładnie ukarałem lady Evę, inne panie będą znacznie bardziej podatne na rozsądne argumenty, rozumie pan?

Holmes zerwał się z krzesła.

– Stań za nim, Watsonie! Nie pozwól mu uciec! A teraz, drogi panie, obejrzyjmy ten notatnik.

Milverton przemknął jak szczur pod ścianę i przywarł do niej plecami.

– Panie Holmes, panie Holmes – powiedział, odchylając połę płaszcza i pokazując rękojeść dużego rewolweru, wystającą z wewnętrznej kieszeni. – Spodziewałem się po panu czegoś bardziej oryginalnego. Bronią grożono już bardzo często, i czy był z tego kiedykolwiek jakiś pożytek? Zapewniam pana, jestem uzbrojony po zęby i nie zawaham się użyć broni, bo wiem, że prawo stoi po mojej stronie. A pańskie przypuszczenie odnośnie do tego, że przyniosłem listy w notatniku, jest całkowicie błędne. Nigdy nie zrobiłbym czegoś równie głupiego. Panowie, mam jeszcze jedną czy dwie rozmowy, a do Hampstead daleka droga – zrobił krok do przodu, podniósł futro, położył dłoń na rewolwerze i skierował się ku drzwiom.

Chwyciłem za krzesło, ale odstawiłem je, gdyż Holmes potrząsnął głową. Milverton skłonił się, uśmiechnął i mrugnął, po czym wyszedł z pokoju. Kilka chwil później usłyszeliśmy trzaśnięcie drzwi powozu i turkot kół.

Holmes usiadł przy kominku z rękami wetkniętymi głęboko w kieszenie spodni; podbródek opuścił na piersi, a oczy utkwił w rozżarzone węgle. Przez pół godziny siedział cicho i nieruchomo. Później zerwał się na nogi z gestem człowieka, który podjął decyzję, i poszedł do swej sypialni. Niedługo po tym zawadiacki robotnik z kozią bródką, maszerujący dumnym krokiem, zapalił glinianą fajkę, zanim wyszedł na ulicę.

– Wrócę później, Watsonie – oznajmił, nim pochłonęła go noc. Zrozumiałem, że rozpoczął kampanię przeciw Charlesowi Augustusowi Milvertonowi, w najśmielszych jednak wyobrażeniach nie przypuszczałem, jak osobliwą postać miała ona przybrać.

Przez kilka dni Holmes pojawiał się i znikał o najróżniejszych porach. Przez cały czas działał w przebraniu, wspomniał jedynie, że spędza czas w Hampstead i że nie jest to czas zmarnowany. Nie wiedziałem, czym się zajmuje, aż do chwili, gdy pewnego niespokojnego burzliwego wieczora, kiedy wicher wył i potrząsał szybami w oknach, powrócił ze swej kolejnej wyprawy. Gdy się przebrał, usiadł przed kominkiem i zaczął się serdecznie śmiać we właściwy sobie dziwny sposób.

– Nie pomyślałbyś chyba, że się kiedyś ożenię, co, Watsonie?

– Z pewnością nie!

– Zatem zainteresuje cię fakt, że się zaręczyłem.

– Drogi przyjacielu! Gratu...

– Z pokojówką Milvertona.

– Holmesie, na litość boską!

– Potrzebowałem informacji, Watsonie.

– Czy nie posunąłeś się za daleko?

– Musiałem wykonać ten krok. Jestem hydraulikiem, nazywam się Escott i właśnie rozkręcam interes. Co wieczór zabierałem dziewczynę na spacer i rozmawiałem z nią. Wielkie nieba, cóż to były za rozmowy! Dowiedziałem się jednak wszystkiego, co chciałem wiedzieć. Znam dom Milvertona jak własną kieszeń.

– Ale co z panną Blackwell, Holmesie?

Mój przyjaciel wzruszył ramionami.

– Nic nie poradzę, mój drogi Watsonie. Kiedy w grze jest taka stawka, trzeba rozgrywać karty najlepiej, jak się da. Muszę jednak z radością przyznać, że mam nienawistnego rywala, który z pewnością zajmie moje miejsce, kiedy tylko spuszczę go z oka. Cóż za piękna noc!

– Podoba ci się ta pogoda?

– Jest odpowiednia dla mych poczynań. Watsonie, zamierzam włamać się dziś do domu Milvertona.

To stwierdzenie wygłoszone powoli, tonem świadczącym o skupieniu i zdecydowaniu, sprawiło, że zachłysnąłem się oddechem i zadrżałem. Jak rozbłyskująca w nocy błyskawica, która w mgnieniu oka oświetla każdy element krajobrazu, tak i ja w jednej chwili zobaczyłem wszystkie możliwe skutki tego działania – wykrycie, schwytanie, szacowną karierę zakończoną w niesławie i mego przyjaciela zdanego na łaskę odrażającego Milvertona.

– Na Boga, Holmesie, zastanów się, co chcesz zrobić! – wykrzyknąłem.

– Mój drogi, przemyślałem to starannie. Nigdy nie działam pochopnie, nie zdecydowałbym się więc na równie energiczny i, co tu kryć, niebezpieczny krok, gdybym dysponował innymi możliwościami działania. Spójrzmy na sprawę jasno i uczciwie. Przyznasz, że mój zamiar jest uzasadniony z moralnego punktu widzenia, choć z technicznego stanowi przestępstwo. Włamanie do domu nie jest poważniejszym przewinieniem niż odebranie siłą notatnika, w czym byłeś gotów mi pomóc.

Zastanowiłem się nad tym.

– Owszem – stwierdziłem. – Jest to usprawiedliwione z moralnego punktu widzenia, jeśli tylko nie zabierzesz stamtąd niczego poza przedmiotami wykorzystywanymi do nielegalnych celów.

– Otóż to. Skoro czyn ten jest moralnie usprawiedliwiony, do rozważenia pozostaje jedynie kwestia ryzyka. Dżentelmen z pewnością nie ma się tu nad czym zastanawiać, skoro dama rozpaczliwie potrzebuje jego pomocy.

– Postawisz się w fałszywym położeniu.

– Cóż, to część ryzyka. Nie ma innego sposobu, by odzyskać listy. Nieszczęsna dama nie ma dość pieniędzy, a nie może zwierzyć się nikomu ze swych bliskich. Jutro upływa termin, więc jeśli nie uda nam się zdobyć listów dziś w nocy, łotr dotrzyma słowa i ją zrujnuje. Muszę zatem pozostawić mą klientkę własnemu losowi lub rozegrać tę ostatnią kartę. A tak między nami, Watsonie, to także pojedynek pomiędzy mną a Milvertonem. Jak widziałeś, wygrał pierwsze starcie, a mój szacunek do samego siebie i reputacja nakazują mi stoczyć tę walkę do końca.

– Cóż, nie podoba mi się to, ale chyba nie może być inaczej – stwierdziłem. – Kiedy wyruszamy?

– Nie zabieram cię ze sobą.

– W takim razie nigdzie nie idziesz – stwierdziłem. – Daję ci słowo honoru (a nigdy w życiu nie sprzeniewierzyłem się danej obietnicy), że jeśli nie wciągniesz mnie w tę przygodę, pojadę dorożką prosto na komisariat i cię wydam.

– Nie byłbyś mi pomocny.

– Skąd wiesz? Nie możesz przewidzieć, co się stanie. Poza tym podjąłem już decyzję. Nie ty jeden masz szacunek do samego siebie i cieszysz się swą reputacją.

Na początku Holmes wyglądał na zirytowanego, później jednak rozchmurzył się i poklepał mnie po ramieniu.

– Cóż, mój drogi, niech tak będzie. Dzieliliśmy mieszkanie przez tak wiele lat, że zabawnie byłoby, gdybyśmy w końcu wylądowali w jednej celi. Wiesz, Watsonie, mogę ci się zwierzyć, że zawsze uważałem, iż byłbym bardzo skutecznym przestępcą. Moją życiową szansą jest spróbowanie sił w tej profesji. Popatrz! – Wyciągnął z szuflady starannie wykonany skórzany futerał, otworzył go i wyjął ze środka kilka lśniących narzędzi. – Oto pierwszej klasy nowoczesny zestaw akcesoriów włamywacza; są tu niklowany łom, nóż do cięcia szkła z diamentową końcówką, regulowane wytrychy i wszelkie inne udogodnienia, jakich wymaga postęp techniczny. Mam tu też lampę z przysłoną. Wszystko na swoim miejscu. Czy masz jakieś miękkie obuwie?

– Mam buty do tenisa na gumowej podeszwie.

– Znakomicie. A maskę?

– Mogę zrobić nam maski z czarnego jedwabiu.

– Widzę, że przejawiasz silną naturalną skłonność do tego rodzaju działań. Świetnie, zrób maski. Przed wyjściem zjemy kolację na zimno. Jest dziewiąta trzydzieści. O jedenastej pojedziemy do Church Row; stamtąd jest kwadrans drogi piechotą do Appledore Towers. Będziemy na miejscu przed północą. Milverton ma mocny sen, a kładzie się punktualnie o dziesiątej trzydzieści. Przy odrobinie szczęścia będziemy tu z powrotem przed drugą z listami lady Evy w kieszeni.

Ubraliśmy się elegancko, by uchodzić za dwóch bywalców teatrów wracających do domu. Przy Oxford Street wsiedliśmy do dorożki i pojechaliśmy pod umówiony adres w Hampstead. Tam zapłaciliśmy woźnicy i, szczelnie otuleni płaszczami, gdyż było bardzo zimno, a wicher przenikał nas na wskroś, poszliśmy wzdłuż skraju wrzosowiska.

– Ta sprawa wymaga wielkiej delikatności – wyjaśnił Holmes. – Dokumenty znajdują się w sejfie w gabinecie, który przylega do sypialni Milvertona. Jak wszyscy zażywni osobnicy, którym dobrze się powodzi, sypia jak zabity. Agatha, moja narzeczona, twierdzi, że służący żartują sobie, iż nie sposób pana obudzić. Milverton ma sekretarza, który zajmuje się jego sprawami i przez cały dzień nie rusza się z gabinetu. Dlatego jedziemy tam w nocy. Gospodarz trzyma w ogrodzie ogromnego psa, jednak przez ostatnie dwa wieczory spotykałem się z Agathą o późnej porze, i teraz zamyka ona bestię, bym mógł bezpiecznie przejść. Oto dom, ten duży, stojący w głębi posiadłości. Pójdziemy przez bramę, a teraz na prawo, pomiędzy krzewami wawrzynu. Tu możemy założyć maski. Jak widzisz, w żadnym z okien nie widać nawet promyczka światła. Wszystko układa się znakomicie.

Z twarzami przysłoniętymi czarnymi jedwabnymi maskami, w których wyglądaliśmy na największych zawadiaków w Londynie, podkradliśmy się do cichego ponurego domu. Do jednej z jego ścian przylegała weranda wyłożona płytkami, miała ona kilka okien i dwie pary drzwi.

– To jego sypialnia – wyszeptał Holmes. – Te drzwi prowadzą prosto do gabinetu. Byłyby dla nas najdogodniejsze, są jednak zamknięte na zamek i zaryglowane, więc narobilibyśmy zbyt wiele hałasu, próbując przez nie wejść. Idź za mną. To cieplarnia, przez którą też można dostać się do gabinetu.

Budynek był zamknięty, ale Holmes wyciął kawałek szyby z okna i otworzył zamek od środka. Chwilę później zamknęliśmy za sobą drzwi i w oczach prawa staliśmy się przestępcami. Gęste ciepłe powietrze w szklarni i silny, dławiący zapach egzotycznych roślin zaparły nam dech w piersiach. Przyjaciel chwycił mnie za rękę i szybko poprowadził w ciemnościach wzdłuż rzędów krzewów, które ocierały się o nasze twarze. Holmes miał niezwykłą i starannie pielęgnowaną zdolność widzenia w ciemności. Wciąż trzymając mnie jedną ręką, drugą otworzył drzwi; uświadomiłem sobie niejasno, że znaleźliśmy się w dużym pokoju, w którym ktoś nie tak dawno palił cygaro. Sherlock wymacał drogę pomiędzy meblami, otworzył kolejne drzwi i zamknął je za nami. Wyciągnąłem rękę i dotknąłem kilku płaszczy wiszących na ścianie, zrozumiałem, że znajdujemy się w korytarzu. Przeszliśmy nim, i po chwili Holmes bardzo ostrożnie otworzył drzwi po prawej stronie. Coś się na nas rzuciło, serce podeszło mi do gardła, jednak po chwili zachciało mi się śmiać, kiedy zdałem sobie sprawę, że był to kot. W pokoju płonął na kominku ogień, a powietrze było gęste od tytoniowego dymu. Holmes wszedł do środka na palcach, zaczekał, aż do niego dołączę, po czym bardzo delikatnie zamknął drzwi. Znaleźliśmy się w gabinecie Milvertona, a portiera wisząca w głębi pokoju wskazywała miejsce, gdzie znajdowało się przejście do sypialni.

W kominku napalono tak mocno, że ogień oświetlał cały pokój. Niedaleko drzwi dostrzegłem włącznik światła elektrycznego, jednak nie musielibyśmy z niego korzystać nawet wówczas, gdyby niczym to nie groziło. Po jednej stronie kominka wisiała ciężka zasłona, za którą znajdowało się okno wykuszowe, które widzieliśmy z zewnątrz. Po drugiej stronie były drzwi wychodzące na werandę. Pośrodku pokoju stało biurko z obrotowym fotelem obciągnięte lśniącą czerwoną skórą. Naprzeciwko niego znajdowała się duża biblioteczka, zwieńczona marmurowym popiersiem Ateny. W rogu, pomiędzy biblioteczką a ścianą, stał duży, zielony sejf. Światło z kominka odbijało się w jego mosiężnych polerowanych gałkach. Holmes po cichu podszedł do sejfu i uważnie go obejrzał. Następnie podkradł się do drzwi sypialni i stanął przy nich z przechyloną głową, czujnie nasłuchując. Ze środka nie dobiegał żaden dźwięk. Ja tymczasem uświadomiłem sobie, że dobrze byłoby zabezpieczyć drogę ucieczki przez drzwi prowadzące na zewnątrz, więc się im przyjrzałem. Ku memu zdumieniu okazało się, że nie są ani zamknięte, ani zaryglowane. Dotknąłem ramienia Holmesa, a on odwrócił zamaskowaną twarz w stronę tych drzwi. Zauważyłem, jak drgnął, najwyraźniej był zaskoczony nie mniej ode mnie.

– Nie podoba mi się to – wyszeptał, przykładając mi usta do ucha. – Nie wiem, o co chodzi. Nie mamy jednak czasu do stracenia.

– Co mam robić?

– Stań przy drzwiach. Jeśli usłyszysz jakieś kroki, zarygluj je, a my uciekniemy tą samą drogą, którą się tu dostaliśmy. Jeśli ktoś pojawi się z drugiej strony, wyjdziemy drzwiami, jeśli zdążymy wykonać nasze zadanie; jeśli jednak jeszcze się z nim nie uporamy, ukryjemy się za zasłonami, rozumiesz?

Pokiwałem głową i stanąłem przy drzwiach. Strach, który czułem na początku, ustąpił, i poczułem dreszcz emocji silniejszy niż wówczas, gdy broniliśmy prawa, zamiast je łamać. Ważny cel naszej misji, świadomość, że jest ona rycerska i bezinteresowna, nikczemny charakter naszego przeciwnika – wszystko to składało się na wyjątkową przygodę. Bynajmniej nie czułem się winny, upajałem się niebezpieczeństwem. Z podziwem przyglądałem się, jak Holmes wyjmuje swój futerał i wybiera z niego odpowiednie narzędzia ze spokojną dokładnością chirurga wykonującego delikatny zabieg. Wiedziałem, że otwieranie sejfów stanowi szczególne hobby mego przyjaciela, i zauważyłem, ile radości sprawiała mu konfrontacja z tym zielono-złotym potworem, smokiem czyhającym na dobre imię wielu pięknych pań. Podwinąwszy rękawy fraka (płaszcz zdjął wcześniej i położył na krześle), Holmes wybrał dwa wiertła, łom i kilka wytrychów. Stałem przy środkowych drzwiach, rozglądając się na boki, gotów przystąpić do działania w każdej sytuacji, choć muszę przyznać, że nie bardzo wiedziałem, jak miałbym się zachować, gdyby ktoś usiłował nam przeszkodzić. Mój przyjaciel pracował z werwą przez pół godziny w wielkim skupieniu, odkładając jedno narzędzie i biorąc do rąk inne; każde z nich chwytał z siłą i delikatnością wprawnego mechanika. Wreszcie usłyszałem trzask i zobaczyłem leżące wewnątrz sejfu pliki papierów, z których każdy był przewiązany, zapieczętowany i opisany. Holmes wziął do rąk jeden z nich, jednak trudno było odczytać napis przy migoczącym ogniu. Mój przyjaciel wyjął swoją małą latarkę, gdyż niebezpiecznie było zapalać światło elektryczne, kiedy Milverton spał w pokoju obok. Nagle zamarł, przez moment uważnie nasłuchiwał, a potem w jednej chwili zamknął drzwi sejfu, chwycił płaszcz, wetknął narzędzia do kieszeni i pośpiesznie ukrył się za zasłoną, gestem nakazując mi zrobić to samo.

Dopiero kiedy do niego dołączyłem, usłyszałem to, co już przedtem zarejestrowały jego bardziej wyczulone zmysły. Z wnętrza domu dobiegał hałas. W oddali trzasnęły drzwi, niewyraźny stłumiony szmer zamienił się w miarowy odgłos szybko zbliżających się ciężkich kroków. Ktoś przeszedł przez korytarz i zatrzymał się przed naszą kryjówką. Po chwili usłyszeliśmy odgłos otwierających się drzwi i wyraźne pstryknięcie, zwiastujące włączenie światła elektrycznego. Drzwi zamknęły się, a w nasze nozdrza uderzył odpychający fetor mocnego cygara. W kilku jardach od nas kroki to oddalały się, to przybliżały się. Wreszcie skrzypnął fotel, a odgłosy stąpania ustały. Później w zamku szczęknął klucz, i usłyszałem szelest papierów.

Do tej chwili nie odważyłem się poruszyć, teraz jednak delikatnie rozsunąłem zasłony i wyjrzałem przez powstały między nimi otwór. Poczułem ramię Holmesa na moim ramieniu, z czego wywnioskowałem, że on również wygląda z ukrycia. Tuż przed nami, niemal w zasięgu ręki, znajdowały się szerokie zgarbione plecy Milvertona. Było oczywiste, że całkowicie omyliliśmy się co do jego planów, on w ogóle nie wchodził do sypialni, a siedział w palarni lub pokoju bilardowym w innym skrzydle domu, którego okien nie widzieliśmy. Pierwsze, co się znalazło w polu naszego widzenia, była jego okrągła siwiejąca głowa z łysiną na czubku. Mężczyzna spoczywał w czerwonym skórzanym fotelu z wyciągniętymi nogami, w ustach tkwiło pod jakimś dziwnym kątem długie czarne cygaro. Miał na sobie bordowy smoking o kroju, przypominającym militarny, z czarnym aksamitnym kołnierzykiem. W ręku trzymał gruby dokument, który leniwie czytał, wydmuchując przy tym kółka tytoniowego dymu. Ani wygodna pozycja, ani spokojna postawa nie wskazywały na to, by miał szybko zakończyć czytanie i wyjść.

Poczułem, jak Holmes chwyta moją dłoń i ściska ją krzepiąco, jakby chciał mi powiedzieć, że panuje nad sytuacją i niczym się nie niepokoi. Nie byłem pewien, czy zauważył to, co z mojego miejsca, gdzie stałem, było widać jak na dłoni – niedomknięte drzwiczki sejfu. Milverton mógł to dostrzec w każdej chwili. Postanowiłem, że jeśli wyczytam ze spojrzenia szantażysty, że zwrócił uwagę na sejf, natychmiast wyskoczę zza zasłony, narzucę mu na głowę swój płaszcz, skrępuję ręce, a resztę pozostawię Holmesowi. Jednak Milverton ani razu się nie obejrzał. Z leniwym zainteresowaniem przeglądał trzymane w ręku papiery, przewracając kolejne strony i śledząc tok rozumowania prawnika. Sądziłem, że kiedy skończy lekturę i cygaro, pójdzie do sypialni, jednak zanim to nastąpiło, doszło do niezwykłego wydarzenia, które całkowicie zmieniło tok naszych myśli.

Kilkakrotnie zauważyłem, że Milverton zerka na zegarek, a raz podniósł się z fotela i opadł na niego niecierpliwie z powrotem. Jednak myśl, że mógł się z kimś umówić o tak późnej porze, przyszła mi do głowy dopiero wówczas, gdy z werandy dobiegł cichy dźwięk. Milverton upuścił papiery i sztywno usiadł w fotelu. Hałas się powtórzył, chwilę później rozległo się ciche stukanie do drzwi. Milverton wstał i otworzył je.

– No – stwierdził szorstko – spóźniłaś się prawie o pół godziny.

Takie oto było wyjaśnienie niezamkniętych drzwi i nocnego czuwania mężczyzny. Usłyszałem cichy szelest kobiecej sukni. Zaciągnąłem szparę między zasłonami, kiedy Milverton zwrócił twarz w naszą stronę, później jednak zebrałem się na odwagę, ponownie uchyliłem kotarę i bardzo ostrożnie zerknąłem za nią. Szantażysta ponownie usiadł, a cygaro wciąż wystawało pod niebywałym kątem z kącika ust. Przed mężczyzną stała w świetle elektrycznych lamp wysoka szczupła kobieta o ciemnych włosach z twarzą osłoniętą woalką, okutana w pelerynę sięgającą aż do podbródka. Oddychała szybko, a każdy cal jej gibkiej sylwetki drżał pod wpływem silnych emocji.

– No – stwierdził Milverton – nie wyśpię się przez ciebie, złotko. Mam nadzieję, że okażesz się tego warta. Nie mogłaś przyjść kiedy indziej, co?

Kobieta potrząsnęła głową.

– Cóż, nie mogłaś, to nie mogłaś. Jeśli hrabina jest złą panią, będziesz miała teraz szansę wyrównać z nią rachunki. Dziewczyno, czemu się tak trzęsiesz? O tak. Weź się w garść. A teraz przejdźmy do interesów. – Wyjął notatnik z szuflady biurka. – Twierdzisz, że masz pięć listów kompromitujących hrabinę d’Albert. Ty chcesz je sprzedać, ja chcę je kupić. Póki co wszystko jest na jak najlepszej drodze, pozostaje tylko ustalić cenę. Rzecz jasna, chciałbym obejrzeć listy. Jeśli okażą się naprawdę przydatne... Wielkie nieba, to pani?

Kobieta bez słowa podniosła woalkę i opuściła pelerynę, zakrywającą jej brodę. W Milvertona wpatrywała się ładna śniada kobieta o wyrazistych rysach twarz – z za dartym nosem, grubymi ciemnymi brwiami, pod którymi lśniły zimne oczy, i ustami o wąskich wargach, zastygłych w groźnym uśmiechu.

– To ja – odpowiedziała. – Kobieta, której złamał pan życie.

Milverton roześmiał się, ale w jego głosie pobrzmiewał strach.

– Była pani taka uparta – stwierdził. – Czemu zmusiła mnie pani, bym posunął się do ostateczności? Zapewniam, że z własnej woli nie skrzywdziłbym muchy, ale taką mam pracę, więc co miałem zrobić? Wyznaczyłem cenę, na którą było panią stać. Nie zapłaciła pani.

– Wysłał pan zatem listy do mojego męża, a on, najcnotliwszy dżentelmen, jakiego ziemia nosiła, człowiek, któremu nie byłam godna wiązać butów, umarł, gdyż pękło jego szlachetne serce. Pamięta pan ostatnią noc, kiedy tu byłam. Błagałam o litość, a pan roześmiał mi się w twarz, tak, jak próbuje zrobić to teraz, tyle że przez swe tchórzostwo nie może pan powstrzymać drżenia warg. Tak, nie spodziewał się pan ujrzeć mnie tu ponownie, ale tamtej nocy przekonałam się, że jestem zdolna stanąć z panem sama twarzą w twarz. Charlesie Milverton, co ma pan do powiedzenia?

– Niech się pani nie wydaje, że uda jej się mnie zastraszyć – odparł mężczyzna, zrywając się na nogi. – Wystarczy, że podniosę głos, a przybiegną moi służący, i pani zostanie aresztowana. Okażę jednak zrozumienie dla gniewu, który jest naturalny w pani sytuacji. Proszę natychmiast opuścić pokój, a nie wspomnę więcej o tej sprawie.

Kobieta wciąż stała, jej ręka była ukryta w fałdach na wysokości piersi, a na ustach nadal błądził złowrogi uśmiech.

– Nie zrujnuje pan nikomu więcej życia tak jak mnie. Nie złamie pan nikomu więcej serca tak jak mnie. Uwolnię świat od tej jadowitej kreatury. A masz, ty bydlaku! A masz! A masz!

Wyciągnęła mały lśniący rewolwer i zaczęła strzelać do Milvertona, trzymając lufę o dwie stopy od gorsu jego koszuli. Mężczyzna najpierw się cofnął, potem upadł do przodu na biurko, wściekle kaszląc i zagarniając rękami papiery, a następnie wstał, chwiejąc się, na nogi, lecz trafiony raz jeszcze, upadł na podłogę.

– Wykończyła mnie pani! – wykrzyknął i znieruchomiał.

Kobieta uważnie mu się przyjrzała i postawiła obcas buta na zwróconą ku górze twarz swej ofiary. Spojrzała na niego ponownie, leżał cicho i nieruchomo. Usłyszałem ostry szelest, do nagrzanego pokoju wpadło nocne powietrze, a mścicielka zniknęła.

Nasza interwencja w żaden sposób nie mogła uratować mężczyzny. Kiedy kobieta raz za razem strzelała do kulącego się Milvertona, chciałem ją zatrzymać, poczułem jednak wtedy, jak Holmes mocno łapie mnie za nadgarstek swą zimną ręką. Zrozumiałem, co chciał mi przekazać tym mocnym chwytem: to nie nasza sprawa, tego łotra spotkało to, na co zasłużył, mamy własne zamiary i cele, o których nie należy zapominać. Jednak zaraz po tym, jak kobieta wyszła z pokoju, Holmes szybkimi cichymi krokami podkradł się do drugich drzwi i przekręcił klucz w zamku. W tej samej chwili usłyszeliśmy dobiegające z domu głosy i pośpieszny tupot kroków. Odgłosy wystrzałów obudziły cały dom. Holmes z niezmąconym spokojem podszedł do sejfu, wziął w obie ręce pliki listów i wrzucił je wszystkie do ognia. Powtórzył tę operację kilka razy, aż do opróżnienia sejfu. Ktoś obrócił klamkę i zaczął dobijać się do drzwi. Holmes szybko rozejrzał się wokół. List, który czytał Milverton przed śmiercią, leżał na biurku, poplamiony krwią. Holmes rzucił go również pomiędzy płonące papiery. Następnie wyjął klucz z zamka w zewnętrznych drzwiach i, kiedy wyszliśmy z domu, zamknął je za sobą.

– Tędy, Watsonie! – powiedział. – Z tej strony możemy przedostać się przez płot otaczający ogród.

Nie mogłem uwierzyć, że alarm tak szybko wywoła konkretne działania. Kiedy się obejrzałem, cały olbrzymi dom rozbłyskiwał światłami. Frontowe drzwi były otwarte, i jakieś postacie wybiegały z nich na drogę. Ogród był pełen ludzi, a jeden z nich krzyknął, kiedy wybiegaliśmy z werandy, i pognał za nami. Holmes, który bardzo dobrze znał ten teren, popędził pomiędzy młodymi drzewkami. Biegłem tuż za nim, a pogoń deptała nam po piętach. Drogę zagrodził wysoki na sześć stóp mur, jednak mój przyjaciel wskoczył na jego szczyt, a stamtąd zeskoczył na drugą stronę. Poszedłem w jego ślady. Poczułem, jak mój prześladowca łapie mnie za kostkę u nogi; uwolniłem się kopnięciem i przeczołgałem przez porośnięte trawą zwieńczenie muru. Upadłem na twarz w jakieś krzaki, jednak Holmes w mgnieniu oka postawił mnie na nogi, i razem pomknęliśmy przez rozległe wrzosowisko Hampstead Heath. Przebiegliśmy chyba ze dwie mile, nim mój przyjaciel zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać. Wokół nas panowała absolutna cisza. Zgubiliśmy pogoń i byliśmy bezpieczni.

Następnego dnia po opisanych tu niezwykłych wydarzeniach paliliśmy fajki po śniadaniu, kiedy inspektor Lestrade ze Scotland Yardu z bardzo uroczystą miną wkroczył do naszego skromnego salonu.

– Dzień dobry, panie Holmes – powiedział. – Dzień dobry panu. Chciałbym się dowiedzieć, czy jest pan w tej chwili bardzo zajęty?

– Nie aż tak, by pana nie wysłuchać.

– Pomyślałem, że gdyby miał pan nieco wolnego czasu, mógłby pan pomóc w wyjaśnieniu niezwykle osobliwej sprawy, która rozegrała się w Hampstead wczoraj w nocy.

– A niech mnie! – stwierdził Holmes. – Co się takiego stało?

– Doszło do morderstwa, niezwykłego i dramatycznego morderstwa. Wiem, jak bardzo lubi pan takie sprawy, i byłbym bardzo zobowiązany, gdyby wstąpił pan do Appledore Towers i dał nam możność skorzystania z pańskich rad. To nie była zwyczajna zbrodnia. Mieliśmy pana Milvertona na oku już od jakiegoś czasu, i mówiąc między nami, był z niego kawał drania. Wiadomo, że posiadał dokumenty, które wykorzystywał do szantażu. Wszystkie zostały spalone przez morderców. Nie zginęło niczego cennego, jest zatem prawdopodobne, że sprawcy byli wysoko postawionymi osobami, a ich jedynym celem było uniknięcie kompromitacji.

– Sprawcy? – spytał Holmes. – Użył pan liczby mnogiej?

– Tak, było ich dwóch. Mało brakowało, a schwytano by ich na gorącym uczynku. Mamy odciski butów i rysopisy, i stawiam dziesięć przeciwko jednemu, że uda nam się ich wytropić. Pierwszy biegł zbyt szybko, ale drugi został schwytany przez pomocnika ogrodnika i wyrwał mu się dopiero po szamotaninie. Był to krępy mężczyzna średniego wzrostu o kwadratowej szczęce i grubej szyi, miał wąsy, a twarz przysłaniała mu maska.

– To niezbyt konkretny opis – stwierdził Holmes. – Przecież pasuje nawet do Watsona!

– To prawda – stwierdził rozbawiony inspektor. – To mógłby być rysopis doktora Watsona.

– Cóż, Lestrade, obawiam się, że nie mogę panu pomóc. Nie ukrywam, że znałem Milvertona i uważałem go za jednego z najniebezpieczniejszych ludzi w Londynie. Poza tym sądzę, że istnieją takie zbrodnie, których nie może ukarać prawo i które w związku z tym do pewnego stopnia usprawiedliwiają zemstę. Nie ma sensu się spierać, podjąłem już decyzję. W tym przypadku jestem po stronie sprawców, nie ofiary, nie mogę więc zająć się sprawą.

Holmes nie wspomniał ani słowem o tragedii, której byliśmy świadkami, jednak przez cały ranek był w melancholijnym nastroju, a jego błędny wzrok i roztargnienie wskazywały na to, że usiłuje coś sobie przypomnieć. Kiedy jedliśmy lunch, nagle zerwał się na nogi.

– Na Jowisza, Watsonie, mam! – wykrzyknął. – Bierz kapelusz i chodź ze mną! – Pobiegliśmy ile sił w nogach Baker Street i dalej Oxford Street, aż dotarliśmy w pobliże Regent Circus. W tym miejscu, po lewej stronie ulicy, znajdowała się witryna wypełniona zdjęciami aktualnych sław i piękności. Holmes wpatrzył się w jedną z fotografii, a ja, idąc za jego spojrzeniem, zobaczyłem wizerunek wspaniałej, szlachetnie urodzonej damy w dworskich szatach, z wysoką brylantową tiarą na pełnej wdzięku głowie. Popatrzyłem na jej delikatnie zadarty nos, wyraziste brwi, wąskie usta i mocno zarysowany podbródek. Później gwałtownie wciągnąłem powietrze, kiedy przeczytałem stary zaszczytny tytuł wielkiego szlachcica i męża stanu, którego żoną była ta kobieta. Napotkałem wzrok Holmesa, mój przyjaciel przyłożył palec do ust, i odwróciliśmy się od witryny.

6 Samuel Pickwick – bohater Klubu Pickwicka, pierwszej powieści Charlesa Dickensa, publikowanej w odcinkach w latach 1836–1837 (przyp. tłum.)

Rozdział ósmy

 

Sześć popiersi Napoleona

 
 

Pan Lestrade ze Scotland Yardu często składał nam wieczorne wizyty, które cieszyły Sherlocka Holmesa, gdyż mógł na bieżąco śledzić prace policji. W zamian za wieści, które przynosił inspektor, mój przyjaciel był zawsze gotów uważnie wysłuchać szczegółów sprawy, nad którą pracował jego gość, i niekiedy, nie biorąc w niej bezpośrednio udziału, zasugerować coś na podstawie swej rozległej wiedzy i doświadczenia.

Tego wieczora Lestrade mówił o pogodzie i prasie. Potem umilkł i palił w zamyśleniu cygaro. Holmes przyglądał mu się badawczo.

– Ma pan coś ciekawego? – spytał.

– Nie, panie Holmes, to nic takiego.

– W takim razie proszę mi o tym opowiedzieć.

Lestrade się roześmiał.

– Cóż, panie Holmes, nie zaprzeczam, że mam coś na myśli, jednak sprawa jest tak absurdalna i trywialna, że wahałem się, czy zawracać panu głowę. Z drugiej strony, jest niewątpliwie także osobliwa, a wiem, że gustuje pan we wszystkim, co niezwykłe. Moim zdaniem, rzecz jednak dotyczy bardziej doktora Watsona jako lekarza.

– Chodzi o jakąś chorobę?

– O szaleństwo, i to nietypowe. Kiedy ktoś dokonuje włamania, aby zniszczyć cudze podobizny, powinien się nim zająć lekarz, nie policjant.

Holmes wyprostował się w fotelu.

– Włamanie? Robi się coraz ciekawiej. Proszę opowiedzieć mi o wszystkim w szczegółach.

Lestrade wyjął swój służbowy notatnik i odświeżył pamięć za pomocą zapisków.

– Pierwszy raz zgłoszono tę sprawę cztery dni temu – zaczął. – Incydent miał miejsce w sklepie Morse’a Hudsona, który sprzedaje obrazy i rzeźby przy Kennington Road. Subiekt na chwilę wyszedł na zaplecze. Usłyszał huk, a kiedy pośpiesznie wrócił do sklepu, zobaczył, że gipsowe popiersie Napoleona, które wraz z kilkoma innymi przedmiotami stało na ladzie, obecnie leżało strzaskane na podłodze. Wybiegł na ulicę, ale choć kilku przechodniów twierdziło, że widzieli, jak ze sklepu wybiega jakiś mężczyzna, nie schwytał nikogo, nie wiedział też, jak rozpoznać złoczyńcę. Uznał, że to jeden ze zdarzających się od czasu do czasu chuligańskich wybryków i jako taki zgłosił go posterunkowemu, który odbywał obchód. Gipsowy odlew nie był wart więcej niż kilka szylingów, a cała sprawa wydawała się dziecinadą, nie zasługującą na drobiazgowe śledztwo. Drugi przypadek, poważniejszy i bardziej osobliwy, miał miejsce ostatniej nocy. Przy tej że Kennington Road, kilkaset jardów od sklepu pana Hudsona, mieszka znany lekarz doktor Barnicot, który posiada jeden z największych gabinetów na południowym brzegu Tamizy. Mieszka i przyjmuje pacjentów przy Kennington Road, ma jednak także drugi gabinet i aptekę przy Lower Brixton Road, dwie mile dalej. Doktor Barnicot uwielbia Napoleona. Jego dom jest pełen książek, obrazów i pamiątek po cesarzu Francuzów. Jakiś czas temu zakupił u Morse’a Hudsona dwa gipsowe odlewy słynnego popiersia Napoleona wykonanego przez francuskiego rzeźbiarza Devine’a. Jeden z nich umieścił w korytarzu domu przy Kennington Road, drugi – na kominku w gabinecie przy Lower Brixton Road. Kiedy doktor Barnicot przybył dziś rano do domu, ze zdziwieniem odkrył, że w nocy miało miejsce włamanie, ale nie zginęło nic poza gipsowym odlewem stojącym w korytarzu, który ktoś wyniósł na zewnątrz i bezlitośnie roztrzaskał o mur w ogrodzie. Na ziemi odnaleziono smętne resztki rzeźby.

Holmes zatarł ręce.

– To w istocie bardzo nietypowe – stwierdził.

– Miałem nadzieję, że się panu spodoba, ale to jeszcze nie koniec. W południe doktor Barnicot przyszedł do gabinetu, i proszę sobie wyobrazić jego zdumienie, kiedy odkrył, że okno jest otwarte, a po całym pokoju rozrzucone są strzaskane fragmenty drugiego popiersia. Zostało ono rozbite w drobny mak tam, gdzie stało. W żadnym z tych miejsc nie znaleźliśmy śladów, które mogłyby doprowadzić nas do przestępcy lub szaleńca, sprawcy tego czynu. Panie Holmes, teraz zna pan fakty.

– Są one osobliwe, można by rzec, groteskowe – stwierdził mój przyjaciel. – Czy dwa popiersia rozbite u doktora Barnicota były dokładnymi kopiami tego zniszczonego w sklepie Morse’a Hudsona?

– Zostały odlane z tej samej formy.

– Ten fakt świadczy przeciw teorii, że niszczycielem powoduje wyłącznie nienawiść do Napoleona. Biorąc pod uwagę, ile setek posągów wielkiego cesarza znajduje się w Londynie, trudno podejrzewać, by nasz zuchwały obrazoburca zaczął przypadkiem od trzech egzemplarzy tego samego popiersia.

– Też tak pomyślałem – stwierdził Lestrade. – Z drugiej jednak strony, Morse Hudson zaopatruje w rzeźby tę część Londynu, a od lat miał w sklepie tylko wspomniane trzy popiersia. Być może, tak jak pan twierdzi, w naszym mieście znajdują się setki pomników, jest jednak bardzo prawdopodobne, że te trzy były jedynymi w dzielnicy, zatem miejscowy fanatyk siłą rzeczy zaczął od nich. Co pan o tym sądzi, doktorze Watsonie?

– Możliwości monomanii są nieograniczone – odpowiedziałem. – Istnieje jednostka chorobowa, którą współcześni francuscy psychologowie nazwali „idée fixe”. Może ona mieć błahy charakter, a cierpiący na nią mogą we wszystkich innych aspektach życia zachowywać się jak ludzie całkowicie zdrowi. Człowiek, który wiele czytał o Bonapartem lub którego rodzina doznała uszczerbku wskutek wojny napoleońskiej, mógłby stworzyć taką idée fixe i pod jej wpływem robić rzeczy fantastyczne i oburzające.

– To za mało, drogi Watsonie – powiedział Holmes, potrząsając głową. – Żadna idée fixe nie pozwoliłaby twojemu maniakowi dowiedzieć się, gdzie znajdują się te popiersia.

– Jak ty byś to wytłumaczył?

– Nie próbuję tego zrobić, chciałem jedynie zauważyć, że w ekscentrycznych działaniach tego dżentelmena jest pewna metoda. Na przykład popiersie z korytarza doktora Barnicota, roztrzaskano nie w domu, gdzie hałas mógłby obudzić mieszkańców, a na zewnątrz, zaś w gabinecie, gdzie niebezpieczeństwo wszczęcia alarmu było mniejsze, rozbito je tam, gdzie stało. Sprawa wydaje się absurdalnie błaha, nie śmiem jednak bagatelizować żadnej zagadki, pamiętam bowiem, że niektóre z moich najciekawszych spraw miały bynajmniej nieobiecujące początki. Watsonie, zapewne przypominasz sobie, jak straszna sprawa rodziny Abernetty zwróciła moją uwagę dlatego, że pietruszka głęboko zatopiła się w maśle w gorący dzień. Nie zamierzam zatem lekceważyć trzech rozbitych popiersi, Lestrade, i byłbym bardzo zobowiązany, gdyby powiadomił mnie pan o kolejnych osobliwych wydarzeniach w tej sprawie.

Dalszy rozwój sytuacji, którego spodziewał się mój przyjaciel, nastąpił szybciej i był zdecydowanie bardziej tragiczny, niż byliśmy skłonni przypuszczać. Nie skończyłem jeszcze ubierać się w swojej sypialni następnego ranka, kiedy rozległo się stukanie do drzwi, i wszedł Holmes z telegramem w dłoni. Odczytał go na głos:

Proszę przybyć natychmiast, Pitt Street 131, Kensington. Lestrade.

 

– Co się stało?

– Nie wiem, może chodzić o cokolwiek, podejrzewam jednak, że sprawa popiersi znalazła swój dalszy ciąg. Jeśli tak, nasz przyjaciel wandal zaczął działać w innej części Londynu. Watsonie, na stole czeka kawa, a przed drzwiami – dorożka.

W ciągu pół godziny dotarliśmy na Pitt Street, cichą uliczkę tuż obok jednej z najbardziej ruchliwych londyńskich arterii. Dom pod numerem 131 był jednym z rzędu płaskich szacownych i zupełnie nieromantycznych budynków. Kiedy tam podjechaliśmy, zobaczyliśmy, że przy ustawionych przed wejściem barierkach stoi tłum gapiów. Holmes zagwizdał.

– Do licha! Chodzi co najmniej o usiłowanie zabójstwa. Nic mniej dramatycznego nie zwabiłoby tu londyńskiego gapia. Skulone ramiona i wyciągnięta szyja świadczą o tym, że doszło tu do aktu przemocy. Ale co to, Watsonie? Najwyższe stopnie zostały wyszorowane, pozostałe są suche. A ile tu śladów stóp! Oto i Lestrade przy frontowym oknie. Zaraz się wszystkiego dowiemy.

Policjant przyjął nas z bardzo poważną miną i wprowadził do salonu, który przemierzał wszerz i wzdłuż bardzo niechlujny i wzburzony starszy mężczyzna, odziany we flanelowy szlafrok. Został nam przedstawiony jako właściciel domu pan Horace Harker z Głównego Syndykatu Prasowego.

– Znów chodzi o popiersie Napoleona – stwierdził Lestrade. – Panie Holmes, wczoraj wydawał się pan zainteresowany tą sprawą, pomyślałem więc, że zechce pan tu przyjechać, bo przybrała ona znacznie poważniejszy obrót.

– Co się stało?

– Popełniono morderstwo. Panie Harker, czy mógłby pan dokładnie opowiedzieć tym dżentelmenom, co zaszło?

Mężczyzna w szlafroku zwrócił ku nam swoją bardzo smutną twarz.

– To dziwna rzecz – stwierdził. – Przez całe życie zbierałem informacje o innych ludziach, a teraz, kiedy sam mam trafić na nagłówki gazet, jestem tak skonfundowany i zdenerwowany, że nie mogę złożyć razem dwóch słów. Gdybym przybył tu jako dziennikarz, przeprowadziłbym ze sobą wywiad i zamieściłbym artykuł na dwie kolumny w każdej wieczornej gazecie. Teraz rozdaję cenne informacje, opowiadając swą historię raz za razem kolejnym osobom, a sam nie mogę jej wykorzystać. Słyszałem jednak o panu, panie Holmes, i jeśli zdoła pan wyjaśnić tę dziwną sprawę, wysiłek, jaki włożę w opowiedzenie panu wszystkiego, zostanie wynagrodzony.

Holmes usiadł i zaczął słuchać.

– Zdaje się, że cała sprawa koncentruje się wokół popiersia Napoleona, które kupiłem do tego pokoju mniej więcej cztery miesiące temu. Znalazłem je tanio u Braci Harding, dwa domy dalej za stacją High Street. Znaczną część mojej dziennikarskiej pracy wykonuję w nocy, często piszę aż do świtu. Tak było i dzisiaj. Około trzeciej nad ranem, kiedy siedziałem w swojej „norze”, znajdującej się w tylnej części domu na najwyższym piętrze, wydało mi się, że usłyszałem na dole hałas. Nasłuchiwałem, ale się nie powtórzył, uznałem więc, że dochodził z zewnątrz. Jakieś pięć minut później rozległ się nagle okropny wrzask. Panie Holmes, był to najbardziej przerażający dźwięk, jaki w życiu słyszałem. Będzie brzmiał mi w uszach do końca moich dni. Siedziałem, skamieniały z przerażenia, przez minutę lub dwie, następnie chwyciłem pogrzebacz i ruszyłem na dół. Kiedy wszedłem do pokoju, zobaczyłem, że okno jest otwarte na oścież, a z kominka zniknęło popiersie. Nie mogę zrozumieć, dlaczego złodziej miałby połaszczyć się na coś takiego, był to jedynie gipsowy odlew, pozbawiony w gruncie rzeczy jakiejkolwiek wartości. Jak pan widzi, osoba wychodząca przez otwarte okno może, stawiając jeden długi krok, dostać się na próg frontowych drzwi. Najwyraźniej to właśnie zrobił włamywacz. Poszedłem więc do tych drzwi, otworzyłem je, wyszedłem w ciemność przed domem i omal nie przewróciłem się o leżącego tam trupa. Pobiegłem z powrotem po lampę, i w jej świetle zobaczyłem biedaka z poderżniętym gardłem, zalanego krwią. Zmarły leżał na plecach z podkurczonymi kolanami i ustami otwartymi w okropnym grymasie. Ten widok będzie mnie nawiedzał w snach. Zdążyłem tylko wezwać policję, dmąc w gwizdek, a później chyba zemdlałem, gdyż pamiętam dopiero policjantów stojących nade mną w korytarzu.

– Kim był zamordowany?

– Nie miał przy sobie niczego, co pozwoliłoby określić jego tożsamość – wyjaśnił Lestrade. – Może pan obejrzeć jego ciało w kostnicy, póki co nie udało nam się jednak ustalić nic na jego temat. To wysoki smagły mężczyzna o potężnej budowie. Mógł mieć nie więcej niż trzydzieści lat, był nędznie ubrany, ale nie wyglądał na robotnika. W kałuży krwi obok ciała leżał rozkładany nóż z rogową rękojeścią. Nie wiadomo, czy był on narzędziem zbrodni, czy stanowił własność zmarłego. Na ubraniu mężczyzny nie było nazwiska, a w jego kieszeniach znaleźliśmy jabłko, kawałek sznurka, tani plan Londynu i zdjęcie. Oto ono.

Była to fotografia wykonana pośpiesznie małym aparatem. Przedstawiała żwawego, podobnego do małpy mężczyznę o wyrazistych rysach, grubych brwiach i osobliwie wystającej dolnej szczęce, upodabniającej jego twarz do pyska pawiana.

– A co się stało z popiersiem? – spytał Holmes, uważnie przyjrzawszy się zdjęciu.

– Otrzymaliśmy informacje na jego temat tuż przed pańskim przybyciem. Znaleziono je w ogrodzie przed pustym domem przy Campden House Road, rozbite w drobny mak. Jadę teraz mu się przyjrzeć. Czy zechce pan mi towarzyszyć?

– Oczywiście. Najpierw jednak się tu rozejrzę. – Obejrzał dywan i okno, po czym stwierdził: – Ten człowiek albo miał bardzo długie nogi, albo był wyjątkowo wysportowany. Jest tu tak wysoko, że wdrapanie się na parapet i otwarcie okna było nie lada wyczynem. Droga powrotna była łatwiejsza. Panie Harker, czy pójdzie pan z nami zobaczyć, co zostało z popiersia?

Niepocieszony dziennikarz usiadł przy biurku.

– Postaram się napisać coś na temat tej zbrodni – stwierdził – choć nie wątpię, że pierwsze wieczorne wydania gazet dysponują już szczegółowymi opisami. Takie już mam szczęście. Pamięta pan, jak przewróciła się trybuna w Doncaster? Byłem tam jedynym dziennikarzem, a moja gazeta jako jedyna nie podała relacji z tego wydarzenia, gdyż byłem zbyt wstrząśnięty, by cokolwiek napisać. A teraz spóźnię się z opisem morderstwa, które popełniono na moim progu.

Wychodząc z pokoju, usłyszeliśmy ostry dźwięk pióra skrobiącego po papierze.

Miejsce, gdzie znaleziono szczątki popiersia, było oddalone o zaledwie kilkaset jardów. Po raz pierwszy mogliśmy obejrzeć odłamki podobizny wielkiego cesarza, który budził tak szaloną nienawiść w umyśle nieznanego nam człowieka. Szczątki leżały rozrzucone w trawie. Holmes podniósł z ziemi kilka z nich i uważnie obejrzał. Z jego skupionej twarzy i zdecydowanych działań wyczytałem, że wreszcie trafił na ślad.

– I co? – spytał Lestrade.

Holmes wzruszył ramionami.

– Przed nami jeszcze długa droga, jednak..., a jednak... istnieją pewne znaczące fakty, na których możemy się oprzeć. Po pierwsze, dla przestępcy zdobycie tego popiersia było warte więcej niż ludzkie życie, po drugie, nie rozbił odlewu w domu ani w jego pobliżu i nie wiemy, czy zniszczenie rzeźby stanowiło jego jedyny cel.

– Działał w pośpiechu i był wstrząśnięty po walce z tamtym mężczyzną. Nie wiedział, co robi.

– To całkiem możliwe. Chciałbym jednak zwrócić pańską uwagę na położenie domu, w którego ogrodzie zostało zniszczone popiersie.

Lestrade rozejrzał się wokół.

– Budynek był pusty, więc sprawca wiedział, że w ogrodzie nikt nie będzie mu przeszkadzał.

– Tak, jednak przy tej ulicy stoi jeszcze jeden pusty dom, który musiał mijać, nim dotarł tutaj. Czemu nie włamał się tam, skoro z każdym jardem wzrastało ryzyko, że ktoś go zauważy?

– Nie mam pojęcia – przyznał Lestrade.

Holmes wskazał na latarnię nad naszymi głowami.

– Tutaj widział, co robi, tam nie miał takiej możliwości. Oto przyczyna.

– Na Jowisza! To prawda – stwierdził detektyw. – Teraz, kiedy o tym myślę, przypomina mi się, że popiersie należące do doktora Barnicota zostało roztrzaskane nieopodal lampy. Panie Holmes, co powinniśmy z tym faktem zrobić?

– Zapamiętać go. Być może później trafimy na powiązany z nim ślad. Jakie kroki zamierza pan teraz podjąć, Lestrade?

– Moim zdaniem najbardziej praktyczny sposób podejścia do sprawy to identyfikacja zmarłego. Nie powinna ona nastręczać problemów. Kiedy dowiemy się, kim był ten mężczyzna i z kim współpracował, będzie nam łatwiej ustalić, co robił przy Pitt Street wczoraj w nocy i kto napotkał go i zabił na progu domu pana Horace’a Harkera. Nie sądzi pan?

– Niewątpliwie, jednak ja bym się zabrał do sprawy inaczej.

– Co by pan zrobił?

– Nie może pan pozwolić, bym wywierał na niego wpływ. Proponuję, żeby pan pracował swoją metodą, ja wykorzystam swoją. Później możemy porównać nasze wyniki i uzupełnić je.

– Znakomicie – odpowiedział Lestrade.

– Jeśli wraca pan na Pitt Street i zobaczy Horace’a Harkera, proszę mu ode mnie przekazać, że jestem pewien, iż wczoraj do jego domu włamał się niebezpieczny szaleniec o morderczych zamiarach z manią na punkcie Napoleona. Ta informacja przyda mu się podczas pracy nad artykułem.

Lestrade wpatrzył się w mojego przyjaciela.

– Chyba pan w to nie wierzy?

Holmes się uśmiechnął.

– Nie wierzę? Może i nie. Jestem jednak pewien, że taka wersja zainteresuje pana Harkera i czytelników Głównego Syndykatu Prasowego. A teraz, Watsonie, mamy, zdaje się, przed sobą długi dzień pełen dość skomplikowanej pracy. Lestrade, byłbym wdzięczny, gdyby wstąpił pan do nas na Baker Street dzisiaj o szóstej po południu. Chciałbym zatrzymać do tego czasu zdjęcie znalezione w kieszeni zabitego. Możliwe, że poproszę pana także o towarzyszenie mi i pomoc w małej wyprawie, na którą trzeba będzie wyruszyć dzisiaj, jeśli moje przypuszczenia się potwierdzą. Póki co do widzenia i powodzenia!

Wraz z Sherlockiem Holmesem poszliśmy na High Street, gdzie zatrzymaliśmy się przed sklepem Braci Harding, w którym zostało kupione popiersie. Młody sprzedawca poinformował nas, że pan Harding będzie po południu, a on sam jako nowy pracownik nie potrafi udzielić żadnych informacji. Na twarzy Holmesa odmalowały się rozczarowanie i irytacja.

– Cóż, Watsonie, nie możemy się spodziewać, że wszystko będzie szło jak z płatka – stwierdził w końcu. – Skoro pan Harding będzie tu dopiero po południu, to wrócimy o tej właśnie porze. Jak zapewne się domyśliłeś, staram się prześledzić losy popiersi aż do ich źródła, by sprawdzić, czy istnieje jakaś przyczyna osobliwego losu, jaki je spotyka. Teraz pojedziemy do pana Morse’a Hudsona z Kennington Road i sprawdzimy, czy uda nam się wyjaśnić tę sprawę.

Po godzinie jazdy dotarliśmy do sklepu marszanda. Był to niski przysadzisty człowieczek o czerwonej twarzy i krewkim temperamencie.

– Tak jest. Stał tu, na mojej ladzie, proszę pana – powiedział. – Nie wiem, po co płacę podatki, skoro każdy obwieś może tu wejść i zniszczyć moją własność. Tak, proszę pana, to ja sprzedałem dwa popiersia doktorowi Barnicotowi. To hańba, proszę pana! Myślę, że to spisek nihilistów. Tylko anarchiści mogą włóczyć się po mieście, rozbijając rzeźby. Czerwoni republikanie, oto z kim mamy do czynienia. Skąd miałem popiersia? Nie rozumiem, co to ma do rzeczy. Ale jeśli chce pan wiedzieć naprawdę, kupiłem je w firmie Gelder & Co. z siedzibą przy Church Street w Stepney. To znane przedsiębiorstwo, działa na rynku od dwudziestu lat. Ile miałem odlewów? Trzy. Dwa i jeden to trzy. Dwa kupił doktor Barnicot, jeden został rozbity w środku dnia na mojej własnej ladzie. Czy rozpoznaję człowieka z tej fotografii? Nie. Ależ tak! To Beppo, włoski robotnik, który pracował u mnie na akord. Trochę rzeźbił, pozłacał, oprawiał obrazy w ramy, wykonywał też inne drobne prace. Odszedł w zeszłym tygodniu, i od tego czasu nie słyszałem o nim. Nie wiem ani skąd się wziął, ani dokąd poszedł. Kiedy u mnie pracował, nie miałem do niego żadnych zastrzeżeń. Zniknął na dwa dni przed rozbiciem popiersia.

– Cóż, trudno było spodziewać się więcej po panu Morsie Hudsonie – stwierdził Holmes, kiedy wyszliśmy ze sklepu. – Beppo okazał się ogniwem łączącym Kennington i Kensington, i warto było przejechać dziesięć mil, by się tego dowiedzieć. A teraz, Watsonie, pojedziemy do firmy Gelder & Co. w Stepney, producenta odlewów. Byłbym zdziwiony, gdyby tam nie udało się uzyskać żadnych informacji.

Szybko przejechaliśmy po kolei przez różne części Londynu: modną, hotelową, teatralną, literacką, handlową i w końcu żeglarską, aż trafiliśmy do nabrzeżnego miasta o stu tysiącach mieszkańców, gdzie domy czynszowe wypełniał duszny odór wyrzutków z całej Europy. Tutaj, przy szerokiej ulicy, gdzie niegdyś mieszkali kupcy z City, znaleźliśmy poszukiwaną przez nas pracownię. Przed budynkiem znajdował się spory plac pełen monumentalnych kamiennych pomników. Wewnątrz, w dużej sali, pięćdziesięciu robotników zajmowało się rzeźbieniem i odlewaniem. Kierownik, potężny jasnowłosy Niemiec, przyjął nas uprzejmie i udzielił jasnych odpowiedzi na wszystkie pytania Holmesa. Z jego ksiąg wynikało, że wykonano setki odlewów marmurowego popiersia Napoleona autorstwa Devine’a, zaś te trzy, które mniej więcej rok wcześniej trafiły do Morse’a Hudsona, stanowiły połowę partii złożonej z sześciu sztuk. Pozostałe trzy pojechały do Kensington, do Braci Harding. Mężczyzna nie widział żadnego powodu, z którego tych sześć odlewów miałoby się różnić od pozostałych. Nie potrafił podać żadnej przyczyny, dla której ktokolwiek mógłby pragnąć je zniszczyć, w istocie, pomysł ten go rozśmieszył. Cena hurtowa popiersi wynosiła sześć szylingów, a w sprzedaży detalicznej mogły kosztować dwanaście lub więcej. Odlew wykonywano z dwóch form, z których każda przedstawiała jedną połowę twarzy; później dwa profile z gipsu paryskiego łączono w popiersie. Zwykle robili to Włosi, pracujący w sali, w której się znajdowaliśmy. Po zakończeniu prac popiersia trafiały na stół w korytarzu, gdzie schły, a następnie do magazynu. Nic więcej nie potrafił nam powiedzieć. Gdy jednak pokazaliśmy mu zdjęcie, wywarło ono na nim niezwykłe wrażenie. Jego twarz poczerwieniała z gniewu, a brwi zmarszczyły się nad niebieskimi teutońskimi oczami.

– To ten łajdak! – wykrzyknął. – O tak, znam go bardzo dobrze! Nasza pracownia zawsze była szacowną firmą; tylko jedyny raz była tu policja, ponad rok temu, i to właśnie z jego powodu. Zadźgał na ulicy innego Włocha, przybiegł tu ścigany przez policję, i tu też został ujęty. Miał na imię Beppo, jego nazwiska nie znałem. Dostałem za swoje, nie trzeba było zatrudniać człowieka o takiej gębie. Był jednak dobrym rzemieślnikiem, jednym z najlepszych.

– Jaki dostał wyrok?

– Jego ofiara przeżyła, więc miał wyjść z więzienia po roku. Zapewne jest już na wolności, ale nie odważył się u mnie pokazać. Pracuje tu jednak jego kuzyn, być może on mógłby wskazać panu miejsce jego pobytu.

– Nie, nie! – wykrzyknął Holmes. – Błagam pana, ani słowa kuzynowi. Sprawa jest niezwykle ważna, a im bardziej się w nią zagłębiam, tym większego znaczenia nabiera. Kiedy pokazywał nam pan w księdze zapis o sprzedaży popiersi, zauważyłem, że pochodzi on z trzeciego czerwca zeszłego roku. Czy mógłby pan powiedzieć mi, kiedy aresztowano Beppa?

– Mogę to ustalić mniej więcej na podstawie listy płac – powiedział kierownik. – Tak – stwierdził po przejrzeniu kilku stron. – Ostatnie wynagrodzenie otrzymał dwudziestego maja.

– Dziękuję – odparł Holmes. – Sądzę, że nie ma potrzeby, bym dalej nadużywał pańskiego czasu i cierpliwości. – Jeszcze raz prosząc Niemca, by nie wspominał nikomu o naszych pytaniach, ponownie skierowaliśmy się na zachód.

Było już późne popołudnie, gdy udało nam się wstąpić do restauracji i zjeść w pośpiechu obiad. Tablica z informacjami wisząca przy wejściu głosiła: „Napad w Kensington. Szaleniec morderca”, a treść artykułu w dostępnej na miejscu gazecie dowodziła, że pan Horace Harker zdołał jednak opublikować swą historię. Spisana bardzo sensacyjnym i kwiecistym stylem, relacja z incydentu zajmowała dwie kolumny. Holmes oparł gazetę o stojak na przyprawy i przeczytał ją przy jedzeniu. Kilka razy przy tym zachichotał.

– Wszystko się zgadza, Watsonie – stwierdził. – Posłuchaj tego:

Z zadowoleniem przyjęto fakt, że w tej sprawie nie dojdzie do różnicy poglądów. Zarówno pan Lestrade, jeden z najbardziej doświadczonych detektywów policji, jak i pan Sherlock Holmes, znany ekspert wezwany na konsultację, doszli do wniosku, że groteskowa i tragicznie zakończona seria wydarzeń stanowi owoc szaleństwa, a nie zaplanowanego przestępstwa. Zaistniałe fakty można wyjaśnić jedynie chorobą psychiczną.

 

– Prasa, Watsonie, jest nader pożyteczną instytucją, jeśli tylko potrafi się ją odpowiednio wykorzystać. A teraz, jeśli już skończyłeś, udamy się z powrotem do Kensington i zobaczymy, co ma w tej sprawie do powiedzenia właściciel sklepu Braci Harding.

Założyciel tego wielkiego sklepu okazał się stanowczym energicznym człowiekiem o jasnym umyśle i drobnej budowie, bystrym, elokwentnym i eleganckim.

– Tak, proszę pana, czytałem już relację w wieczornych gazetach. Pan Horace Harker jest naszym klientem. Kupił u nas popiersie kilka miesięcy temu. Zamówiliśmy trzy takie odlewy w firmie Gelder & Co. i wszystkie już sprzedaliśmy. Komu? Zaraz sprawdzę wpisy w księgach, sądzę, że z łatwością zdołam odpowiedzieć na to pytanie. Oto one. Jak pan widzi, jedno popiersie trafiło do pana Harkera, drugie kupił pan Josiah Brown z Laburnum Lodge przy Laburnum Vale w Chiswick, a trzecie pan Sandeford z Lower Grove Road w Reading. Nie, nigdy nie widziałem osoby, która widnieje na tej fotografii. Sam pan przyzna, że nie dałoby się jej łatwo zapomnieć, rzadko widuje się szpetniejsze. Czy pracują u nas jacyś Włosi? Tak, proszę pana, kilku rzemieślników i sprzątaczy tej narodowości. Tak, myślę, że gdyby chcieli, mogliby zajrzeć do książki. Nie widzę powodu, by trzeba było jej pilnować. Cała ta sprawa jest bardzo dziwna. Mam nadzieję, że dadzą mi panowie znać, jeśli wasze dochodzenie przyniesie jakiś efekt.

Holmes zapisał kilka rzeczy podczas rozmowy z panem Hardingiem; zauważyłem, że jest bardzo zadowolony z rozwoju sytuacji. Nie powiedział jednak nic poza tym, że jeśli się nie pośpieszymy, spóźnimy się na spotkanie z Lestradem. Istotnie, kiedy dotarliśmy na Baker Street, detektyw był już na miejscu i przemierzał pokój wzdłuż i wszerz z gorączkową niecierpliwością. Napuszona mina naszego gościa świadczyła o tym, że jego dzisiejsza praca dała wyniki.

– I jak? – spytał. – Poszczęściło się panu, panie Holmes?

– Dzień był pracowity, i nie mogę uznać go za zmarnowany – odpowiedział mój przyjaciel. – Byliśmy u sprzedawców detalicznych i u hurtowników, którzy wytwarzają popiersia. Mogę teraz prześledzić losy każdego z nich od samego źródła.

– Popiersia! – wykrzyknął Lestrade. – Cóż, panie Holmes, ma pan swoje metody, i nie zamierzam ich krytykować, sądzę jednak, że dziś pracowałem skuteczniej niż pan. Zidentyfikowałem ofiarę.

– Coś podobnego!

– I znalazłem motyw zbrodni.

– Znakomicie!

– Pracuje u nas inspektor, który specjalizuje się w Saffron Hill i dzielnicy włoskiej. Zmarły miał na szyi jakiś katolicki symbol. Patrząc na jego śniadą cerę, pomyślałem, że być może pochodzi z południa. Inspektor Hill rozpoznał go od razu. Nazywał się Pietro Venucci, urodził się w Neapolu i był jednym z najgroźniejszych bandytów w Londynie. Miał powiązania z mafią, która, jak pan wie, jest tajnym stowarzyszeniem politycznym, egzekwującym swe postanowienia za pomocą wyroków śmierci. Widzi pan, sprawa zaczyna się wyjaśniać. Ten drugi człowiek to zapewne także Włoch i członek mafii, który złamał jedną z panujących w niej zasad. Pietro ruszył jego śladem. Zdjęcie, które znaleźliśmy w jego kieszeni, przedstawia prawdopodobnie samego poszukiwanego, Venucci nosił je przy sobie, by nie zadźgać niewłaściwej osoby. Wytropił swą niedoszłą ofiarę, zobaczył, jak wchodzi do domu, zaczaił się na nią przed budynkiem, a podczas szamotaniny sam został śmiertelnie ranny. Co pan na to, panie Holmes?

Holmes z uznaniem zaklaskał w dłonie.

– Znakomicie, Lestrade, znakomicie! – wykrzyknął. – Nie rozumiem jednak, jak zamierza pan wyjaśnić zniszczenie popiersi.

– Znowu te popiersia! Widzę, że tylko jedno panu w głowie. A to przecież błahostka, drobna kradzież, za którą sprawca nie dostanie więcej niż pół roku więzienia. Prowadzimy dochodzenie w sprawie morderstwa, i mówię panu, że śledzę wszystkie jej wątki.

– Jaki będzie pana następny krok?

– Bardzo prosty. Pojadę z Hillem do dzielnicy włoskiej, znajdę człowieka, którego zdjęciem dysponujemy, i aresztuję go pod zarzutem morderstwa. Czy pojedzie pan z nami?

– Raczej nie. Uważam, że możemy osiągnąć nasz cel w prostszy sposób. Nie mogę stwierdzić tego z całą pewnością, ponieważ wszystko zależy... cóż, zależy od czynnika pozostającego całkowicie poza naszą kontrolą. Mam jednak wielką nadzieję, konkretnie rzecz biorąc, stawiam dwa przeciwko jednemu, że jeśli pojedzie pan dzisiaj z nami, zdołam pomóc panu go schwytać.

– W dzielnicy włoskiej?

– Nie, sądzę, że mamy większe szanse zastać go w Chiswick. Lestrade, jeśli pojedzie pan ze mną do Chiswick dziś wieczorem, obiecuję, że wybiorę się z panem do dzielnicy włoskiej, a takie drobne opóźnienie w żaden sposób nie zaszkodzi sprawie. A teraz przydałoby się nam wszystkim kilka godzin snu. Zamierzam wyruszyć po jedenastej wieczorem, a jest mało prawdopodobne, byśmy zdołali wrócić przed świtem. Lestrade, proszę zjeść z nami obiad i zdrzemnąć się na kanapie. Watsonie, byłbym wdzięczny, gdybyś wezwał gońca. Muszę wysłać ważny pilny list.

Holmes spędził wieczór, wertując pliki starych gazet, którymi wypełniona była jedna z naszych rupieciarni. Kiedy w końcu zszedł na dół, jego oczy błyszczały triumfalnie, nie powiedział jednak ani słowa o wynikach swych poszukiwań. Ja z kolei usiłowałem krok po kroku prześledzić metody, za pomocą których mój przyjaciel śledził zawiły przebieg tej skomplikowanej sprawy, i choć nie wiedziałem jeszcze, do czego zmierzamy, pojąłem, że Holmes spodziewa się ataków ze strony groteskowego złoczyńcy na dwa pozostałe popiersia, z których jedno, jak pamiętałem, znajdowało się w Chiswick. Nie miałem wątpliwości, że celem naszej wyprawy jest złapanie sprawcy na gorącym uczynku, i mogłem jedynie podziwiać przemyślność, z jaką mój przyjaciel podrzucił do wieczornej gazety fałszywy trop, by przekonać nieznajomego, że może nadal działać bezkarnie. Nie byłem zaskoczony, gdy Holmes poprosił, bym zabrał ze sobą rewolwer. On sam wziął ciężki palcat, swą ulubioną broń.

Dorożka zajechała pod drzwi o jedenastej, i udaliśmy się w miejsce położone po drugiej stronie mostu Hammersmith. Wysiedliśmy z dorożki, a Holmes polecił woźnicy czekać. Po krótkim spacerze dotarliśmy do odludnej drogi, po której obu stronach stały urokliwe domy otoczone ogrodami. W świetle ulicznej latarni odczytaliśmy na słupie bramy jednego z nich napis: „Laburnum Villa”. Domownicy najwyraźniej udali się już na spoczynek, gdyż w całym domu było ciemno. Światło przenikało jedynie przez okienko nad drzwiami wejściowymi, i na ogrodowej ścieżce widać było niewyraźny jasny okrąg. Drewniany płot oddzielający posiadłość od drogi rzucał gęsty czarny cień. Tam właśnie się zaczailiśmy.

– Obawiam się, że będziemy musieli długo czekać – wyszeptał Holmes. – Możemy dziękować naszym szczęśliwym gwiazdom, że nie pada. Nie ryzykowałbym tu nawet palenia dla zabicia czasu. Stawiam jednak dwa przeciwko jednemu, że uda nam się znaleźć tu coś, co wynagrodzi te niedogodności.

Nasze czuwanie okazało się krótsze niż uprzedzał Holmes i zakończyło się w sposób nagły i bardzo osobliwy. W jednej chwili bez najmniejszego dźwięku, który mógłby nas uprzedzić o czyimś nadejściu, otworzyła się furtka do ogrodu, i ścieżką ruszyła gibka ciemna postać, szybka i ruchliwa jak małpa. Zobaczyliśmy, jak prześlizguje się przez światło z okna nad drzwiami i znika w czarnym cieniu domu. Po długiej przerwie, podczas której staraliśmy się wstrzymywać oddech, usłyszeliśmy delikatne skrzypienie. Ktoś otwierał okno. Dźwięk umilkł, i znów zapanowała długa cisza. Przybysz zakradł się do domu. Zobaczyliśmy, jak w jednym z pokoi nagle rozbłysło światło osłoniętej latarni. Intruz najwyraźniej nie znalazł tego, czego szukał, gdyż zobaczyliśmy światło przebłyskujące w innym pokoju, a potem w kolejnym.

– Chodźmy do otwartego okna. Schwytamy go, kiedy będzie wychodził – wyszeptał Lestrade.

Jednak nim zdążyliśmy się ruszyć, mężczyzna znów pojawił się przed domem. Kiedy przechodził przez plamę światła, dostrzegliśmy, że trzyma pod pachą jakiś biały przedmiot. Ukradkiem rozejrzał się dookoła, uspokoiła go jednak panująca wszędzie cisza, więc odwrócił się do nas plecami, położył to, co niósł, na ziemi, i po chwili usłyszeliśmy głośny stuk, a po nim brzęk i grzechotanie. Nieznajomy był tak skupiony na tym, co robił, że nie usłyszał naszych kroków skradających się przez trawnik. Holmes jak tygrys skoczył na niego od tyłu, a po chwili Lestrade i ja chwyciliśmy go za nadgarstki i zakuliśmy w kajdanki. Kiedy odwróciliśmy go na plecy, zobaczyłem wgapioną w nas ohydną ziemistą twarz o poskręcanych z wściekłości rysach. Od razu rozpoznałem mężczyznę z fotografii.

Holmes jednak nie zwracał uwagi na naszego więźnia – przycupnął na progu i zaczął dokonywać uważnych oględzin przedmiotu, który mężczyzna wyniósł z domu. Było to popiersie Napoleona, takie samo, jak to, które widzieliśmy tego ranka, i roztrzaskane w podobny sposób. Holmes po kolei oglądał pod światło wszystkie odłamki, ale żaden z nich niczym nie różnił się od pozostałych. Tuż po tym, jak zakończył oględziny, zapaliły się światła w korytarzu, a z domu wyszedł jego właściciel, jowialny okrąglutki jegomość ubrany w koszulę i spodnie.

– Pan Josiah Brown, jak mniemam? – spytał Holmes.

– Owszem. A pan to niewątpliwie Sherlock Holmes. Otrzymałem liścik, który przesłał mi pan przez gońca, i zrobiłem dokładnie to, co mi pan zalecił. Zamknęliśmy wszystkie drzwi od środka i czekaliśmy na dalszy rozwój wypadków. Z przyjemnością widzę, że dopadł pan tego drania. Mam nadzieję, że wejdziecie panowie do środka, by się czegoś napić.

Lestrade’owi było jednak pilno odwieźć schwytanego w bezpieczne miejsce, więc po kilku minutach zawołaliśmy dorożkę i we czterech ruszyliśmy w drogę powrotną do Londynu. Nasz więzień nie odezwał się ani słowem, ale łypał na nas spod grzywy skołtunionych włosów, a raz, kiedy wydawało mu się, że zdoła sięgnąć do mojej ręki, rzucił się na nią z zębami jak głodny wilk. Spędziliśmy chwilę na komisariacie i zdążyliśmy się dowiedzieć, że podczas przeszukania ubrania więźnia znaleziono jedynie kilka szylingów i długi składany nóż, z rękojeścią obficie poplamioną świeżą krwią.

– Nie szkodzi – stwierdził Lestrade przed naszym odjazdem. – Hill zna wszystkich tych ludzi, będzie więc w stanie go zidentyfikować. Zobaczy pan, że moja teoria dotycząca mafii się potwierdzi. Jestem jednak panu bardzo wdzięczny, panie Holmes, za to, jak sprawnie pan go pojmał, i przyznaję, że nie do końca rozumiem, jak pan to zrobił.

– Obawiam się, że jest nieco zbyt późno na długie wywody – stwierdził Holmes. – Poza tym kilka szczegółów nie zostało jeszcze wyjaśnionych, a zagadka należy do tych, które warto rozwikłać do samego końca. Jeśli zechciałby pan przyjść do mnie jutro o szóstej, będę w stanie wykazać, że nie pojął pan do końca znaczenia tej sprawy, a jej niektóre aspekty są niepowtarzalne w skali całej historii przestępczości. Watsonie, jeśli kiedykolwiek pozwolę ci spisać relacje z moich kolejnych śledztw, podejrzewam, że zechcesz urozmaicić je opowieścią o niezwykłej przygodzie z popiersiami Napoleona.

Kiedy spotkaliśmy się następnego wieczora, Lestrade dysponował wieloma informacjami o naszym więźniu. Miał on na imię Beppo, jego nazwisko pozostało nieznane. Był łajdakiem owianym złą sławą we włoskiej kolonii. Niegdyś zarabiał na życie uczciwie jako utalentowany rzeźbiarz, później jednak zszedł na złą drogę i już dwa razy zdążył trafić do więzienia – najpierw za drobną kradzież, później, o czym już wiedzieliśmy, za pchnięcie nożem swego rodaka. Znakomicie mówił po angielsku. Powody, dla których chciał zniszczyć popiersia, wciąż nie były znane, a więzień odmawiał udzielenia odpowiedzi na jakiekolwiek pytania dotyczące tej sprawy. Policja odkryła jednak, że mógł wykonać odlewy własnoręcznie, gdyż zajmował się takimi pracami, gdy był zatrudniony w firmie Gelder & Co. Holmes wysłuchał tych informacji, z których znaczną część nie była już mu obca, uprzejmie i uważnie, ja jednak znałem go bardzo dobrze i wyraźnie widziałem, że błądzi myślami gdzie indziej. Wyczuwałem mieszankę niepokoju i wyczekiwania pod maską, którą zwykł się osłaniać. Nagle drgnął, a oczy mu rozbłysły, kiedy usłyszał dzwonek do drzwi. Minutę później usłyszeliśmy kroki na schodach, i do pokoju wszedł starszy rumiany mężczyzna o siwiejących bokobrodach. W prawej ręce niósł staromodną płócienną torbę, którą umieścił na stole.

– Czy jest tu pan Sherlock Holmes?

Mój przyjaciel skłonił się z uśmiechem.

– Pan Sandeford z Reading, jak mniemam? – zapytał.

– Owszem. Przepraszam za spóźnienie, ale mój pociąg się spóźnił. Zwrócił się pan do mnie w sprawie popiersia, które znajduje się w moim posiadaniu.

– Zgadza się.

– Mam tu pański list. Napisał pan: „Pragnę nabyć kopię popiersia Napoleona, które wykonał Devine, i jestem gotów zapłacić dziesięć funtów za odlew, który pan posiada”. Zgadza się?

– Jak najbardziej.

– Pański list bardzo mnie zdziwił, nie pojmuję bowiem, skąd pan wiedział, że w ogóle posiadam taki przedmiot.

– Rozumiem pańskie zaskoczenie, wyjaśnienie jest jednak bardzo proste. Pan Harding z firmy Bracia Harding powiedział, że sprzedali panu ostatni egzemplarz, i podał mi pański adres.

– A więc to tak! A czy powiedział panu, ile zapłaciłem za popiersie?

– Nie.

– Cóż, jestem człowiekiem uczciwym, choć niezbyt zamożnym. Dałem za ten odlew jedynie piętnaście szylingów i sądzę, że powinien pan to wiedzieć, nim zażądam od pana dziesięciu funtów.

– Takie skrupuły przynoszą panu zaszczyt, panie Sandeford. Podałem jednak cenę, i zamierzam ją zapłacić.

– To bardzo ładnie z pana strony, panie Holmes. Przywiozłem popiersie ze sobą, tak jak pan prosił. Oto ono! – otworzył torbę i wreszcie zobaczyliśmy na naszym stole nienaruszony odlew, identyczny jak te, które przedtem oglądaliśmy strzaskane.

Holmes wyjął z kieszeni kartkę papieru i położył na stole dziesięciofuntowy banknot.

– Panie Sandeford, proszę podpisać ten dokument w obecności świadków. Stanowi on, że przekazuje mi pan wszelkie prawa do popiersia. Jak pan widzi, jestem człowiekiem metodycznym, a nigdy nie wiadomo, co przyniesie los. Dziękuję, panie Sandeford. Oto pańskie pieniądze. Życzę panu miłego wieczoru.

Po wyjściu naszego gościa Holmes zaczął zachowywać się w sposób, który nie mógł nie przykuć naszej uwagi. Najpierw wyjął z szuflady czysty biały obrus i rozłożył go na stole, potem umieścił zakupione chwilę wcześniej popiersie pośrodku obrusa, a na koniec wziął do rąk swój palcat i mocno uderzył w czubek głowy Napoleona. Odlew rozpadł się na kawałki, a Holmes z uwagą się nad nimi pochylił. Po chwili z głośnym okrzykiem triumfu uniósł do góry jeden z odłamków, w którym, jak śliwka w cieście, tkwił ciemny okrągły przedmiot.

– Panowie! – wykrzyknął. – Oto słynna czarna perła Borgiów!

Lestrade i ja przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, a później obaj zaczęliśmy spontanicznie klaskać, tak, jak po dobrze skonstruowanym zakończeniu sztuki teatralnej. Blade policzki Holmesa lekko się zarumieniły. Ukłonił się nam jak znany dramaturg, któremu widownia złożyła hołd. W takich chwilach przestawał na chwilę być maszyną rozumującą i zdradzał bardzo ludzkie upodobanie do podziwu i poklasku. Ta sama osobliwie dumna i pełna dystansu natura, która ze wzgardą odwracała się od sławy, wzruszała się do głębi spontanicznym zachwytem i pochwałą przyjaciela.

– Tak, panowie – powiedział Holmes. – To obecnie najsłynniejsza perła na świecie, a ja miałem szczęście, dzięki wyciąganiu kolejnych wniosków, prześledzić jej drogę z sypialni księcia Colonny w hotelu Dacre, skąd zaginęła, do wnętrza ostatniego z sześciu popiersi Napoleona wykonanych przez firmę Gelder & Co. ze Stepney. Lestrade, zapewne pamięta pan sensację, jaką wzbudziło zniknięcie tego cennego klejnotu i daremne wysiłki, jakie czyniła londyńska policja, by go odzyskać. Zwrócono się z prośbą o radę w tej sprawie również do mnie, nie byłem jednak w stanie rozwikłać tej zagadki. Podejrzenia padły na pokojówkę księżnej, niejaką Włoszkę, która, jak wykazało śledztwo, ma brata w Londynie. Nie udało się jednak udowodnić, że działali w zmowie. Służąca nazywała się Lucretia Venucci, i nie ulega wątpliwości, że zamordowany dwie noce temu Pietro był jej bratem. Sprawdziłem daty w starych gazetach, i okazało się, że zniknięcie perły miało miejsce na dwa dni przed aresztowaniem Beppa za napaść, dokonanym w pracowni Gelder & Co., dokładnie wtedy, gdy wytwarzano tam popiersia. Teraz zatem widzą panowie cały ciąg wydarzeń, choć oczywiście w odwrotnej kolejności, niż mnie udało się je ustalić. Beppo znajdował się w posiadaniu perły. Może ukradł ją Pietrowi, może był jego wspólnikiem, a może pośredniczył pomiędzy Venuccim a jego siostrą. Nie ma to dla nas znaczenia. Istotny jest fakt, że miał perłę przy sobie, kiedy ścigała go policja. Uciekł do fabryki, w której pracował. Wiedział, że ma tylko kilka minut na ukrycie niezwykle cennego łupu, który zostałby znaleziony podczas przeszukania. W korytarzu schło sześć gipsowych odlewów popiersia Napoleona. Jeden z nich wciąż był miękki. Beppo, który był zdolnym rzemieślnikiem, zrobił małą dziurkę w gipsie, umieścił w niej perłę i kilkoma ruchami zalepił otwór. Była to znakomita skrytka. Nikt nie zdołałby jej odkryć. Beppo został skazany na rok więzienia. W tym czasie sześć popiersi trafiło w różne części Londynu. Włoch nie wiedział, które z nich zawiera jego skarb. Mógł się o tym przekonać, rozbijając jedynie odlewy. Potrząsanie nic by nie dało, gdyż mokry gips mógł przylgnąć do perły, tak zresztą stało się w istocie. Beppo nie poddał się jednak i prowadził poszukiwania z wielką przemyślnością i uporem. Za pośrednictwem kuzyna pracującego w firmie Gelder dowiedział się, do których sklepów trafiły popiersia. Zatrudnił się u Morse’a Hudsona i w ten sposób wytropił trzy z nich. W żadnym nie znalazł perły. Następnie z pomocą kolejnego włoskiego pracownika sprawdził, kto kupił trzy pozostałe. Pierwszym nabywcą był Harker. Przed jego domem zdybał Beppa wspólnik. Obwiniał on go o utratę klejnotu, lecz poniósł śmierć w bójce, która się wywiązała.

– Jeśli Pietro był wspólnikiem, po co nosił przy sobie jego zdjęcie? – spytałem.

– Żeby móc go odszukać, pytając o niego innych. Powód był oczywisty. Po tym, jak doszło do morderstwa, uznałem, że Beppo zapewne będzie się starał działać jak najszybciej. Bał się, że policja odkryje jego sekret, i śpieszył się, by go nie ubiegli. Rzecz jasna, nie wiedziałem, czy nie znalazł perły w popiersiu Harkera. Nie byłem nawet całkowicie pewien, czy chodzi właśnie o ten klejnot, ale było dla mnie oczywiste, że czegoś szukał, skoro przeszedł z popiersiem obok innych pustych domów i roztrzaskał je w ogrodzie oświetlonym przez latarnię. Skoro popiersie Harkera było jednym z trzech, szanse, że perła w nim będzie, wynosiły jeden do dwóch. Pozostały dwa inne odlewy, ale było jasne, że Włoch najpierw będzie próbował dostać się do tego znajdującego się w Londynie. Ostrzegłem mieszkańców domu, by zapobiec kolejnej tragedii, i pojechaliśmy na miejsce, jak już wiadomo, ze znakomitym skutkiem. Byłem już wtedy pewny, że szukamy perły Borgiów. Nazwisko zamordowanego połączyło obie te sprawy. Pozostało ostatnie popiersie, to z Reading; perła musiała znajdować się wewnątrz niego. W waszej obecności odkupiłem je od właściciela, i oto jest.

Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu.

– Cóż – stwierdził w końcu Lestrade. – Widziałem, jak pracuje pan nad wieloma sprawami, panie Holmes, jednak nie rozwiązał pan żadnej z nich bardziej fachowo niż tej. My ze Scotland Yardu nie jesteśmy zawistni. Wręcz przeciwnie, rozpiera nas duma, że możemy z panem współpracować, i jeśli jutro pan do nas wpadnie, każdy, od najstarszego inspektora po najmłodszego posterunkowego, z przyjemnością uściśnie pańską rękę.

– Dziękuję! – powiedział Holmes. – Dziękuję! – powtórzył, a kiedy odwracał się od nas, zdawało mi się, że był przepełniony ludzkimi emocjami bardziej, niż kiedykolwiek miałem okazję widzieć. Chwilę później stał się jednak na powrót zimnym praktycznym myślicielem.

– Włóż perłę do sejfu, Watsonie – stwierdził – i wyjmij z niego papiery dotyczące sprawy fałszerstwa Conka-Singletona. Do widzenia, Lestrade. Jeśli napotka pan kiedyś kolejną drobną zagadkę, z przyjemnością podsunę panu wskazówki co do jej rozwiązania.

Rozdział dziewiąty

 

Trzej studenci

 
 

W 1895 roku w wyniku splotu okoliczności, którego nie zamierzam tu opisywać, spędziliśmy z Sherlockiem Holmesem kilka tygodni w jednym z pięknych brytyjskich miast uniwersyteckich. Przydarzyła nam się wówczas drobna, lecz pouczająca przygoda, którą zamierzam tu opisać. Rzecz jasna, nie podam szczegółów, które mogłyby pomóc czytelnikowi zidentyfikować uczelnię lub winowajcę, byłoby to bowiem nieroztropne, a nawet obraźliwe. Nie godzi się rozdmuchiwać tak bolesnego skandalu, jednak przy zachowaniu odpowiedniej dyskrecji warto opisać samo wydarzenie, gdyż pozwoli to przedstawić pewne cechy, z których słynął mój przyjaciel. W swej opowieści będę się starał unikać stwierdzeń, które mogłyby powiązać ją z określonym miejscem lub wskazać tożsamość występujących w niej osób.

Mieszkaliśmy wówczas w umeblowanych pokojach nieopodal biblioteki, w której Sherlock Holmes prowadził żmudne badania nad staroangielskimi dokumentami, swoją drogą, jego praca przyniosła tak niezwykłe owoce, że same w sobie mogą stać się one przedmiotem jednego z mych kolejnych opowiadań. Pewnego wieczora w tym właśnie mieszkaniu złożył nam wizytę znajomy, pan Hilton Soames, wykładowca w Kolegium Św. Łukasza. Był to wysoki szczupły mężczyzna o nerwowym i pobudliwym usposobieniu. Odkąd go znałem, zawsze zachowywał się niespokojnie, tym razem jednak był tak niepohamowanie wzburzony, że nie miałem wątpliwości, że stało się coś niezwykłego.

– Panie Holmes, mam nadzieję, że zechce pan poświęcić mi kilka godzin swego cennego czasu. U Świętego Łukasza doszło do nader bolesnego incydentu, i gdyby szczęśliwym trafem nie przebywał pan w mieście, nie wiedziałbym, co robić.

– Jestem obecnie bardzo zajęty i nie życzę sobie, by mi przeszkadzano – odpowiedział mój przyjaciel. – Stanowczo wolałbym, aby skorzystał pan z pomocy policji.

– Drogi panie, to absolutnie niemożliwe. Kiedy raz puści się w ruch machinę prawa, nie sposób jej zatrzymać, a mamy do czynienia ze sprawą, w której, ze względu na dobre imię kolegium, należy za wszelką cenę uniknąć skandalu. Pańska dyskrecja jest nie mniej słynna niż pańskie zdolności, i jest pan jedynym człowiekiem na świecie, który może mi pomóc. Błagam pana, panie Holmes, niech pan zrobi, co w jego mocy.

Mój przyjaciel był nie w humorze, odkąd opuściliśmy nasze sympatyczne mieszkanie przy Baker Street. Bez swych albumów z wycinkami, chemikaliów i swojskiego bałaganu czuł się nieswojo. Wzruszył więc ramionami w nieuprzejmym geście przyzwolenia, a nasz gość kontynuował swą opowieść, mówiąc szybko i gestykulując z ożywieniem.

– Panie Holmes, musi pan wiedzieć, że jutro zaczynają się egzaminy na Stypendium Fortescue. Należę do grona egzaminatorów, sprawdzam znajomość greki, a pierwsza część egzaminu obejmuje tłumaczenie dużego ustępu z tego języka, nie znanego wcześniej studentom. Tekst jest drukowany na kartach egzaminacyjnych, i nie ulega wątpliwości, że gdyby kandydaci mogli przygotować go z wyprzedzeniem, zapewniliby sobie olbrzymią przewagę. Z tego względu bardzo dbamy o to, by jego treść pozostała tajemnicą. Dziś około trzeciej nadeszły z drukarni próbne odbitki kart. Do przetłumaczenia jest pół rozdziału z Tucydydesa. Musiałem uważnie przeczytać tekst, gdyż niezbędna jest jego bezwzględna poprawność. Nie udało mi się skończyć lektury przed wpół do piątej, ale ponieważ obiecałem koledze, że przyjdę do niego na herbatę, wyszedłem, zostawiając odbitkę na swoim biurku. Nie było mnie przez nieco ponad godzinę. Panie Holmes, jak pan wie, pokoje w naszym kolegium mają podwójne drzwi; wewnątrz obite są zielonym suknem, na zewnątrz wykonane z masywnego dębu. Kiedy, wracając, zbliżyłem się do nich, zauważyłem ze zdumieniem, że w zamku tkwi klucz. Przez chwilę sądziłem, że to mój własny, ale pomacałem kieszeń i stwierdziłem, że mam go wciąż przy sobie. Jedyny istniejący duplikat, o jakim wiedziałem, należał do mego sługi, Bannistera, człowieka, który dba o moje mieszkanie od dziesięciu lat i w którego uczciwość nie mam podstaw wątpić. Okazało się, że to istotnie jego klucz, wszedł bowiem do mojego pokoju, by zaproponować mi herbatę, a wychodząc, zostawił przez nieuwagę klucz w zamku. Jego wizyta w moim pokoju musiała mieć miejsce tuż po moim wyjściu. Roztargnienie służącego nie miałoby większego znaczenia w innych okolicznościach, jednak tego dnia przyniosło opłakane skutki. Kiedy tylko spojrzałem na biurko, zdałem sobie sprawę, że ktoś przeglądał moje papiery. Odbitka korektorska składała się z trzech dużych arkuszy. Zostawiłem je wszystkie w jednym miejscu, a po moim powrocie jeden z nich leżał na podłodze, drugi na stoliku pod oknem, a trzeci tam, gdzie go położyłem.

Holmes po raz pierwszy się poruszył.

– Pierwsza strona znajdowała się na podłodze, druga na oknie, a trzecia na swoim miejscu – stwierdził.

– Otóż to, panie Holmes. Zadziwia mnie pan. Skąd może pan o tym wiedzieć?

– Proszę kontynuować; pańska opowieść jest niezwykle zajmująca.

– Przez chwilę sądziłem, że to Bannister dopuścił się niewybaczalnego przewinienia i grzebał w moich dokumentach. Zaprzeczył jednak temu z największą gorliwością, i jestem pewien, że mówił prawdę. Można założyć, że ktoś, przechodząc obok drzwi, zauważył tkwiący w zamku klucz, wiedział, że nie ma mnie w środku i wszedł, by się przyjrzeć papierom. W grę wchodzi znacząca suma, stypendium jest bowiem bardzo wysokie, i osoba pozbawiona skrupułów mogła skwapliwie podjąć ryzyko, by zyskać przewagę nad innymi. Bannister był bardzo wzburzony całym incydentem. Omal nie zemdlał, kiedy okazało się, że ktoś mógł przeglądać papiery. Dałem mu brandy i zostawiłem go leżącego w fotelu, a sam uważnie obejrzałem pokój. Szybko okazało się, że intruz, poza nieporządkiem w papierach, pozostawił również inne ślady swej obecności. Na stoliku pod oknem leżało kilka strużyn z temperowanego ołówka i ułamany kawałek rysika. Najwyraźniej ten drań przepisywał tekst w wielkim pośpiechu, złamał ołówek i musiał ponownie go naostrzyć.

– Znakomicie! – stwierdził Holmes, który zaczął odzyskiwać dobry nastrój, w miarę jak coraz bardziej interesował się sprawą. – Szczęście panu sprzyja.

– To nie wszystko. Mam nowy stolik do pisania z blatem obitym czerwoną skórą. Jestem gotów przysiąc, a Bannister wraz ze mną, że mebel był czysty i gładki. Teraz znalazłem na nim nacięcie o długości około trzech cali – nie zadrapanie, ale wyraźne nacięcie. Ponadto na stole leżała mała grudka czarnej plasteliny lub gliny, w której tkwiły drobinki czegoś, co wyglądało na trociny. Jestem przekonany, że te ślady zostawił ten sam człowiek, który przeglądał papiery. Nie znalazłem odcisków stóp ani innych dowodów mogących wskazywać na jego tożsamość. Nie wiedziałem już, co począć, gdy nagle przypomniałem sobie na szczęście, że jest pan w mieście, i przyszedłem prosto do pana, by powierzyć mu tę sprawę. Proszę mi pomóc, panie Holmes. Widzi pan, przed jak wielkim dylematem stoję. Muszę odszukać winnego albo przełożyć egzamin do chwili przygotowania kolejnych arkuszy, a że nie da się tego zrobić bez udzielenia wyjaśnień, wybuchnie potworny skandal, który okryje hańbą nie tylko moje kolegium, ale cały uniwersytet. Nade wszystko pragnę załatwić tę sprawę cicho i dyskretnie.

– Z przyjemnością się nią zajmę i doradzę panu, jak tylko będę mógł – obiecał Holmes, wstając i zakładając płaszcz. – Sprawa zapowiada się poniekąd interesująco. Czy ktoś wchodził do pańskiego pokoju po przywiezieniu odbitek?

– Tak, młody Daulat Ras, student z Indii, który mieszka na tym samym piętrze, przyszedł, by spytać mnie o pewne kwestie dotyczące egzaminu.

– Zamierza do niego przystąpić?

– Tak.

– Czy papiery leżały na pańskim biurku?

– O ile dobrze pamiętam, były wtedy zwinięte w rulon.

– Czy można było rozpoznać w nich arkusze egzaminacyjne?

– To niewykluczone.

– Czy nikt inny do pana nie wchodził?

– Nie.

– Czy ktoś jeszcze wiedział o dostarczeniu arkuszy?

– Tylko drukarz.

– A Bannister?

– Nie, na pewno nie. Nikt o tym nie wiedział.

– Gdzie jest teraz pański służący?

– Biedak bardzo źle się poczuł. Zostawiłem go nieprzytomnego w fotelu, gdyż bardzo się do pana śpieszyłem.

– Zostawił pan otwarte drzwi?

– Ale najpierw zamknąłem papiery.

– Panie Soames, oznacza to, że albo hinduski student zorientował się, że w rulonie są odbitki arkuszy, albo człowiek, który je rozrzucił, natrafił na nie przypadkiem, nie wiedząc, że je u pana znajdzie.

– Tak mi się wydaje.

Holmes uśmiechnął się tajemniczo.

– Cóż – powiedział – chodźmy zatem. Watsonie, to nie jest sprawa dla ciebie, ma charakter umysłowy, nie fizyczny. No dobrze, możesz pójść, jeśli chcesz. A teraz, panie Soames, jestem do pańskiej dyspozycji.

Okratowane okno salonu naszego klienta wychodziło na antyczny, porośnięty mchem dziedziniec starego kolegium. Gotyckie drzwi o ostrych łukach prowadziły na wydeptane kamienne schody. Na parterze znajdował się pokój wykładowcy, powyżej mieszkało trzech studentów, po jednym na każdym piętrze. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zaczynało się już ściemniać. Holmes najpierw zatrzymał się przy oknie i uważnie mu się przyjrzał, a potem podszedł do niego i, stając na palcach i wyciągając szyję, zajrzał do pokoju.

– Musiał wejść drzwiami. W oknie otwiera się tylko jedna szyba – powiedział nasz uczony przewodnik.

– Ach tak! – Holmes z osobliwym uśmiechem spojrzał na naszego towarzysza. – Skoro tu się niczego nie dowiemy, wejdźmy do środka.

Wykładowca otworzył zewnętrzne drzwi i zaprosił nas do pokoju. Stanęliśmy w drzwiach, a Holmes obejrzał dywan.

– Brak tu jakichkolwiek śladów – stwierdził. – Nie można mieć na nie wielkiej nadziei w tak suchy dzień. Zdaje się, że pański służący poczuł się już lepiej. Powiedział pan, że zostawił go w fotelu. W którym?

– W tym przy oknie.

– Aha, niedaleko stolika. Możecie już wejść. Dywan już obejrzałem. Teraz chciałbym przyjrzeć się stoliczkowi. Wiem, jak to się stało. Intruz wszedł do pokoju. Brał z biurka po jednym arkuszu, przenosił je na stolik przy oknie, gdyż stąd mógł widzieć, czy nie idzie pan przez dziedziniec, co dawało mu możliwość ucieczki w odpowiednim momencie.

– Gwoli ścisłości, nie dawało – odrzekł Soames – wszedłem bowiem bocznymi drzwiami.

– Ach, znakomicie. Przynajmniej taki był jego zamiar. Proszę pokazać mi arkusze. Nie ma na nich odcisków palców. Wziął najpierw ten i skopiował go. Ile czasu mogłoby mu to zająć, gdyby stosował wszystkie możliwe skróty? Nie mniej niż kwadrans. Później rzucił kartkę na ziemię i chwycił kolejną. Kiedy ją przepisywał, pan zmusił go do szybkiej ucieczki, bardzo się śpieszył, skoro nie odłożył na miejsce papierów, które świadczyły o jego wizycie. Nie słyszał pan tupotu stóp na schodach, kiedy podchodził pan do zewnętrznych drzwi?

– Nie.

– Pisał tak prędko, że złamał ołówek i, jak pan zauważył, musiał go zatemperować. To jest niezwykle interesujące, Watsonie, bowiem nie był to zwykły ołówek. Nadzwyczaj duży, był polakierowany na granatowo i miał miękki rysik, a nazwa wytwórcy została wytłoczona na nim srebrnymi literami. Pozostała po naostrzeniu część ma zaledwie około półtora cala długości. Panie Soames, proszę znaleźć taki ołówek, a schwyta pan poszukiwanego. Dla ułatwienia mogę jeszcze dodać, że człowiek ten posiada długi i bardzo tępy nóż.

Soames był nieco przytłoczony takim nawałem informacji:

– Jestem w stanie zrozumieć resztę. Ale jeśli chodzi o długość...

Holmes podniósł małą strużynę, na której widniały litery NN, a za nimi kawałek pustego miejsca.

– Czy teraz pan rozumie?

– Obawiam się, że nie.

– Watsonie, byłem dla ciebie niesprawiedliwy. Inni wcale nie są bystrzejsi. Skąd wzięły się litery NN? Znajdowały się na końcu słowa. Wie pan zapewne, że najbardziej znany wytwórca ołówków nazywa się Johann Faber. Czyż nie jest oczywiste, że zestrugano już tę część ołówka, na której mieściło się słowo Johann? – Odwrócił stolik na bok, by obejrzeć go przy świetle lampy elektrycznej. – Miałem nadzieję, że jeśli włamywacz pisał na cienkim papierze, na wypolerowanej powierzchni mógł zostać ślad jego pisma. Niczego tu jednak nie widzę i sądzę, że niczego się więcej nie dowiemy. Obejrzyjmy biurko. Ta grudka to czarna ciastowata masa, o której pan wspominał? Ma kształt zbliżony do piramidy i jest wydrążona w środku. Tak jak pan mówił, są w niej kawałki trocin. A niech mnie, to bardzo interesujące. I nacięcie, a z tego, co widzę, to właściwie rozdarcie. Zaczęło się od wąskiego zadrapania, a skończyło na postrzępionej dziurze. Panie Soames, jestem panu niezwykle wdzięczny, że przyszedł pan z tą sprawą do mnie. Dokąd prowadzą te drzwi?

– Do mojej sypialni.

– Czy był pan tam, zanim poszedł do mnie?

– Nie, nie byłem.

– Chciałbym się tu rozejrzeć. Co za uroczy staroświecki pokój! Proszę chwilę poczekać minutę, aż obejrzę podłogę. Nie, nic tu nie widzę. A co jest za tą zasłoną? Wiesza pan za nią ubrania? Gdyby ktoś chciał się ukryć w tym pokoju, musiałby się schować właśnie tutaj, gdyż łóżko jest za niskie, a szafa zbyt płytka. Chyba nikogo tam nie ma...

Kiedy Holmes odsuwał zasłonę, wyczytałem z jego nieco sztywnej i czujnej postawy, że jest przygotowany na nieprzewidziane wypadki. Po odsłonięciu naszym oczom ukazały się jednak tylko trzy czy cztery garnitury umieszczone na wieszakach zawieszonych na sznurku. Holmes odwrócił się i nagle pochylił ku podłodze.

– Hola, hola! A cóż to? – spytał.

Była to mała piramida wykonana z czarnej substancji przypominającej kit, dokładnie taka sama, jak ta, którą znaleźliśmy na stoliku w gabinecie. Holmes położył ją na otwartej dłoni i przyjrzał się jej przy świetle lampy elektrycznej.

– Wygląda na to, panie Soames, że pański gość pozostawił ślady nie tylko w pańskim salonie, ale i w sypialni.

– Czego tu szukał?

– Myślę, że to oczywiste. Wrócił pan z innej strony, nie wiedział więc, że się pan pojawi, aż do chwili, kiedy znalazł się pan tuż przed drzwiami. Co mógł zrobić? Chwycił wszystko, co mogło go zdradzić, i pobiegł do pańskiej sypialni, gdzie miał nadzieję się ukryć.

– Dobry Boże, panie Holmes, czy to znaczy, że przez cały czas, kiedy rozmawiałem tu z Bannisterem, winowajca był uwięziony w sypialni, i niczego o tym nie wiedzieliśmy?

– Tak sądzę.

– Panie Holmes, musi istnieć jakieś inne wytłumaczenie. Czy przyjrzał się pan oknu w sypialni?

– Zakratowane, ramy z ołowiu, trzy oddzielne szyby, jedna na zawiasach, wystarczająco duża, by mógł przejść przez nią człowiek.

– Otóż to. A ponadto okno wychodzi na dziedziniec pod takim kątem, że jest częściowo ukryte. Ten człowiek mógł wejść tędy, zostawić ślady, kiedy przechodził przez sypialnię, a później odkryć, że drzwi są otwarte, i uciec przez nie.

Holmes niecierpliwie potrząsnął głową.

– Pomyślmy praktycznie – powiedział. – Ze schodów korzysta trzech studentów, którzy często przechodzą obok pańskich drzwi.

– Zgadza się.

– Czy wszyscy trzej mają pisać ten egzamin?

– Tak.

– Czy ma pan jakiekolwiek powody, by podejrzewać jednego z nich bardziej niż innych?

Soames się zawahał.

– To bardzo delikatna sprawa. Trudno rzucać oskarżenia, kiedy nie ma dowodów.

– Pomówmy o podejrzeniach. Dowodami ja się zajmę.

– Skoro tak, w kilku słowach opowiem panu o trzech mieszkańcach tych pokojów. Najniżej z nich mieszka Gilchrist, dobry uczeń i sportowiec, który gra w drużynie kolegium w rugby i krykieta i zwyciężył w zawodach w biegu przez płotki i skoku w dal. To szlachetny dzielny młodzieniec. Jest synem niesławnego sir Jabeza Gilchrista, który zrujnował się na wyścigach konnych. Mój student bardzo przez to zubożał, ale jest pilny i pracowity. Poradzi sobie w życiu. Drugie piętro zajmuje Hindus Daulat Ras. Jak większość swych rodaków jest cichy i tajemniczy. Ma dobre wyniki w nauce, ale greka to jego pięta achillesowa. Jest opanowany i metodyczny. Najwyższe piętro należy do Milesa McLarena. Osiąga znakomite wyniki, jeśli tylko łaskawie zabierze się do pracy, posiada jeden z najbystrzejszych umysłów na tym uniwersytecie, ale to samowolny rozpustny, pozbawiony skrupułów młodzieniec. Kiedy był na pierwszym roku, niewiele brakowało, by usunięto go za skandal karciany. Przez cały ten semestr zbijał bąki i z pewnością drży na myśl o egzaminie.

– Zatem to jego pan podejrzewa?

– Nie posunąłbym się do takiego stwierdzenia, ale ze wszystkich trzech w jego przypadku włamanie wydaje mi się najbardziej prawdopodobne.

– Rozumiem. A teraz, panie Soames, porozmawiajmy z pańskim sługą.

Bannister był drobnym bladym pięćdziesięcioletnim mężczyzną o siwych włosach i gładko wygolonej twarzy. Był wciąż bardzo zdenerwowany z powodu nagłego zakłócenia spokojnego trybu życia. Jego krągła twarz drgała z emocji, a ręce trzęsły się.

– Prowadzimy dochodzenie w tej niefortunnej sprawie, Bannister – wyjaśnił jego pan.

– Tak, proszę pana.

– Zostawiłeś klucz w drzwiach? – spytał Holmes.

– Tak, proszę pana.

– Czyż to nie nadzwyczajny zbieg okoliczności, że zrobiłeś to akurat tego dnia, kiedy w pokoju znajdowały się tak ważne papiery?

– To bardzo niefortunne, proszę pana, ale zdarzało mi się to już wcześniej.

– O której wszedłeś do pokoju?

– Było mniej więcej wpół do piątej. Pan Soames pija o tej godzinie herbatę.

– Jak długo byłeś w środku?

– Kiedy zobaczyłem, że pana nie ma, od razu wyszedłem.

– Czy spojrzałeś na papiery leżące na stole?

– Nie, proszę pana. Absolutnie nie.

– Jak to się stało, że zostawiłeś klucz w drzwiach?

– Trzymałem w ręku tacę z herbatą. Zamierzałem wrócić po klucz, ale o tym zapomniałem.

– Czy zewnętrzne drzwi mają zamek zatrzaskowy?

– Nie, proszę pana.

– Czyli były otwarte przez cały czas?

– Tak, proszę pana.

– I jeśli ktoś znajdował się w pokoju, mógł z niego wyjść?

– Tak, proszę pana.

– Kiedy pan Soames wrócił i cię zawołał, byłeś bardzo wzburzony?

– Tak, proszę pana. Pracuję tu od wielu lat, i nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się nic podobnego. Mało nie zemdlałem, proszę pana.

– Słyszałem o tym. Gdzie stałeś, kiedy źle się poczułeś?

– Gdzie stałem, proszę pana? A tutaj, koło drzwi.

– Ciekawe, usiadłeś bowiem w fotelu stojącym w rogu. Dlaczego akurat na nim?

– Nie wiem, proszę pana, nie wybierałem miejsca, gdzie zamierzałem usiąść.

– Naprawdę nie wydaje mi się, by wiedział wtedy, co robi, panie Holmes. Wyglądał bardzo źle, wręcz upiornie.

– Zostałeś w pokoju po wyjściu pana?

– Tylko na jakąś minutę. Później zamknąłem drzwi i poszedłem do siebie.

– Kogo podejrzewasz?

– Nie śmiałbym o tym mówić, proszę pana. Nie wierzę, by jakikolwiek dżentelmen na tym uniwersytecie mógł dla własnej korzyści posunąć się do czegoś takiego. Nie, proszę pana, nie wierzę w to.

– Dziękuję, wystarczy – powiedział Holmes. – Aha, jeszcze jedno. Nie wspominałeś żadnemu z trzech młodych ludzi, u których również pełnisz służbę, że coś się stało?

– Nie, proszę pana, ani słowem.

– Czy widziałeś się z którymkolwiek z nich?

– Nie, proszę pana.

– Znakomicie. A teraz, panie Soames, za pańskim pozwoleniem, chciałbym przejść się z panem po dziedzińcu.

W zapadającym mroku nad naszymi głowami jarzyły się trzy rozświetlone kwadraty.

– Wszystkie ptaszki są w gniazdach – stwierdził Holmes, spoglądając do góry. – Ale cóż to? Jeden z nich wydaje się niespokojny.

Był to Hindus, którego ciemna sylwetka nagle pojawiła się za zasłoną. Szybko chodził tam i z powrotem po pokoju.

– Chciałbym zajrzeć do każdego z nich – poprosił Holmes. – Czy to możliwe?

– Jak najbardziej – odparł Soames. – Te pokoje są najstarsze w całym kolegium, i udostępnia się je zwiedzającym. Proszę za mną, osobiście panów oprowadzę.

– Proszę bez nazwisk! – zastrzegł Holmes, kiedy zapukaliśmy do drzwi Gilchrista.

Otworzył nam wysoki szczupły młodzieniec o płowych włosach, i kiedy się dowiedział, po co przyszliśmy, przyjaźnie nas powitał. W pokoju znajdowały się bardzo interesujące średniowieczne detale architektoniczne. Holmes tak zachwycił się jednym z nich, że koniecznie chciał naszkicować go w notatniku. Złamał przy tym ołówek, pożyczył więc inny od naszego gospodarza, a później poprosił go także o nóż, żeby zatemperować własny. To samo osobliwe wydarzenie powtórzyło się w pokoju Hindusa, drobnego cichego człowieczka o haczykowatym nosie, który spoglądał na nas z ukosa i wyraźnie się ucieszył, kiedy studia architektoniczne Holmesa dobiegły kresu. Ani w jednym, ani w drugim pokoju nie zauważyłem, by mój przyjaciel natrafił na ślad, którego szukał, a wizyta na najwyższym piętrze okazała się bezowocna. Zewnętrzne drzwi pozostały zamknięte w odpowiedzi na nasze stukanie, a zza nich wydobył się jedynie stek przekleństw.

– Nie obchodzi mnie, coście za jedni. Możecie iść do diabła! – ryknął rozgniewany głos. – Jutro piszę egzamin, i nikt nie będzie mi teraz przeszkadzał.

– Co za nieuprzejmy młodzieniec! – stwierdził nasz przewodnik, czerwieniejąc z gniewu, kiedy schodziliśmy z powrotem po schodach. – Rzecz jasna, nie wiedział, że to ja pukam, ale mimo to jego zachowanie było bardzo niegrzeczne, a w zaistniałych okolicznościach – dość podejrzane.

Holmes odpowiedział mu w osobliwy sposób.

– Czy może pan powiedzieć mi, ile on ma wzrostu?

– Doprawdy, panie Holmes, nie podejmuję się tego. Jest wyższy niż Hindus, a niższy niż Gilchrist. Może mieć mniej więcej pięć stóp i sześć cali.

– To bardzo istotne – stwierdził Holmes. – A teraz, panie Soames, życzę panu dobrej nocy.

Uczony krzyknął ze zdumienia i rozczarowania.

– Wielkie nieba, panie Holmes, chyba nie chce mnie pan tak po prostu zostawić! Nie zdaje pan sobie sprawy z mojego położenia! Jutro egzamin. Dziś muszę podjąć ostateczne kroki. Nie mogę dopuścić, by egzamin się odbył, jeśli ktoś poznał treść jednego z arkuszy. Muszę stawić czoła tej sytuacji.

– Proszę pozostawić ją własnemu biegowi. Przyjdę jutro wczesnym rankiem, i wszystko omówimy. Możliwe, że będę mógł już coś panu doradzić. Tymczasem proszę nie podejmować żadnych, absolutnie żadnych działań.

– Dobrze, panie Holmes.

– Może pan być całkowicie spokojny. Z pewnością znajdziemy jakiś sposób, by wybawić pana z kłopotu. Wezmę ze sobą tę czarną glinę i strużyny z ołówka. Do widzenia.

Kiedy wyszliśmy na pogrążony w ciemności dziedziniec, znów spojrzeliśmy w okna. Hindus wciąż chodził po swoim pokoju, pozostałych studentów nie było widać.

– I jak, Watsonie, co o tym myślisz? – spytał Holmes, kiedy byliśmy na ulicy. – To jak gra salonowa, rodzaj sztuczki z trzema kartami, prawda? Są trzej mężczyźni. Jeden z nich musi być winny. Wybieraj, na którego stawiasz?

– Na ordynarnego chłopaka z najwyższego piętra. To on ma najgorszą opinię. Co prawda, Hindus też wyglądał mi na chytrą sztukę. Czemu bez przerwy chodził po pokoju?

– Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Wiele osób robi to, kiedy próbują nauczyć się czegoś na pamięć.

– Dziwnie na nas patrzył.

– Też byś się tak zachowywał, gdyby zgraja obcych wtargnęła do twego mieszkania podczas przygotowania do egzaminu, który miałbyś pisać następnego dnia. Nie, nie widzę w tym nic istotnego. Ani ołówki, ani noże nie dały zadowalającej odpowiedzi. Ale tamten człowiek bardzo mnie zaintrygował.

– Kto?

– Bannister, rzecz jasna, ten służący. Jaka jest jego rola w całej sprawie?

– Wywarł na mnie wrażenie człowieka na wskroś uczciwego.

– Na mnie również. To właśnie mnie zastanawia. Dlaczego człowiek na wskroś uczciwy... Patrz, duży sklep papierniczy. Tu rozpoczniemy nasze śledztwo.

W miasteczku były tylko cztery sklepy papiernicze. W każdym z nich Holmes pokazywał strużyny z ołówka i oferował dużą sumę za drugi taki egzemplarz. Wszędzie mu odpowiadano, że ołówek ma nietypowy rozmiar, rzadko o taki pytają, ale można go zamówić. Mój przyjaciel nie wydawał się przygnębiony tą porażką, wzruszał ramionami z rezygnacją.

– Niedobrze, drogi Watsonie. Ta wskazówka, najlepsza i jedyna, która dawała szansę na rozstrzygnięcie sprawy, doprowadziła nas donikąd. Nie wątpię jednak, że uda nam się rozwikłać tę zagadkę i bez niej. Na Jowisza! Mój drogi, dochodzi dziewiąta. Gospodyni paplała coś, że o wpół do ósmej chce podać groszek. Biorąc pod uwagę to, ile palisz i jak nieregularnie jadasz, spodziewam się, że wymówi ci pokój, a mnie wraz z tobą, wcześniej jednak rozwiążemy problem nerwowego wykładowcy, roztargnionego sługi i trzech przedsiębiorczych studentów.

Tego dnia Holmes nie mówił już więcej o naszej sprawie, ale po spóźnionej kolacji długo siedział pogrążony w myślach. O ósmej następnego ranka, tuż po tym, jak zakończyłem toaletę, przyszedł do mego pokoju.

– Watsonie – powiedział – czas najwyższy, byśmy się wybrali do Świętego Łukasza. Wytrzymasz bez śniadania?

– Oczywiście.

– Soames nie usiedzi w miejscu, póki nie powiemy mu czegoś pewnego.

– Czy masz dla niego jakieś informacje?

– Tak sądzę.

– Doszedłeś do jakichś wniosków?

– Tak, drogi Watsonie, rozwiązałem tę zagadkę.

– Ale jak ci się udało zdobyć nowe dowody?

– Ha! Nie na darmo wstałem dziś o tak barbarzyńskiej godzinie! Szósta rano! Przez dwie godziny ciężko pracowałem, przeszedłem co najmniej sześć mil i teraz mam się czym pochwalić. Popatrz na to!

Wyciągnął rękę. Na jego dłoni spoczywały trzy małe piramidy z czarnej ciastowatej gliny.

– Ależ, Holmesie, wczoraj znalazłeś tylko dwie.

– A dziś rano kolejną. Zakładam z dużą dozą prawdopodobieństwa, że źródło, z którego pochodzi trzecia, dostarczyło także pierwszej i drugiej, Watsonie? Chodźmy, zakończmy męki naszego przyjaciela Soamesa.

Zastaliśmy nieszczęsnego wykładowcę w jego pokoju w stanie pożałowania godnego wzburzenia. Za kilka godzin miał rozpocząć się egzamin, a on wciąż nie zdecydował, czy podać fakty do publicznej wiadomości, czy też pozwolić winowajcy stanąć do walki o cenne stypendium. Był tak poruszony, że ledwie mógł ustać w miejscu, i podbiegł do Holmesa, żarliwie wyciągając ku niemu ręce.

– Bogu niech będą dzięki, że pan przyszedł. Obawiałem się, że się pan zniechęcił i poddał. Co mam zrobić? Czy przeprowadzić egzamin?

– Jak najbardziej.

– A ten łotr?

– Nie przystąpi do niego.

– Wie pan, kto to?

– Tak sądzę. Jeśli sprawa ma uniknąć upublicznienia, musimy przyznać sobie pewne prawa i przedzierzgnąć się w mały prywatny sąd polowy. Panie Soames, proszę usiąść tutaj! Watsonie, ty siadaj tutaj! Ja zajmę fotel pośrodku. Uważam, że wyglądamy dość imponująco, by napełnić grozą serce winowajcy. Proszę zadzwonić.

Pojawił się Bannister, który aż się skulił ze strachu, widząc naszą sędziowską postawę.

– Proszę być tak uprzejmym i zamknąć za sobą drzwi – nakazał Holmes. – A teraz, Bannister, czy możesz powiedzieć nam prawdę o wczorajszym incydencie?

Mężczyzna zbladł aż po korzonki włosów.

– Powiedziałem panu wszystko, proszę pana.

– Nie masz nic do dodania?

– Nic a nic, proszę pana.

– Cóż, w takim razie muszę sam co nieco zasugerować. Czy usiadłeś wczoraj na tym krześle, by ukryć przedmiot, który zdradziłby, kto wchodził do pokoju?

Twarz Bannistera przybrała upiorny wygląd.

– Nie, proszę pana. Absolutnie nie.

– To tylko sugestia – stwierdził Holmes uprzejmie. – Szczerze przyznaję, że nie jestem w stanie tego dowieść. Wydaje się jednak całkiem prawdopodobne, że kiedy tylko pan Soames wyszedł, wypuściłeś człowieka, który ukrywał się w sypialni.

Bannister oblizał zaschnięte wargi.

– Nikogo tam nie było, proszę pana.

– Wielka szkoda, Bannister. Być może do tej chwili mówiłeś prawdę, teraz jednak jestem pewien, że skłamałeś.

Twarz mężczyzny zastygła w ponurym buntowniczym wyrazie.

– Nikogo tam nie było, proszę pana.

– Daj spokój, Bannister.

– Nie, proszę pana, nikogo tam nie było.

– Skoro tak twierdzisz, nic więcej się od ciebie nie dowiemy. Proszę, byś nie opuszczał pokoju. Stań tam, obok drzwi do sypialni. A teraz, panie Soames, będzie pan tak dobry, proszę pójść na górę do młodego Gilchrista i poprosić, by zszedł do pańskiego pokoju.

Po chwili wykładowca powrócił w towarzystwie studenta. Wysoki młodzieniec prezentował się pięknie: był gibki i zwinny, miał sprężysty krok i przyjemną uczciwą twarz. Jego niebieskie oczy z niepokojem spoglądały po kolei na każdego z nas, aż w końcu w niemej rozpaczy spoczęły na Bannisterze, stojącym na drugim końcu pokoju.

– Proszę zamknąć drzwi – zażądał Holmes. – Panie Gilchrist, jesteśmy tu całkiem sami, i nikt nie musi się dowiedzieć, co się tu wydarzy. Możemy być ze sobą całkowicie szczerzy. Panie Gilchrist, chcielibyśmy się dowiedzieć, czemu tak szacowny młodzieniec jak pan posunął się do tak karygodnego czynu?

Nieszczęsny chłopak zachwiał się i obrzucił Bannistera przerażonym spojrzeniem, pełnym wyrzutu.

– Nie, nie, panie Gilchrist, nie powiedziałem ani słowa! Ani słowa! – wykrzyknął sługa.

– Aż do tej chwili – przyznał Holmes. – Proszę pana, zapewne zdaje pan sobie sprawę, że po tym, jak Bannister się zdradził, pańska sytuacja jest beznadziejna, i jego jedyną szansą jest szczere przyznanie się do wszystkiego.

Gilchrist przez chwilę próbował, przykładając rękę do twarzy, utrzymać drgające mięśnie, następnie rzucił się na kolana obok stołu, ukrył twarz w dłoniach i wybuchnął rozpaczliwym płaczem.

– No, no – dobrotliwie powiedział Holmes. – Błądzić jest rzeczą ludzką, a nikt nie może oskarżyć pana o wielką zbrodnię. Być może byłoby łatwiej dla pana, gdybym to ja opowiedział panu Soamesowi, co zaszło, a pan poprawiłby mnie tylko, gdybym popełnił jakiś błąd. Czy mam to zrobić? Proszę nie odpowiadać. Niech pan słucha, a zobaczy pan, że oddam mu sprawiedliwość. Panie Soames, od chwili, kiedy powiedział mi pan, że nikt, nawet Bannister, nie wiedział, że arkusze znajdują się w pańskim pokoju, zacząłem się domyślać, jakie jest rozwiązanie zagadki. Drukarza skreśliłem od razu. Gdyby chciał przejrzeć arkusze, mógł to zrobić w swej pracowni. Nie podejrzewałem także Hindusa. Skoro odbitki były zwinięte w rulon, nie mógł się domyślić, co zawierają. Z drugiej strony, wydawało się niezwykłym zbiegiem okoliczności, że ktoś mógłby przypadkiem wejść do pokoju, w którym rozłożono na biurku papiery. Odrzuciłem tę możliwość. Intruz wiedział, że arkusze egzaminacyjne są u pana. Jak się o tym dowiedział? Kiedy zbliżaliśmy się do pańskiego pokoju, obejrzałem uważnie okno. Rozbawił mnie pan, przypuszczając, że rozważałem możliwość, iż ktoś w środku dnia na oczach mieszkańców wszystkich leżących naprzeciwko domów próbował się przez to okno przecisnąć. Ta myśl była absurdalna. Sprawdziłem, jak wysoki musiałby być przechodzień, by zobaczyć leżące na biurku papiery. Ja mierzę sześć stóp, a przyszło mi to z trudnością. Nikt niższy ode mnie nie zdołałby tego dokonać. Jak pan widzi, miałem podstawy sądzić, że jeśli jeden z pańskich studentów jest niezwykle wysokiego wzrostu, to przede wszystkim na nim należy skupić uwagę. Wszedłem do pokoju, a pan opowiedział mi o tym, co znalazł na stoliku. Wygląd biurka nie dostarczył żadnych poszlak, dopóki, opisując Gilchrista, nie wspomniał pan, że uprawia on skok w dal. Wtedy zrozumiałem wszystko w mgnieniu oka, potrzebowałem jedynie pewnych dowodów potwierdzających moją teorię, które niebawem zdobyłem. Oto, co się stało: młodzieniec spędził popołudnie na stadionie, gdzie ćwiczył skoki. Wracał, niosąc w rękach swe buty treningowe, które, jak zapewne pan wie, mają w podeszwach ostre kolce. Przechodząc obok pańskiego okna, zauważył dzięki swemu wysokiemu wzrostowi leżące na biurku odbitki i zaczął się domyślać, co to takiego. Nie stałoby się nic złego, gdyby nie to, że przechodząc obok pańskich drzwi, zobaczył klucz, który pozostał w zamku przez lekkomyślność pańskiego sługi. Poczuł nagłą chęć, by wejść do środka i sprawdzić, czy rzeczywiście widział arkusze egzaminacyjne. Nie było to niebezpieczne, zawsze mógł powiedzieć, że przyszedł o coś się zapytać. Kiedy stwierdził, że istotnie ma przed sobą odbitki arkuszy egzaminacyjnych, uległ pokusie. Postawił buty na stoliku. A co położył pan na krześle obok okna?

– Rękawiczki – wyjaśnił młodzieniec. Holmes spojrzał triumfująco na Bannistera.

– Położył na krześle rękawiczki i brał kolejne arkusze, by je przepisać. Sądził, że zobaczy wykładowcę wracającego główną bramą. Jak wiemy, pan Soames skorzystał z bocznego wejścia. Student usłyszał nagle jego głos tuż przed drzwiami. Nie miał dokąd uciec. Zapomniał o rękawiczkach, ale chwycił buty i pobiegł z nimi do sypialni. Jak mogą panowie zauważyć, zadrapanie na stoliku jest płytkie z jednej strony, ale jest głębsze, im bliżej drzwi sypialni się znajduje. Już samo to wystarczy, by dowieść, że but był wleczony w kierunku sypialni, gdzie i ukrył się winny. Na stole pozostała ziemia, która zebrała się wokół kolca, druga jej grudka obluzowała się i spadła już w sypialni. Dziś rano poszedłem na stadion i przekonałem się, że takiej lepkiej czarnej gliny używa się na bieżniach, przyniosłem też jej próbkę, do której dodałem drobnych trocin, jakimi posypuje się tor, by zapobiec ślizganiu się. Czy potwierdza pan wszystko, co powiedziałem, panie Gilchrist?

Student podniósł wyprostował się.

– Tak, proszę pana, wszystko to prawda – odpowiedział.

– Wielkie nieba! Nie ma pan nic do dodania? – wykrzyknął Soames.

– Mam, proszę pana, ale wstrząs wywołany tą kompromitacją przytłoczył mnie. Panie Soames, mam tu list, który napisałem do pana dziś nad ranem po nieprzespanej nocy, jeszcze zanim dowiedziałem się, że odkryto moją winę. Oto on, proszę pana:

Postanowiłem nie przystępować do egzaminów. Zaoferowano mi stanowisko w rodezyjskiej policji, i niezwłocznie wyjeżdżam do Południowej Afryki.

 

– Miło mi słyszeć, że nie zamierzał pan wykorzystać nieuczciwie zdobytej przewagi – stwierdził Soames. – Co jednak skłoniło pana do zmiany zdania?

Gilchrist wskazał Bannistera:

– Oto człowiek, który wprowadził mnie na właściwą drogę.

– Bannister – zwrócił się do niego Holmes. – Z tego, co mówiłem, jasno wynika, że jedynie ty mogłeś wypuścić tego młodzieńca, gdyż zostałeś w pokoju, a wychodząc, musiałeś zamknąć za sobą drzwi. Ucieczka przez okno nie wydaje się prawdopodobna. Czy mógłbyś wyjaśnić ostatni punkt tej zagadki i zdradzić nam motywy swego postępowania?

– Są bardzo proste, proszę pana, ale mimo całej swojej przemyślności, nie mógł pan ich znać. Byłem dawniej lokajem starego sir Jabeza Gilchrista, ojca tego młodego dżentelmena. Kiedy popadł w biedę, przyszedłem na służbę do kolegium, ale nigdy nie zapomniałem o mym dawnym chlebodawcy, choć źle mu się wiodło. Przez wzgląd na dawne czasy opiekowałem się jego synem, jak tylko mogłem. Proszę pana, kiedy wszedłem wczoraj do tego pokoju po tym, jak wszczęto alarm, pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem, były skórzane rękawiczki pana Gilchrista leżące na tamtym krześle. Dobrze znałem te rękawiczki i wiedziałem, co oznacza ich obecność w tym pokoju. Gdyby pan Soames je zobaczył, byłoby po wszystkim. Opadłem na fotel i nie ruszyłem się stamtąd, dopóki pan Soames nie udał się do pana. Wtedy z sypialni wyszedł mój biedny panicz, którego niegdyś bujałem na kolanach, i wszystko mi wyznał. Czy nie było naturalne, proszę pana, że powinienem go uratować, i czy nie było równie naturalne, że powinienem porozmawiać z nim tak, jak zrobiłby to jego zmarły ojciec, i wytłumaczyć mu, że nie może czerpać korzyści z takiego postępku? Czy może mnie pan za to winić, proszę pana?

– Istotnie, nie – serdecznie odpowiedział Holmes, wstając z fotela. – Panie Soames, sądzę, że rozwikłaliśmy pańską zagadkę, a w domu czeka na nas śniadanie. Chodźmy, Watsonie. A co do pana, młodzieńcze, ufam, że ma pan przed sobą świetlaną przyszłość w Rodezji. Raz zdarzyło się panu upaść nisko. Niech pan teraz pokaże, jak wysoko może pan zajść!

Rozdział dziesiąty

 

Złote binokle

 
 

Kiedy przeglądam trzy opasłe tomy zapisków ze spraw, które prowadziliśmy w 1894 roku, bardzo trudno jest mi wybrać z tak bogatego materiału te śledztwa, które są najbardziej interesujące same w sobie, a zarazem najlepiej ukazują niezwykłe zdolności, z których słynął mój przyjaciel. Na kolejnych stronach widzę notatki o odpychającej historii czerwonych pijawek i strasznej śmierci bankiera Crosby’ego, relację z tragedii Addletona i opowieść o osobliwej zawartości pewnego starego brytyjskiego kurhanu. W tym okresie miały miejsce także słynny spór o spadek między Smithem a Mortimerem oraz wyśledzenie i aresztowanie Hueta, mordercy z Bulwaru. Za ten wyczyn Holmes otrzymał podziękowania napisane własnoręcznie przez prezydenta Francji i order Legii Honorowej. Każda z tych spraw nadawałaby się na opowiadanie, uważam jednak, że żadna z nich nie łączy w sobie tak wielu osobliwości jak śledztwo w sprawie Yoxley Old Place, obejmujące nie tylko śmierć nieodżałowanego młodego Willoughby’ego Smitha, ale także wydarzenia, które nastąpiły po niej i rzuciły tak interesujące światło na motywy zbrodni.

Była niespokojna burzowa noc pod koniec listopada. Przez cały wieczór siedzieliśmy z Holmesem w milczeniu – on zajmował się odcyfrowywaniem pozostałości pierwotnego napisu na palimpseście za pomocą silnego szkła powiększającego, ja zagłębiłem się w wydany niedawno traktat o chirurgii. Na zewnątrz hulał wiatr po Baker Street, a deszcz wściekle tłukł o szyby. Siedząc w samym środku miasta, mając wokół siebie w promieniu dziesięciu mil jedynie konstrukcje wykonane ludzką ręką, dziwnie było poczuć żelazny uścisk Natury i uświadomić sobie, że dla potężnych sił przyrody Londyn nie znaczy więcej niż kretowiska na polach. Podszedłem do okna i wyjrzałem na wyludnioną ulicę. Zapalone gdzieniegdzie lampy oświetlały błotnistą jezdnię i lśniący od deszczu chodnik. Jedna jedyna dorożka, jadąca od strony Oxford Street, przedzierała się przez kałuże.

– Cóż, Watsonie, dobrze, że nie musiałem odcyfrować wszystkiego od razu – stwierdził Holmes, odkładając lupę i zwijając palimpsest. – Zrobiłem dość jak na jeden wieczór. Ta praca męczy oczy, a z tego, co zdołałem wyczytać, wynika, że to nic szczególnie ciekawego, bo rachunki opactwa z drugiej połowy piętnastego wieku. Hola, hola! A cóż to?

Przez buczenie wiatru przebił się tętent końskich kopyt i zgrzyt koła o krawężnik. Dorożka, którą widziałem, zatrzymała się przed naszymi drzwiami.

– Czego może chcieć ten człowiek? – wykrzyknąłem, gdy z pojazdu wysiadł mężczyzna.

– Czego chce? Nas! A my, biedny Watsonie, będziemy potrzebowali płaszczy, szalików i kaloszy oraz wszystkich innych wynalazków, za pomocą których człowiek chroni się przed złą pogodą. Ale poczekaj chwilę! Dorożka odjeżdża! Jest jeszcze nadzieja. Gdyby ten przybysz chciał, byśmy z nim pojechali, kazałby dorożkarzowi czekać. Mój drogi, biegnij na dół i otwórz drzwi, bo wszyscy porządni ludzie od dawna są już w łóżkach.

Kiedy światło lampy padło na naszego nocnego gościa, rozpoznałem go bez trudu. Był to młody Stanley Hopkins, obiecujący detektyw, któremu Holmes kilka razy w nader praktyczny sposób pomógł w rozwoju kariery.

– Czy jest w domu? – spytał gorliwie.

– Proszę tutaj, drogi panie – odpowiedział z góry głos Holmesa. – Mam nadzieję, że nie ma pan żadnych planów co do nas w taką noc.

Detektyw szedł po schodach, a światło lampy odbijało się od jego lśniącego płaszcza przeciwdeszczowego. Pomogłem mu go zdjąć, a Holmes poprawił drwa leżące na kominku tak, że buchnęły płomieniem.

– Drogi Hopkinsie, niech się pan przysunie do ognia i ogrzeje stopy – zaproponował. – Oto cygaro, a doktor ma receptę na lek wprost stworzony na noce takie jak dzisiejsza, w którego skład wchodzi cytryna i gorąca woda. Musiał pan przybyć w ważnej sprawie, skoro przedzierał się przez taką nawałnicę.

– Istotnie, panie Holmes. Mogę pana zapewnić, że bardzo pracowicie spędziłem popołudnie. Czytał pan może o sprawie Yoxley w najnowszych wydaniach gazet?

– Dziś mą uwagę zaprzątały jedynie teksty piętnastowieczne.

– Zamieścili tylko jeden akapit, w dodatku błędny, więc nic pan nie stracił. Ja tymczasem nie zasypiałem gruszek w popiele. Miejsce zbrodni znajduje się w hrabstwie Kent, siedem mil za Chatham i trzy od torów kolejowych. Otrzymałem telegram o trzeciej piętnaście, dotarłem do Yoxley Old Place o piątej, przeprowadziłem dochodzenie, wróciłem na dworzec Charing Cross ostatnim pociągiem i przyjechałem dorożką wprost do pana.

– Jak rozumiem, oznacza to, że nie ma pan całkowitej jasności co do tej sprawy?

– Oznacza to, że nic a nic z niej nie pojmuję. Z tego, co widziałem do tej pory, wynika, że jest to najbardziej powikłana zagadka, z jaką się zetknąłem, choć na początku wydawała się tak prosta, że nie sposób było popełnić błąd. Nie ma jednak motywu, panie Holmes. To mnie martwi, nie mogę znaleźć motywu. Został zabity człowiek, temu nie da się zaprzeczyć, ale nie widzę żadnego powodu, dla którego ktokolwiek mógłby mu źle życzyć.

Holmes zapalił cygaro i rozparł się w fotelu.

– Posłuchajmy, o co chodzi – stwierdził.

– Udało mi się ustalić fakty – wyjaśnił Stanley Hopkins. – Teraz muszę się jeszcze dowiedzieć, co oznaczają. Historia, wedle mojej wiedzy, wygląda następująco. Kilka lat temu ten wiejski dom zwany Yoxley Old Place wynajął starszy człowiek, który przedstawił się jako profesor Coram. Jest on inwalidą i połowę czasu spędza w łóżku, a drugą kuśtyka wokół domu o lasce lub jeździ po posiadłości w fotelu na kółkach pchanym przez ogrodnika. Nieliczni sąsiedzi, którzy utrzymują z nim kontakty, bardzo go polubili, zasłynął też z wielkiej uczoności. Mieszkają z nim starsza gospodyni, pani Marker, i pokojówka Susan Tarlton. Obie były z nim od chwili jego przybycia i wydawały się bardzo zacnymi kobietami. Profesor tworzy jakieś uczone dzieło i mniej więcej rok temu zaczął szukać sekretarza. Pierwsi dwaj, jakich zatrudnił, nie stanęli na wysokości zadania, jednak trzeci, pan Willoughby Smith, bardzo młody człowiek, który rozpoczął tę pracę zaraz po ukończeniu studiów, dokładnie odpowiadał oczekiwaniom chlebodawcy. Jego praca polegała na pisaniu przez cały ranek pod dyktando profesora, wieczory zaś zwykle spędzał, sprawdzając odniesienia i źródła związane z pracą zaplanowaną na kolejny dzień. Smith nie sprawiał żadnych problemów ani jako chłopiec w Uppingham, ani jako młodzieniec w Cambridge. Widziałem jego świadectwa szkolne; od najmłodszych lat był prawy cichy i pracowity, pozbawiony słabości. I ten oto młody człowiek zakończył życie dziś rano w gabinecie profesora w okolicznościach, które jednoznacznie wskazują na morderstwo.

Wicher wył za oknami. Holmes i ja przysunęliśmy się bliżej do ognia, a młody inspektor powoli, punkt po punkcie, rozwijał swą niezwykłą opowieść.

– Choćbyście, panowie, przeszukali całą Anglię – stwierdził – nie sądzę, by udało wam się znaleźć dom bardziej samowystarczalny i niezależny od zewnętrznych wpływów. Jego mieszkańcy potrafili tygodniami nie wychodzić poza ogrodową furtkę. Profesor był zatopiony w pracy, i nic poza nią dla niego nie istniało. Młody Smith nie znał nikogo w okolicy i prowadził bardzo podobny tryb życia jak jego chlebodawca. Żadna z dwóch kobiet nie miała czego szukać poza domem. Mortimer, ogrodnik, który niekiedy pcha wózek na kółkach, jest emerytem wojskowym, jest to bardzo szlachetny weteran wojny krymskiej. Mieszka w trzypokojowej chatce na drugim końcu ogrodu. To jedyne osoby, jakie można spotkać w posiadłości otaczającej Yoxley Old Place. Z drugiej strony, od furtki w ogrodzie jest zaledwie sto jardów do głównej drogi z Londynu do Chatham. Furtka zamykana jest na skobel, i z pewnością nie zdołałaby powstrzymać nikogo przed wtargnięciem do środka.

Teraz przedstawię panom zeznania Susan Tarlton, jedynej osoby, która jest w stanie powiedzieć o tej sprawie coś pewnego. Feralnego dnia wieszała firanki we frontowej sypialni na górze. Profesor Coram wciąż leżał w łóżku, przy złej pogodzie zwykle nie wstawał przed południem. Gospodyni krzątała się w głębi domu. Willoughby Smith siedział w swej sypialni, która służyła mu także za salon, ale pokojówka usłyszała, jak idzie korytarzem i schodzi do gabinetu, znajdującego się dokładnie poniżej pokoju, w którym sprzątała. Nie widziała młodzieńca, ale twierdzi, że nie mogła pomylić jego szybkich zdecydowanych kroków z żadnymi innymi. Nie słyszała odgłosu zamykania drzwi w gabinecie, ale mniej więcej minutę później w pokoju poniżej rozległ się okropny krzyk. Był nieartykułowany i ochrypły, tak dziwny i nienaturalny, że mogli go wydać zarówno mężczyzna, jak i kobieta. W tej samej chwili rozległ się głośny łoskot, który wstrząsnął starym domem, i zapadła cisza. Pokojówka przez chwilę stała skamieniała, ze strachu, potem zebrała się na odwagę i zbiegła na dół. Drzwi do gabinetu były zamknięte. Otworzyła je i w środku znalazła młodego Willoughby’ego Smitha, który leżał na podłodze. Nie zauważyła na początku żadnych obrażeń na jego ciele, ale kiedy próbowała go podnieść, spostrzegła, że z szyi młodzieńca leje się krew. Smith miał w tym miejscu bardzo małą, lecz głęboką ranę, która przecięła tętnicę szyjną. Narzędzie, którym zadano cios, leżało na podłodze obok niego. Był to mały nożyk do wosku, z tych, które są nieodłącznym atrybutem każdego staroświeckiego biurka, z rączką z kości słoniowej i sztywnym ostrzem. Zawsze znajdował się w sekretarzyku profesora.

Pokojówka na początku myślała, że młody Smith już nie żyje, ale kiedy polała mu czoło wodą z karafki, na chwilę otworzył oczy i wymamrotał: „Profesor, to ona”. Pokojówka gotowa jest przysiąc, że usłyszała właśnie te słowa. Ranny rozpaczliwie próbował powiedzieć coś jeszcze i uniósł do góry prawą rękę, jednak osunął się na ziemię martwy.

W gabinecie zjawiła się zaraz także gospodyni, przybyła jednak zbyt późno, by usłyszeć ostatnie słowa młodzieńca. Zostawiła Susan przy zmarłym i pobiegła do pokoju profesora. Staruszek siedział w łóżku, bardzo wzburzony, gdyż słyszał dość, by uświadomić sobie, że stało się coś strasznego. Pani Marker zarzeka się, że profesor wciąż miał na sobie koszulę nocną, nie był zresztą w stanie ubrać się bez pomocy Mortimera, który otrzymał polecenie, by przyjść w południe. Profesor twierdzi, że słyszał z oddali krzyk, ale nie wie nic więcej. Nie potrafi wyjaśnić ostatnich słów młodzieńca „Profesor, to ona”, ale sądzi, że umierający wygłosił je w delirium. Uważa, że Willoughby Smith nie miał wrogów, i nie potrafi podać motywu zbrodni. Od razu posłał ogrodnika Mortimera po policję. Niedługo potem komisarz wysłał na miejsce mnie. Przed moim przybyciem niczego nie ruszano i stanowczo zakazano korzystania ze ścieżek prowadzących do domu. Była to znakomita okazja do wprowadzenia w czyn pańskich teorii, panie Holmes. Niczego nie brakowało.

– Oprócz mnie – stwierdził mój towarzysz z dość gorzkim uśmiechem. – Ale posłuchajmy. Jak pan sobie poradził?

– Najpierw, panie Holmes, muszę poprosić pana, by zapoznał się on z tym planem, który wskazuje położenie gabinetu profesora i innych miejsc związanych z tą sprawą. Pomoże to panu śledzić przebieg dochodzenia.

Rozłożył pobieżnie naszkicowaną mapę, której kopię tu zamieszczam i położył ją na kolanach Holmesa. Podniosłem się z miejsca, stanąłem za przyjacielem i przyjrzałem się rysunkowi ponad jego ramieniem.

 

– Oczywiście, to tylko szkic i obejmuje jedynie miejsca, które wydają się najważniejsze. Resztę zobaczy pan później na własne oczy. Po pierwsze, załóżmy, że zabójca dostał się do domu z zewnątrz. W jaki sposób to zrobił (lub zrobiła)? Niewątpliwie przyszedł ścieżką wiodącą przez ogród i wszedł tylnymi drzwiami, prowadzącymi bezpośrednio do gabinetu. Wszelkie inne sposoby byłyby niezmiernie skomplikowane. Tą samą drogą musiał uciekać: jedno wyjście z pokoju zatarasowała pani Susan, kiedy zbiegła na dół, drugie zaś prowadzi wprost do sypialni profesora. Dlatego od razu skupiłem swą uwagę na ścieżce przez ogród, która była tak nasiąknięta wodą po ostatnich deszczach, że z pewnością widać było na niej odciski stóp, gdyby takie były. Moje oględziny wykazały, że mam do czynienia z ostrożnym i wprawnym przestępcą. Na ścieżce nie było żadnych odcisków. Nie ulegało jednak wątpliwości, że ktoś przeszedł po pasie trawy biegnącym wzdłuż ścieżki i że zrobił to, by nie zostawić śladów. Nie udało mi się znaleźć wyraźnego odcisku, ale trawa była zdeptana, i pewne było, że ktoś tamtędy przechodził. Mógł to być jedynie morderca: ani ogrodnik, ani nikt inny nie chodził po ogrodzie rano, a padać zaczęło dopiero w nocy.

– Chwileczkę – przerwał mu Holmes. – Dokąd prowadzi ta ścieżka?

– Do drogi.

– Jakiej jest długości?

– Ze sto jardów.

– Ślady musiały być chyba widoczne w miejscu, gdzie ścieżka przechodzi przez furtkę?

– Niestety, to miejsce jest wyłożone płytkami.

– A co z drogą?

– Wszystko zadeptane.

– Ech! A czy ślady na trawie były skierowane w stronę domu czy w stronę drogi?

– Nie dało się tego stwierdzić. Nie znalazłem wyraźnego odcisku.

– Czy zostawiła je mała czy duża stopa?

– Nie wiadomo.

Holmes krzyknął z niecierpliwości.

– Od tego czasu bez przerwy leje deszcz i wieje huraganowy wiatr – stwierdził. – Ścieżka będzie trudniejsza do odczytania niż palimpsest. Ale cóż, nic się nie poradzi. Hopkins, co zrobił pan po tym, jak odkrył, że nic nie odkrył?

– Sądzę, że udało mi się odkryć całkiem sporo, panie Holmes. Wiem, że ktoś ostrożnie wszedł do domu z zewnątrz. Obejrzałem też korytarz. Jest wyłożony matami kokosowymi, na których nie pozostały żadne odciski stóp. Idąc dalej, trafiłem do gabinetu. Jest to skromnie umeblowany pokój. Najważniejszym z mieszczących się w nim sprzętów jest duży sekretarzyk, na którego blacie stoją dwie kolumny szuflad, a pomiędzy nimi znajduje się niewielka szafka. Szuflady były otwarte, szafka – zamknięta. Zdaje się, że szuflady są otwarte przez cały czas i nie trzyma się w nich nic wartościowego. W szafce znajdowały się ważne papiery, nic jednak nie wskazuje na to, by ktoś w nich grzebał, a profesor zapewnił mnie, że niczego nie brakuje. Na pewno niczego nie skradziono.

Przechodzę teraz do opisu ciała młodzieńca. Znaleziono je nieopodal biurka, tuż po jego lewej stronie, tak, jak zaznaczyłem na mapie. Rana znajdowała się po prawej stronie szyi i została zadana od tyłu, jest więc prawie niemożliwe, że zadał ją sobie sam.

– Chyba, że przewrócił się na nóż – stwierdził Holmes.

– Otóż to. Taka możliwość przeszła mi przez myśl, ale nóż leżał kilka stóp od ciała, więc nie wydaje się to prawdopodobne. Pozostają jeszcze ostatnie słowa zmarłego i bardzo istotny dowód, który znaleziono w jego zaciśniętej prawej ręce.

Hopkins wyciągnął z kieszeni małą paczuszkę owiniętą w papier, rozpakował ją i pokazał nam złote pince-nez, z którego końca zwisały dwa oderwane kawałki czarnej jedwabnej tasiemki.

– Willoughby Smith miał znakomity wzrok – dodał. – Nie ulega wątpliwości, że ten przedmiot zerwano z twarzy lub szyi mordercy.

Sherlock Holmes wziął okulary do ręki i obejrzał je z wielką uwagą i zainteresowaniem. Włożył je sobie na nos, usiłował przez nie czytać, podszedł do okna i popatrzył przez nie na ulicę, dokładnie przyjrzał im się w świetle lampy, a w końcu, chichocząc, usiadł przy stole i napisał kilka linijek na kartce papieru, którą rzucił Hopkinsowi.

– Tyle mogę dla pana zrobić – stwierdził. – Może się to panu przydać.

Zaskoczony detektyw przeczytał na głos zapisek o następującej treści:

Poszukiwana elegancka kobieta, ubrana w sposób godny damy. Ma niezwykle szeroki nos, oczy osadzone blisko siebie i pomarszczone czoło, mruży oczy i prawdopodobnie się garbi. Istnieją podstawy, by sądzić, że w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy kilkakrotnie korzystała z usług optyka. Jej okulary posiadają niezwykle mocne szkła, a optyków nie ma zbyt wielu, powinno więc dać się ją wyśledzić bez trudności.

 

Holmes uśmiechnął się, widząc zdumienie Hopkinsa, które zapewne odbiło się również na mojej twarzy.

– Przecież moja dedukcja to ucieleśnienie prostoty – stwierdził. – Trudno byłoby znaleźć przedmiot dający większe możliwości do wnioskowania niż okulary, szczególnie tak charakterystyczne jak te. To, że należą do kobiety, wywnioskowałem z ich delikatnego fasonu oraz, rzecz jasna, z ostatnich słów umierającego. Ich właścicielka to osobą wyrafinowana i dobrze ubrana, gdyż, jak widzicie, są starannie oprawione w złoto, a nie do pomyślenia jest, by ktoś, kto nosi takie okulary, ubierał się niechlujnie. Może pan sprawdzić, że skrzydełka są zbyt szeroko rozstawione, nie pasowałyby na pana, co oznacza, że dama ma nos bardzo szeroki u podstawy. Tego rodzaju nosy są zwykle krótkie i toporne, istnieje jednak tak wiele wyjątków od tej reguły, że nie wierzę w nią jak w dogmat i nie obstaję przy tym punkcie. Choć sam mam wąską twarz, nie jestem w stanie spojrzeć przez środek szkieł. Oznacza to, że oczy tej kobiety są bardzo wąsko osadzone. Watsonie, zauważyłeś zapewne, że soczewki okularów są wklęsłe i niezwykle mocne. Kobieta, która przez całe życie miała tak słaby wzrok, musi posiadać fizyczne cechy krótkowidza: zmarszczone czoło, zmrużone powieki i przygarbioną sylwetkę.

– Tak – powiedziałem. – Rozumiem wszystkie twoje argumenty. Przyznaję jednak, że nie mam pojęcia, skąd wiesz, że dwukrotnie była u optyka.

Holmes wziął okulary do ręki.

– Zauważ – wyjaśnił – że skrzydełka wyłożone są maleńkimi korkowymi podkładkami, które zmniejszają nacisk na nos. Jedna z nich jest nieco odbarwiona i podniszczona, druga – nowa. Najwyraźniej jedna się zgubiła. Sądzę, że starsza również nie ma więcej niż kilka miesięcy. Są identyczne, z czego wnoszę, że dama poszła po drugą z nich do tej samej pracowni.

– Do diaska, to wspaniałe! – wykrzyknął pełen podziwu Hopkins. – I pomyśleć, że miałem w ręku wszystkie te dowody i nie wiedziałem o tym! Zamierzałem jednak odwiedzić londyńskich optyków.

– Ależ oczywiście! Lecz póki co, czy ma pan coś więcej do powiedzenia o tej sprawie?

– Nie, panie Holmes. Sądzę, że wie pan już tyle samo co ja, a zapewne więcej. Wypytywaliśmy, czy nie było obcych na drodze lub dworcu kolejowym, jednak nie udało nam się niczego ustalić. Mnie zbija z tropu przede wszystkim całkowity brak motywu zbrodni. Nie znaleziono choćby cienia przyczyny.

– Aha! W tym nie mogę panu pomóc. Jak sądzę, chce pan, byśmy pojechali tam jutro?

– Gdyby pan był tak dobry, panie Holmes! Jeśli pojedziemy pociągiem z Charing Cross do Chatham, który odchodzi o szóstej rano, dotrzemy do Yoxley Old Place między ósmą a dziewiątą.

– W takim razie trzeba złapać ten pociąg. Pańska sprawa niewątpliwie zapowiada się interesująco i z przyjemnością się nią zajmę. Dochodzi już pierwsza, powinniśmy choć kilka godzin się przespać. Jak sądzę, będzie panu wygodnie na kanapie przed kominkiem. Zapalę lampę spirytusową; zanim wyruszymy, poczęstuję pana kawą.

Następnego dnia już nie wiało, ale kiedy ruszaliśmy w drogę, chwycił mróz. Widzieliśmy, jak chłodne zimowe słońce wstaje nad ponurymi bagnami otaczającymi Tamizę i nad długimi posępnymi odcinkami rzeki, które już zawsze kojarzyć mi się będą z pościgiem za wyspiarzem z Andamanów na początku naszej kariery. Po długiej i nużącej podróży wysiedliśmy na małej stacyjce odległej o kilka mil od Chatham. Kiedy zaprzęgano konie do dwukółki, którą najęliśmy w miejscowej oberży, zjedliśmy pośpieszne śniadanie i do Yoxley Old Place przybyliśmy gotowi do działania. Przy głównej bramie czekał na nas posterunkowy.

– I jak, Wilson, coś nowego?

– Nie, proszę pana, nic.

– Nikt nie zgłosił, że widział obcych?

– Nie, proszę pana. Na stacji byli pewni, że wczoraj nie przyjechał ani nie wyjechał nikt nieznajomy.

– Czy wypytaliście w gospodach i pokojach do wynajęcia?

– Tak, proszę pana. Nie było tam nikogo, o kim byśmy nie wiedzieli.

– Cóż, do Chatham można dojść spacerem. Każdy może się tam zatrzymać lub wsiąść do pociągu, pozostając niezauważonym. Panie Holmes, to ścieżka, o której wczoraj panu mówiłem. Daję słowo honoru, że wczoraj nie było na niej żadnych śladów.

– Po której stronie znajdowały się odciski na trawie?

– Tutaj, na tym wąskim pasie pomiędzy ścieżką a rabatką kwiatową. Nie widzę ich teraz, ale wczoraj były wyraźne.

– Tak, tak, ktoś tędy przechodził – stwierdził Holmes, pochylając się nad pasem trawy. – Nasza dama musiała bardzo uważnie stawiać kroki, z jednej strony mogła zostawić ślad na ścieżce, z drugiej, jeszcze wyraźniejszy, na miękkiej ziemi w rabatce.

– Tak, musiała być bardzo opanowana.

Zobaczyłem, że na twarzy Holmesa na chwilę pojawiło się zaniepokojenie.

– Twierdzi pan, że wracała tą samą drogą?

– Tak. Nie ma innej możliwości.

– Po tym pasie trawy?

– Owszem, panie Holmes.

– Hmm! Był to doprawdy niezwykły wyczyn, doprawdy niezwykły! Zdaje mi się, że z tej ścieżki niczego więcej się nie dowiemy. Chodźmy dalej. Rozumiem, że drzwi do ogrodu zwykle są otwarte? Skoro tak, nieznajoma mogła niepostrzeżenie wejść do środka. Nie zamierzała popełniać morderstwa; gdyby było inaczej, przybyłaby uzbrojona i nie musiałaby się posłużyć nożykiem z biurka. Szła tym korytarzem, nie zostawiając śladów na kokosowych matach. Ile czasu spędziła w gabinecie? Nie sposób tego ocenić.

– Nie więcej niż kilka minut. Zapomniałem panu powiedzieć, że gospodyni, pani Marker, sprzątała tu niedługo przedtem, twierdzi, że mógł minąć najwyżej kwadrans.

– To pozwala nam określić ramy czasowe. Nasza dama wchodzi do pokoju i co robi dalej? Podchodzi do biurka. Po co? Z pewnością nie po coś, co znajduje się w szufladach. Gdyby trzymano w nich coś wartościowego, ponad wszelką wątpliwość byłyby zamknięte. Nie, chodziło o jakiś przedmiot z sekretarzyka. Ale, ale! Co to za zadrapanie? Watsonie, przyświeć zapałką. Hopkins, dlaczego mi pan o tym nie powiedział?

Ślad, który oglądał mój przyjaciel, widniał na mosiężnym okuciu po prawej stronie dziurki od klucza; miał długość mniej więcej czterech cali, lakier na okuciu był zdarty.

– Zauważyłem to, panie Holmes, ale wokół dziurek od klucza zawsze można znaleźć rysy.

– Ta jest świeża, całkiem świeża. Proszę popatrzeć, jak błyszczy w tym miejscu mosiądz. Gdyby rysa była starsza, miałaby ten sam kolor, co pozostała część powierzchni. Proszę spojrzeć przez moje szkło powiększające. Widać też kawałeczki zdrapanego lakieru, spiętrzone jak ziemia po bokach bruzdy. Czy jest tam pani Marker?

Starsza kobieta o smutnej twarzy weszła do pokoju.

– Odkurzała pani sekretarzyk wczoraj rano?

– Tak, proszę pana.

– Czy zauważyła pani tę rysę?

– Nie, proszę pana.

– Byłem tego pewien, drobinki lakieru zostałyby niechybnie usunięte podczas odkurzania. Kto ma klucz do sekretarzyka?

– Profesor nosi go na dewizce.

– Czy to zwykły klucz?

– Nie, proszę pana, to klucz do zamka firmy Chubb.

– Znakomicie, pani Marker, może pani odejść. Zaczęliśmy robić postępy. Nasza dama wchodzi do pokoju, podchodzi do sekretarzyka i otwiera go albo usiłuje to zrobić. Zastaje ją przy tym młody Willoughby Smith. Kobieta w pośpiechu wyjmuje z zamka klucz, robiąc rysę na drzwiczkach. Młodzieniec chwyta ją, a ona łapie pierwsze, co ma pod ręką (jak już ustaliliśmy, ten nożyk), i uderza Smitha, by rozluźnił uchwyt. Cios okazuje się śmiertelny. Młodzieniec upada, kobieta ucieka, mając to, po co przyszła, lub tego nie mając. Czy jest tu pokojówka? Susan, czy ktokolwiek mógł wydostać się przez te drzwi po tym, jak usłyszałaś krzyk?

– Nie, proszę pana, to niemożliwe. Zobaczyłabym tę osobę w korytarzu, schodząc po schodach. Poza tym nikt nie otwierał drzwi, inaczej bym usłyszała.

– To rozstrzyga kwestię wyjścia. Nie ulega wątpliwości, że dama opuściła dom tą samą drogą, którą przyszła. Rozumiem, że drugi korytarz prowadzi jedynie do pokoju profesora, z którego nie ma wyjścia na dwór?

– Zgadza się, proszę pana.

– Pójdziemy teraz zawrzeć znajomość z gospodarzem. No proszę, Hopkins! To bardzo, bardzo istotny fakt. Korytarz prowadzący do pokoju profesora także jest wyłożony kokosowymi matami.

– Ale co z tego wynika?

– Nie widzi pan, jakie ma to znaczenie dla sprawy? Cóż, nie będę obstawał przy swoim. Mogę się mylić. A jednak wydaje mi się, że to znaczący fakt. Proszę iść ze mną i mnie przedstawić.

Poszliśmy korytarzem; jego długość była taka sama co długość korytarza prowadzącego do ogrodu. Na jego końcu znajdowało się kilka schodków, a za nimi – drzwi. Nasz przewodnik zapukał i wprowadził nas do sypialni profesora.

Był to bardzo duży pokój wypełniony niezliczoną ilością książek, które wychylały się z półek, leżały w stosach na podłodze i piętrzyły się pod biblioteczkami. Pośrodku pokoju stało łóżko, a w nim, oparty na poduszkach, spoczywał pan domu. Rzadko zdarzało mi się widzieć osobę o równie niezwykłej powierzchowności. Profesor zwrócił ku nam szczupłą twarz o orlich rysach i przenikliwych czarnych oczach, błyszczących w ciemnych zagłębieniach pod zwisającymi krzaczastymi brwiami. Mężczyzna miał siwe włosy; na siwej brodzie wokół ust widniały żółte plamy. Pośród splątanej brody żarzył się papieros, a powietrze w pokoju cuchnęło starym dymem tytoniowym. Kiedy profesor wyciągnął rękę do Holmesa, zauważyłem, że ona również jest poplamiona na żółto nikotyną.

– Pali pan, panie Holmes? – spytał gospodarz z osobliwym, nieco afektowanym akcentem, uważnie dobierając słowa. – Proszę poczęstować się papierosem. A pan? Polecam, robi je specjalnie dla mnie Ionides z Aleksandrii. Przesyła mi po tysiąc sztuk, ale z przykrością przyznaję, że jestem zmuszony zamawiać kolejne dostawy co dwa tygodnie. To niedobrze, proszę pana, bardzo niedobrze, ale starcy nie mają w życiu wielu przyjemności. Mnie pozostały jedynie tytoń i praca.

Holmes zapalił papierosa i zaczął ukradkiem rozglądać się po pokoju.

– Tytoń i praca, a teraz już tylko tytoń! – wykrzyknął staruszek. – Ach, jaki straszny wypadek! Któż mógł przewidzieć tak potworną tragedię! Taki szacowny młody człowiek! Zapewniam, że po kilku miesiącach przyuczania znakomicie wywiązywał się z obowiązków sekretarza. Co pan sądzi o tej sprawie, panie Holmes?

– Jeszcze nie wyrobiłem sobie o niej zdania.

– Będę panu niezmiernie wdzięczny, jeśli uda mu się rzucić nieco światła tam, gdzie my gubimy się w mroku. Dla biednego mola książkowego i inwalidy, takiego jak ja, to paraliżujący cios. Mam wrażenie, że odebrał mi zdolność myślenia. Pan jednak jest człowiekiem czynu, zawodowcem. Takie wydarzenia składają się na pańskie codzienne życie, i potrafi pan zachować równowagę w każdej sytuacji. Mamy szczęście, że znalazł się pan u naszego boku.

Podczas gdy stary profesor mówił, Holmes chodził tam i z powrotem wzdłuż jednej ze ścian pokoju. Zauważyłem, że pali bardzo szybko, najwyraźniej, podobnie jak nasz gospodarz, zagustował w świeżych papierosach z Aleksandrii.

– Tak, proszę pana, to wielki cios – ciągnął dalej staruszek. – Ten plik papierów leżący tam na stoliku to moje magnum opus, analiza dokumentów znalezionych w klasztorach koptyjskich w Syrii i Egipcie, która podważa podstawy religii objawionej. Nie wiem, czy przy moim słabym zdrowiu uda mi się ją dokończyć po stracie asystenta. Ojej! Panie Holmes, pali pan jeszcze szybciej niż ja.

Holmes się uśmiechnął.

– Jestem koneserem – stwierdził, biorąc ze szkatułki kolejnego, już czwartego, papierosa i odpalając go od właśnie wypalonego. – Profesorze Coram, nie będę pana męczył długim przesłuchaniem, gdyż, jak mniemam, w czasie, kiedy zostało popełnione przestępstwo, był pan w łóżku, i niczego nie może wiedzieć o sprawie. Chciałbym zapytać tylko o jedno: jak pan sądzi, o co chodziło temu biedakowi, kiedy wymawiał swoje ostatnie słowa: „Profesor, to ona”?

Staruszek potrząsnął głową.

– Susan jest wieśniaczką – wyjaśnił – a wie pan, jak niewiarygodnie głupi potrafią być ludzie z tej klasy. Wydaje mi się, że pogrążony w delirium nieszczęśnik wymamrotał bezładnie jakieś słowa, a ona przekręciła je, tworząc tę pozbawioną sensu wypowiedź.

– Rozumiem. Czy widzi pan jakieś wyjaśnienie tej tragedii?

– Mógł to być wypadek albo, powiem to jedynie panu, samobójstwo. Młodzi ludzie miewają utajone problemy, być może Smith był nieszczęśliwie zakochany, a my o niczym nie wiedzieliśmy. Wydaje mi się to bardziej prawdopodobne niż morderstwo.

– A co z okularami?

– Ach, jestem tylko uczonym, żyję pośród snów. Nie potrafię wyjaśniać rzeczy praktycznych. Ale wiadomo, mój przyjacielu, że dowody miłości mogą przybierać najróżniejsze kształty. Proszę koniecznie poczęstować się jeszcze jednym papierosem. Miło mi patrzeć, jak panu smakują. Wachlarz, rękawiczka, okulary... Kto wie, jaki przedmiot należący do ukochanej mógł zdobyć młodzieniec i mieć go przy sobie w chwili śmierci. Ten dżentelmen mówił o śladach stóp na trawie, ale w takiej sprawie łatwo jest się pomylić. Jeśli chodzi o nóż, mógł upaść daleko od nieszczęśnika, kiedy ten zwalił się na ziemię. Możliwe, że to, co mówię, zabrzmi dziecinnie, ale wydaje mi się, że Willoughby Smith zginął z własnej ręki.

Holmes wydawał się bardzo poruszony wygłoszoną przez staruszka teorią i przez pewien czas chodził po pokoju zatopiony w myślach, paląc papierosa za papierosem.

– Proszę mi powiedzieć, profesorze Coram – odezwał się w końcu – co znajduje się w szafce w sekretarzyku?

– Nic, z czego złodziej mógłby mieć pożytek. Papiery rodzinne, listy od mojej biednej żony, dyplomy uniwersytetów, które postanowiły mnie uhonorować. Oto klucz. Może pan sam sprawdzić.

Holmes wziął do ręki klucz, przez chwilę mu się przyglądał, a później zwrócił właścicielowi.

– Nie, nie sądzę, by miało mi to pomóc – stwierdził. – Wolałbym przejść się spokojnie po pańskim ogrodzie i przemyśleć całą sprawę. Teoria o samobójstwie, którą pan ułożył, ma swoje mocne strony. Profesorze Coram, przepraszamy za najście, obiecuję, że nie pojawimy się ponownie przed lunchem. O drugiej tu wrócimy i złożymy panu relację ze wszystkiego, co się wydarzyło w tym czasie.

Holmes był niezwykle roztargniony, i przez jakiś czas w milczeniu spacerowaliśmy ogrodową ścieżką.

– Czy wpadłeś na jakiś trop? – spytałem w końcu.

– Wszystko zależy od wypalonych przeze mnie papierosów – odparł. – Możliwe, że całkowicie się mylę. Papierosy rozstrzygną sprawę.

– Drogi Holmesie – wykrzyknąłem. – Jak niby...

– Sam zobaczysz, a jeśli nie, mówi się trudno. Rzecz jasna, zawsze pozostaje nam wątek optyka, który możemy prześledzić, ale jeśli mam możliwość, by skrócić sobie pracę, chętnie z niej korzystam. A oto i zacna pani Marker! Poświęćmy pięć minut na pouczającą rozmowę z nią.

Jak już chyba wspominałem, Holmes, kiedy tylko chciał, potrafił odnosić się do kobiet w sposób niezwykle ujmujący i bardzo szybko nawiązywał z nimi przyjazne stosunki. Nie minęła połowa czasu, o którym wspomniał, a zdobył względy gospodyni i rozmawiał z nią tak, jakby się znali od lat.

– Tak, panie Holmes, jest tak, jak pan mówił. Pali jak smok przez cały dzień, a bywa, że i przez całą noc. Widziałam jego pokój rano, proszę pana, można by pomyśleć, że wypełnia go londyńska mgła. Biedny młody pan Smith także palił, ale nie tyle co profesor. Jeśli chodzi o jego zdrowie, sama nie wiem, czy palenie polepsza je czy pogarsza.

– Cóż – stwierdził Holmes – na pewno zabija apetyt.

– No nie wiem, proszę pana.

– Sądzę, że profesor prawie nic nie je?

– Mogę panu powiedzieć, że różnie z tym bywa.

– Założę się, że dziś rano nie zjadł śniadania i że nie tknie lunchu po tych wszystkich papierosach, które wypalił na moich oczach.

– I tu się pan myli. Tak się składa, że dziś zjadł zadziwiająco obfite śniadanie. Nie przypominam sobie, bym kiedyś przygotowywała mu większe. A na lunch kazał sobie zrobić kotlety. Sama jestem zdziwiona, bo od chwili kiedy wczoraj weszłam do tamtego pokoju i zobaczyłam młodego pana Smitha leżącego na podłodze, nie mogę patrzeć na jedzenie. Ale ludzie są różni, a profesor, jak widać, nie stracił apetytu.

Poranek spędziliśmy w ogrodzie. Hopkins pojechał do wioski, by zbadać informacje o nieznajomej kobiecie, którą jakieś dzieci widziały ponoć przy Chatham Road poprzedniego dnia. Mój przyjaciel sprawiał wrażenie, jakby opuścił go właściwy mu zapał. Nigdy nie widziałem, by zabierał się do sprawy w tak gnuśny sposób. Nawet przywiezione przez Hopkinsa wieści, że odnalazł dzieci, które niewątpliwie widziały kobietę z okularami na nosie, dokładnie odpowiadającą podanemu przez Holmesa opisowi, nie wzbudziły w nim większego zainteresowania. Słuchał z większą uwagą, kiedy Susan, która usługiwała nam podczas lunchu, zdradziła, że Smith poprzedniego ranka poszedł na spacer i wrócił zaledwie pół godziny przed tym, jak doszło do tragedii. Ja nie dostrzegłem w tym incydencie żadnego znaczenia, ale wyraźnie widziałem, że Holmes wplótł go w ogólny obraz, który tworzył w swym umyśle. Nagle zerwał się z krzesła i spojrzał na zegarek.

– Panowie, jest druga – stwierdził. – Czas wrócić do domu i porozmawiać z naszym przyjacielem profesorem.

Staruszek właśnie skończył jeść lunch, a jego pusty talerz wyraźnie świadczył o dopisującym mu apetycie, o którym wspominała gospodyni. Kiedy zwrócił ku nam grzywę białych włosów i lśniące oczy, wyglądał wielce osobliwie. W jego ustach żarzył się nieodłączny papieros. Pod naszą nieobecność został ubrany i posadzony w fotelu przy kominku.

– I jak, panie Holmes, rozwiązał już pan tę zagadkę? – pchnął dużą puszkę z papierosami, która stała na stole obok niego, w stronę mego towarzysza. Holmes w tej samej chwili wyciągnął po nią rękę tak gwałtownie, że puszka spadła ze stołu. Wszyscy rzuciliśmy się na kolana i przez minutę czy dwie zbieraliśmy papierosy z najzupełniej nieprawdopodobnych miejsc. Kiedy się podnieśliśmy, zauważyłem, że oczy Holmesa lśnią, a jego policzki się zaróżowiły. Były to nieomylne oznaki przełomu.

– Tak – odpowiedział. – Rozwiązałem ją.

Hopkins i ja wpatrzyliśmy się w niego ze zdumieniem, a po szczupłej twarzy starego profesora przemknął drwiący grymas.

– Doprawdy? W ogrodzie?

– Nie, tutaj.

– Ach tak? Kiedy?

– Przed chwilą.

– Raczy pan chyba żartować, panie Holmes. Jestem zmuszony przypomnieć, że sprawa jest zbyt poważna, by traktować ją w taki sposób.

– Wykułem i wypróbowałem każde ogniwo mego łańcucha, profesorze Coram, i jestem pewien, że niczego w nim nie brakuje. Nie wiem jeszcze, jakie są pańskie motywy i jaką pan odegrał rolę w tej dziwnej sprawie. Za kilka minut zapewne dowiem się tego od pana. Tymczasem odtworzę dla pana informacje o tym, co się stało, by wiadomo było, czego mi jeszcze brakuje.

Wczoraj do pańskiego gabinetu weszła kobieta. Przybyła z zamiarem zabrania pewnych dokumentów, które znajdowały się w pańskim sekretarzyku. Miała do niego klucz. Skorzystałem z okazji, by obejrzeć pański, i nie znalazłem na nim przebarwienia, które niechybnie musiało powstać po zdrapaniu lakieru. Nie był pan zatem jej wspólnikiem, kobieta przybyła, by pana obrabować, jak wynika z dowodów, bez pańskiej wiedzy.

Profesor wypuścił z ust chmurę dymu.

– To bardzo ciekawe i pouczające – stwierdził. – Czy ma pan coś do dodania? Skoro udało się panu wyśledzić tę damę, z pewnością jest pan w stanie powiedzieć również, co się z nią stało.

– Postaram się. Najpierw pochwycił ją pański sekretarz, którego dźgnęła podczas próby ucieczki. Uważam tę tragedię za nieszczęśliwy wypadek, jestem bowiem przekonany, że dama nie zamierzała zadać tak poważnych obrażeń. Morderca nie zjawia się nieuzbrojony. Przerażona tym, co zrobiła, kobieta czym prędzej uciekła z miejsca zbrodni. Na swoje nieszczęście, podczas szamotaniny straciła okulary, a że miała bardzo słaby wzrok, była bez nich zupełnie bezradna. Pobiegła korytarzem, jak jej się wydawało, tym samym, którym przyszła, oba bowiem były wyłożone kokosowymi matami, i dopiero po chwili pojęła, że zmyliła drogę i że odcięto jej możliwość odwrotu. Co miała robić? Nie mogła zawrócić ani pozostać tam, gdzie była. Musiała iść przed siebie, i to właśnie uczyniła. Weszła na schody, otworzyła drzwi i znalazła się w pańskim pokoju.

Starzec siedział z otwartymi ustami, gniewnie wpatrując się w Holmesa. Na jego wyrazistej twarzy odbiły się zaskoczenie i strach. Po chwili z wysiłkiem wzruszył ramionami i wybuchnął nieszczerym śmiechem.

– Wszystko bardzo pięknie, panie Holmes – stwierdził – ale pańska wspaniała teoria ma jedną wadę. Byłem w pokoju sam i nie opuszczałem go przez cały dzień.

– Jestem tego świadom, profesorze Coram.

– I chce pan powiedzieć, że leżąc w łóżku, mogłem nie zauważyć, że do pokoju weszła kobieta?

– Bynajmniej tak nie twierdzę. Owszem, zauważył ją pan, rozmawiał pan z nią, rozpoznał ją i pomógł jej w ucieczce.

Profesor ponownie wybuchnął piskliwym śmiechem. Podniósł się na nogi, a oczy płonęły mu jak rozżarzone węgle.

– Chyba pan oszalał! – wykrzyknął. – Mówi pan jak wariat. Ja pomogłem jej uciec? A gdzie jest teraz?

– Tam – stwierdził Holmes, wskazując wysoką biblioteczkę stojącą w rogu pokoju.

Starzec wyrzucił w górę ręce, wykrzywił twarz w przerażającym grymasie i opadł z powrotem na fotel. W tej samej chwili biblioteczka, którą wskazał mój towarzysz, odchyliła się na zawiasach i do pokoju wpadła kobieta.

– Miał pan rację! – wykrzyknęła dziwnym głosem naznaczonym cudzoziemskim akcentem. – Miał pan rację! Oto jestem.

Nieznajoma była szara od kurzu i pokryta pajęczynami, które przedtem wisiały na ścianach jej kryjówki. Miała również przybrudzoną twarz, a i bez tego nie byłaby ładna, wyglądała dokładnie tak, jak opisał ją Holmes, a w dodatku miała długi wydatny podbródek. Ze względu na swój słaby wzrok i nagłe przejście z ciemności do światła stała jak odurzona i rozglądała się, mrugając, by sprawdzić, kim jesteśmy i gdzie się znajdujemy. Jednak mimo wszystkich tych ułomności w postawie kobiety była pewna szlachetność, a galanteria widoczna w prowokującym podbródku i uniesionej głowie budziła podziw i szacunek.

Hopkins położył jej rękę na ramieniu, by ją aresztować, ona jednak gestem nakazała mu się odsunąć, łagodnie, lecz z nieznoszącą sprzeciwu godnością. Starzec leżał w fotelu z twarzą targaną skurczami i złowieszczo wpatrywał się w damę.

– Tak, proszę pana, jestem pańskim więźniem – oświadczyła kobieta. – Słyszałam wszystko ze swej kryjówki i wiem, że odkryli panowie prawdę. Do wszystkiego się przyznaję. To ja zabiłam tego młodego człowieka. Miał jednak słuszność ten z panów, który twierdził, że był to wypadek. Nie wiedziałam nawet, że przedmiot, który trzymam w dłoni, to nóż, gdyż w desperacji chwyciłam ze stołu pierwszą rzecz, jaka nawinęła mi się pod rękę, i uderzyłam go, by mnie wypuścił. Mówię prawdę.

– Proszę pani – stwierdził Holmes – jestem pewien, że to prawda, obawiam się jednak, że nie czuje się pani dobrze.

Twarz kobiety przybrała straszliwą barwę, jeszcze bardziej upiorną w połączeniu z widniejącymi na jej obliczu smugami kurzu. Nieznajoma usiadła na skraju łóżka i znów zaczęła mówić.

– Nie mam wiele czasu – stwierdziła – ale chcę, by poznali panowie całą prawdę. Jestem żoną tego człowieka. Nie jest on Anglikiem, a Rosjaninem. Nie zdradzę jednak panom jego nazwiska.

Starzec po raz pierwszy się poruszył.

– Niech ci Bóg błogosławi, Anno! – wykrzyknął. – Niech ci Bóg błogosławi!

Kobieta rzuciła mu spojrzenie pełne najgłębszej pogardy.

– Czemu tak uparcie trzymasz się swego nędznego życia, Sergiuszu? – spytała. – Zaszkodziło to wielu, a nie pomogło nikomu, nawet tobie. Nie zamierzam jednak przerywać cienkiej nitki twego żywota przed czasem, jaki Bóg ci wyznaczył. Dość już splamiłam swoją duszę od chwili, gdy przekroczyłam próg tego przeklętego domu. Muszę jednak mówić dalej, nim będzie za późno. Panowie, jak już powiedziałam, jestem żoną tego człowieka. Kiedy się pobraliśmy, on miał pięćdziesiąt lat, a ja byłam głupią dwudziestolatką. Ślub wzięliśmy w uniwersyteckim mieście w Rosji... Nie zdradzę panom jego nazwy.

– Niech ci Bóg błogosławi, Anno! – ponownie wymamrotał starzec.

– Byliśmy reformatorami, rewolucjonistami... Rozumie pan, nihilistami. On, ja i wielu innych. Później zaczął się zły czas, zginął oficer policji, wielu z nas aresztowano, żądano naszych zeznań, a mój mąż, by ratować siebie i uzyskać wysoką nagrodę, zdradził swą żonę i swych towarzyszy. Wszyscy zostaliśmy aresztowani na podstawie jego zeznań. Niektórzy z nas zostali skazani na stryczek, inni na Syberię. Ja znalazłam się wśród tych ostatnich, ale nie zostałam zesłana dożywotnio. Mój mąż wyjechał do Anglii ze swym haniebnie zdobytym majątkiem i od tego czasu mieszkał tu, starając się nie rzucać w oczy, gdyż wiedział, że gdyby Braterstwo dowiedziało się, gdzie przebywa, wymierzyłoby mu sprawiedliwość przed upływem tygodnia.

Starzec wyciągnął drżącą dłoń po papierosa.

– Oddaję się w twoje ręce, Anno – stwierdził. – Zawsze byłaś dla mnie dobra.

– Nie powiedziałam panom jeszcze o jego najbardziej niegodziwym postępku – dodała kobieta. – Wśród naszych towarzyszy z Braterstwa znajdował się mój serdeczny druh. Był szlachetny, bezinteresowny, kochający, miał wszystkie cechy, których brakowało mojemu mężowi. Nieustannie pisał do nas listy, starając się odwieść od planowanych działań. Te listy mogły go uratować, podobnie jak mój pamiętnik, w którym dzień po dniu pisałam o moich uczuciach do niego i o tym, jak różnią się nasze poglądy. Mój mąż znalazł pamiętnik i listy i zachował je dla siebie. Ukrył je i robił co mógł, by ten młody człowiek stracił życie. Nie udało mu się to, lecz Aleksy został zesłany na Syberię i do dziś pracuje tam w kopalni soli. Pomyśl o tym, ty łotrze, ty niegodziwcze! Teraz, w tej właśnie chwili, Aleksy, człowiek, którego imienia nie jesteś godzien wymówić, żyje i pracuje jak niewolnik, a jednak, choć twoje życie jest w moich rękach, puszczam cię wolno.

– Zawsze byłaś szlachetną kobietą, Anno – powiedział starzec, zaciągając się papierosem.

Dama wstała, ale opadła z powrotem na łóżko z cichym okrzykiem bólu.

– Muszę dokończyć – powiedziała. – Po odbyciu kary postawiłam sobie za cel zdobyć pamiętnik i listy, które, gdybym przekazała je rosyjskim władzom, doprowadziły do zwolnienia mego przyjaciela. Wiedziałam, że mój mąż wyjechał do Anglii. Po miesiącach poszukiwań odkryłam, gdzie przebywa. Wiedziałam, że zatrzymał pamiętnik, gdyż podczas pobytu na Syberii dostałam od niego list, w którym czynił mi wyrzuty i cytował niektóre jego ustępy. Byłam jednak pewna, że ze względu na swą mściwą naturę nigdy nie odda mi go z własnej woli. Postanowiłam zdobyć pamiętnik sama i w tym celu najęłam agenta z prywatnej firmy detektywistycznej, który zatrudnił się u mego męża jako sekretarz, był to twój drugi sekretarz, Sergiuszu, ten, który tak pospiesznie odszedł z pracy. Dowiedział się, że papiery są przechowywane w sekretarzyku i skopiował klucz. Nie chciał posunąć się dalej. Sporządził dla mnie plan domu i powiedział, że przed południem gabinet zawsze jest pusty, gdyż sekretarz pracuje w twoim pokoju. W końcu zebrałam się na odwagę i przybyłam odebrać ci dokumenty. Udało mi się, ale jakim kosztem!

Kiedy zamykałam szafkę, z której wyjęłam papiery, pochwycił mnie młody człowiek. Widziałam go już wcześniej tego ranka. Spotkałam go przy drodze i poprosiłam, by wskazał dom profesora Corama, nie wiedząc, że tam pracuje.

– Otóż to! Otóż to! – stwierdził Holmes. – Sekretarz wrócił i opowiedział swemu chlebodawcy o spotkaniu z kobietą. A w swych ostatnich słowach próbował przekazać, że to była ona, ta sama, o której wcześniej z nim rozmawiał.

– Proszę pozwolić mi mówić – powiedziała kobieta rozkazującym tonem, z twarzą ściągniętą w grymasie bólu. – Kiedy młody człowiek padł na podłogę, wybiegłam z pokoju, otworzyłam niewłaściwe drzwi i znalazłam się w pokoju mego męża. Groził, że mnie zdradzi. Wyjaśniłam mu, że jeśli to zrobi, będzie zdany na mą łaskę. Gdyby on wydał mnie prawu, ja mogłabym wydać go Braterstwu. Nie zależało mi na życiu, ale chciałam wykonać swe zadanie. Wiedział, że spełnię swą groźbę, że jego los jest powiązany z moim. Tylko i wyłącznie ten fakt skłonił go do udzielenia mi schronienia. Kazał mi wcisnąć się do tamtej mrocznej kryjówki, pozostałości z dawnych czasów, o której nikt poza nim nie wiedział. Jadał posiłki w tym pokoju, więc mógł podzielić się ze mną jedzeniem. Ustaliliśmy, że kiedy policja opuści dom, wymknę się pod osłoną nocy i więcej nie wrócę. Jednak pan w jakiś sposób przejrzał nasze plany. – Gwałtownym ruchem wyjęła zza stanika sukni niewielką paczuszkę. – Oto moje ostatnie słowa – powiedziała. – Ten plik papierów uratuje Aleksego. Powierzam go panu, ufna w pański honor i umiłowanie sprawiedliwości. Proszę go zabrać i dostarczyć do ambasady rosyjskiej. Zrobiłam wszystko, co do mnie należało, i...

– Powstrzymajcie ją! – wykrzyknął Holmes, przebiegł przez pokój i wyrwał z dłoni kobiety małą fiolkę.

– Za późno! – powiedziała, osuwając się na łóżko. – Za późno! Zażyłam truciznę, nim opuściłam kryjówkę. Kręci mi się w głowie! Odchodzę! Błagam, niech pan pamięta o papierach!

– To prosta sprawa, a jednak pod wieloma względami pouczająca – zauważył Holmes, kiedy jechaliśmy z powrotem do miasta. – Od początku opierała się na złotym pince-nez. Gdyby nie to, że umierający szczęśliwym trafem chwycił okulary, nie jestem pewien, czy kiedykolwiek udałoby nam się rozwikłać tę zagadkę. Z grubości szkieł wywnioskowałem, że ich właścicielka musi być bez tych swoich okularów prawie ślepa i bezradna. Kiedy próbował mnie pan przekonać, że przeszła po wąskim pasie trawy, nie robiąc ani jednego fałszywego kroku, stwierdziłem, jak zapewne pan pamięta, że był to niezwykły wyczyn. W moim mniemaniu był to wyczyn niemożliwy, chyba że dama dysponowała drugą parą okularów, było to jednak mało prawdopodobne, zmuszony byłem więc rozważyć hipotezę, że poszukiwana pozostała w domu. Kiedy zauważyłem, jak podobne są dwa korytarze, stało się dla mnie jasne, że kobieta mogła bardzo łatwo je pomylić, a w takim przypadku oczywiste było, że znalazła się w pokoju profesora. Pilnie wypatrywałem wszelkich dowodów na prawdziwość tej teorii i dokładnie obejrzałem pokój w poszukiwaniu możliwej kryjówki. Dywan stanowił jedną całość i był przybity do podłogi, odrzuciłem więc istnienie klapy w podłodze. Za jednym z regałów mogła jednak znajdować się wnęka, często spotyka się je w starych bibliotekach. Zauważyłem, że we wszystkich innych miejscach książki ułożone były w stosy na podłodze, brakowało ich jedynie przed jedną biblioteczką. Tam zatem mogły znajdować się drzwi. Nie zauważyłem nic, co by na to wskazywało, ale dywan był ciemnobrązowy, a ten kolor znakomicie nadaje się do prowadzenia obserwacji. Wypaliłem mnóstwo znakomitych papierosów naszego gospodarza i strząsnąłem z nich popiół przed podejrzaną biblioteczką. Była to prosta sztuczka, ale okazała się bardzo skuteczna. Później zszedłem na dół i stwierdziłem w twojej obecności, Watsonie, choć nie pojąłeś, do czego zmierzam, że profesor Coram zaczął więcej jeść. Można było się tego spodziewać, skoro dokarmiał drugą osobę. Kiedy wróciliśmy do pokoju, przewracając puszkę z papierosami, zapewniłem sobie znakomity widok na podłogę i dzięki odciśniętym w papierosowym popiele śladom przekonałem się, że podczas naszej nieobecności kobieta opuściła kryjówkę. Cóż, Hopkins, dotarliśmy na Charing Cross; gratuluję panu pomyślnego zakończenia śledztwa. Domyślam się, że jedzie pan na komendę główną. A my, Watsonie, udamy się do ambasady rosyjskiej.

Rozdział jedenasty

 

Zaginiony skrzydłowy

 
 

Byliśmy przyzwyczajeni do tego, że na Baker Street przychodzą telegramy o dziwnej treści, ale szczególnie dobrze pamiętam jeden z nich, który dotarł do nas w ponury lutowy poranek, jakieś siedem czy osiem lat temu, i na cały kwadrans wprawił Sherlocka Holmesa w zdumienie. Był zaadresowany do mego przyjaciela i brzmiał następująco:

Proszę na mnie czekać. Straszliwe nieszczęście. Zaginął prawy skrzydłowy. Niezbędny jutro. OVERTON.

 

– Nadane przy ulicy Strand o dziesiątej trzydzieści sześć – stwierdził Holmes, po raz kolejny czytając tekst. – Wygląda na to, że pan Overton wysyłał ten telegram, będąc w stanie wielkiego wzburzenia, i w efekcie napisał go nieco niespójnie. Zdaje się, że zanim przejrzę „Timesa”, dotrze tu nadawca, i wtedy dowiemy się wszystkiego o całej sprawie. W czasach zastoju nawet najbłahsza zagadka byłaby mile widziana.

Istotnie, ostatnio nie byliśmy zasypywani zleceniami, a bałem się takich okresów bezczynności, gdyż wiedziałem z doświadczenia, że mózg mojego przyjaciela jest nieprzeciętnie aktywny i że niebezpiecznie jest pozostawiać go bez materiału, nad którym mógłby pracować. Przez lata stopniowo wyprowadzałem mego przyjaciela z narkotykowego nałogu, który niegdyś omal nie przekreślił jego niezwykłej kariery. Teraz wiedziałem, że w normalnych okolicznościach nie pragnął już tego sztucznego bodźca, byłem jednak świadom, że nie wypędziłem demona, a jedynie go uśpiłem. Widziałem, że śpi lekkim snem i jest bliski przebudzenia, kiedy w okresach bezczynności patrzyłem na wymizerowaną ascetyczną twarz Holmesa i w jego ponure nieprzeniknione, głęboko osadzone oczy. Błogosławiłem więc pana Overtona, kimkolwiek on był, gdyż enigmatyczna wiadomość, jaką od niego otrzymaliśmy, przerwała niebezpieczny spokój, który mógł zagrozić memu przyjacielowi bardziej, niż wszystkie przeżycia z jego burzliwej kariery.

Zgodnie z naszymi przewidywaniami wkrótce po telegramie przybył jego nadawca. Najpierw przyniesiono wizytówkę pana Cyrila Overtona z Kolegium Świętej Trójcy w Cambridge, a po chwili do pokoju wszedł ogromny młody człowiek: ważył z szesnaście kamieni7, cały składał się z potężnych kości i mięśni, sięgał szerokimi ramionami od jednego do drugiego krańca framugi i zwracał to na jednego, to na drugiego z nas swoją przystojną twarz, zmizerniałą z niepokoju.

– Pan Sherlock Holmes?

Mój towarzysz się ukłonił.

– Byłem w Scotland Yardzie, panie Holmes. Widziałem się z inspektorem Stanleyem Hopkinsem. Poradził mi, bym zwrócił się do pana. Powiedział, że sprawa wydaje mu się bardziej odpowiednia dla pana niż dla policji.

– Proszę usiąść i opowiedzieć, co się stało.

– To okropne, panie Holmes, po prostu okropne! Dziwię się, że jeszcze nie osiwiałem. Godfrey Staunton, rozumiem, że pan o nim słyszał, to trybik, który wprawia w ruch całą drużynę. Wolałbym poświęcić dwóch innych zawodników, byle mieć go na prawym skrzydle. Czy podaje, blokuje czy drybluje, nikt nie jest w stanie go dogonić. Poza tym gra z głową i utrzymuje spójność drużyny. Co mam zrobić? O to właśnie chciałem pana spytać. Mam pierwszego rezerwowego, Moorhouse’a, ale jest niedoszkolony i zawsze wybija piłkę na prawy aut zamiast w pole. To prawda, że dobrze wykonuje rzuty wolne, ale nie umie ocenić sytuacji i ani trochę nie potrafi biegać. Tacy sprinterzy jak Morton czy Johnson z Oxfordu mogliby go zdublować. Stevenson jest dosyć szybki, ale nie trafiłby do bramki z dwudziestu pięciu metrów. Skrzydłowy, który nie potrafi strzelać goli ani uderzać z pierwszej piłki, nie jest wart miejsca w drużynie, choćby był rączy jak jeleń. Panie Holmes, będziemy zgubieni, jeśli nie pomoże mi pan odnaleźć Godfreya Stauntona.

Mój przyjaciel z pełnym rozbawienia zdziwieniem wysłuchał tej wygłoszonej z niezwykłą werwą i żarliwością długiej przemowy, której każdy punkt podkreślany był uderzeniem potężnej pięści o kolano mówiącego. Kiedy nasz gość zamilkł, Holmes wziął do ręki tom leksykonu zawierający hasła na literę S. Tym razem zagłębił się w tę kopalnię informacji na próżno.

– Jest tu Arthur H. Staunton, obiecujący młody fałszerz – stwierdził – i Henry Staunton, któremu pomogłem trafić na stryczek, ale o Godfreyu Stauntonie słyszę po raz pierwszy.

Tym razem nasz gość wyglądał na zdumionego.

– Ależ, panie Holmes, sądziłem, że jest pan człowiekiem obdarzonym wszechstronną wiedzą! – powiedział. – Skoro nie zna pan Godfreya Stauntona, podejrzewam, że nazwisko Cyril Overton także nic panu nie mówi?

Holmes z uśmiechem potrząsnął głową.

– Boże drogi! – wykrzyknął sportowiec. – Przecież byłem w pierwszej rezerwie na meczu Anglia – Walia, a przez cały ten rok pełniłem funkcję kapitana drużyny uniwersyteckiej. Ale to nic! Nie sądziłem, że istnieje w Anglii człowiek, któremu obce jest nazwisko Godfreya Stauntona, znakomitego skrzydłowego, który grał w drużynach Cambridge i Blackheath oraz w pięciu meczach reprezentacji narodowej. Dobry Boże, panie Holmes, w jakim świecie pan żyje?

Mój przyjaciel roześmiał się, widząc naiwne zdumienie młodego olbrzyma.

– W innym niż pan, panie Overton. Pański jest znacznie piękniejszy i zdrowszy. Moje śledztwa obejmowały wiele warstw społecznych, ale z przyjemnością przyznaję, że nigdy dotąd nie dotyczyły sportu amatorskiego, który jest najlepszą i najszlachetniejszą rzeczą w Anglii. Pańska dzisiejsza nieoczekiwana wizyta świadczy jednak o tym, że nawet w świecie uczciwej gry i świeżego powietrza może znaleźć się dla mnie coś do roboty. Dlatego, drogi panie, proszę, by usiadł pan i opowiedział mi spokojnie i powoli, co się stało i jakiej pomocy pan ode mnie oczekuje.

Młody Overton bardzo się zmartwił, jego mina wskazywała, że był to człowiek nawykły do wytężania mięśni, nie umysłu, ale stopniowo, wiele razy się powtarzając i gubiąc, opowiedział nam swą dziwną historię.

– To jest tak, panie Holmes. Jak już mówiłem, jestem kapitanem drużyny rugby na uniwersytecie Cambridge, a Godfrey Staunton to mój najlepszy zawodnik. Jutro gramy z Oxfordem. Wczoraj przyjechaliśmy i zameldowaliśmy się w prywatnym hotelu u Bentleya. O dziesiątej wieczorem przeszedłem się po pokojach, by dopilnować, żeby wszyscy zawodnicy się położyli, bo uważam, że nie ma to jak ostre treningi i duża ilość snu, żeby utrzymać drużynę w dobrej formie. Zamieniłem kilka słów z Godfreyem, zanim poszedł spać. Wydawał mi się blady i niespokojny. Spytałem go, o co chodzi, ale odpowiedział, że wszystko jest w porządku, tylko trochę boli go głowa. Życzyłem mu dobrej nocy i wyszedłem. Portier powiedział mi, że pół godziny później jakiś brodaty obdartus przyszedł do Godfreya z liścikiem. Chłopak jeszcze nie spał, zaniesiono mu list do pokoju, a kiedy go przeczytał, padł na fotel, jakby go kto ogłuszył. Portier tak się wystraszył, że chciał pobiec po mnie, ale Godfrey go zatrzymał, napił się wody i wziął się w garść. Później zszedł na dół, zamienił kilka słów z człowiekiem, który czekał w holu, i razem wyszli. Portier widział ich ostatni raz, kiedy oddalali się ulicą w stronę Strandu, prawie biegnąc. Dziś rano okazało się, że pokój Godfreya jest pusty, okazało się, że w ogóle nie spał w swoim łóżku, a jego rzeczy wciąż leżą dokładnie tak, jak widziałem je poprzedniego wieczora. Od chwili gdy poszedł za nieznajomym, nie dał znaku życia. Nie wierzę, że wróci. Był sportowcem z krwi i kości. Nie porzuciłby treningów i nie zawiódł kapitana, gdyby nie przeszkodziło mu coś, z czym nie zdołał sobie poradzić. Nie. Czuję, że zniknął na zawsze i że więcej go nie ujrzymy.

Sherlock Holmes z wytężoną uwagą wysłuchał tej osobliwej opowieści.

– Jak pan zareagował? – zapytał.

– Wysłałem telegram do Cambridge, by sprawdzić, czy tam nie mieli o nim jakichś wieści. Otrzymałem odpowiedź. Nikt go nie widział.

– Czy mógł wrócić do Cambridge?

– Tak, gdyby złapał nocny pociąg o jedenastej piętnaście.

– Jednak wedle pana wiedzy nie pojechał nim?

– Nie, nikt go w pociągu nie widział.

– Co zrobił pan dalej?

– Wysłałem telegram do lorda Mount-James.

– Czemu właśnie do niego?

– Godfrey jest sierotą, a lord Mount-James – jego najbliższym krewnym, zdaje się, że stryjem.

– Doprawdy? To stawia sprawę w innym świetle. Lord Mount-James jest jednym z najzamożniejszych ludzi w Anglii.

– Godfrey wspominał mi o tym.

– Czy pański przyjaciel był z nim blisko związany?

– Tak, był jego dziedzicem, a staruszek ma już prawie osiemdziesiąt lat i cierpi na podagrę, chociaż mówią, że kiedyś potrafił zgnieść w ręku kulę bilardową. Nigdy nie dał Godfreyowi nawet szylinga, bo to skąpiec, jakich mało, ale chłopak wszystko po nim odziedziczy.

– Czy lord Mount-James panu odpowiedział?

– Nie.

– Jaki powód mógł mieć pański przyjaciel, by pojechać do stryja?

– No cóż, poprzedniego wieczora coś go trapiło, a jeśli miało to coś wspólnego z pieniędzmi, możliwe, że postanowił zwrócić się do najbliższego krewnego, który miał ich całą masę, chociaż z tego, co wiem, raczej by mu nie pomógł. Godfrey nie przepadał za starym i nie pojechałby do niego, gdyby miał inne wyjście.

– Możemy szybko to sprawdzić. Jeśli pański przyjaciel zamierzał wybrać się do swego krewnego, lorda Mount-James, musi pan jakoś wyjaśnić nocną wizytę i wywołane nią poruszenie.

Cyril Overton złapał się za głowę.

– Nic już z tego nie rozumiem – przyznał.

– Cóż, tak się składa, że dysponuję wolnym czasem i z przyjemnością zajmę się pańską sprawą – stwierdził Holmes. – Stanowczo doradzam jednak, by przygotowywał się pan do rozegrania meczu bez tego młodego dżentelmena. Jak sam pan stwierdził, tylko jakaś przemożna potrzeba mogła oderwać go od obowiązków, i możliwe jest, że z tego samego powodu nie pojawi się i teraz. Chodźmy razem do hotelu, może portier będzie w stanie powiedzieć nam coś o tej sprawie.

Sherlock Holmes był mistrzem we wprawianiu nieśmiałych świadków w swobodny nastrój, i bardzo szybko po tym, jak znaleźliśmy się w opuszczonym pokoju Godfreya Stauntona, wyciągnął z portiera wszystko, co tamten mógł mu powiedzieć. Gość, który przybył poprzedniej nocy, nie był ani dżentelmenem, ani robotnikiem, portier określił go jako „kogoś pomiędzy”. Miał pięćdziesiąt lat, siwiejącą brodę i bladą twarz. Był skromnie ubrany i też wydawał się bardzo wzburzony. Portier zauważył, że trzęsły mu się ręce, gdy oddawał liścik. Godfrey Staunton po przeczytaniu kartki wepchnął ją do kieszeni. Nie podał ręki człowiekowi czekającemu w holu, jedynie zamienił z nim kilka zdań, z których portier usłyszał tylko jedno słowo: „czas”. Później oddalili się w opisany już wcześniej sposób. Zegar w holu wskazywał tuż po wpół do jedenastej.

– Niech pomyślę. – Sherlock usiadł na łóżku Stauntona. – Pan pracuje na dzienną zmianę, tak?

– Tak, proszę pana, kończę pracę o jedenastej.

– Rozumiem, że nocny portier nic nie widział?

– Nie, proszę pana. Jedna grupka gości późno wróciła z teatru. Poza tym nie było nikogo.

– Czy pracował pan wczoraj przez cały dzień?

– Tak.

– Czy dostarczał pan jakieś wiadomości panu Stauntonowi?

– Tak, proszę pana, jeden telegram.

– To wielce interesujące. O której to było?

– Około szóstej.

– Gdzie był pan Staunton, kiedy otrzymał wiadomość?

– Tutaj, w swoim pokoju.

– Czy był pan przy tym, jak ją odczytywał?

– Tak. Czekałem, by sprawdzić, czy będzie chciał nadać odpowiedź.

– Nadał ją?

– Tak, proszę pana, napisał odpowiedź.

– Czy pan ją zabrał?

– Nie, zaniósł ją sam.

– Ale napisał ją w pańskiej obecności.

– Tak, proszę pana. Stałem przy drzwiach, a on pisał na tym biurku, odwrócony do mnie plecami. Kiedy skończył, powiedział do mnie: „W porządku, sam to zaniosę”.

– Czym pisał?

– Piórem, proszę pana.

– Czy korzystał z jednego z formularzy leżących na stole?

– Tak, proszę pana, z tego na samej górze.

Holmes wstał, wziął do rąk formularze, zaniósł je do okna i uważnie obejrzał pierwszy z nich, położony najwyżej.

– Szkoda, że nie pisał ołówkiem – powiedział, rzucając kartki z powrotem na biurko i wzruszając ramionami. Był rozczarowany. – Jak zapewne nieraz widziałeś, Watsonie, zwykle zostaje wtedy odciśnięty ślad. Ten fakt położył kres niejednemu szczęśliwemu małżeństwu. Tu odcisków nie widać, jednak zauważyłem, że zaginiony pisał gęsim piórem o szerokim czubku, i na bibule na pewno znajdziemy jakieś ślady. Proszę bardzo, oto i ona!

Oderwał pasek bibuły i pokazał nam następujące symbole.

 

Cyril Overton nie posiadał się z podniecenia.

– Niech pan to obejrzy przez szkło powiększające! – wykrzyknął.

– To nie będzie konieczne – wyjaśnił Holmes. – Bibuła jest cienka, a jeśli odwrócimy ją na drugą stronę, da się odczytać wiadomość. Proszę spojrzeć. – Odwrócił bibułę, z której odczytaliśmy.

 

– Tak wygląda końcówka telegramu, który Godfrey Staunton wysłał na kilka godzin przed zniknięciem. Nie znamy co najmniej sześciu pierwszych słów, ale to zdanie, „Na litość Boską, niech nam Pan pomoże!”, dowodzi, że młodzieniec lękał się jakiegoś niebezpieczeństwa, które przeczuwał, a przed którym ktoś inny mógł go uchronić. Proszę zwrócić uwagę na słowo „nam”, wskazuje ono, że w sprawę zaangażowana jest jeszcze jedna osoba. Kto mógłby nią być, jeśli nie blady brodaty człowiek, który sam wydawał się tak poruszony? Co zatem łączy Godfreya Stauntona z brodaczem? I od kogo każdy z nich starał się uzyskać pomoc w obliczu niebezpieczeństwa? Nasze śledztwo zawęziło się do tych pytań.

– Wystarczy dowiedzieć się, do kogo był adresowany telegram – stwierdziłem.

– Otóż to, drogi Watsonie. Ten pomysł, przyznaję, znakomity, przyszedł mi do głowy już wcześniej. Pragnę jednak zwrócić twą uwagę na fakt, że jeśli zjawisz się w urzędzie telegraficznym z fragmentem wiadomości nadanej przez inną osobę, jego pracownicy mogą nie być zbyt skorzy do pomocy. W tych sprawach panuje straszliwa biurokracja. Jednak odrobina delikatności i finezji czynią cuda. Panie Overton, chciałbym tymczasem w pańskiej obecności przejrzeć papiery, które pozostały na biurku.

Leżało tam mnóstwo listów, rachunków i zeszytów, które Holmes po kolei kartkował swymi zręcznymi nerwowymi palcami i przeglądał niespokojnymi przenikliwymi oczami.

– Niczego tu nie ma – stwierdził w końcu. – Proszę pana, tak przy okazji, pański przyjaciel cieszył się dobrym zdrowiem?

– Był zdrów jak ryba.

– Czy pamięta pan, by kiedykolwiek chorował?

– Nigdy. Zdarzyło mu się pokasływać, zwichnął raz rzepkę, ale nic poza tym.

– Być może był w gorszej kondycji, niż pan sądzi. Może ukrywał jakieś problemy? Za pańskim pozwoleniem, chciałbym zatrzymać kilka papierów, gdyż mogą się przydać podczas śledztwa.

– Chwileczkę! Chwileczkę! – Usłyszeliśmy gderliwy głos, a gdy spojrzeliśmy w kierunku, z którego dochodził, zobaczyliśmy, że w drzwiach stoi trzęsący się mały człowieczek ubrany w znoszony czarny strój; na głowie miał cylinder o bardzo szerokim rondzie, a na szyi luźną białą muszkę. Wyglądał jak duchowny, przybyły z zapadłej wsi, lub karawaniarz, ale mimo jego niechlujnej, a nawet absurdalnej aparycji, ostry ton jego głosu i zdecydowana postawa domagały się uwagi.

– Kim pan jest i jakim prawem dotknął pan papierów tego dżentelmena?

– Jestem prywatnym detektywem i usiłuję wyjaśnić sprawę jego zniknięcia.

– Ach tak? A kto to panu polecił?

– Ten dżentelmen, przyjaciel pana Stauntona, którego skierował do mnie Scotland Yard.

– A kim pan jest?

– Nazywam się Cyril Overton.

– A więc to pan wysłał do mnie telegram. Jestem lord Mount-James. Przyjechałem tak szybko, jak się dało, autobusem z Bayswater. Czyli wynajął pan detektywa?

– Tak.

– A czy jest pan gotów ponieść koszty jego pracy?

– Proszę pana, nie mam wątpliwości, że zrobi to mój przyjaciel Godfrey, kiedy uda nam się go znaleźć.

– A co, jeśli wam się nie uda? Proszę odpowiedzieć!

– To jego rodzina zapewne...

– Nic z tych rzeczy, proszę pana! – wrzasnął człowieczek. – Nie dam ani pensa! Ani pensa! Rozumie pan, panie detektywie? Jestem jedynym żyjącym członkiem rodziny tego młodzieńca i nie poczuwam się do odpowiedzialności. Jeśli będzie mógł coś po mnie odziedziczyć, to tylko dlatego, że nigdy nie trwoniłem pieniędzy i nie zamierzam robić tego teraz. Jeśli chodzi o papiery, z którymi, jak widzę, robi pan, co mu się żywnie podoba, zapowiadam, że jeśli któryś z nich ma jakąś wartość, zostanie pan rozliczony z tego, co pan z nimi zrobi.

– Znakomicie – stwierdził Sherlock Holmes. – A póki co, jeśli mogę spytać, czy ma pan jakąś teorię, która by wyjaśniła zniknięcie młodzieńca?

– Nie, proszę pana, nie mam. Chłopak jest na tyle duży, by mógł sam o siebie zadbać, a jeśli był tak głupi, by się zgubić, nie zamierzam brać udziału w jego poszukiwaniach.

– Rozumiem pański punkt widzenia – stwierdził Holmes z figlarnym błyskiem w oku. – Nie jestem jednak pewien, czy pan rozumie mój. Wszystko wskazuje na to, że Godfrey Staunton jest biedny. Jeśli został porwany, to na pewno nie ze względu na jego własny majątek. Lordzie Mount-Jamesie, wieść o pańskich bogactwach przekroczyła granice tego kraju, i jest całkiem możliwe, że gang złodziei ujął pańskiego bratanka, by wydobyć od niego informacje o pańskim domu, nawykach i zawartości pańskiego skarbca.

Twarz naszego niemiłego gościa stała się nagle równie biała jak jego muszka.

– Wielkie nieba, proszę pana, co za pomysł! Nigdy nie przyszłaby mi do głowy podobna niegodziwość! Jakież nieludzkie łotry żyją na tym świecie! Ale Godfrey to dobry chłopak, ma mocny charakter. Nikt nie zmusiłby go, żeby wydał swego starego stryja. Dziś wieczorem każę przenieść srebra do banku. A póki co, panie detektywie, niech pan nie szczędzi wysiłków! Niech poruszy niebo i ziemię, by dzieciak bezpiecznie wrócił. Jeśli chodzi o pieniądze, cóż, mogę zaoferować panu pięć, a nawet dziesięć funtów.

Nawet po tym, jak ten arystokratyczny skąpiec stał się bardziej skłonny do współpracy, nie był w stanie podać nam żadnych informacji, gdyż niewiele wiedział o prywatnym życiu bratanka. Jedyną poszlakę stanowił fragment telegramu; mając go na uwadze, Holmes wyruszył na poszukiwanie kolejnego ogniwa łańcucha. Pozbyliśmy się lorda Mount-Jamesa, a Overton poszedł spotkać się z kolegami z drużyny i poinformować ich o nieszczęściu, jakie na nią spadło.

Nieopodal hotelu mieścił się urząd telegraficzny. Zatrzymaliśmy się przed nim.

– Warto spróbować, Watsonie – stwierdził Holmes. – Rzecz jasna, gdybyśmy mieli nakaz, moglibyśmy zażądać udostępnienia blankietów, ale sprawa nie jest jeszcze na tym etapie. Nie sądzę, żeby w tak ruchliwym miejscu mogli zapamiętać wiele twarzy. Spróbujmy.

– Przepraszam, że przeszkadzam – powiedział swym najbardziej uprzejmym tonem do młodej kobiety siedzącej w okienku – ale mam problem z telegramem, który wysłałem wczoraj. Nie dostałem odpowiedzi i obawiam się, że zapomniałem podpisać się na końcu. Czy mogłaby pani to sprawdzić?

Urzędniczka przysunęła plik papierów.

– O której został nadany?

– Tuż po szóstej.

– Do kogo był adresowany?

Holmes przyłożył palec do ust i zerknął w moją stronę.

– Ostatnie słowa brzmiały: „Niech nam pan pomoże” – szepnął tonem, który wskazywał, że to poufna informacja. – Bardzo się niepokoję, gdyż nie otrzymałem jeszcze odpowiedzi.

Kobieta wyjęła jeden z formularzy.

– Oto on. Nie ma podpisu – stwierdziła, kładąc papier na ladzie.

– To wszystko wyjaśnia, a ja czekam na odpowiedź! – stwierdził Holmes. – Ależ ze mnie głupiec! Życzę pani dobrego dnia i serdecznie dziękuję, że pozwoliła mi pani odzyskać spokój. – Kiedy znaleźliśmy się z powrotem na ulicy, zachichotał i zatarł ręce.

– I co?

– Robimy postępy, drogi Watsonie, robimy postępy! Obmyśliłem siedem różnych sposobów, by przyjrzeć się telegramowi, ale nie spodziewałem się, że już pierwszy z nich okaże się skuteczny.

– I co zyskałeś?

– Punkt wyjścia dla śledztwa – wyjaśnił, zatrzymując dorożkę. – Na dworzec King’s Cross – powiedział do woźnicy.

– A więc ruszamy w podróż?

– Tak, sądzę, że powinniśmy się udać do Cambridge. Wszystkie ślady, jakimi dysponuję, wskazują na to miejsce.

– Powiedz mi – spytałem, kiedy koła naszego pojazdu turkotały na Gray’s Inn Road – czy masz już jakieś podejrzenia co do przyczyny zaginięcia chłopaka? Nie przypominam sobie, by w którejkolwiek z prowadzonych przez nas spraw motywy były równie niejasne. Nie myślisz chyba serio, że biedaka porwano, by wyciągnąć z niego informacje o zamożnym stryju?

– Przyznaję, drogi Watsonie, że takie wyjaśnienie nie wydaje mi się szczególnie prawdopodobne. Uznałem jednak, że właśnie ono może najbardziej zainteresować tego wyjątkowo niesympatycznego starszego pana.

– I niewątpliwie tak się stało. Ale czy masz jakieś inne teorie?

– Mógłbym przedstawić kilka. Musisz przyznać, że ciekawy i znaczący jest fakt, że do incydentu doszło w przeddzień ważnego meczu i że zaangażowany jest w niego jedyny człowiek, którego gra może zapewnić drużynie zwycięstwo. Rzecz jasna, może to być zbieg okoliczności, jest jednak interesujący. Bukmacherzy nie przyjmują zakładów o wyniki rozgrywek amatorskich, ale kibice często zakładają się między sobą, i być może ktoś uznał, że warto unieszkodliwić zawodnika, tak jak łajdakom grającym na wyścigach zdarza się ranić konie. To jedno wyjaśnienie. Drugie, nader oczywiste, jest takie, że ten młody człowiek, choć w tej chwili ubogi, jest dziedzicem wielkiej fortuny, i niewykluczone, że doszło do spisku mającego na celu porwanie dla okupu.

– Żadna z tych teorii nie uwzględnia telegramu.

– Zgadza się, Watsonie. Pozostaje on jedynym pewnym dowodem, na jakim możemy się oprzeć, nie możemy więc stracić go z oczu. Jedziemy w tej chwili do Cambridge właśnie po to, by zorientować się, w jakim celu nadano ten telegram. Obecnie nie wiem jeszcze, jak się potoczy śledztwo, ale bardzo bym się zdziwił, gdybyśmy przed wieczorem nie zdołali go zakończyć, a przynajmniej znacząco posunąć naprzód.

Było już ciemno, kiedy dotarliśmy do starego uniwersyteckiego miasta. Holmes zatrzymał dorożkę przy dworcu i kazał się zawieźć do domu doktora Lesliego Armstronga. Kilka minut później zatrzymaliśmy się przed okazałym gmachem stojącym przy głównej ulicy miasteczka. Wpuszczono nas do środka i po długim oczekiwaniu wprowadzono do gabinetu, gdzie za biurkiem siedział doktor Armstrong.

To, że nie znałem wówczas jego nazwiska, świadczy niezbicie, w jak wielkim stopniu straciłem kontakt z mym wyuczonym zawodem. Obecnie wiem już, że jest nie tylko dziekanem wydziału medycyny na uniwersytecie w Cambridge, ale także słynnym na całą Europę myślicielem, zajmującym się również innymi dziedzinami nauki. Jednak nawet nie wiedząc o sławie, jaką się cieszył, nie sposób było oprzeć się wrażeniu, jakie robił ten mężczyzna o masywnej kwadratowej twarzy, ponurych oczach spoglądających spod krzaczastych brwi i twardej, jakby wyrzeźbionej w granicie, szczęce. Był to człowiek o silnym charakterze i czujnym umyśle, ponury, ascetyczny, niezależny, onieśmielający – tyle udało mi się wyczytać ze srogiej twarzy doktora Lesliego Armstronga. Wziął do ręki wizytówkę Holmesa i spojrzał na nas z niezbyt zadowoloną miną na srogiej twarzy.

– Słyszałem o panu, panie Holmes, wiem, czym się pan zajmuje, i nie pochwalam tego.

– Panie doktorze, w tej sprawie zgodziłby się z panem każdy złoczyńca w tym kraju – cicho odpowiedział mój przyjaciel.

– Dopóki pańskie działania mają na celu zwalczanie przestępczości, zasługują na poparcie każdego rozsądnego obywatela, choć sądzę, że oficjalne środki służące do osiągnięcia tego celu są nie mniej skuteczne. Pańskie dochodzenie podlega krytyce, bo wtrąca się pan w cudze sprawy, odgrzebuje rodzinne sekrety, które nie powinny ujrzeć światła dziennego, i marnuje czas bardzo zajętych ludzi. Ja na przykład powinienem w tej chwili pisać traktat zamiast z panem rozmawiać.

– Nie wątpię w to, doktorze, nasza rozmowa może jednak okazać się ważniejsza niż pański traktat. Proszę pana, robimy coś wręcz przeciwnego niż to, o co nas pan oskarża, i że czynimy, co w naszej mocy, by uniknąć upublicznienia pewnych prywatnych spraw, nieuniknionego, jeśli sprawą zajmuje się policja. Może pan myśleć o mnie jako o partyzancie, który kroczy przed regularnymi siłami zbrojnymi. Jestem tu, by spytać o pana Godfreya Stauntona.

– Słucham!

– Zna go pan?

– Jest moim serdecznym przyjacielem.

– Czy wie pan, że zaginął?

– Doprawdy? – Wymizerowana twarz lekarza nie drgnęła.

– Wyszedł z hotelu wczoraj wieczorem, i od tamtego czasu nikt o nim nie słyszał.

– Wróci, nie wątpię.

– Jutro mecz drużyn uniwersyteckich.

– Nie lubię tych dziecinnych zabaw. Los tego młodego człowieka bardzo mnie interesuje, gdyż znam go i lubię. Mecz jest mi całkowicie obojętny.

– Odwołam się więc do pańskiej sympatii: czy wie pan, gdzie przebywa Godfrey Staunton?

– Nie, z całą pewnością.

– Czy widział się już pan z nim dzisiaj?

– Nie.

– Czy pan Staunton chorował na coś?

– Nie.

– Czy pamięta pan, by kiedykolwiek chorował?

– On nigdy nie chorował.

Holmes wyciągnął kartkę papieru i pokazał ją lekarzowi.

– W takim razie proszę wyjaśnić mi rachunek na trzynaście gwinei zapłacony w zeszłym miesiącu przez pana Godfreya Stauntona doktorowi Lesliemu Armstrongowi z Cambridge. Znalazłem go w papierach, które leżały na jego biurku.

Lekarz poczerwieniał ze złości.

– Nie widzę powodu, dla którego miałbym się panu tłumaczyć, panie Holmes.

Holmes wsunął rachunek z powrotem do notatnika.

– Jeśli woli pan tłumaczyć się publicznie, wcześniej czy później zostanie pan niechybnie do tego zmuszony – stwierdził. – Mówiłem już panu, że ja mogę zatuszować to, co inni będą chcieli rozgłosić, i że lepiej byłoby dla pana, gdyby pan mi zaufał.

– Nic nie wiem o tej sprawie.

– Czy po przyjeździe do Londynu pan Staunton kontaktował się z panem?

– Nie, z całą pewnością nie.

– Ech, znów ta poczta – westchnął ze znużeniem Holmes. – Wczoraj wieczorem, o szóstej piętnaście, Godfrey Staunton nadał do pana z Londynu bardzo pilny telegram, niewątpliwie związany z przyczyną jego zniknięcia, a pan jeszcze go nie otrzymał. To doprawdy karygodne. Nie omieszkam złożyć skargi w tej sprawie.

Doktor Armstrong wyskoczył zza biurka z twarzą siną z wściekłości.

– Proszę opuścić mój dom – powiedział – i powtórzyć swemu pryncypałowi, lordowi Mount-Jamesowi, że nie życzę sobie mieć do czynienia ani z nim, ani z jego sługusami. Nie, proszę pana, ani słowa więcej! – wściekle pociągnął za sznur od dzwonka. – Johnie, wyprowadź tych panów!

Pompatyczny lokaj stanowczo wystawił nas za drzwi i znaleźliśmy się na ulicy. Holmes wybuchnął śmiechem.

– Doktor Leslie Armstrong niewątpliwie ma mnóstwo energii i odznacza się silnym charakterem – stwierdził. – Nie widziałem dotąd człowieka, który, gdyby spożytkował swe zdolności w taki, a nie inny sposób, mógłby lepiej wypełnić lukę pozostałą po słynnym profesorze Moriartym. A teraz, biedny Watsonie, utknęliśmy sami w tym nieprzyjaznym mieście. Gdybyśmy go opuścili, przerwalibyśmy śledztwo. Naprzeciwko domu Armstronga jest mała gospoda. Ty wynajmiesz frontowy pokój i kupisz wszystko, co niezbędne dla spędzenia tu nocy, a ja w tym czasie popytam tu i ówdzie.

Rozpytywanie okazało się bardziej czasochłonne, niż się Holmes spodziewał. Kiedy wrócił do gospody, dochodziła już dziewiąta. Był blady, zniechęcony, brudny od pyłu i ledwie trzymał się na nogach z głodu i zmęczenia. Na stole czekała go kolacja na zimno. Gdy mój przyjaciel nasycił głód i zapalił fajkę, znów przybrał na poły humorystyczny i całkiem filozoficzny pogląd na świat, naturalny dla niego, kiedy sprawy nie układały się po jego myśli. Słysząc turkot kół powozu, wstał i wyjrzał przez okno. Przed drzwiami domu lekarza stała kareta zaprzężona w parę siwków.

– Nie było go przez trzy godziny – stwierdził Holmes. – Wyjechał o wpół do szóstej, a wrócił dopiero teraz, czyli raz, a niekiedy dwa razy dziennie pokonuje dziesięć lub dwanaście mil.

– To nic dziwnego w przypadku praktykującego lekarza.

– Ale Armstrong nie praktykuje. Pracuje jako wykładowca i konsultant, ale nie przyjmuje pacjentów, którzy mogliby przeszkadzać mu w pracy naukowej. Dlaczego w takim razie odbywa te długie podróże, które muszą być dla niego bardzo uciążliwe, i kogo odwiedza?

– Jego woźnica...

– Drogi Watsonie, nie wątpisz chyba, że na samym początku skierowałem się do niego? Nie wiem, czy powodowała nim wrodzona nieprawość, czy działał z polecenia swego pana, ale zachował się wielce nieuprzejmie i poszczuł mnie psem. Co prawda, ani czworonóg, ani jego pan nie chcieli zanadto zbliżyć się do mego kija, i na tym sprawa się zakończyła, jednak stosunki między nami pozostały napięte na tyle, że wykluczały dalsze pytania. Wszystkiego się dowiedziałem od pewnego przyjaznego człowieczka siedzącego na dziedzińcu naszej gospody. To on poinformował mnie o zwyczajach doktora i o jego codziennych podróżach. W tej samej chwili, jakby na potwierdzenie jego słów, pod drzwi podjechał powóz.

– Czy nie mogłeś pojechać za nim?

– Znakomicie, Watsonie! Dziś doprawdy błyszczysz inteligencją. Owszem, wpadłem na ten pomysł. Zauważyłeś, że obok gospody znajduje się sklep z rowerami? Wypożyczyłem tam bicykl i zdołałem wyruszyć, nim straciłem karetę z oczu. Szybko ją dogoniłem i, utrzymując dyskretną odległość około stu jardów, jechałem za jej światłami. Opuściliśmy miasto i zdążyliśmy ujechać spory kawałek po wiejskiej drodze, kiedy wydarzył się dość przykry incydent. Powóz się zatrzymał, doktor wysiadł, szybko podszedł do miejsca, w którym przystanąłem, i powiedział mi z najwyższą ironią, że choć droga jest wąska, on ma nadzieję, iż jego powóz nie utrudnia przejazdu memu rowerowi. Nie sposób było ująć tych słów bardziej wdzięcznie. Natychmiast ruszyłem przodem i, trzymając się głównej drogi, przejechałem kilka mil, po czym zatrzymałem się w dogodnym miejscu, by sprawdzić, czy pojazd będzie tamtędy przejeżdżał. Nie dostrzegłem go jednak, stało się więc oczywiste, że skręcił w jedną z bocznych dróg, które zauważyłem podczas jazdy. Pojechałem z powrotem, ale i po drodze nie napotkałem karety, która, jak widziałeś, wróciła później ode mnie. Rzecz jasna, na początku nie miałem szczególnego powodu, by łączyć te podróże ze zniknięciem Godfreya Stauntona, i chciałem czegoś się o nich dowiedzieć tylko dlatego, że w tej chwili interesuje nas wszystko, co dotyczy doktora Armstronga. Jednak skoro uważnie wypatruje wszystkich, którzy mogliby śledzić go podczas tych wypadów, sprawa zaczyna wydawać się bardziej istotna, i nie spocznę, dopóki jej nie wyjaśnię.

– Możemy pojechać za nim jutro.

– Czyżby? To nie takie proste, jak ci się wydaje. Nie znasz terenu hrabstwa Cambridgeshire, prawda? Tam nie ma, gdzie się ukryć. Cały obszar, przez który przejeżdżałem dziś wieczorem, był płaski i nagi jak wnętrze dłoni, a człowiek, którego śledzimy, nie jest głupcem, czego dał dziś wyraźny dowód. Wysłałem telegram do Overtona, by przesyłał nam wszelkie wieści z Londynu na ten adres, a my skupimy na razie uwagę na doktorze Armstrongu, którego nazwisko urocza dama z urzędu telegraficznego pozwoliła mi odczytać na formularzu z tekstem pilnego telegramu Stauntona. Lekarz wie, gdzie przebywa ten młodzieniec, jestem gotów to przysiąc, a skoro tak, będzie wyłącznie naszą winą, jeśli my nie zdołamy się tego dowiedzieć. Trzeba przyznać, że na chwilę obecną to on jest górą w tej grze, a jak wiesz, Watsonie, nie mam zwyczaju kończyć rozgrywki jako pokonany.

Następnego dnia nie zbliżyliśmy się jednak do rozwiązania zagadki. Po śniadaniu dostarczono nam liścik, który Holmes podał mi z uśmiechem. Brzmiał on następująco:

Szanowny Panie!

Mogę zapewnić Pana, że marnuje on swój czas, usiłując śledzić moje ruchy. Jak zauważył Pan wczoraj wieczorem, w tylnej ściance mej karety znajduje się okienko, więc jeśli chce pan przejechać dwadzieścia mil, by wrócić tam, skąd przybył, proszę śmiało jechać za mną. Mogę również poinformować Pana, że szpiegowanie mnie w żaden sposób nie pomoże ani jemu, ani Godfreyowi Stauntonowi, a Pan najlepiej przysłuży się temu dżentelmenowi, jestem pewien, niezwłocznie wracając do Londynu i informując swego chlebodawcę, że nie zdołał go Pan odnaleźć. Czas, który spędzi Pan w Cambridge, z pewnością będzie można uznać zmarnowany.

 

Z poważaniem, LESLIE ARMSTRONG

 
 

– Doktor jest uczciwym i elokwentnym przeciwnikiem – stwierdził Holmes. – Budzi we mnie coraz większą ciekawość, i doprawdy muszę wszystkiego się o nim dowiedzieć.

– Jego powóz stoi teraz przed drzwiami – odrzekłem. – Armstrong właśnie do niego wsiadł. Zauważyłem, że przy okazji spojrzał w nasze okno. Czy mam pojechać za nim na rowerze?

– Nie, nie, drogi Watsonie! Z całym szacunkiem dla twej wrodzonej bystrości, sądzę, że nie byłbyś godnym przeciwnikiem dla zacnego doktora. Wydaje mi się, że mogę osiągnąć swój cel, prowadząc niezależne badania. Muszę chyba zostawić cię własnemu losowi, gdyż pojawienie się dwóch dociekliwych nieznajomych w tak sennej okolicy mogłoby wzbudzić zbyt wiele plotek. Nie wątpię, że znajdziesz w tym szacownym mieście dość zabytków, by mieć się czym zająć, a przed wieczorem będę mógł przedstawić ci bardziej pomyślną, mam taką nadzieję, relację z mych działań.

Sherlocka czekało jednak kolejne rozczarowanie. Wrócił w nocy, zmęczony, nic nie zdziaławszy.

– Mój Watsonie, zmarnowałem dzień. Gdy się zorientowałem, w którą stronę pojechał lekarz, odwiedziłem wszystkie wioski po tamtej stronie Cambridge, wymieniając wiadomości z oberżystami i innymi lokalnymi agencjami informacyjnymi. Zrobiłem kawał drogi. Byłem w Chesterton, Histon, Waterbeach i Oakington i niczego się nie dowiedziałem. W takich zapadłych dziurach codzienny przejazd karety zaprzężonej w parę koni z pewnością nie pozostałby niezauważony. Doktor zdobył kolejne punkty. Czy to telegram do mnie?

– Tak, otworzyłem go. Posłuchaj: „Poproście Jeremiego Dixona z Kolegium Św. Trójcy o Pompejusza”. Nic z niego nie rozumiem.

– Wszystko jasne. Przysłał go nasz przyjaciel Overton w odpowiedzi na moje pytanie. Wyślę liścik do Jeremiego Dixona i nie wątpię, że nasz los się odmieni. A przy okazji, czy wiadomo coś o meczu?

– Tak, w ostatnim wydaniu lokalnej gazety znalazła się znakomita relacja. Oksford wygrał jednym punktem i dwoma przyłożeniami. Artykuł kończy się tak:

Przegraną drużyny Cambridge można złożyć na karb nieobecności asa kadry narodowej Godfreya Stauntona, którego brak odczuwalny był w każdym momencie gry. Brak koordynacji skrzydłowych i ich słabość zarówno w ataku, jak i w obronie zniweczyły wysiłki pracowitej ekipy.

 

– Sprawdziły się przewidywania Overtona – stwierdził Holmes. – W tej sprawie zgadzam się z doktorem Armstrongiem, rugby jest mi całkowicie obojętne. Watsonie, dziś musimy położyć się wcześniej, bo jutro czeka nas pracowity dzień.

Następnego ranka byłem przerażony, gdy zobaczyłem Holmesa, który siedział przy ogniu i trzymał w ręku swą maleńką strzykawkę. To narzędzie kojarzyłem z jedyną słabością mego przyjaciela, i kiedy go zobaczyłem, obawiałem się najgorszego. Widząc moją zaniepokojoną minę, Holmes zaśmiał się i odłożył strzykawkę na stół:

– Nie, nie, mój drogi, nie ma powodu do obaw. To narzędzie jest tylko kluczem do naszej zagadki. Ta strzykawka to nasza jedyna szansa na rozwiązanie zagadki. Właśnie wróciłem z krótkiej wyprawy zwiadowczej, i, uwierz mi, wszystko układa się jak najlepiej. Watsonie, zjedz porządne śniadanie, bo podążymy dziś w tropy za Armstrongiem, a kiedy raz natrafię na jego ślad, nie zamierzam jeść ani odpoczywać, póki nie odkryję celu podróży doktora.

– W takim razie – powiedziałem – musimy zabrać śniadanie ze sobą, bo nasz znajomy wyrusza dziś wcześnie. Jego powóz już stoi pod drzwiami.

– Nieważne. Niech jedzie. Musiałby być niezwykle przemyślny, by pojechać tak, żebym nie zdołał go wyśledzić. Kiedy skończysz, zejdź na dół, przedstawię ci detektywa, wybitnego specjalistę w dziedzinie, którą zamierzamy się zajmować.

Po posiłku poszedłem za Holmesem do stajni, gdzie mój przyjaciel otworzył drzwi jednego z boksów i wyprowadził krępego białobrązowego psa o oklapniętych uszach, łączącego w sobie cechy beagle’a i foxhounda.

– Przedstawiam ci Pompejusza, chlubę miejscowych ogarów – stwierdził. – Nie jest wprawdzie szybkobiegaczem, jak widać z jego sylwetki, ale znakomicie chodzi tropem. Pompejuszu, może nie jesteś zbyt chyży, ale podejrzewam, że i tak wyprzedziłbyś dwóch londyńskich dżentelmenów w średnim wieku, więc pozwolę sobie przypiąć do twojej obroży tę oto skórzaną smycz. A teraz chodź i pokaż nam, co potrafisz. – Poprowadził psa do drzwi doktora. Czworonóg przez chwilę niuchał, a potem przenikliwie zaskomlał z podniecenia i ruszył ulicą, szarpiąc za spowalniającą go smycz. Po pół godziny byliśmy już poza miastem i szybko szliśmy wiejską drogą.

– Coś ty zrobił, Holmesie? – spytałem.

– To sztuczka stara jak świat, ale okazała się przydatna. Dziś rano poszedłem na dziedziniec domu doktora i za pomocą strzykawki spryskałem tylne koło powozu wyciągiem z anyżku. Ogar może iść za tym zapachem choćby na koniec świata, a nasz przyjaciel Armstrong musiałby przejechać przez rzekę, żeby Pompejusz zgubił trop. Co za spryciarz! To tak zmylił mnie tamtej nocy.

Pies nagle skręcił z głównej drogi na zarośniętą trawą ścieżkę. Pół mili dalej wyszła ona na drogę, a ślady skręciły w prawo, w stronę miasta, po czym poprowadziły łukiem przez południową część Cambridge i skierowały się w stronę przeciwną do tej, w którą szliśmy na początku.

– Aha, zrobił ten objazd wyłącznie dla nas – stwierdził Holmes. – Nic dziwnego, że niczego nie dowiedziałem się od wieśniaków. Doktor niewątpliwie wykorzystał w tej grze wszystkie atuty; chciałbym wiedzieć, dlaczego stosuje tak wymyślne podstępy. Zobacz, na prawo przed nami leży wioska Trumpington. Na Jowisza! Zza rogu wyjeżdża kareta. Szybko, Watsonie! Szybko, albo będzie po nas!

Pobiegł przez bramę na pole, ciągnąc za sobą opierającego się Pompejusza. Ledwie zdążyliśmy się schronić za żywopłotem, gdy pojazd przejechał obok nas. Zobaczyłem doktora Armstronga, który ze skulonymi ramionami i głową zwieszoną na piersi wyglądał jak uosobienie rozpaczy.

– Nasza wyprawa zmierza chyba ku końcowi – stwierdził mój przyjaciel. – Niedługo wszystkiego się dowiemy. Chodź, Pompejuszu! Na polu stoi chatka!

Bez wątpienia dotarliśmy do celu podróży. Pompejusz, skamlał przed bramą, gdzie widać było ślady kół karety. Do domu prowadziła ścieżka. Holmes przywiązał psa do płotu, a my pobiegliśmy naprzód. Mój przyjaciel zapukał raz i drugi do niskich drzwi, ale nikt nie odpowiedział. W domu na pewno ktoś był: do naszych uszu dobiegł cichy odgłos, jakby jęk rozpaczy, pełen niewypowiedzianego smutku. Holmes zatrzymał się, nie był pewny, co robić dalej. Drogą, którą przyszliśmy, jechał powóz zaprzężony w parę siwków, którego nie sposób było pomylić z żadnym innym.

– Na Jowisza, doktor wraca! – wykrzyknął Holmes. – To rozstrzyga sprawę. Musimy się dowiedzieć, o co chodzi, nim tu dotrze.

Otworzył drzwi, i weszliśmy do sieni. Jęki stały się coraz głośniejsze, aż przeszły w nieprzerwany, pełen rozpaczy lament. Odgłosy dochodziły z górnego piętra. Holmes szybko wbiegł po schodach, ja podążyłem za nim. Mój przyjaciel otworzył drzwi, i obaj stanęliśmy, przerażeni tym, co zobaczyliśmy. Na łóżku leżała piękna młoda kobieta. Była martwa. Jej spokojną bladą twarz o zamglonych, szeroko otwartych niebieskich oczach okalała burza splątanych jasnych włosów. U stóp łóżka, pół siedząc, pół klęcząc, szlochał młody człowiek. Był tak pogrążony w smutku, że nawet się nie obejrzał, póki Holmes nie położył mu ręki na ramieniu.

– Pan Godfrey Staunton?

– Tak, to ja, ale spóźniliście się, panowie. Ona nie żyje.

Mężczyzna był tak oszołomiony, że nie sposób było wytłumaczyć mu, że nie jesteśmy lekarzami, którzy przybyli z pomocą. Holmes usiłował powiedzieć młodzieńcowi kilka słów pociechy i wyjaśnić, jak bardzo jego nagłe zniknięcie zaniepokoiło przyjaciół, kiedy na schodach rozbrzmiały kroki, a po chwili w drzwiach pojawiła się pełna surowa badawcza twarz doktora Armstronga.

– A więc, panowie – powiedział – dopięliście swego, a w dodatku wybraliście niezmiernie delikatny moment na dokonanie tego najścia. Nie zamierzam wam grozić w miejscu, gdzie przed chwilą zagościła śmierć, ale zapewniam panów, że gdybym był młodszy, wasz postępek nie uszedłby wam płazem.

– Przepraszam, doktorze Armstrong, zdaje się, że doszło do pewnego nieporozumienia – odpowiedział mój przyjaciel z godnością. – Jeśli zechce pan zejść z nami na dół, być może zdołamy wyjaśnić pewne aspekty tej smutnej sprawy.

Minutę później siedzieliśmy wraz z posępnym lekarzem w salonie na parterze.

– Co ma mi pan do powiedzenia?

– Przede wszystkim musi pan wiedzieć, że nie pracuję dla lorda Mount-Jamesa i w tej sprawie zdecydowanie nie stoję po jego stronie. Jeśli doszło do zaginięcia, mym obowiązkiem było ustalenie tego, co się stało z poszukiwanym, ale na tym kończy się moja rola, i o ile nie popełniono przestępstwa, wolę tuszować sprawę, niż ją rozgłaszać. Jeśli, o czym jestem przekonany, nie zostało złamane prawo, może być pan całkowicie pewien mej dyskrecji i pomocy w zatajeniu faktów przed prasą.

Doktor Armstrong zrobił szybki krok do przodu i chwycił Holmesa za rękę.

– Dobry z pana człowiek – stwierdził. – Źle pana oceniłem. Dziękuję Bogu, że wyrzuty sumienia nie pozwoliły mi zostawić biednego Stauntona samego w jego smutnym położeniu, więc zawróciłem powóz i dzięki temu zawarłem z panem znajomość. Wie pan już tyle, że mogę łatwo wytłumaczyć całą sytuację. W zeszłym roku Godfrey Staunton przez pewien czas mieszkał w Londynie. Zakochał się wówczas bez pamięci w córce swej gospodyni i ożenił się z nią. Dziewczyna była dobra, mądra i piękna. Żaden mężczyzna nie musiałby się wstydzić za taką żonę. Jednak Godfrey jest dziedzicem tego opryskliwego starego szlachcica, był więc pewien, że na wieść o tym małżeństwie zostałby wydziedziczony. Znam dobrze tego chłopaka i cenię go za jego liczne zalety. Pomagałem mu, jak tylko mogłem. Robiliśmy, co w naszej mocy, żeby zachować całą sprawę w tajemnicy przed wszystkimi, gdyż kiedy zaczynają krążyć plotki, szybko docierają do każdych uszu. Dzięki tej odludnej chatce i własnej dyskrecji Godfreyowi do tej pory się udawało. Ich tajemnicy nie znał nikt poza mną i jednym zacnym sługą, który pojechał właśnie po pomoc do Trumpington. W końcu dosięgnął ich jednak straszliwy cios, dziewczyna ciężko zachorowała. Cierpiała na najbardziej zjadliwą postać gruźlicy. Biedny chłopak był bliski pomieszania zmysłów z rozpaczy, musiał jednak pojechać do Londynu na mecz, gdyż nie mógł tego uniknąć, nie udzielając wyjaśnień, które zdradziłyby jego sekret. Wysłałem mu telegram, by go pocieszyć, a on odpowiedział, błagając, bym zrobił wszystko, co w mojej mocy. To ten telegram, który w niewyjaśniony sposób udało się panu zobaczyć. Nie powiedziałem mu, jak poważne jest niebezpieczeństwo, gdyż wiedziałem, że nic tu po nim, powiadomiłem jednak ojca dziewczyny, który bardzo nierozważnie przekazał wieści Godfreyowi. W efekcie młodzieniec przyjechał tu bliski obłędu i pozostał w tym stanie, klęcząc przy łóżku ukochanej, aż do dzisiejszego ranka, kiedy śmierć położyła kres jej cierpieniom. To wszystko, panie Holmes, i mam nadzieję, że mogę liczyć na dyskrecję pańską i pańskiego przyjaciela.

Holmes uścisnął rękę lekarza.

– Chodźmy, Watsonie – powiedział, i wyszliśmy z pogrążonego w żałobie domu na blade słońce zimowego dnia.

7 kamień (stone) to anglosaska jednostka masy; jeden kamień to ok. 6,35 kg (przyp. tłum.)

Rozdział dwunasty

 

Abbey Grange

 
 

Pewnego okrutnie mroźnego poranka pod koniec zimy roku 1894 obudziło mnie szarpanie. Stał nade mną Holmes i tarmosił mnie za ramię. Świeca, którą trzymał w ręku, oświetlała jego pochyloną nade mną, pełną ożywienia twarz, z wyrazu której wyczytałem natychmiast, że coś się stało.

– Chodź, Watsonie, chodź! – wykrzyknął. – Czas rozpocząć polowanie. Ani słowa! Ubieraj się i chodź!

Dziesięć minut później siedzieliśmy już w dorożce, jadąc cichymi ulicami na dworzec Charing Cross. Wstawał blady zimowy świt, i widzieliśmy zamglone sylwetki mijających nas robotników z najwcześniejszej zmiany, zamazane i niewyraźne w opalizującym londyńskiej mgle. Milczący Holmes otulił się grubym płaszczem, a ja cieszyłem się, że mogę zrobić to samo – panował trzaskający mróz, żaden z nas natomiast nie jadł jeszcze śniadania.

Dopiero kiedy napiliśmy się na dworcu gorącej herbaty i zajęliśmy miejsca w pociągu do Kent, odtajaliśmy na tyle, by mój przyjaciel był w stanie mówić, a ja – słuchać. Holmes wyjął z kieszeni list i przeczytał go na głos:

Abbey Grange, Marsham, hrabstwo Kent, 3.30 rano

 

 
 

Drogi Panie Holmes!

Byłbym bardzo wdzięczny za pańską niezwłoczną pomoc w śledztwie, które zapowiada się nadzwyczaj ciekawie. Ta sprawa może pana zainteresować. Dopilnuję, by – poza uwolnieniem damy – wszystko pozostało tak, jak to znalazłem, ale błagam, by przybył pan, nie tracąc ani chwili, gdyż nie mogę na długo pozostawić sir Eustace’a w obecnym położeniu.

 

Z poważaniem, STANLEY HOPKINS

 
 

– Hopkins wzywał mnie dotąd siedmiokrotnie i za każdym razem z całkowicie uzasadnionych powodów – stwierdził Holmes. – Zdaje się, że każda z jego spraw trafiła do twego zbiorku. Muszę przyznać, Watsonie, że umiejętnie dobierasz tematy, co wynagradza wiele niedociągnięć, jakie dostrzegam w twych opowiadaniach. Twój zgubny zwyczaj patrzenia na wszystko jak na historię, nie zaś jak na badania naukowe, niszczy dzieło, które mogło być pouczającą, a nawet klasyczną kroniką przykładów. Ledwie napomykasz o kwestiach wymagających wielkiej finezji i delikatności, a skupiasz się na sensacyjnych szczegółach, które mogą zainteresować czytelnika, lecz z pewnością nie pogłębią jego wiedzy.

– Czemu nie spiszesz tych historii sam? – zapytałem nie bez goryczy.

– Zrobię to, drogi Watsonie, zrobię to. W tej chwili, jak wiesz, jestem dość zajęty, ale zamierzam poświęcić swe ostatnie lata na tworzenie podręcznika obejmującego całokształt sztuki detektywistycznej. Zdaje się, że nasza obecna sprawa dotyczy morderstwa.

– Sądzisz, że sir Eustace nie żyje?

– Owszem. Pismo Hopkinsa wskazuje, że był bardzo wzburzony, a nie jest on człowiekiem skłonnym do wzruszeń. Tak, sądzę, że doszło do aktów przemocy i że pozostawiono ciało, byśmy mogli je zbadać. Zwykłe samobójstwo nie skłoniłoby młodego detektywa, by po mnie posłać. Jeśli chodzi o uwolnienie damy, zapewne była ona zamknięta w swoim pokoju, kiedy doszło do tragedii. Będziemy się poruszać w wysokich sferach, Watsonie. Spójrz na szeleszczący papier, monogram „E.B.”, herb i wymyślny adres. Mam nadzieję, że nasz przyjaciel Hopkins nie zawiedzie oczekiwań i że poranek spędzimy interesująco. Morderstwo popełniono wczoraj przed północą.

– Skąd o tym wiesz?

– Sprawdziłem rozkład jazdy pociągów i obliczyłem czas. Najpierw została wezwana lokalna policja, która musiała porozumieć się ze Scotland Yardem. Później na miejsce przybył Hopkins i posłał po mnie. To niewątpliwie trwało całą noc. Ale jesteśmy już na dworcu w Chiselhurst i wkrótce będziemy mogli wyjaśnić swoje wątpliwości.

Po przejechaniu kilku mil po wąskich wiejskich drogach znaleźliśmy się przed bramą parku, którą otworzył nam stary gajowy o wymizerowanej twarzy, noszącej piętno wielkiej tragedii. Aleja prowadziła przez piękny park pomiędzy rzędami wiekowych wiązów do niskiego rozległego domu o frontonie otoczonym filarami jak w budynkach projektu Palladia. Środkowa część domu była bardzo stara, jej ściany pokrywał bluszcz, ale duże okna świadczyły o tym, że budynek unowocześniono, jedno ze skrzydeł domu wydawało się zupełnie nowe. Inspektor Stanley Hopkins o młodzieńczej sylwetce i inteligentnej przenikliwej twarzy czekał na nas w otwartych drzwiach.

– Bardzo się cieszę, że pan przyjechał, panie Holmes. I pan, doktorze Watson. Gdybym jednak miał więcej czasu do namysłu, nie robiłbym panom kłopotu, dama doszła do siebie i zdała tak jasną relację z wydarzeń, że niewiele pozostało dla nas do roboty. Pamięta pan gang złodziei z Lewisham?

– Trzech Randallów?

– Otóż to. Ojciec i dwóch synów. Nie wątpię, że to ich sprawka. Dwa tygodnie temu widzieli ich podczas rabunku w Sydenham, wówczas sporządzono rysopisy. To, że uderzyli ponownie tak szybko i tak blisko, świadczy o ich wielkiej zuchwałości, ale to byli oni, ponad wszelką wątpliwość. Tym razem nie unikną stryczka.

– A zatem sir Eustace nie żyje?

– Owszem, zginął od ciosu w głowę zadanego jego własnym pogrzebaczem.

– Woźnica powiedział mi, że zmarły nazywał się Brackenstall.

– Zgadza się. Był jednym z najbogatszych ludzi w hrabstwie Kent. Lady Brackenstall jest w salonie. Biedna kobieta, przeżyła coś potwornego! Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, wydawała się bliska śmierci. Myślę, że najlepiej byłoby, gdyby się pan z nią zobaczył i wysłuchał jej relacji z całego zdarzenia. Później możemy razem obejrzeć jadalnię.

Lady Brackenstall była osobą niezwykłą. Nieczęsto zdarzało mi się widzieć damy równie kobiece, o tak wdzięcznej sylwetce i pięknej twarzy. Miała złote włosy i niebieskie oczy, z pewnością posiadała również piękną cerę, jaka zwykle towarzyszy takiej karnacji, ale po ostatnich wydarzeniach jej twarz stała się szarą. Dama cierpiała nie tylko na duszy, ale i na ciele – nad jednym okiem widniał ohydny obrzmiały siniak koloru śliwki, który pokojówka pani domu, wysoka surowa kobieta, pieczołowicie przemywała wodą z octem. Lady Brackenstall leżała bez sił na kanapie, ale bystre, przenikliwe spojrzenie, którym obrzuciła nas, gdy weszliśmy do pokoju, i czujny wyraz pięknej twarzy dowodziły, że okropne przejścia nie pozbawiły jej przytomności umysłu ani odwagi. Była ubrana w luźny błękitno-srebrny szlafrok, a obok leżała czarna wieczorowa suknia, wyszywana cekinami.

– Wszystko już panu opowiedziałam, panie Hopkins – powiedziała ze znużeniem. – Czy nie mógłby pan tego powtórzyć za mnie? Cóż, jeśli twierdzi pan, że to konieczne, wyjaśnię tym dżentelmenom, co się stało. Byli panowie już w jadalni?

– Uznałem, że najlepiej będzie, jeśli najpierw wysłuchają pani opowieści.

– Chciałabym, żeby pan zakończył już tę sprawę. Przeraża mnie myśl o tym, że on wciąż tam leży. – Zadrżała i zatopiła twarz w dłoniach. Szlafrok zsunął się z jej ramion.

Holmes krzyknął:

– Ależ ma pani jeszcze inne obrażenia! Co to? – Na jednym z krągłych białych ramion wyraźnie widniały dwie jaskrawoczerwone plamy. Kobieta pośpiesznie podciągnęła szlafrok.

– To nic. Nie ma żadnego związku z dzisiejszymi strasznymi wydarzeniami. Jeśli pan i pański znajomy zechcecie usiąść, opowiem wam wszystko, co wiem. Jestem żoną sir Eustace’a Brackenstalla. Pobraliśmy się mniej więcej rok temu. Nie ma chyba sensu ukrywać, że nasze małżeństwo nie było szczęśliwe. Nawet gdybym ja próbowała wszystkiemu zaprzeczyć, powiedzieliby o tym panu nasi sąsiedzi. Być może wina leży częściowo po mojej stronie. Wychowałam się w bardziej swobodnej i mniej ograniczonej konwenansami atmosferze Południowej Australii, i angielskie życie, z całą swoją poprawnością i afektacją, mi nie służy. Główną przyczynę kłopotów stanowił jednak doskonale wszystkim znany fakt, że sir Eustace był pijakiem. Przebywanie z takim człowiekiem choćby przez godzinę jest przykre. Czy może pan sobie wyobrazić, co oznaczało dla wrażliwej i pełnej życia kobiety takie uwiązanie do niego w dzień i w nocy? Uznawanie takiego małżeństwa za prawnie wiążące to świętokradztwo, zbrodnia, podłość! Uważam, że nieludzkie przepisy, które obowiązują w tym kraju, sprowadzą na niego zagładę, Bóg nie pozwoli, by taka niegodziwość trwała. – Na chwilę się uniosła, próbując usiąść, rumieniec wystąpił jej na policzki, a oczy zapłonęły pod okrutnym sińcem. Silna, kojąca dłoń surowej pokojowej skłoniła jej głowę ku poduszce, i wściekły gniew przeszedł w rozpaczliwy szloch. W końcu kobieta zaczęła mówić dalej:

– Opowiem panom o wydarzeniach ostatniej nocy. Jak zapewne wiecie, w tym domu wszyscy służący śpią w nowym skrzydle. W środkowej części budynku znajdują się pokoje mieszkalne, za nią położona jest kuchnia, a powyżej – nasza sypialnia. Moja pokojówka Theresa śpi nad moim pokojem. Nie ma tu nikogo innego, a żadne dźwięki stąd nie dobiegają do bocznego skrzydła. Złodzieje musieli o tym wiedzieć, inaczej nie postąpiliby w taki sposób. Sir Eustace położył się spać około wpół do jedenastej. Służba poszła już do siebie. Na nogach była tylko Theresa, która czekała na moje wezwanie w swym pokoju na najwyższym piętrze domu. Siedziałam u siebie do jedenastej, zatopiona w lekturze. Później, zanim poszłam na górę, przeszłam się po domu, by sprawdzić, czy wszystko jest jak należy. Miałam w zwyczaju robić to samodzielnie gdyż, jak wspominałam, sir Eustace nie zawsze zachowywał się w sposób godny zaufania. Poszłam do kuchni, spiżarni, zbrojowni, pokoju bilardowego, salonu i na koniec do jadalni. Kiedy zbliżyłam się do okna, zakrytego grubymi zasłonami, nagle poczułam na twarzy powiew wiatru i zdałam sobie sprawę, że jest ono otwarte. Odsunęłam zasłonę i stanęłam twarzą w twarz z barczystym starszym mężczyzną, który właśnie wszedł do środka. Okno sięga do ziemi, i można wyjść przez nie na trawnik. Ja trzymałam w dłoni zapaloną świeczkę i w jej świetle zobaczyłam, jak za pierwszym mężczyzną właśnie wchodzi do domu dwóch kolejnych nieznajomych. Cofnęłam się, ale włamywacz w mgnieniu oka podskoczył do mnie. Chwycił najpierw za nadgarstek, a potem za gardło. Otworzyłam usta, by krzyknąć, ale on zadał mi okrutny cios pięścią w oko, który powalił mnie na ziemię. Musiałam być nieprzytomna przez kilka minut, a kiedy doszłam do siebie, okazało się, że napastnicy zdarli ze ściany sznur od dzwonka i mocno przywiązali mnie do dębowego krzesła, które stoi u szczytu stołu. Więzy były tak ciasne, że nie mogłam się poruszyć, a chustka, którą mnie zakneblowano, sprawiała, że nie mogłam wydać z siebie dźwięku. W tej właśnie chwili do jadalni wszedł mój nieszczęsny mąż. Musiał usłyszeć podejrzane hałasy i przyszedł, przygotowany na to, co zastał. Miał na sobie koszulę nocną i spodnie, a w dłoni trzymał swój ulubiony kij z tarniny. Rzucił się na rabusiów, ale jeden z nich – był to ten starszy mężczyzna – pochylił się, chwycił z paleniska pogrzebacz i zadał mojemu mężowi potężny cios. Sir Eustace z jękiem padł na ziemię i więcej się nie poruszył. Ja zemdlałam ponownie, ale i tym razem nie na długo. Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że złodzieje wyjęli z kredensu srebra i butelkę wina. Każdy z nich miał w ręku kieliszek. Jak już chyba mówiłam, jeden z nich, brodaty mężczyzna, miał już swoje lata, dwaj pozostali byli młodzi i bez zarostu. Mógł to być ojciec z dwoma synami. Rozmawiali szeptem, później podeszli do mnie, sprawdzili, czy więzy mocno trzymają, i uciekli, zamykając za sobą okno. Minął dobry kwadrans, nim zdołałam oswobodzić się z knebla. Kiedy mi się to udało, zaczęłam krzyczeć, i pokojowa przybiegła mi na pomoc. Szybko zaalarmowano pozostałych służących; posłaliśmy po miejscowych policjantów, którzy natychmiast porozumieli się z Londynem. To wszystko, co jestem w stanie wam powiedzieć, panowie, i mam nadzieję, że nie będę musiała więcej powtarzać tej bolesnej historii.

– Czy ma pan jakieś pytania, panie Holmes? – spytał Hopkins.

– Nie zamierzam dłużej nadużywać czasu i cierpliwości lady Brackenstall – stwierdził mój przyjaciel. – Nim pójdę do jadalni, chciałbym usłyszeć pani opowieść – spojrzał na pokojówkę.

– Zobaczyłam ich, jeszcze zanim weszli do domu – wyjaśniła kobieta. – Siedziałam przy oknie w sypialni i w świetle księżyca zauważyłam trzech mężczyzn przy stróżówce, o tam, ale nie zastanawiałam się wtedy nad tym. Minęła godzina, może trochę więcej, gdy usłyszałam krzyk panienki. Pobiegłam wtedy na dół i znalazłam ją, biedactwo, związaną tak jak mówiła, a jej męża na podłodze. Jego mózg i krew zbryzgały cały pokój. Więzi i suknia zachlapana krwią zabitego mogłoby doprowadzić do obłędu każdą kobietę, ale pannie Mary Fraser z Adelajdy nigdy nie brakowało odwagi, co to, to nie, i to się nie zmieniło, kiedy została lady Brackenstall z Abbey Grange. Zadaliście jej już dość pytań, panowie. Teraz panienka pójdzie do swojej sypialni, wyłącznie w towarzystwie starej Theresy, zażyć odpoczynku, którego bardzo potrzebuje.

Szczupła kobieta z matczyną troskliwością otoczyła ręką swoją panią i wyprowadziła ją z pokoju.

– Jest przy niej od urodzenia – wyjaśnił Hopkins. – Karmiła ją w niemowlęctwie i przyjechała z nią z Australii do Anglii osiemnaście miesięcy temu. Nazywa się Theresa Wright. Trudno teraz o taką pokojową. Panie Holmes, proszę za mną.

Żywe zainteresowanie sprawą zniknęło z wyrazistej twarzy Holmesa, a ja wiedziałem, że wraz z rozwikłaniem zagadki śledztwo straciło dla niego cały swój urok. Wciąż trzeba było doprowadzić do aresztowania, ale kimże byli ci pospolici łajdacy, by brudził sobie nimi ręce? Wyczytałem w oczach przyjaciela irytację podobną do tej, jaką może odczuwać należący do elity uczony lekarz specjalista, kiedy dowiaduje się, że wezwano go do chorego na odrę. Jednak dość osobliwa jadalnia w Abbey Grange mogła przykuć jego uwagę i przywrócić słabnące zainteresowanie sprawą.

Była to bardzo duża i wysoka sala o rzeźbionym dębowym suficie i dębowej boazerii na ścianach, ozdobionych także bogatą kolekcją jelenich łbów i starożytnej broni. W głębi pokoju widniały przeszklone drzwi, o których już słyszeliśmy. Trzy mniejsze okna znajdujące się po prawej stronie napełniały pomieszczenie chłodnym blaskiem zimowego słońca. Po lewej znajdował się duży głęboki kominek, nad którym ciągnęła się szeroka dębowa półka. Obok kominka stało ciężkie dębowe krzesło z podłokietnikami i poprzeczką w dolnej części. Przez otwory w stolarce przewleczony był purpurowy sznur, z obu stron przywiązany do znajdującej się poniżej poprzeczki. Przy uwolnieniu damy zsunięto więzy, ale pozostawiono węzły, które je mocowały. Na te szczegóły zwróciliśmy jednak uwagę dopiero później – na początku całkowicie pochłonął nas straszliwy widok kształtu rozciągniętego na tygrysiej skórze przed kominkiem.

Były to zwłoki wysokiego, postawnego mężczyzny, mniej więcej czterdziestoletniego. Leżał na plecach, z twarzą zwróconą ku górze, a jego wyszczerzone białe zęby przeświecały przez krótką czarną brodę. Zaciśnięte dłonie, w których spoczywał ciężki tarninowy kij, miał uniesione nad głowę, a jego przystojna ogorzała twarz o ostrych rysach wykrzywiła się w grymasie mściwej nienawiści, który nadawał jej przerażający szatański wygląd. Zmarły musiał być w łóżku, kiedy wszczęto alarm, bo miał na sobie wytworną haftowaną koszulę nocną, a pod nią – spodnie, z których wystawały bose stopy. Na jego głowie widniała przerażająca rana, a ślady okrutnej brutalności ciosu, który powalił go na ziemię, widoczne były w całym pokoju. Obok ciała leżał ciężki pogrzebacz, wybrzuszony wskutek siły uderzenia. Holmes obejrzał zarówno to narzędzie, jak i nieopisane zniszczenia dokonane za jego pomocą.

– Ten stary Randall musi być bardzo silny – zauważył.

– Tak – stwierdził Hopkins. – Wiem o nim co nieco i muszę przyznać, że chłop ma krzepę.

– Powinien go pan ująć bez trudności.

– Bez najmniejszych. Wszczęliśmy poszukiwania; przez chwilę wydawało się, że uciekł do Ameryki. Obecnie wiemy już, że jego gang znajduje się w kraju i nie ma możliwości, by nam się wymknął. Powiadomiliśmy już wszystkie porty, a przed wieczorem zostanie wyznaczona nagroda. Nie rozumiem tylko jednej rzeczy: czemu zrobili coś tak szalonego, wiedząc, że dama będzie w stanie ich opisać i że na podstawie tego opisu z pewnością ich rozpoznamy.

– Otóż to. Można by się spodziewać, że będą chcieli uciszyć lady Brackenstall.

– Mogli nie zdawać sobie sprawy, że się ocknęła – zasugerowałem.

– To dość prawdopodobne. Skoro wydawało im się, że leży bez zmysłów, nie chcieli odbierać jej życia. Hopkins, a co z tym biedakiem? Słyszałem o nim dziwne rzeczy.

– Na trzeźwo był złotym człowiekiem, ale robił się z niego diabeł wcielony, gdy się upił, a w zasadzie gdy się napił, bo rzadko zdarzało mu się spić jak bela. Coś wtedy w niego wstępowało, i był zdolny do wszystkiego. Z tego, co słyszałem, mimo jego tytułu i majątku, niewiele brakowało, a musielibyśmy się zająć nim już wcześniej. Wybuchł skandal, kiedy nasączył benzyną sierść psa – co gorsza, pupila lady Brackenstall – i go podpalił. Sprawę zatuszowano z wielką trudnością. Później znów miał kłopoty, gdyż rzucił karafką w tę pokojówkę, Theresę Wright. Ogólnie rzecz biorąc, tak między nami, ten dom będzie bez niego weselszym miejscem. A czemu się pan teraz przygląda?

Holmes klęczał na podłodze, z wielką uwagą oglądając węzły na czerwonym sznurze, którym związano lady Brackenstall. Później dokładnie przyjrzał się postrzępionemu końcowi sznura, który pękł, szarpany przez złodzieja.

– Kiedy zerwano sznur, dzwonek w kuchni musiał dzwonić bardzo głośno – zauważył.

– Nikt nie mógł tego słyszeć. Kuchnia znajduje się na tyłach domu.

– Skąd złodziej wiedział, że tak będzie? Czemu tak beztrosko pociągnął za sznur?

– Otóż to, panie Holmes, otóż to. Stawia pan to samo pytanie, które wielokrotnie sobie zadawałem. Nie ulega wątpliwości, że ten człowiek musiał znać dom i panujące w nim zwyczaje. Wiedział, że służba będzie już spać o tej dość wczesnej godzinie i że nikt nie usłyszy dzwonka w kuchni. Jeden ze służących zatem mógł być z nim w zmowie. To oczywiste. Wszyscy słudzy, a jest ich ośmioro, mają dobry charakter.

– Przy obecnym stanie naszej wiedzy należałoby podejrzewać kobietę, w którą pan domu rzucił karafką – stwierdził Holmes. – Musiałaby jednak zdradzić swą panią, której wydaje się oddana. Cóż, to prawdopodobnie błahostka, a po schwytaniu Randalla zapewne uda się bez trudu ująć jego wspólników. Gdyby nawet przyjąć, że opowieść tej damy wymagałaby potwierdzenia, dostarcza go wszystko, co tu widzimy. – Podszedł do przeszklonych drzwi i zamaszyście je otworzył. – Nie ma tu śladów, ale ziemia jest twarda jak kamień, więc trudno było się ich spodziewać. Widzę, że świece na kominku były zapalone.

– Tak. Złodzieje poruszali się w ich świetle oraz świeczki przyniesionej przez damę.

– A co zabrali?

– Niewiele. Około pół tuzina elementów zastawy z kredensu. Lady Brackenstall uważa, że sami byli tak przerażeni śmiercią sir Eustace’a, że zrezygnowali z plądrowania domu.

– To niewątpliwie prawda, a jednak, o ile dobrze pamiętam, zdążyli napić się wina.

– Aby ukoić nerwy.

– Zgadza się. Rozumiem, że nie ruszano trzech kieliszków na kredensie?

– Nie. Butelka też stoi tak, jak zostawili ją złodzieje.

– Przyjrzyjmy się jej. Hola, hola! A cóż to?

Trzy kieliszki znajdowały się blisko siebie, wszystkie były poplamione winem, a jeden zawierał męty. Nieopodal nich stała butelka, opróżniona w jednej trzeciej, a obok niej leżał długi, silnie poplamiony korek. Jego wygląd i kurz pokrywający butelkę wskazywały, że mordercy uraczyli się trunkiem z nie byle jakiego rocznika.

Holmes zmienił się na twarzy. Zniknęła z niej osowiała mina, znów zobaczyłem w jego przenikliwych, głęboko osadzonych oczach błysk zainteresowania. Mój przyjaciel podniósł korek i uważnie go obejrzał.

– Jak go wyciągnęli?

Hopkins wskazał na częściowo wysuniętą szufladę, leżały w niej obrusy i duży korkociąg.

– Czy lady Brackenstall twierdziła, że złodzieje posłużyli się tym korkociągiem?

– Nie. Nie wiem, czy pan pamięta, ale była nieprzytomna w chwili otwierania butelki.

– Otóż to. W istocie, nie skorzystali z niego. Butelkę otwarto korkociągiem kieszonkowym, zapewne ze scyzoryka, który ma nie więcej niż półtora cala długości. Jeśli przyjrzy się pan wierzchniej części korka, to zauważy, że korkociąg wkręcano trzykrotnie, nim udało się wyjąć korek, i że nie przebito tego ostatniego na wylot. Ten długi korkociąg przedziurawiłby korek i wyjął go za pierwszym pociągnięciem. Kiedy ujmie pan sprawcę, przekona się pan, czy ma przy sobie scyzoryk o wielu ostrzach.

– Znakomicie! – stwierdził Hopkins.

– Muszę jednak przyznać, że zastanawiają mnie te kieliszki. Czy lady Brackenstall widziała, jak włamywacze piją?

– Tak, wyraźnie to potwierdziła.

– W takim razie na tym należy zakończyć. Cóż więcej można dodać? A jednak musi pan przyznać, Hopkins, że te trzy kieliszki są doprawdy niezwykłe. Co? Nie widzi pan w nich niczego osobliwego? Być może ludzie o szczególnej wiedzy i uzdolnieniach, takich jak moje, mają skłonność do poszukiwania skomplikowanych wyjaśnień, choć dysponują prostymi. Rzecz jasna, jeśli idzie o kieliszki, to czysty przypadek. Cóż, Hopkins, życzę panu dobrego dnia. Nie wygląda na to, bym mógł się panu na cokolwiek przydać, i zdaje się, że już rozstrzygnął pan sprawę. Proszę powiadomić mnie o aresztowaniu Randalla i dalszym rozwoju wypadków. Wierzę, że niedługo będę mógł pogratulować panu pomyślnego zakończenia śledztwa. Chodź, Watsonie, zdaje się, że bardziej pożytecznie spędzimy czas w domu.

Podczas podróży widziałem po minie Holmesa, że był zaintrygowany czymś, co zobaczył. Od czasu do czasu z wysiłkiem zmieniał wyraz twarzy i mówił o sprawie tak, jakby była oczywista, później jednak znów ogarniały go wątpliwości, a jego zmarszczone brwi i błędny wzrok wskazywały, że ponownie powrócił myślami do wielkiej jadalni w Abbey Grange, w której o północy rozegrała się tragedia. Wreszcie, kiedy nasz pociąg ruszał z podmiejskiego dworca, wyskoczył pod wpływem nagłego impulsu na peron, pociągając mnie za sobą.

– Wybacz mi, mój drogi – powiedział, kiedy patrzyliśmy na ostatnie wagony naszego pociągu znikające za zakrętem. – Przepraszam, że naraziłem cię na niebezpieczeństwo przez coś, co mogło wyglądać na zwykły kaprys, ale na me życie, Watsonie, po prostu nie mogę zostawić tak tej sprawy. Wszystkie moje instynkty przemawiają przeciw temu. To nie tak, wszystko nie tak, przysięgam. A jednak opowieść damy była kompletna, zeznanie pokojówki wystarczająco ją potwierdziło, a szczegóły mniej więcej się zgadzały. Cóż mogę temu przeciwstawić? Nic, prócz trzech kieliszków do wina. Gdybym jednak nie brał opowieści i zeznań za pewnik, gdybym zbadał wszystko z należytą uwagą, gdybyśmy zaczynali pracę nad sprawą od samego początku i nie mieli gotowej historii, która wypaczyła mój osąd, czy nie znalazłbym bardziej konkretnego punktu oparcia? Oczywiście że tak. Watsonie, usiądźmy na tej ławce, poczekajmy na pociąg do Chiselhurst, a w tym czasie przedstawię ci dowody. Błagam, odrzuć najpierw przekonanie, że wszystko, co mówiły pokojówka lub jej pani, musi być prawdą. Urok tej damy nie może odbierać nam jasności widzenia. Nie ulega wątpliwości, że niektóre szczegóły opowieści mogą wzbudzić podejrzenia, jeśli przyjrzeć im się spokojnie. Złodzieje dokonali poważnego rabunku w Sydenham dwa tygodnie temu. W gazetach znalazły się informacje o nich i rysopisy, które naturalnie mógłby wykorzystać każdy, kto chciałby opowiedzieć o zmyślonym napadzie. Rabusie, którym powiódł się skok, zwykle cieszą się łupami w ciszy i spokoju i nie wyruszają tak szybko na kolejną niebezpieczną wyprawę. Ponadto złodzieje zwykle nie pojawiają się o tak wczesnej porze, nie biją dam, by zapobiec wszczęciu alarmu (gdyż to właśnie jest pewny sposób, by dama zaczęła krzyczeć), nie popełniają morderstwa, jeśli jest ich dość wielu, by obezwładnić jednego przeciwnika, nie zadowalają się niewielkim łupem, jeśli mają większy w zasięgu ręki, i wreszcie nie zostawiają niedopitej butelki. Co sądzisz o tych faktach, Watsonie?

– Wzięte razem brzmią całkiem efektownie, ale przecież każdy z nich sam w sobie jest całkiem możliwy. Mnie najbardziej zdziwiło to, że damę przywiązano do krzesła.

– Mnie nie, Watsonie. Oczywiste jest, że musieli albo ją zabić albo skrępować tak, by nie mogła wywołać alarmu natychmiast po ich ucieczce. Tak czy inaczej, wykazałem, że pewne elementy opowieści damy są niezbyt prawdopodobne. A do tego jeszcze kieliszki.

– Co z nimi?

– Czy potrafisz je sobie wyobrazić?

– Widzę je wyraźnie.

– Powiedziano nam, że piło z nich trzech mężczyzn. Czy wydaje ci się to prawdopodobne?

– Dlaczego nie? W każdym z nich znajdowało się wino.

– Owszem, ale męty były tylko w jednym. Musiałeś to zauważyć. Co, twoim zdaniem, to oznacza?

– Najbardziej prawdopodobne jest, że męty znalazły się w kieliszku, który był napełniany jako ostatni.

– Bynajmniej. Butelka była ich pełna i niemożliwe jest, by w ogóle nie dostały się do pierwszych dwóch kieliszków, za to było ich pełno w trzecim. Istnieją dwa, i tylko dwa możliwe wyjaśnienia takiego stanu rzeczy. To, które stwierdza, że po nalaniu drugiego kieliszka butelką gwałtownie potrząśnięto i dlatego w trzecim kieliszku znalazł się osad, nie wydaje się prawdopodobne. Nie, jestem pewien, że mam rację.

– Jakie wyjaśnienie proponujesz?

– Takie, że pito jedynie z dwóch kieliszków, a osad z obu zlano do trzeciego, by stworzyć fałszywe wrażenie, że były tam trzy osoby. W ten sposób wszystkie męty znalazłyby się w ostatnim kieliszku, prawda? Tak, jestem przekonany, że tak właśnie było. Jeśli moje wyjaśnienie jest prawdziwe, sprawa z banalnej natychmiast staje się niezwykle interesująca, oznacza to bowiem, że lady Brackenstall i jej pokojówka celowo nas okłamały, że nie należy wierzyć ani jednemu ich słowu i wreszcie mają bardzo istotny powód, by chronić prawdziwego sprawcę, musimy więc badać sprawę sami, nie licząc na żadną pomoc z ich strony. Oto misja, którą mamy do spełnienia, Watsonie, a oto i pociąg do Chiselhurst.

Wszyscy obecni w Abbey Grange byli bardzo zaskoczeni naszym powrotem. Kiedy Sherlock Holmes się dowiedział, że Stanley Hopkins pojechał na komendę główną złożyć raport, objął we władanie jadalnię, zamknął drzwi od środka i na dwie godziny poświęcił się drobiazgowym i nużącym oględzinom, na jakich opierał wspaniałe wytwory swej dedukcji. Czułem się jak student, który siedzi w kącie i z zainteresowaniem ogląda eksperyment pokazywany przez profesora, śledząc każdy krok tego niezwykłego badania. Okno, zasłony, dywan, krzesło, sznur – każdy z tych przedmiotów został dokładnie obejrzany, a stan i położenie każdego z nich przeanalizowane. Ciało nieszczęsnego baroneta zostało zabrane wcześniej, wszystko inne pozostało jednak na swoich miejscach, tak, jak widzieliśmy rano. Nagle, ku memu wielkiemu zdziwieniu, Holmes wspiął się na masywną półkę nad kominkiem. Wysoko nad jego głową wisiał strzęp czerwonego sznura, który był przywiązany do drutu połączonego z dzwonkiem. Mój przyjaciel wpatrywał się najpierw przez długi czas w resztki tego sznura, a potem, by dostać się do niego jeszcze bliżej, oparł kolano na drewnianym wsporniku wystającym ze ściany. Gdy to uczynił, jego ręka znalazła się o kilka cali od resztek sznura, i odniosłem wrażenie, że uwagę Holmesa przykuł nie tyle sznur, co sam wspornik. Wreszcie zeskoczył na podłogę z okrzykiem satysfakcji:

– Watsonie, wszystko poszło jak z płatka. Rozwiązaliśmy tę sprawę! Możemy zaliczyć ją do najbardziej niezwykłych w naszej kolekcji. Niech mnie, jakże byłem tępy! Mogłem popełnić życiowy błąd! Teraz jednak mój łańcuch jest już prawie gotów. Brakuje jeszcze tylko kilku ogniw.

– Wiesz, kim są sprawcy?

– Sprawca, Watsonie, sprawca! Tylko jeden człowiek, za to straszliwy! Jest silny jak lew, popatrz, pogrzebacz zgiął się od uderzenia! Ma sześć stóp i trzy cale wzrostu, jest zwinny jak wiewiórka, ma zręczne ręce, jest też niebywale bystry, to on wpadł na tak genialny pomysł. Watsonie, trafiliśmy na dzieło niezwykłego człowieka. Zostawił jednak ślad, a jest nim sznur; obejrzeliśmy go i nie powinniśmy mieć żadnych wątpliwości.

– Co to za ślad?

– Gdybyś próbował urwać sznur od dzwonka, gdzie, twoim zdaniem, on by pękł? Oczywiście, w miejscu, w którym łączy się z drutem, a nie trzy cale poniżej.

– Może był postrzępiony w tym miejscu?

– Otóż to. Ten koniec, któremu możemy się przyjrzeć, jest nierówny. Sprawca był dość przebiegły, by postrzępić go za pomocą noża. Jednak drugi koniec wygląda inaczej. Z dołu tego nie widać, ale gdybyś spojrzał z kominka, zauważyłbyś, że jest gładko odcity, nie ma tam żadnego wystrzępienia. Pozwala to odtworzyć bieg wydarzeń. Sprawca potrzebował sznura. Nie mógł go zerwać, gdyż bał się, że dźwięk dzwonka wywoła alarm. Co zatem zrobił? Wskoczył na półkę, ale nie mógł dosięgnąć sznura, oparł się więc kolanem o wspornik (jest tam ślad, który zostawił w kurzu) i wyciągnął nóż, by odciąć ten sznur. Nie mogłem dosięgnąć miejsca cięcia, bo zabrakło mi co najmniej trzech cali; wywnioskowałem z tego, że mężczyzna musiał być przynajmniej o trzy cale wyższy ode mnie. Spójrz na ten ślad na dębowym krześle! Co to takiego?

– Krew.

– Niewątpliwie. To zadaje kłam słowom naszej lady. Ona siedziała na krześle w momencie popełnienia zbrodni, skąd się zatem wziął ten ślad? Nie posadzili jej tam po śmierci męża. Założę się, że na czarnej sukni znajdziemy plamy. Watsonie, nie jest to jeszcze nasze Waterloo, ale na pewno Marengo8: zaczyna się od porażki, a kończy zwycięstwem. Chciałbym teraz zamienić kilka słów z Theresą. Musimy być bardzo ostrożni, jeśli chcemy czegoś się od niej dowiedzieć.

Ta surowa australijska pokojówka była interesującą osobą – milczącą, podejrzliwą i niesympatyczną; minęło sporo czasu, nim ujmujące maniery Holmesa i otwarty sposób, w jaki przyjmował wszystko, co powiedziała, sprawiły, że się rozchmurzyła i stała się nieco milsza. Nie próbowała nawet ukrywać nienawiści do zmarłego chlebodawcy.

– Tak, proszę pana, to prawda, że rzucił we mnie karafką. Słyszałam, jak ordynarnie zwrócił się do panienki. Powiedziałam mu, że nie odważyłby się tak do niej mówić, gdyby był tu jej brat. Wtedy cisnął we mnie karafką. Mógłby cisnąć i tuzinem, byle zostawił moją słodką ptaszynę w spokoju. On jednak przez cały czas źle ją traktował, a ona była zbyt dumna, by się skarżyć. Nie chciała mi nawet zdradzić tego, że ją krzywdził. Nie powiedziała mi, skąd się wzięły ślady na jej ramieniu, które widział pan rano, ale ja dobrze wiem, że zostawiły je dźgnięcia szpilką od kapelusza. To chytry czart, Boże, przebacz mi, że mówię tak o nim teraz, po jego śmierci! Ale jeśli chodził kiedykolwiek po ziemi diabeł wcielony, to był nim właśnie on. Poznałyśmy go zaledwie osiemnaście miesięcy temu, a nam się wydaje, że minęło osiemnaście lat. Panienka przyjechała dopiero co do Londynu. To była jej pierwsza podróż, nigdy przedtem nie była tak daleko od domu. Zdobył ją swym tytułem, majątkiem i fałszywymi londyńskimi manierami. Popełniła błąd, ale zapłaciła za niego, jak chyba żadna inna kobieta. Kiedy go poznałyśmy? Już panu mówię. Było to zaraz po tym, jak przyjechałyśmy. Przybyłyśmy w czerwcu, a to był lipiec. Pobrali się w styczniu zeszłego roku. Tak, jest już znowu w salonie i nie wątpię, że się z panem spotka, ale nie może pan wymagać od niej za wiele, bo przeszła wszystko, co człowiek jest w stanie znieść.

Lady Brackenstall leżała na tej samej kanapie, wyglądała jednak lepiej niż przedtem. Pokojówka weszła razem z nami i zaczęła ponownie przemywać siniec na czole swej pani.

– Mam nadzieję – powiedziała dama – że nie przyszliście, panowie, po to, by znów mnie przesłuchiwać?

– Nie – odpowiedział Holmes swym najłagodniejszym tonem. – Nie zamierzam przysparzać pani niepotrzebnych trosk, lady Brackenstall, pragnę jedynie ułatwić jej życie, gdyż nie mam wątpliwości, że wiele pani przeszła. Jeśli potraktuje mnie pani jak przyjaciela i mi zaufa, przekona się, że jej nie zawiodę.

– Co mam zrobić?

– Powiedzieć prawdę.

– Panie Holmes!

– Nie, nie, lady Brackenstall, to nic nie da. Być może słyszała pani, jaką cieszę się sławą. Stawiam ją na szali, twierdząc, że pani historia jest całkowicie zmyślona.

– Jest pan bezczelny! – wykrzyknęła Theresa. – Czy chce pan powiedzieć, że moja panienka kłamie?

Holmes podniósł się z krzesła.

– Czy pani nie ma mi nic do powiedzenia?

– Powiedziałam panu wszystko.

– Proszę się zastanowić, lady Brackenstall. Czy nie lepiej byłoby mówić szczerze?

Zauważyłem, że piękna dama się waha; następnie jakaś nowa myśl sprawiła, że jej rysy zastygły:

– Powiedziałam panu wszystko, co wiem.

Holmes wziął swój kapelusz i wzruszył ramionami.

– Przykro mi – stwierdził.

Nie mówiąc ani słowa, wyszliśmy z pokoju i po chwili opuściliśmy dom. W parku znajdowała się sadzawka, mój przyjaciel zaprowadził mnie do niej. Sadzawka była zamarznięta, wyrąbano w niej jednak przerębel dla samotnego łabędzia. Holmes przyjrzał mu się, po czym udaliśmy się do stróżówki. Tam Sherlock napisał krótki liścik do Stanleya Hopkinsa i zostawił go dozorcy.

– Może mam rację, może nie, ale musimy zrobić coś dla naszego przyjaciela policjanta, by uzasadnić naszą drugą wizytę – stwierdził. – Nie zamierzam jeszcze zdradzać mu naszej tajemnicy. Musimy najpierw złożyć wizytę w biurze spółki, która zarządza liniami z Adelajdy do Southampton; jeśli dobrze pamiętam, znajduje się ono na końcu ulicy Pall Mall. Pomiędzy Południową Australią i Anglią kursuje jeszcze jedna linia parowców, ale zaczniemy od tej większej.

Wizytówka Holmesa, przesłana do kierownika biura, zwróciła na nas jego uwagę, i mój przyjaciel szybko uzyskał wszystkie potrzebne mu informacje. W czerwcu 1895 roku do macierzystego portu przybił tylko jeden statek tej linii „Rock of Gibraltar”, największa i najlepsza jednostka. Na liście pasażerów widniały nazwiska panny Fraser z Adelajdy i jej pokojówki. Obecnie statek był w drodze do Australii i znajdował się na południe od Kanału Sueskiego. Płynęli na nim ci sami oficerowie co w roku 1895. Wyjątek stanowił pierwszy oficer Jack Crocker, który został mianowany kapitanem. Miał on objąć komendę nad nowym statkiem „Bass Rock”, odpływającym za dwa dni z Southampton. Crocker mieszkał w Sydenham; tego ranka miał przybyć po instrukcje. Holmes nie zamierzał czekać na niego, ale chciał się dowiedzieć czegoś więcej o charakterze kapitana i przebiegu jego służby.

Był dzielnym marynarzem. Żaden oficer we flocie nie dorastał mu do pięt. Był opanowany i niezawodny podczas służby, ale poza pokładem statku zachowywał się straceńczo, jak szaleniec. Był porywczy i pobudliwy, ale też lojalny, uczciwy i życzliwy. Tak można było streścić informacje, które Holmes otrzymał w biurze spółki przewozowej. Stamtąd pojechaliśmy do Scotland Yardu, ale nie wszedł do środka, tylko siedział w dorożce z marsową miną, zatopiony w myślach. W końcu udaliśmy się do urzędu telegraficznego przy Charing Cross; Sherlock wysłał stamtąd wiadomość, po czym wreszcie skierowaliśmy się na Baker Street.

– Nie, nie mogłem tego zrobić, Watsonie – powiedział, kiedy znów znaleźliśmy się w salonie. – Gdyby wydano nakaz, nie byłoby dla niego ratunku. Mam wrażenie, że kilka razy w trakcie mojej kariery poczyniłem większą szkodę, wykrywając sprawcę, niż on – popełniając przestępstwo. Jestem teraz ostrożny, wolę zmagać się z angielskim prawem, a nie z własnym sumieniem. Zanim zaczniemy działać, musimy dowiedzieć się nieco więcej.

Przed wieczorem złożył nam wizytę inspektor Stanley Hopkins. Nie był uradowany.

– Pan chyba jest czarodziejem, panie Holmes. Naprawdę, czasem wydaje mi się, że posiada pan nadludzkie zdolności. Skąd, u diaska, wiedział pan, że skradzione srebra znajdują się na dnie sadzawki?

– Nie wiedziałem.

– Ale poradził mi pan to sprawdzić.

– Zatem dostał pan moją wiadomość?

– Tak.

– Bardzo się cieszę, że panu pomogłem.

– Ależ wcale mi pan nie pomógł! Jedynie jeszcze bardziej skomplikował całą sprawę. Co to za złodzieje, którzy kradną srebra, a później wrzucają je do najbliższej sadzawki?

– Niewątpliwie było to zachowanie dość nietypowe. Oparłem się jedynie na przypuszczeniu, że srebra zabrała osoba, która ich nie potrzebowała, zrobiła jedynie po to, by zmylić trop, i w związku z tym pragnęła jak najszybciej się ich pozbyć.

– Ale skąd taka teoria?

– Uznałem, że to możliwe. Kiedy złodzieje wyszli przez przeszklone drzwi, zobaczyli tuż przed sobą przerębel. Czy można wymarzyć lepszą skrytkę?

– Ach, a więc chodzi o ukrycie łupu! To już lepiej! – wykrzyknął Stanley Hopkins. – Tak, tak, teraz wszystko rozumiem! Było wcześnie, drogą przejeżdżali ludzie, rabusie bali się, by nikt nie zobaczył ich ze srebrem, więc zatopili je w sadzawce i zamierzali wrócić po nie, kiedy będzie tu spokojniej. Znakomicie, panie Holmes. To lepszy pomysł niż ten z fałszywym tropem.

– Otóż to. Stworzył pan znakomitą teorię. Nie ulega wątpliwości, że moje pomysły były szalone, musi pan jednak przyznać, że dzięki nim udało się odnaleźć srebra.

– Tak, tak, proszę pana. To wyłącznie pańska zasługa. Mam jednak poważny problem.

– Problem?

– Tak, panie Holmes. Gang Randallów został aresztowany dziś rano w Nowym Jorku.

– A niech mnie, Hopkins! To przeczy pańskiej teorii, że wczoraj w nocy popełnili morderstwo w Kent.

– Przekreśla ją, panie Holmes, całkowicie ją przekreśla. Są jednak inne trzyosobowe gangi, a może to jakaś nowa szajka, nieznana jeszcze policji.

– Owszem, to całkiem możliwe. Co takiego, już pan idzie?

– Tak, panie Holmes, nie spocznę, póki nie rozgryzę tej sprawy do końca. Rozumiem, że nie ma pan dla mnie żadnych wskazówek?

– Jedną już panu dałem.

– Jaką?

– Cóż, zasugerowałem fałszywy trop.

– Ale dlaczego, panie Holmes, dlaczego?

– Oto jest pytanie. Polecam jednak tę kwestię pańskiej uwadze. Może się pan przekonać, że nie jest pozbawiona sensu. Nie zostanie pan na kolację? Cóż, w takim razie do widzenia i proszę informować nas o postępach w sprawie.

Nim Holmes wrócił do tematu, zjedliśmy kolację. Gdy sprzątnięto ze stołu, mój przyjaciel zapalił fajkę i wyciągnął swe obute w bambosze stopy ku wesoło trzaskającemu ogniu. Nagle spojrzał na zegarek.

– Spodziewam się dalszego rozwoju wypadków, Watsonie.

– Kiedy?

– Teraz, w ciągu kilku najbliższych minut. Zapewne uważasz, że postąpiłem nieładnie wobec Stanleya Hopkinsa?

– Ufam twemu osądowi.

– To bardzo rozsądna odpowiedź, Watsonie. Popatrz na to w taki sposób: moja wiedza jest nieoficjalna, jego – oficjalna. Ja mam prawo do prywatnego osądu, on – nie. On musi ujawnić wszystko, inaczej złamie zasady, którym służy. W sprawie budzącej wątpliwości nie chcę stawiać go w trudnym położeniu, dlatego zachowam posiadane informacje dla siebie, póki sam nie będę miał jasności co do ich prawdziwości.

– Ale kiedy to się stanie?

– Ten czas już nadszedł. Będziesz widzem ostatniej sceny niezwykłego dramatu.

Na schodach rozległy się kroki, i po chwili wszedł do pokoju najwspanialszy bodaj mężczyzna, jaki się u nas pojawił. Był to bardzo wysoki młody człowiek o złotych wąsach, niebieskich oczach, skórze ogorzałej od słońca tropików; jego sprężysty krok świadczył o tym, że był postacią równie aktywną, jak mocarną. Zamknął za sobą drzwi i stanął z zaciśniętymi pięściami i falującą piersią, usiłując otrząsnąć się z przytłaczających go emocji.

– Proszę siadać, kapitanie Crocker. Czy otrzymał pan mój telegram?

Nasz gość opadł na fotel i zaczął wpatrywać się to w jednego, to w drugiego z nas pytającym wzrokiem.

– Dostałem go i przybyłem o wskazanej godzinie. Słyszałem, że był pan w biurze. Nie sposób się przed panem ukryć. Jestem gotów na najgorsze. Co zamierza pan ze mną zrobić? Aresztować mnie? Niechże się pan odezwie! Nie może pan tak siedzieć i bawić się mną jak kot myszą.

– Daj mu cygaro – powiedział Holmes. – Proszę się poczęstować, kapitanie Crocker, i nie dać się ponieść nerwom. Może pan być pewien, że nie siedziałbym tu, paląc razem z panem cygara, gdybym uważał go za pospolitego przestępcę. Jeśli będzie pan ze mną szczery, możemy zdziałać wiele dobrego. Jeśli będzie pan próbował sztuczek, zniszczę pana.

– Co mam zrobić?

– Opowiedzieć mi prawdę o tym, co zaszło ostatniej nocy w Abbey Grange. Powtarzam, prawdę, niczego nie dodając ani nie zatajając. Wiem już tyle, że jeśli choć o cal minie się pan z prawdą, stanę w oknie, zadmę w policyjny gwizdek i sprawa na zawsze wymknie się z moich rąk.

Marynarz zastanawiał się przez chwilę, a później uderzył się w nogę swą wielką ogorzałą dłonią.

– Zaryzykuję – wykrzyknął. – Wierzę, że dotrzyma pan słowa, więc opowiem panu całą historię. Najpierw jednak chciałbym wyjaśnić jedną rzecz. Niczego nie żałuję ani niczego się nie boję, zrobiłbym to jeszcze raz i byłbym z tego dumny. Niech diabli porwą tego potwora, i choćby miał tyle żywotów co kot, pozbawiłbym go wszystkich! Chodzi o damę, o Mary, Mary Fraser, bo nigdy nie nazwę jej tym jego przeklętym nazwiskiem. Ale kiedy pomyślę, że mógłbym wpędzić ją w kłopoty, ja, który oddałbym życie za jeden uśmiech na jej drogiej twarzy, moja dusza cierpi piekielne męki. A jednak... a jednak... co innego mogłem zrobić? Panowie, opowiem wam swoją historię, a później spytam was, jak mężczyzna mężczyzn, co innego mogłem zrobić? Muszę cofnąć się nieco w czasie. Zdaje się, że odkryliście, panowie, wszystko, więc zapewne wiecie także, że poznaliśmy się, kiedy ona była pasażerką, a ja pierwszym oficerem na „Rock of Gibraltar”. Od chwili gdy pierwszy raz ją ujrzałem, inne kobiety przestały dla mnie istnieć. Każdego dnia tamtej podróży kochałem ją coraz bardziej i wiele razy klękałem w ciemnościach podczas nocnej wachty i całowałem pokład statku, po którym stąpały jej ukochane stopy. Nigdy się nie zaręczyliśmy. Traktowała mnie tak uczciwie, jak tylko kobieta może traktować mężczyznę. Nie mogę się na nią uskarżać. Z mojej strony była to miłość, z jej – koleżeństwo i przyjaźń. Kiedy się rozstawaliśmy, ona była wolną kobietą, ja już nigdy nie miałem być wolnym mężczyzną. Gdy wróciłem z mojego kolejnego rejsu, usłyszałem o jej ślubie. I dobrze. Czemu nie miałaby wyjść, za kogo tylko chciała? Kto bardziej od niej zasługiwał na tytuły i majątek? Była stworzona do wszystkiego, co piękne i delikatne. Nie rozpaczałem z powodu jej małżeństwa. Nie byłem takim samolubnym psem. Cieszyłem się z tego, że jej się poszczęściło i że nie zmarnuje życia z ubogim marynarzem. Tak właśnie kochałem Mary Fraser. Myślałem, że nigdy więcej jej nie zobaczę, ale po ostatnim rejsie awansowałem, a że nowego statku jeszcze nie zwodowano, musiałem przez kilka miesięcy zostać z załogą w Sydenham. Pewnego dnia, idąc wiejską drogą, spotkałem Theresę Wright, jej oddaną pokojówkę. Opowiedziała mi o niej, o nim, o wszystkim. Mówię panom, niemal doprowadziło mnie to do obłędu. Ten zapijaczony kundel śmiał podnieść rękę na nią, na tę, której butów nie był godzien lizać! Znów spotkałem się z Theresą, później z samą Mary, potem kolejny raz. Nie chciała mnie więcej widywać. Kilka dni temu otrzymałem jednak informację, że w ciągu tygodnia mam wyruszyć w rejs, i postanowiłem przed wyjazdem zobaczyć się z nią raz jeszcze. Theresa zawsze mi sprzyjała, gdyż kochała Mary i nienawidziła tego łotra niemal równie mocno jak ja. To ona zdradziła mi, jakie zwyczaje panują w domu. Mary siadywała z książką w swym małym pokoiku na dole. Podkradłem się tam ostatniej nocy i zastukałem w okno. Najpierw nie chciała mi otworzyć, ale wiem, że w głębi serca mnie kochała i nie zostawiłaby mnie na dworze w tak mroźną noc. Szeptem kazała mi podejść do dużego frontowego okna. Było otwarte, wszedłem przez nie do jadalni. Znów usłyszałem z jej ust rzeczy, od których krew zawrzała mi w żyłach, i ponownie przekląłem brutala, który tak źle traktował moją ukochaną. Panowie, stałem obok niej przy oknie bez żadnych złych zamiarów, niech mnie Bóg osądzi, kiedy ten człowiek wpadł do pokoju jak szaleniec, odezwał się do niej w najbardziej ordynarny sposób, w jaki mężczyzna może przemówić do kobiety, i uderzył ją w twarz trzymanym w ręku kijem. Rzuciłem się po pogrzebacz i doszło między nami do bójki. Pierwszy cios, jaki mi zadał, trafił w moje ramię. Gdy nadeszła moja kolej, rozbiłem jego głowę, jakby była zgniłą dynią. Czy sądzicie panowie, że choć przez moment tego żałowałem? Bynajmniej! Tylko jeden z nas mógł wyjść z tego żywy, co więcej, mogło przeżyć tylko jedno z nich dwojga, bo jak mógłbym zostawić ją w rękach tego szaleńca? Tak oto go unieszkodliwiłem. Czy postąpiłem niesłusznie? Co zrobiłby każdy z panów, gdyby znalazł się w moim położeniu? Kiedy ją uderzył, krzyknęła, a pokojówka Theresa, słysząc ten odgłos, przybiegła na dół ze swego pokoju. W kredensie stała butelka wina, otworzyłem ją i wlałem nieco pomiędzy wargi Mary, która była ledwie żywa z powodu szoku. Później sam się trochę napiłem. Theresa zachowała stoicki spokój, i my razem wymyśliliśmy całą historię. Uznaliśmy, że musimy upozorować włamanie. Theresa powtórzyła wszystko swojej pani, a ja wdrapałem się na kominek, odciąłem sznur od dzwonka, przywiązałem Mary do krzesła i postrzępiłem koniec sznura, by wyglądał na urwany, w przeciwnym razie zaczęto by się zastanawiać, w jaki sposób złodziejom udało się go odciąć. Zabrałem następnie część sreber, by wtargnięcie do domu wyglądało na rabunek, i zostawiłem damy, nakazując im, by wszczęły alarm po upływie kwadransa. Wrzuciłem srebra do sadzawki i ruszyłem do Sydenham, przeświadczony, że tej nocy zrobiłem kawał dobrej roboty. Taka jest prawda i cała prawda, panie Holmes, choćby miała mnie kosztować życie.

Detektyw przez jakiś czas palił w milczeniu. Potem przeszedł przez pokój i uścisnął rękę naszego gościa.

– Oto, co myślę – powiedział. – Wiem, że każde słowo jest prawdą, gdyż nie powiedział pan niemal niczego, o czym bym nie wiedział. Jedynie akrobata lub marynarz mógł dostać się do sznura, opierając się na wsporniku, a tylko marynarz mógł zawiązać te węzły, którymi przymocowano sznur do krzesła. Dama jedynie raz miała kontakt z marynarzami podczas podróży do Anglii; chodziło ponadto o kogoś z jej klasy społecznej, gdyż próbowała osłaniać tę osobę, wskazując tym samym, że ją kocha. Widzi pan, jak łatwo mi było do pana dotrzeć, kiedy raz wpadłem na pański ślad.

– Wydawało mi się, że policja nigdy nie przejrzy naszego planu.

– I z tego, co wiem, nie przejrzała. Niech pan słucha, kapitanie Crocker, to bardzo poważna sprawa, jestem jednak skłonny przyznać, że działał pan pod największą presją, jakiej może kiedykolwiek zostać poddany mężczyzna. Nie wiem, czy pańskie postępowanie o działanie w obronie własnej zostanie uznane za uzasadnione. O tym powinna rozstrzygnąć ława przysięgłych. Współczuję jednak panu bardzo i obiecuję, że jeśli zniknie pan w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin, nikt nie będzie pana zatrzymywał.

– A później wszystko wyjdzie na jaw?

– Niewątpliwie.

Marynarz zaczerwienił się z gniewu.

– Jak można składać mężczyźnie taką propozycję? Znam się na prawie wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że Mary w takim przypadku zostanie uznana za wspólniczkę. Czy sądzi pan, że mógłbym zostawić ją samą z tym wszystkim i dać drapaka? Nie, proszę pana, ze mną niech robią, co chcą, ale, na litość boską, panie Holmes, niech pan znajdzie jakiś sposób, by Mary nie poszła pod sąd!

Holmes po raz drugi podał marynarzowi rękę.

– Poddawałem pana próbom i przeszedł pan wszystkie. Biorę na siebie wielką odpowiedzialność; dałem Hopkinsowi wyraźne wskazówki, a jeśli nie będzie chciał z nich skorzystać, nic więcej nie mogę dla niego zrobić. Kapitanie Crocker, postąpimy zgodnie z literą prawa. Pan jest oskarżonym, Watsonie, ty wystąpisz jako ława przysięgłych: nigdy nie spotkałem człowieka, który lepiej by się do tego nadawał. Ja będę sędzią. A teraz, panowie przysięgli, wysłuchaliście zeznań. Czy waszym zdaniem oskarżony jest winny czy niewinny?

– Niewinny, panie sędzio – odpowiedziałem.

– Vox populi, vox Dei. Kapitanie Crocker, niniejszym uniewinniam pana. Jeśli nie zostanie w tej sprawie oskarżona niewinna osoba, nie musi się pan mnie obawiać. Proszę wrócić do tej damy za rok, i niech wasza przyszłość zaświadczy o tym, że dziś w nocy wydaliśmy sprawiedliwy wyrok!

8 Bitwy pod Marengo i Waterloo stoczył Napoleon Bonaparte. Pierwszą z nich, mimo zagrożenia porażką, wygrał, w drugiej poniósł ostateczną klęskę (przyp. tłum.)

Rozdział trzynasty

 

Druga plama

 
 

Chciałem zakończyć opowiadanie o dokonaniach mego przyjaciela Sherlocka Holmesa na Abbey Grange bynajmniej nie ze względu na brak materiałów, mam bowiem zapiski setek spraw, o których nigdy nie wspominałem, ani z uwagi na słabnące zainteresowanie czytelników szczególną osobowością i niezwykłymi metodami działania tego wyjątkowego człowieka. Przyczyną była niechęć, jaką okazywał Holmes wobec wydawania drukiem kolejnych opisów jego przygód. Dopóki uprawiał swój zawód, opowieści o jego sukcesach miały dla niego pewną wartość praktyczną, ale odkąd na zawsze wyjechał z Londynu do Sussex Downs, by poświęcić się nauce i pszczelarstwu, znienawidził sławę i stanowczo zażądał, bym uszanował bezwzględnie jego życzenia w tej kwestii. Dopiero kiedy obiecałem mu, że opublikuję Drugą plamę po upływie stosownego czasu, i wykazałem, że uzasadnione jest zakończenie długiej serii opowiadań o jego przygodach relacją z najważniejszej sprawy międzynarodowej, jaką kiedykolwiek prowadził, udało mi się uzyskać jego zgodę na podanie do publicznej wiadomości opowieści o tym zdarzeniu, nie zawierającej wszystkich szczegółów. Jeśli pewne fragmenty mego opisu wydarzeń będą dla czytelnika niejasne, proszę, by mieli oni na względzie ważne powody, dla których musiałem zachować powściągliwość.

W roku, którego tu nie uściślę, pewnego wtorkowego jesiennego ranka odwiedziło nas w naszym skromnym mieszkaniu przy Baker Street dwóch gości, których nazwiska znane są w całej Europie. Jednym z nich był surowy wyniosły dominujący mężczyzna o przenikliwym wzroku, lord Bellinger, dwukrotny premier Wielkiej Brytanii. Drugi z dżentelmenów, smagły, elegancki, o wyrazistej twarzy, który dopiero wchodził w wiek średni, obdarzony był wszelkimi zaletami ciała i umysłu, rozpoznałem w nim sekretarza do spraw europejskich Trelawneya Hope’a, najbardziej obiecującego męża stanu w naszym kraju. Mężczyźni siedzieli obok siebie na zarzuconej papierami kanapie, a ich przygnębione zaniepokojone twarze wyraźnie świadczyły o tym, że przybyli w ważnej i pilnej sprawie. Szczupłe ręce premiera poznaczone niebieskimi żyłkami były zaciśnięte na rączce parasolki z kości słoniowej, a jego wychudzona ascetyczna twarz spoglądała ponuro to na Holmesa, to na mnie. Sekretarz do spraw europejskich nerwowo szarpał wąsy i bawił się dewizką od zegarka:

– Panie Holmes, kiedy tylko odkryłem zniknięcie dokumentu, dziś rano o ósmej, natychmiast powiadomiłem o tym premiera. To on zaproponował, byśmy przyszli do pana.

– Czy zgłosili to panowie na policji?

– Nie, proszę pana – powiedział premier szybko z właściwym sobie zdecydowaniem. – Nie zrobiliśmy tego i nie możemy tego zrobić. Poinformowanie policji niechybnie doprowadziłoby wcześniej czy później do ujawnienia treści dokumentu. Zależy nam bardzo na tym, by tego uniknąć.

– Dlaczego?

– Dokument, o którym mowa, jest tak ważny, że ujawnienie jego treści mogłoby bardzo łatwo – mogę wręcz stwierdzić, że niemal na pewno – doprowadzić do poważnych konfliktów na skalę europejską. Nie będzie przesadą, gdy powiem, że mogłoby to wywołać wojnę. Jeśli nie da się odzyskać dokumentu w tajemnicy, można w ogóle z tego zrezygnować, gdyż osoby, które go przejęły, chcą, by jego treść trafiła do publicznej wiadomości.

– Rozumiem. Panie Hope, będę zobowiązany, jeżeli pan szczegółowo przedstawi okoliczności zniknięcia dokumentu.

– Nie zajmie to wiele czasu. List (był to bowiem list od zagranicznego korespondenta) nadszedł sześć dni temu. Był tak ważny, że nie mogłem zostawić go w sejfie w pracy, lecz co wieczór zabierałem ze sobą do domu, do Whitehall Terrace. W domu trzymałem go w zamkniętej czerwonej teczce9. Jestem pewien, że był tam wczoraj wieczorem. Przebierając się do kolacji, otworzyłem teczkę i sprawdziłem, czy jest on w środku. Dziś rano już go nie było. Teczka znajdowała się przez całą noc obok szklanki z wodą na szafce nocnej. Mamy z żoną lekki sen. Oboje jesteśmy gotowi przysiąc, że nikt nie mógł wejść do pokoju w nocy. A jednak, jak mówiłem, dokument zniknął.

– O której jadł pan kolację?

– O wpół do ósmej.

– O której pan się położył?

– Żona pojechała do teatru. Czekałem na nią. Byliśmy w sypialni o wpół do dwunastej.

– Czyli przez cztery godziny nikt teczki nie strzegł?

– Do tego pokoju jedynie pokojówce wolno wchodzić w godzinach rannych; mój lokaj i służąca mojej żony mają tam dostęp tylko przez pozostałą część dnia. Oboje pracują u nas od dawna i cieszą się naszym zaufaniem. Żadne z nich nie wiedziało, że w teczce znajdują się dokumenty cenniejsze niż te, które zwykle przynoszę z biura.

– Kto wiedział o liście?

– Nikt w całym domu.

– A pańska żona?

– Nie, proszę pana. Nic nie powiedziałem żonie do chwili, gdy dziś rano zauważyłem, że dokument zniknął.

Premier pokiwał głową z uznaniem.

– Od dawna wiem, jak ważne są dla pana powinności wobec państwa – powiedział. – Jestem przekonany, że w przypadku tak ważkiej tajemnicy poczucie obowiązku bierze górę nad sprawami osobistymi.

Sekretarz do spraw europejskich ukłonił się:

– Pan bynajmniej nie przesadził. Aż do dzisiejszego ranka nie zamieniłem z żoną ani słowa na ten temat.

– Czy się czegoś domyśla?

– Nie, panie Holmes. Ani ona, ani nikt inny.

– Czy zdarzało się panu przedtem gubić dokumenty?

– Nie.

– Kto w Anglii wie o istnieniu tego listu?

– Wczoraj zostali o nim poinformowani wszyscy członkowie gabinetu, ale ciążący na nich obowiązek zachowania tajemnicy został dodatkowo wzmocniony przestrogą udzieloną przez premiera. Dobry Boże, pomyśleć tylko, że kilka godzin później ja sam zgubiłem ten list! – Przystojną twarz sekretarza zniekształcił grymas rozpaczy, i mężczyzna zaczął rwać sobie włosy z głowy.

Przez chwilę widzieliśmy jego prawdziwe oblicze – impulsywne, żarliwe, niezwykle wrażliwe. Po chwili arystokratyczna maska wróciła na swoje miejsce, a łagodny głos stwierdził:

– Poza członkami gabinetu o liście wiedziało dwóch, góra trzech ministerialnych urzędników. Zapewniam pana, panie Holmes, że nikt poza tym.

– A za granicą?

– Sądzę, że za granicą nie widział go nikt prócz człowieka, który go napisał. Jestem przekonany, że jego ministrowie... Że nie korzystał ze zwyczajowo przyjętych oficjalnych kanałów.

Holmes przez chwilę się zastanawiał.

– Proszę pana, muszę spytać, o jaki konkretnie dokument chodzi i dlaczego jego zniknięcie miałoby mieć tak poważne konsekwencje.

Dwaj mężowie stanu wymienili szybkie spojrzenia, a premier zmarszczył krzaczaste brwi.

– Panie Holmes, na tej długiej wąskiej jasnobłękitnej kopercie znajduje się odciśnięta pieczęć z siedzącym lwem. Jest zaadresowana wielkimi literami stanowczym charakterem pisma do...

– Obawiam się, proszę pana – stwierdził Holmes – że choć te szczegóły są interesujące i niewątpliwie istotne, muszę zbadać sprawę dogłębnie. Jaka była treść listu?

– To najwyższej wagi tajemnica państwowa, której nie mogę panu zdradzić, zresztą, nie jest to konieczne. Jeśli dzięki zdolnościom, które, jak mi mówiono, pan posiada, zdoła pan odnaleźć kopertę wraz z jej zawartością, zasłuży się pan dla swego kraju i zaskarbi sobie każdą nagrodę, jaką będziemy w stanie panu przyznać.

Sherlock Holmes wstał z uśmiechem.

– Jesteście, panowie, jednymi z najbardziej zajętych ludzi w tym kraju – stwierdził. – Ja również pracuję nad wieloma sprawami, choć na mniejszą skalę. Bardzo żałuję, że nie będę w stanie panom pomóc, ale dalsze prowadzenie tej rozmowy byłoby stratą czasu.

Premier zerwał się na równe nogi, wbijając w mego przyjaciela wściekłe przenikliwe spojrzenie swych głęboko osadzonych oczu, przed którym drżeli członkowie gabinetu.

– Proszę pana, nie przywykłem... – zaczął, ale pohamował gniew i usiadł ponownie. Przez minutę lub dłużej siedzieliśmy w milczeniu. Potem mąż stanu wzruszył ramionami. – Panie Holmes, jesteśmy zmuszeni przyjąć pańskie warunki. Nie ulega wątpliwości, że ma pan rację, a byłoby nierozsądnie z naszej strony wymagać od pana podjęcia działań, jeśli całkowicie panu nie zaufamy.

– Zgadzam się z panem – stwierdził młodszy z mężczyzn.

– W takim razie opowiem panu wszystko, całkowicie polegając na pańskim honorze i honorze doktora Watsona, pańskiego współpracownika. Mogę się również odwołać do pańskiego patriotyzmu, nie potrafię sobie bowiem wyobrazić większego nieszczęścia dla naszej ojczyzny niż ujawnienie tej sprawy.

– Proszę nam zaufać.

– List został wysłany przez pewnego zagranicznego dygnitarza, którego wzburzyły wydarzenia w koloniach należących do jego kraju. Ten człowiek napisał spontanicznie i wyłącznie na własną odpowiedzialność. Wykryliśmy, że ministrowie w jego kraju nic nie wiedzą o całej sprawie. Jednocześnie jednak list jest sformułowany tak niefortunnie, a niektóre jego fragmenty mają tak prowokacyjny charakter, że jego publikacja niewątpliwie doprowadziłaby do wielce niebezpiecznych niepokojów w tym kraju. Wywołałaby taki społeczny ferment, że, nie zawaham się stwierdzić, w ciągu tygodnia od publikacji listu w tym kraju rozgorzałaby wojna.

Holmes napisał nazwisko na skrawku papieru, który podał premierowi.

– Zgadza się. Właśnie o niego chodziło. I to właśnie ten list, który może spowodować milionowe straty i pochłonąć życie setek tysięcy mężczyzn, został tak niefortunnie zagubiony.

– Czy poinformował pan o tym nadawcę?

– Tak, wysłaliśmy do niego zaszyfrowany telegram.

– Być może to jemu zależy na publikacji listu?

– Nie, proszę pana, mamy podstawy sądzić, że pojął już, że zachował się nierozważnie i niedyskretnie. Ujawnienie treści listu byłoby większym ciosem dla niego i jego ojczyzny niż dla nas.

– Jeśli tak, to w czyim interesie leży ujawnienie listu? Dlaczego ktokolwiek chciałby go ukraść lub opublikować?

– Tutaj, panie Holmes, wchodzimy w meandry polityki międzynarodowej najwyższego szczebla. Jeśli jednak zna pan sytuację w Europie, bez trudu pojmie pan motyw. Cały kontynent to jeden wielki zbrojny obóz. Istnieją w nim dwa ugrupowania o zbliżonej sile militarnej. Wielka Brytania jest języczkiem u wagi. Przystąpienie do wojny przeciw jednej z tych stron zapewniłoby przewagę drugiej z nich niezależnie od tego, czy wzięłaby ona udział w wojnie. Rozumie pan?

– Jak najbardziej. W interesie wrogów tego potentata leży zatem pozyskanie i publikacja tego listu, który poróżniłby jego kraj z naszym?

– Zgadza się.

– A do kogo mógłby zostać przesłany dokument, gdyby wpadł w ręce wroga?

– Do któregokolwiek z wielkich przywódców Europy. Zapewne już zmierza do niego z największą prędkością, jaką może zapewnić silnik parowy.

Trelawney Hope pochylił głowę i głośno jęknął. Premier w uprzejmym geście pocieszenia położył mu rękę na ramieniu.

– To zwyczajny pech, mój drogi. Nikt nie może pana za to winić. Zachował pan wszelkie środki ostrożności. Jakie działanie pan zaleca, panie Holmes?

Detektyw ponuro pokręcił głową i zapytał:

– Sądzi pan, że jeśli nie uda się odzyskać dokumentu, wybuchnie wojna?

– Uważam, że to wielce prawdopodobne.

– W takim razie proszę przygotować się do wojny.

– To ostre słowa, panie Holmes.

– Proszę wziąć pod rozwagę fakty. Niemożliwe jest, by list zabrano po wpół do dwunastej w nocy, gdyż, jak rozumiem, pan Hope i jego żona przebywali w pokoju od tej godziny do chwili odkrycia straty. Dokument skradziono zatem wczoraj wieczorem, pomiędzy wpół do ósmej a wpół do dwunastej, prawdopodobnie bliżej wpół do ósmej, gdyż ten, kto go zabrał, najwyraźniej wiedział, gdzie się on znajduje, i naturalnie chciał go pozyskać jak najwcześniej. Jeśli dokument skradziono w tych określonych godzinach, gdzie się może znajdować obecnie? Nie było powodu, żeby go przetrzymywać. Uważam, że został niezwłocznie przekazany tym, którzy zamierzali go wykorzystać. Jakie zatem mamy szanse, by go przechwycić lub chociaż wyśledzić? Całkiem marne, jest poza naszym zasięgiem.

Premier wstał z kanapy.

– Pańskie słowa są nieodparcie logiczne, panie Holmes. Obawiam się, że sprawa istotnie wymknęła nam się z rąk.

– Przyjmijmy wersję roboczą: dokument został zabrany przez pokojówkę lub lokaja...

– To starzy wypróbowani słudzy.

– Pański pokój znajduje się na drugim piętrze, nie ma do niego wejścia z zewnątrz, i nikt nie zdołałby dostać się tam niepostrzeżenie od wewnątrz. Oznacza to, że dokument musiał zabrać ktoś z domowników. Do kogo złodziej mógł zanieść list? Do jednego z kilku międzynarodowych szpiegów i tajnych agentów, których nazwiska – tak się składa – znam. Trzech z nich można uznać za asów wywiadu. Zacznę od sprawdzenia, czy wszyscy są na miejscu. Jeśli nie zastanę któregoś z nich – zwłaszcza jeśli zniknął po wczorajszym wieczorze – może to stanowić wskazówkę, gdzie trafił dokument.

– Czemu szpieg miałby zniknąć? – spytał sekretarz. – Z pewnością zaniósłby list do ambasady swego państwa w Londynie.

– Wątpię. Ci agenci pracują samodzielnie, a ich stosunki z ambasadami często bywają napięte.

Premier potaknął, kiwając głową.

– Sądzę, że ma pan rację, panie Holmes. Zapewne własnoręcznie zawiózłby tak cenny łup do centrali. Uważam, że proponowany przez pana plan działania jest znakomity. Tymczasem, Hope, nie możemy zaniedbać innych obowiązków ze względu na to nieszczęście. Powiadomię pana o wszelkich nowych wydarzeniach, proszę także informować nas o wynikach śledztwa.

Mężowie stanu skłonili się z powagą i opuścili pokój.

Po wyjściu naszych znamienitych gości Holmes zapalił fajkę i przez pewien czas siedział w milczeniu, zatopiony w myślach. Ja otworzyłem poranną gazetę i zagłębiłem się w lekturze artykułu o sensacyjnym przestępstwie popełnionym w Londynie poprzedniej nocy, gdy nagle mój przyjaciel krzyknął, zerwał się na równe nogi i odłożył fajkę na kominek.

– Tak – powiedział. – Nie ma lepszego sposobu rozpracowania tej sprawy. Sytuacja jest rozpaczliwa, ale nie beznadziejna, nawet teraz. Jeśli zdołamy się upewnić, który z agentów zabrał list, być może uda nam się zastać przesyłkę wciąż w jego rękach. Chodzi przecież tylko o pieniądze, a ja mam do dyspozycji brytyjski skarbiec. Jeśli list znalazł się na rynku, kupię go, choćby miało to doprowadzić do podwyżki podatku dochodowego w Wielkiej Brytanii. Niewykluczone, że sprawca przetrzymuje list, by sprawdzić, jakie oferty otrzyma od jednej ze stron, nim zacznie się targować z drugą. Jedynie trzech ludzi jest zdolnych do tak śmiałych poczynań: Oberstein, La Rothiere i Eduardo Lucas. Porozmawiam z każdym z nich.

Zerknąłem do porannej gazety.

– Czy ten Eduardo Lucas mieszka przy Godolphin Street?

– Tak.

– Nie porozmawiasz z nim.

– Dlaczego?

– Ostatniej nocy został zamordowany w swoim domu.

Podczas naszych przygód mój przyjaciel zaskakiwał mnie tak często, że kiedy uświadomiłem sobie, iż zupełnie go zadziwiłem, uradowałem się wielce. Holmes wpatrywał się we mnie w osłupieniu, a następnie wyrwał mi z rąk gazetę. Oto artykuł, który czytałem, nim wstał z miejsca:

MORDERSTWO W WESTMINSTER

Wczoraj w nocy popełniono tajemnicze przestępstwo przy Godolphin Street 16 w jednym z odludnych skupisk XVIII-wiecznych staromodnych domów położonych między Tamizą a Opactwem Westminsterskim tuż obok Tower i parlamentu. W tym niewielkim, lecz ekskluzywnym budynku od kilku lat mieszkał pan Eduardo Lucas, znany w kręgach towarzyskich ze swej ujmującej osobowości i cieszący się zasłużoną sławą jednego z najlepszych tenorów amatorów w kraju. Pan Lucas był kawalerem, miał 34 lata; w domu oprócz niego mieszkali gospodyni pani Pringle i lokaj Mitton. Pokój starszej pani znajduje się na najwyższym piętrze domu; kładzie się ona wcześnie. Lokaj miał tego wieczora wychodne; odwiedzał przyjaciela w Hammersmith. Od dziesiątej pan Lucas był w domu sam. Nie ustalono jeszcze, co się w tym czasie wydarzyło, wiadomo jednak, że przechodząc o 11.45 Godolphin Street, posterunkowy Barrett zauważył, że drzwi domu pod numerem 16 stoją otworem. Zapukał, ale nikt mu nie odpowiedział. Zauważywszy światło we frontowym pokoju, wszedł do korytarza i zapukał ponownie, ale również nie uzyskał odpowiedzi. Następnie otworzył drzwi i wszedł do środka. W pokoju panował straszliwy nieład. Wszystkie meble przesunięte były na jedną stronę, a pośrodku znajdowało się jedno przewrócone krzesło. Obok niego, ściskając jedną z nóżek mebla, leżał nieszczęsny pan domu. Został pchnięty ostrym narzędziem w serce, co niewątpliwie spowodowało jego natychmiastową śmierć. Narzędziem zbrodni był zakrzywiony hinduski sztylet z kolekcji broni orientalnej, która ozdabiała jedną ze ścian. Motywem zbrodni nie był chyba rabunek, gdyż nie zginął żaden z cennych przedmiotów znajdujących się w pokoju. Pan Eduardo Lucas był powszechnie znany i lubiany, zatem jego gwałtowna i tajemnicza śmierć z pewnością wywoła żałobę i wielkie współczucie w szerokim kręgu jego przyjaciół.

 

 – I cóż, Watsonie, co o tym myślisz? – zapytał Holmes po długiej przerwie.

– To niezwykły zbieg okoliczności.

– Zbieg okoliczności? Oto jeden z trzech mężczyzn, którzy, jak ustaliliśmy, mogli odgrywać rolę w tym dramacie, ginie nagle w tym samym czasie, kiedy dramat się rozgrywa! Prawdopodobieństwo, że to zbieg okoliczności, jest tak małe, iż nie da się wyrazić go liczbami. Mój drogi Watsonie, te dwa wydarzenia niewątpliwie są powiązane, a do nas należy wykrycie tego związku.

– Ale teraz trzeba będzie powiadomić o wszystkim policję, już nie da się tego uniknąć.

– Bynajmniej. Dowiedzą się tyle, ile wykryją przy Godolphin Street. Nie mają jednak (i nie będą mieli) pojęcia o tym, co zaszło w Whitehall Terrace. Jedynie my wiemy o tych obu wydarzeniach i możemy ustalić związek między nimi. Już przedtem miałem powód, by podejrzewać Lucasa. Godolphin Street leży w dzielnicy Westminster i jest oddalona zaledwie o kilka minut spaceru od Whitehall Terrace. Pozostali tajni agenci, o których mówiłem, mieszkają na samym końcu West Endu, więc Lucasowi byłoby najłatwiej nawiązać kontakty w domu sekretarza do spraw europejskich lub otrzymać stamtąd wiadomość. To drobny fakt, ale może okazać się rozstrzygający, skoro wszystkie wydarzenia rozegrały się w ciągu kilku godzin. No, no, a co my tu mamy?

Do pokoju weszła pani Hudson, niosąc na tacy wizytówkę. Holmes rzucił okiem na karteczkę, uniósł brwi i oddał ją mnie.

– Proszę wprowadzić panią Hildę Trelawney Hope – polecił.

Chwilę później nasze skromne mieszkanko, które już wcześniej tego ranka dostąpiło wielkiego zaszczytu, zostało wyróżnione ponownie, kiedy weszła do niego najpiękniejsza z kobiet mieszkających w Londynie. Często słyszałem opowieści o urodzie najmłodszej córki księcia Belminster, ale ani jej opisy, ani czarno-białe zdjęcia, które widziałem, nie oddawały sprawiedliwości subtelnemu, delikatnemu urokowi tej damy oraz pięknej karnacji jej urodziwej twarzy. A jednak, kiedy ujrzeliśmy ją tego jesiennego poranka, to nie jej piękno najbardziej rzucało się w oczy. Policzki miała śliczne, ale pobladłe od silnych emocji, jej oczy błyszczały gorączkowo, a delikatne usta były ściągnięte w rozpaczliwym wysiłku, z jakim starała się zachować panowanie nad sobą. Kiedy nasz piękny gość na chwilę zatrzymał się w otwartych drzwiach, zauważyliśmy przede wszystkim strach, nie urodę.

– Panie Holmes, czy był tu mój mąż?

– Owszem.

– Błagam pana, niech mu pan nie mówi o mojej wizycie. – Holmes ukłonił się sztywno i gestem zaprosił damę, żeby spoczęła w fotelu.

– Stawia mnie pani w bardzo trudnym położeniu. Proszę usiąść i wyjaśnić, o co pani chodzi, obawiam się jednak, że nie mogę obiecać niczego bezwarunkowo.

Dama przeszła przez pokój i usiadła tyłem do okna. Jej wysoka sylwetka była godna królowej – wdzięczna i bardzo kobieca.

– Panie Holmes – powiedziała, splatając i rozplatając dłonie, ubrane w białe rękawiczki – będę z panem szczera i mam nadzieję, że odwdzięczy mi się pan tym samym. Mój mąż rozmawia ze mną o wszystkim poza polityką. W tych sprawach milczy jak grób. Wiem, że wczoraj wieczorem w naszym domu miało miejsce pożałowania godne wydarzenie, zaginął jakiś dokument. Ponieważ wiąże się to z polityką, mąż nie chce mi zdradzić, o co chodzi. Jest jednak niezwykle istotne, podkreślam, niezwykle istotne, bym się tego dowiedziała. Jest pan jedyną osobą prócz zainteresowanych, która zna prawdę o całej sprawie. Dlatego błagam pana, panie Holmes, proszę mi powiedzieć, co zaszło i jakie pociągnie to za sobą skutki. Proszę niczego nie ukrywać, zasłaniając się interesami klienta, zapewniam bowiem pana, że choć mój mąż sam o tym nie wie, to interesom posłużyłoby najlepiej dopuszczenie mnie do tajemnicy. Jaki dokument został skradziony?

– Żąda pani ode mnie niemożliwego.

Kobieta jęknęła i ukryła twarz w dłoniach.

– Proszę to zrozumieć. Ja poznałem fakty dopiero po tym, jak obiecałem zachować tajemnicę zawodową. Jeśli pani mąż nie uznał za stosowne wtajemniczyć ją w tę sprawę, jakże mógłbym ujawnić to, co on chce ukryć? Nie powinna pani prosić o to mnie, tylko swego męża.

– Prosiłam go. Pan jest moją ostatnią deską ratunku. Ale nawet jeśli nie zdradzi mi pan żadnych konkretnych informacji, panie Holmes, może pan oddać mi wielką przysługę, wyjaśniając jedną rzecz.

– Słucham panią.

– Czy kariera polityczna mojego męża może ucierpieć w wyniku tego incydentu?

– Jeśli sprawa nie zostanie wyjaśniona, jej skutki mogą być bardzo niekorzystne.

– Ach! – dama gwałtownie zaczerpnęła powietrza, jak osoba, której wątpliwości zostały rozwiane.

– Jeszcze jedno pytanie, panie Holmes. Mój mąż był tak wzburzony zniknięciem dokumentu, że ze słów, które mu się wyrwały, wnoszę, iż to wydarzenie może pociągnąć za sobą poważne konsekwencje natury publicznej.

– Skoro on tak powiedział, ja nie będę zaprzeczać.

– Jakie to konsekwencje?

– Znów chce pani wiedzieć więcej, niż mogę jej zdradzić.

– Skoro tak, nie będę dłużej zabierała pańskiego czasu. Panie Holmes, nie mogę winić go za to, że nie zgodził się pan porozmawiać ze mną bardziej otwarcie, a pan z kolei nie może chyba mieć do mnie pretensji o to, że chcę dzielić z mężem jego troski, choćby i wbrew jego woli. Raz jeszcze błagam, by nie mówił pan o mojej wizycie.

Stojąc w progu, dama odwróciła się ku nam, ukazując jeszcze raz swą piękną znękaną twarz, wystraszone oczy i ściągnięte usta, po czym wyszła.

– Watsonie, płeć piękna to twoja specjalność – stwierdził Holmes z uśmiechem, kiedy ucichł szelest spódnic i rozległo się trzaśnięcie frontowych drzwi. – O co chodziło tej pięknej damie? Czego tak naprawdę chciała?

– Jej słowa były jasne, a niepokój bardzo naturalny.

– Hmm! Pomyśl o tym, jak wyglądała, Watsonie: o jej postawie, tłumionym wzburzeniu, nerwowości i nieustępliwości podczas zadawania pytań. Pamiętaj, że pochodzi ona z klasy społecznej, która nieczęsto okazuje emocje.

– Z pewnością była czymś bardzo poruszona.

– Nie zapominaj także o osobliwej żarliwości, z jaką zapewniała nas, że dla jej męża najlepiej byłoby, gdyby ona poznała całą prawdę. Co chciała przez to powiedzieć? Zapewne zauważyłeś, Watsonie, że usiadła tak, by mieć światło za plecami. Nie chciała, byśmy zobaczyli wyraz jej twarzy.

– To prawda, wybrała jedyny ustawiony w ten sposób fotel w pokoju.

– A jednak motywy działania kobiet bywają czasami nieodgadnione. Pamiętasz tę damę z Margate, którą podejrzewałem dlatego, że usiadła plecami do okna? Okazało się wówczas, że przyczyną jej zachowania był nieupudrowany nos. Jak można zbudować jakąkolwiek teorię na tak niepewnych podstawach? Nawet najbardziej trywialne zachowanie kobiety może znaczyć bardzo wiele, a najniezwyklejsze z nich wynika z kłopotów ze spinką do włosów lub lokówką. Watsonie, życzę miłego dnia.

– Wychodzisz?

– Tak. Zamierzam spędzić poranek przy Godolphin Street razem z naszymi przyjaciółmi policjantami. Eduardo Lucas stanowi z pewnością klucz do rozwiązania zagadki, chociaż muszę przyznać, że nie mam pojęcia, jaką postać to rozwiązanie przybierze. Pełnij tu wartę, zacny Watsonie, i przyjmuj gości. Postaram się wpaść na lunch.

Przez cały tamten dzień i dwa kolejne dni Holmes był w nastroju, który jego przyjaciele nazywali milczącym, a inni – posępnym. Przybiegał do domu i wybiegał, bez przerwy palił, grał na skrzypcach fragmenty utworów muzycznych, popadał w zadumę, jadł kanapki o najróżniejszych porach i nie odpowiadał prawie na żadne pytanie, jakie mu zadawałem. Dostrzegałem, że sprawy najwyraźniej nie układają się po jego myśli. Nie mówił nic na temat sprawy, i to z gazet dowiedziałem się o przebiegu śledztwa oraz aresztowaniu i późniejszym zwolnieniu Johna Mittona, lokaja zmarłego. Ława koronera orzekła, rzecz jasna, że popełniono morderstwo z premedytacją, jednak sprawca pozostał nieznany, nie znaleziono również motywu. Pokój był pełen cennych przedmiotów, ale żaden z nich nie zginął. Nie tknięto również papierów gospodarza domu. Ich uważne oględziny wykazały, że zmarły interesował się żywo polityką międzynarodową, był niezmordowanym plotkarzem, wybitnym lingwistą i niestrudzonym korespondentem. Pozostawał w zażyłych stosunkach z czołowymi politykami kilku krajów, jednak wśród dokumentów wypełniających jego szuflady nie znaleziono niczego sensacyjnego. Jeśli chodzi o związki z kobietami, ustalono, że były one liczne, lecz powierzchowne. Znał wiele kobiet, ale przyjaźnił się zaledwie z kilkoma, żadnej natomiast nie kochał. Żył statecznie i spokojnie. Śmierć Lucasa stanowiła absolutną zagadkę, i wszystko wskazywało na to, że pozostanie nią nadal.

Jeśli chodzi o aresztowanie Johna Mittona, lokaja, był to desperacki krok stanowiący alternatywę dla bezczynności. Nie znaleziono jednak dowodów świadczących przeciwko niemu – feralnej nocy był on w odwiedzinach u przyjaciół w Hammersmith, a jego alibi zostało potwierdzone. Co prawda ruszył w drogę powrotną o takiej porze, że powinien był dotrzeć do Westminster przed wykryciem morderstwa, ale wyjaśnienie, iż część trasy przeszedł piechotą, wydawało się całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę, że noc była piękna. Lokaj dotarł na miejsce o północy i wydawał się przybity niespodziewaną tragedią. Od zawsze był ze swym chlebodawcą w przyjaznych stosunkach. W rzeczach sługi znaleziono kilka przedmiotów należących do zmarłego – między innymi niewielki zestaw brzytew – mężczyzna wyjaśnił jednak, że były to prezenty od jego pana, a gospodyni to potwierdziła. Mitton pracował u Lucasa od trzech lat. Uwagę zwracał fakt, że zmarły nie zabierał służącego ze sobą na kontynent. Gdy wyjeżdżał do Paryża nawet na trzy miesiące, lokaj zawsze zostawał w domu przy Godolphin Street. Gospodyni nie słyszała żadnych hałasów tej nieszczęsnej nocy. Jeśli jej pan miał gości, sam wpuścił ich do domu.

Przez trzy dni zagadka pozostawała nierozwikłana, a przynajmniej tak twierdziły gazety. Jeśli Holmes wiedział o sprawie coś więcej, zatrzymał to dla siebie, powiedział mi jednak, że inspektor Lestrade wtajemniczył go w przebieg śledztwa, wiedziałem więc, że na bieżąco obserwuje jego rozwój. Czwartego dnia nadszedł długi telegram z Paryża, który wydawał się wyjaśniać całą sprawę. Oto, co napisano w „Daily Telegraph”:

Paryska policja dokonała właśnie odkrycia, które pozwala wyjaśnić tragiczny los pana Eduardo Lucasa, zabitego w ostatni poniedziałek wieczorem przy Godolphin Street w dzielnicy Westminster. Jak nasi Czytelnicy zapewne pamiętają, zmarły został zasztyletowany w swoim domu, i początkowo podejrzewano jego lokaja, ten ostatni przedstawił jednak mocne alibi. Wczoraj służący pani Fournaye, zamieszkującej w niewielkiej willi przy Rue Austerlitz, zgłosili władzom, że ich pani popadła w obłęd. Badanie wykazało, że u kobiety istotnie rozwinęła się niebezpieczna i nieuleczalna mania. Śledztwo policji ujawniło, że pani Fournaye wróciła w zeszły wtorek z podróży do Londynu; istnieją też dowody wskazujące na jej udział w zbrodni popełnionej w Westminsterze. Porównanie zdjęć dowiodło ponad wszelką wątpliwość, że pan Henri Fournaye i Eduardo Lucas byli w istocie jedną i tą samą osobą i że zmarły z niewiadomych przyczyn prowadził podwójne życie w Londynie i Paryżu. Pani Fournaye, w której żyłach płynie kreolska krew, jest osobą niezwykle pobudliwą, i już wcześniej zdarzały jej się ataki zazdrości graniczącej z obłędem. Uważa się, że właśnie podczas jednego z nich popełniła straszliwą zbrodnię, która wywołała taką sensację w Londynie. Nie ustalono jeszcze jej postępowania w poniedziałkowy wieczór, odkryto jednak, że we wtorek rano kobieta odpowiadająca jej opisowi zwróciła na siebie uwagę wielu osób na dworcu Charing Cross, bo była bardzo wzburzona i zachowywała się nerwowo. Jest zatem prawdopodobne, że zbrodnia została popełniona w afekcie lub że w jej wyniku nieszczęsna kobieta doznała pomieszania zmysłów. W chwili obecnej chora nie jest w stanie mówić w spójny sposób o przeszłych wydarzeniach, a lekarze nie dają żadnych nadziei na jej powrót do zdrowia. Istnieją dowody wskazujące na to, że jakaś kobieta, być może pani Fournaye, przez kilka godzin przyglądała się domowi przy Godolphin Street w poniedziałkowy wieczór.

 

– Co o tym sądzisz, Holmesie? – spytałem, gdy przeczytałem na głos artykuł swemu przyjacielowi, który właśnie kończył śniadanie.

– Drogi Watsonie – odpowiedział, wstając od stołu i chodząc tam i z powrotem po pokoju. – Wykazujesz się wielką cierpliwością, ale jeśli niczego ci nie mówiłem przez ostatnie trzy dni, to tylko dlatego, że nie mam nic do powiedzenia. Nawet wieści z Paryża niewiele nam pomogły.

– Niewątpliwie pozwoliły rozwikłać zagadkę śmierci Lucasa.

– Ta śmierć to jedynie trywialny incydent w porównaniu z naszym prawdziwym zadaniem, którym jest odnalezienie dokumentu i ocalenie Europy przed katastrofą. W ciągu trzech ostatnich dni stała się tylko jedna ważna rzecz: nic się nie wydarzyło. Niemal co godzinę otrzymuję raporty od władz, i pewne jest, że nigdzie w Europie nie zanosi się na konflikt. Gdyby ujawniono list... Nie, nie został ujawniony, ale gdzie w takim razie się znajduje? Kto ma go w rękach i dlaczego się nim nie posłużył? Oto pytanie, które zaprząta mój umysł. Czy naprawdę był zbiegiem okoliczności fakt, że Lucas zszedł z tego świata tej samej nocy, której zniknął list? Czy dokument do niego dotarł? Jeśli tak, dlaczego nie ma go w papierach zmarłego? Czy zabrała go jego obłąkana małżonka? Jak mam go szukać, nie wzbudzając podejrzeń francuskiej policji? Drogi Watsonie, w tej sprawie stróże prawa mogą być dla nas równie niebezpieczni jak przestępcy. Mamy przeciwko sobie wszystkich, a gra toczy się o olbrzymią stawkę. Jeśli uda mi się doprowadzić tę sprawę do pomyślnego końca, stanie się ona ukoronowaniem mojej kariery. A oto najnowsze wieści z frontu! – obrzucił szybkim spojrzeniem przyniesiony właśnie liścik. – No, no! Zdaje się, że Lestrade dostrzegł coś interesującego. Załóż kapelusz, Watsonie. Przejdziemy się wspólnie do Westminsteru.

Po raz pierwszy znalazłem się w miejscu zbrodni – wysokim obdrapanym domu o wąskiej fasadzie, sztywnym i solidnym jak wiek, w którym powstał. Przywodzące na myśl buldoga oblicze Lestrade’a wpatrywało się w nas przez frontowe okno; inspektor przyjaźnie nas powitał po tym, jak potężny posterunkowy otworzył drzwi i wpuścił nas do środka. Zostaliśmy wprowadzeni do pokoju, w którym popełniono morderstwo. Po zbrodni nie pozostał jednak żaden ślad poza brzydką nieregularną plamą na niewielkim kwadratowym dywanie leżącym pośrodku pokoju i otoczonym szeroką połacią pięknej staromodnej podłogi wykonanej z polerowanych na wysoki połysk kwadratowych drewnianych klepek. Nad kominkiem wisiała wspaniała kolekcja broni, z której jeden okaz wykorzystano feralnej nocy. Pod oknem stało obszerne biurko, a wszystkie elementy mieszkania – obrazy, dywany i draperie – wskazywały na gust tak wyszukany, że ocierał się o zniewieściałość.

– Słyszał pan wieści z Paryża? – spytał Lestrade.

Holmes skinął głową.

– Zdaje się, że tym razem nasi przyjaciele Francuzi trafili w sedno. Nie ulega wątpliwości, że było dokładnie tak, jak mówią. Zapukała do drzwi (zapewne była to niespodziewana wizyta, gdyż zmarły strzegł swej prywatności jak źrenicy oka), gospodarz wpuścił ją, bo nie mógł pozwolić, żeby stała na ulicy. Opowiedziała, jak udało jej się go wyśledzić i zaczęła mu wymyślać. Gdy awantura osiągnęła szczyt, kres całej sprawie położył sztylet, który kobieta miała pod ręką. Nie wydarzyło się to jednak od razu, wszystkie krzesła przesunięto aż tam, pod ścianę, a jedno z nich ofiara wciąż ściskała w rękach, jak gdyby próbowała zasłonić się nim przed napastniczką. Można odtworzyć wszystko tak, jakbyśmy widzieli to na własne oczy.

Holmes uniósł brwi.

– A jednak posłał pan po mnie?

– Ach tak, to inna sprawa, niby drobnostka, ale taka, która mogłaby pana zainteresować. Widzi pan, jest to coś osobliwego, a nawet dziwacznego. Nie ma żadnego związku ze sprawą, bo po prostu nie może go mieć.

– Ale o co chodzi?

– Jak pan wie, podczas pracy nad tego rodzaju sprawami bardzo uważamy, by pozostawić wszystko na swoim miejscu. Niczego nie ruszaliśmy. Dniem i nocą czuwa tu policjant. Dziś rano, po pogrzebie i zakończeniu śledztwa uznaliśmy, że można tu trochę posprzątać, przynajmniej w tym pokoju. Widzi pan ten dywan? Nie jest przytwierdzony do podłogi, leży luźno. Podnieśliśmy go i znaleźliśmy...

– Tak? – twarz Holmesa stężała z emocji.

– Jestem pewien, że choćby myślał pan sto lat, nie zgadłby pan, co odkryliśmy. Widzi pan tę plamę na dywanie? Krew powinna przez przesiąknąć, prawda?

– Niewątpliwie.

– Zapewne zaskoczę pana, gdy powiem, że na białym drewnie pod dywanem nie znaleziono plamy, której kształt odpowiadałby plamie pozostawionej na dywanie.

– Nie było plamy? Ależ musi...

– Tak się wydaje. Ale faktem jest, że jej nie było.

Inspektor chwycił róg, podniósł go i odwrócił dywan tak, by potwierdzić swoje słowa.

– Ale spodnia część jest tak samo poplamiona jak wierzchnia. Musiał zostać jakiś ślad.

Lestrade zachichotał z radości, że udało mu się wprawić w zakłopotanie słynnego eksperta.

– Pokażę panu rozwiązanie. Widnieje tu druga plama, ale nie odpowiada ona pierwszej. Proszę zobaczyć. – Mówiąc to, podniósł inną część dywanu; pod spodem na białych klepkach staroświeckiej podłogi widniała wielka purpurowa plama. – I co pan o tym sądzi, panie Holmes?

– To bardzo proste. Plamy się pokrywały, ale dywan przesunięto. Jest kwadratowy i nie był przytwierdzony do podłogi, więc nietrudno było to zrobić.

– Panie Holmes, policja nie potrzebuje pańskiej pomocy, by stwierdzić, że dywan mógł zostać przemieszczony. To oczywiste, gdyż kiedy położy się go w ten sposób, plamy znajdują się jedna nad drugą. Chciałbym jednak wiedzieć, kto go przesunął i dlaczego.

Z pozornie kamiennej twarzy Holmesa wyczytałem, że mój przyjaciel aż kipi od wewnętrznego podniecenia.

– Niech pan posłucha, Lestrade – powiedział. – Czy ten posterunkowy, który stoi w korytarzu, był tutaj przez cały czas?

– Tak.

– Proszę postąpić zgodnie z moją radą. Niech pan skrupulatnie go wypyta. Proszę nie robić tego w naszej obecności. Poczekamy tutaj. Proszę iść z nim do pokoju na tyłach domu. Bardziej prawdopodobne jest, że uda się panu skłonić go do zwierzeń, jeśli będziecie rozmawiać na osobności. Proszę spytać go, jak śmiał wpuszczać do tego pokoju obcych i zostawiać ich tu samych. Niech pan nie pyta go, czy to zrobił, a weźmie to za pewnik. Proszę powiedzieć mu, że wie pan, że ktoś tu był. Proszę na niego naciskać i powiedzieć mu, że jego jedyną szansą jest przyznanie się do wszystkiego. Proszę zrobić dokładnie to, co powiedziałem.

– Niech mnie kule biją, jeśli nie wydobędę z niego wszystkiego! – wykrzyknął Lestrade, wybiegł na korytarz i po kilku chwilach jego podniesiony głos rozbrzmiewał z pokoju na tyłach.

– Teraz, Watsonie, teraz! – wykrzyknął Holmes, bardzo podekscytowany. Jego demoniczna wewnętrzna siła skryta za apatyczną powierzchownością ujawniła się gwałtownym wybuchem energii. Zerwał z podłogi dywan i po chwili klęczał na posadzce, szarpiąc po kolei za każdą z klepek. Jedna odskoczyła w bok, kiedy wbił paznokcie w jej boczną część – odchyliła się na zawiasach jak wieczko szkatułki. Pod nią znajdował się niewielki czarny otwór. Holmes szybko zanurzył w niego rękę i wyciągnął ją, warcząc z gniewu i rozczarowania. Skrytka była pusta.

– Szybko, Watsonie, szybko! Zamknij to z powrotem! – opuściłem drewniane wieko i ledwie zdążyłem poprawić dywan, kiedy w korytarzu zabrzmiał głos Lestrade’a. Gdy inspektor wszedł do pokoju, zastał Holmesa opierającego się apatycznie o półkę nad kominkiem, ze zrezygnowaną i znudzoną miną, tłumiącego niepohamowane ziewanie.

– Przepraszam, że kazałem panu czekać, panie Holmes. Widzę, że cała ta sprawa śmiertelnie pana nudzi. Miał pan rację, do wszystkiego się przyznał. Chodźcie tu, MacPherson. Opowiedzcie tym dżentelmenom o swoim niewybaczalnym zachowaniu.

Rosły posterunkowy, zarumieniony i skruszony, chyłkiem wszedł do pokoju.

– Proszę panów, nie miałem złych zamiarów. Wczoraj wieczorem przyszła tu młoda dama, która zabłądziła. Zaczęliśmy rozmawiać. Człowiek czuje się osamotniony, jak siedzi tu na służbie cały boży dzień.

– Co się stało później?

– Chciała zobaczyć, gdzie popełniono zbrodnię, mówiła, że czytała o tym w gazetach. Była to bardzo szacowna młoda kobieta, proszę panów, i bardzo ładnie się wysławiała, więc nie widziałem nic złego w tym, żeby pozwolić jej tam zajrzeć. Kiedy zobaczyła tę plamę na dywanie, upadła na podłogę jak długa i leżała jak martwa. Pobiegłem na tyły domu, żeby przynieść jej wody, ale nie udało mi się jej ocucić. Skoczyłem więc za róg do „Bluszczu”, chciałem przynieść trochę brandy, jednak zanim wróciłem, kobieta odzyskała przytomność i zniknęła, pewnie było jej wstyd, i nie miała śmiałości spojrzeć mi w oczy.

– A co z przesuniętym dywanem?

– No cóż, proszę pana, kiedy wróciłem, był trochę zmiętoszony. Kobieta upadła na niego, a leżał na wypastowanej podłodze i nie był niczym przymocowany. Później go poprawiłem.

– To nauczka dla was, że nie da się mnie oszukać, posterunkowy MacPherson – stwierdził Lestrade z godnością. – Zapewne myśleliście, że zaniedbanie przez was obowiązków pozostanie niewykryte, a jednak wystarczył rzut oka na dywan, a już wiedziałem, że kogoś wpuszczono do pokoju. Macie szczęście, że nic nie zginęło, inaczej znaleźlibyście się w nie lada kłopocie. Panie Holmes, przepraszam, że wzywałem pana do takiej błahostki, ale pomyślałem, że druga plama nie pasująca do pierwszej może pana zainteresować.

– Istotnie, była wielce interesująca. Panie posterunkowy, czy ta kobieta była tu tylko raz?

– Tak, proszę pana.

– A kto to był?

– Nie znam jej nazwiska. Przyszła w odpowiedzi na ogłoszenie o pracę dla maszynistki, bo pomyliła numer domu, była to bardzo przyjemna i grzeczna młoda dama.

– Czy była wysoka i ładna?

– Tak, proszę pana. Była całkiem wyrośnięta. Można chyba powiedzieć, że ładna, a niektórzy pewno uznaliby, że bardzo ładna. „Panie oficerze, proszę pozwolić mi tam zerknąć!” – powiedziała. Zachowywała się tak naturalnie i niewinnie, że pomyślałem sobie, iż nic złego się nie stanie, jeśli pozwolę jej wetknąć głowę za drzwi.

– Jak była ubrana?

– Skromnie, proszę pana, miała pelerynę długą aż do ziemi.

– O której przyszła?

– Akurat zmierzchało. Kiedy wróciłem z brandy, właśnie zapalali latarnie.

– Znakomicie – stwierdził Holmes. – Chodź, Watsonie, myślę, że mamy coś ważniejszego do zrobienia gdzie indziej.

Kiedy wychodziliśmy z domu, Lestrade pozostał we frontowym pokoju, a skruszony posterunkowy otworzył drzwi, by nas wypuścić. Kiedy staliśmy już na schodach, Holmes odwrócił się i położył coś na dłoni. Policjant przyglądał się z przejęciem.

– Dobry Boże! – wykrzyknął, a na jego twarzy odmalowało się zdumienie. Holmes położył palec na ustach, włożył rękę do kieszonki na piersi, a kiedy skręciliśmy za róg ulicy wybuchnął śmiechem.

– Znakomicie! – stwierdził. – Chodź, drogi Watsonie, kurtyna idzie w górę przed ostatnim aktem. Z pewnością przyjmiesz z ulgą wiadomość, że do wojny nie dojdzie, błyskotliwa kariera szanownego pana Trelawneya Hope nie legnie w gruzach, niedyskretny potentat nie zostanie ukarany za swą nierozwagę, premier nie będzie musiał mierzyć się z konfliktami na skalę europejską, a jeśli wykażemy nieco taktu i zręczności, nikt nic nie straci na incydencie, który mógł się skończyć bardzo tragicznie.

Byłem pełen podziwu dla tego niezwykłego człowieka!

– Rozwiązałeś zagadkę! – wykrzyknąłem.

– Nie do końca, Watsonie. Niektóre jej aspekty pozostają nadal tajemnicą. Wiemy już jednak tak wiele, że będzie wyłącznie naszą winą, jeśli nie uda nam się odkryć reszty. Pojedziemy prosto do Whitehall Terrace, aby ujawnić pozostałe fakty.

Kiedy przybyliśmy do rezydencji sekretarza do spraw europejskich, Sherlock Holmes zapytał o lady Hildę Trelawney Hope. Wprowadzono nas do salonu.

– Panie Holmes! – powiedziała dama, a jej twarz zaróżowiła się z oburzenia. – Pańskie postępowanie jest nieuczciwe i krzywdzące. Mówiłam panu, że pragnę utrzymać swoją wizytę w tajemnicy, by mój mąż nie pomyślał, że wtrącam się w jego sprawy, a tymczasem pan mnie kompromituje, przychodząc tutaj i pokazując tym samym, że coś nas łączy.

– Niestety, proszę pani, nie miałem innego wyjścia. Zlecono mi odzyskanie niezwykle istotnego dokumentu, w związku z czym muszę prosić panią, by była tak uprzejma i zwróciła mi go.

Dama poderwała się na równe nogi, a jej piękna twarz w jednej chwili zbladła. Oczy zaszkliły się, kobieta się zachwiała, i byłem pewien, że zemdleje. Olbrzymim wysiłkiem otrząsnęła się z szoku, i po chwili na jej twarzy widać było jedynie wielkie zaskoczenie i gniew.

– Pan... Pan mnie obraża, panie Holmes.

– Proszę pani, to nic nie da. Proszę oddać list.

Kobieta podbiegła do dzwonka.

– Lokaj zaprowadzi panów do wyjścia.

– Lady Hildo, proszę nie dzwonić. Jeśli pani to zrobi, zniweczy pani wszystkie starania, jakie poczyniłem, by uniknąć skandalu. Proszę oddać list, a cała sprawa zakończy się pomyślnie. Jeśli zgodzi się pani ze mną współpracować, nie ujawnię wszystkiego. W przeciwnym razie będę zmuszony panią wydać.

Dama stała z wyzywającą miną, dumna niczym królowa, utkwiwszy wzrok w twarzy mego przyjaciela, tak jakby chciała zajrzeć w głąb jego duszy. Trzymała rękę na dzwonku, ale nie skorzystała z niego.

– Próbuje mi pan grozić. Panie Holmes, nie jest zbyt godne dżentelmena przychodzić i zastraszać kobietę. Twierdzi pan, że coś pan wie. O co chodzi?

– Proszę usiąść. Jeśli upadnie pani, stojąc w ten sposób, zrobi pani sobie krzywdę. Nie zacznę mówić, póki pani nie usiądzie. Dziękuję.

– Daję panu pięć minut, panie Holmes.

– Wystarczy mi jedna, lady Hildo. Wiem, że odwiedziła pani Eduardo Lucasa, przekazała mu dokument, a wczoraj wieczorem w sprytny sposób dostała się znów do jego mieszkania i zabrała list ze skrytki pod dywanem.

Kobieta wpatrywała się w niego z poszarzałą twarzą i dwukrotnie przełknęła ślinę, nim udało jej się przemówić.

– Jest pan niespełna rozumu, panie Holmes, niespełna rozumu! – krzyknęła w końcu.

Mój przyjaciel wyjął z kieszeni niewielki kartonik z wizerunkiem twarzy kobiety, wyciętym z portretu.

– Miałem to przy sobie, bo uznałem, że może się przydać – wyjaśnił. – Rozpoznał panią policjant.

Dama gwałtownie wciągnęła powietrze, a jej głowa opadła na oparcie fotela.

– Lady Hildo. Ma pani list. Sprawę wciąż można doprowadzić do pomyślnego zakończenia. Moim jedynym celem jest zwrócenie zaginionego dokumentu pani mężowi. Proszę pójść za moją radą i wszystko szczerze opowiedzieć. To pani jedyna szansa.

Nasza rozmówczyni wykazała się niezwykłą odwagą, wciąż nie chciała przyznać się do porażki.

– Powtarzam panu, panie Holmes, padł pan ofiarą jakiegoś absurdalnego złudzenia.

Holmes wstał z miejsca.

– Przykro mi, lady Hildo. Zrobiłem, co mogłem, by pani pomóc. Widzę jednak, że na próżno.

Zadzwonił i do pokoju wszedł lokaj.

– Czy pan Trelawney Hope jest w domu?

– Ma wrócić za piętnaście pierwsza.

Holmes zerknął na zegarek.

– Czyli za kwadrans – stwierdził. – Bardzo dobrze, zaczekam.

Ledwie zamknęły się za służącym drzwi, lady Hilda padła na kolana do stóp Holmesa z wyciągniętymi rękami, jej piękna twarz, mokrą od łez, była zwrócona ku memu przyjacielowi.

– Niech się pan zlituje, panie Holmes! Niech się pan zlituje! – zaczęła szaleńczo błagać. – Na miłość Boską, niech mu pan nie mówi! Tak bardzo go kocham! Za nic nie chciałabym go zasmucać, a wiem, że taka wieść złamałaby jego szlachetne serce.

Holmes pomógł damie wstać.

– Bardzo się cieszę, że w ostatniej chwili poszła pani po rozum do głowy! Nie ma chwili do stracenia. Gdzie jest list?

Kobieta podbiegła do sekretarzyka, otworzyła go i wyjęła ze środka długą niebieską kopertę.

– Oto on, panie Holmes. Wiele bym dała, żeby nigdy go nie zobaczyć!

– Jak możemy odłożyć go na miejsce? – mruknął Holmes. – Szybko, szybko, musimy wymyślić jakiś sposób! Gdzie czerwona teczka?

– Nadal w sypialni.

– Cóż za szczęśliwy traf! Szybko, niech ją pani tu przyniesie! – chwilę później lady Hilda przybiegła, trzymając w rękach płaską czerwoną teczkę.

– W jaki sposób otworzyła ją pani poprzednim razem? Czy ma pani zapasowy klucz? Oczywiście, że tak. Proszę ją otworzyć!

Kobieta wyciągnęła zza dekoltu niewielki kluczyk i szybko otworzyła teczkę. Była wypchana papierami. Holmes wcisnął niebieską kopertę w głąb, pomiędzy kartki innego dokumentu. Teczka została zamknięta i odniesiona do sypialni.

– Teraz jesteśmy gotowi na jego przybycie – stwierdził Holmes. – Zostało nam dziesięć minut. Lady Hildo, zrobiłem wiele, by panią chronić. W zamian proszę przez ten czas opowiedzieć mi szczerze, o co chodzi w tej niezwykłej sprawie.

– Panie Holmes, powiem panu wszystko! – wykrzyknęła dama. – Och, prędzej odcięłabym sobie prawą rękę, niż sprawiła mężowi choćby najdrobniejszą przykrość! Nie ma w Londynie kobiety, która kochałaby swego męża bardziej niż ja, jednak gdyby wiedział, co zrobiłam – co zostałam zmuszona zrobić – nigdy by mi nie wybaczył. Tak bardzo ceni sobie honor, że nie potrafiłby zapomnieć ani przebaczyć, że ktoś mu uchybił. Panie Holmes, proszę mi pomóc! Tu idzie o moje szczęście, jego szczęście, ba, o nasze życie!

– Proszę mówić szybko, czas ucieka!

– Tu chodzi o mój list, jeszcze sprzed zamążpójścia, głupi niedyskretny list, napisany przez impulsywną, zadurzoną dziewczynę. Nie miałam złych intencji, ale mój mąż uznałby to za zbrodnię. Gdyby go przeczytał, bezpowrotnie straciłabym jego zaufanie. List wysłałam wiele lat temu i myślałam, że cała sprawa poszła w zapomnienie, jednak ten człowiek, Lucas, powiadomił mnie, że ma go u siebie i zamierza pokazać mojemu mężowi. Błagałam go o litość. Powiedział, że zwróci mi moją własność, jeśli dostarczę mu pewien dokument z teczki męża; precyzyjnie mi go opisał. Miał w biurze męża szpiega, który powiedział mu o tym liście. Zapewnił mnie, że mojemu mężowi nie stanie się nic złego. Panie Holmes, proszę postawić się na moim miejscu. Co miałam zrobić?

– Powiedzieć o wszystkim mężowi.

– Nie mogłam, panie Holmes, nie mogłam! Po pierwsze, byłam pewna, że doprowadzi to do mojej zguby, po drugie, choć czułam się okropnie, zabierając mężowi dokument, nie rozumiałam konsekwencji politycznych tego działania, za to jego skutki mojego czynu w sferze miłości i zaufania były dla mnie aż nazbyt jasne. Zrobiłam to, panie Holmes! Wykonałam odlew klucza, a Lucas dostarczył mi duplikat. Otworzyłam teczkę, zabrałam dokument i zaniosłam go na Godolphin Street.

– Co się tam stało?

– Zastukałam do drzwi w umówiony sposób. Lucas mi otworzył i poszłam za nim do jego pokoju, nie zamykając za sobą drzwi na korytarz, gdyż bałam się zostać sama z tym człowiekiem. Pamiętam, że kiedy wchodziłam do środka, przed domem stała jakaś kobieta. Szybko dokonaliśmy wymiany. Miał mój list na biurku i zwrócił mi go, kiedy dałam mu dokument. W tym momencie przed drzwiami rozległy się jakieś hałasy, a później usłyszeliśmy kroki w korytarzu. Lucas szybko odsunął dywan, wrzucił dokument do znajdującej się pod nim skrytki i ponownie ją przykrył.

To, co się stało później, było jak koszmarny sen. Wciąż widzę ciemną szaloną twarz i słyszę kobiecy głos krzyczący po francusku: „Nie czekałam na darmo! W końcu cię z nią przydybałam!”. Doszło do zaciętej bójki. On chwycił w ręce krzesło, ona nóż. Uciekłam z tego okropnego miejsca, wybiegłam z domu i dopiero następnego ranka dowiedziałam się z gazet, jaki straszliwy koniec miała ta awantura. Wieczorem czułam się szczęśliwa, gdyż odzyskałam swój list, a nie wiedziałam jeszcze, co przyniesie przyszłość.

Dopiero następnego ranka zdałam sobie sprawę, że jedynie zamieniłam jeden kłopot na inny. Cierpienie mojego męża z powodu utraty dokumentu sprawiło mi ból. Ledwie powstrzymałam się, by nie rzucić mu się do nóg i nie wyznać prawdy. Ale to by oznaczałoby, że muszę się przyznać i do błędów przeszłości. Tego ranka udałam się do pana i w pełni uświadomiłam sobie wagę mego przewinienia. Od tej chwili myślałam tylko o jednym: jak odzyskać list. Uznałam, że musi wciąż znajdować się tam, gdzie pozostawił go Lucas, gdyż został ukryty, nim ta straszna kobieta weszła do pokoju. Gdyby nie jej wtargnięcie, nigdy nie dowiedziałabym się, gdzie mieści się skrytka. Ale jak się dostać do tego pokoju? Przez dwa dni obserwowałam dom, lecz nigdy nie pozostawiano otwartych drzwi. Ostatniej nocy podjęłam desperacką próbę. Wie pan już, co wtedy zrobiłam i z jakim skutkiem. Przyniosłam list z powrotem i chciałam go zniszczyć, gdyż nie widziałam możliwości, by zwrócić go mężowi, nie wyznając równocześnie swojej winy. Boże, słyszę na schodach jego kroki!

Do pokoju wpadł rozemocjonowany sekretarz do spraw europejskich.

– Ma pan jakieś wieści, panie Holmes? – wykrzyknął.

– Żywię pewne nadzieje.

– Ach, dzięki Bogu! – twarz Hope’a się rozpromieniła. – Dziś jem lunch z premierem. Czy może pan opowiedzieć i jemu o swoich nadziejach? Ma stalowe nerwy, a jednak wiem, że od tego strasznego zdarzenia niemal nie zmrużył oka. Jacobs, poproś pana premiera na górę. Kochanie, obawiam się, że to sprawa polityczna. Poczekaj na nas w jadalni. Przyjdziemy za kilka minut.

Premier zachowywał się z dystansem, ale po błysku w jego oczach i drżeniu kościstych rąk poznałem, że był nie mniej podekscytowany niż jego młody kolega.

– Rozumiem, że ma pan nam coś do powiedzenia, panie Holmes?

– Jak dotąd absolutnie nic – odpowiedział mój przyjaciel. – Wypytywałem wszędzie i jestem pewien, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa.

– Ale to nie wystarczy, panie Holmes. Nie możemy bez przerwy siedzieć na takiej bombie. Musimy uzyskać ostateczne odpowiedzi.

– Mam nadzieję to wyjaśnić. Po to tu jestem. Im więcej myślę o tej sprawie, tym bardziej jestem przekonany, że list nie opuścił tego domu.

– Panie Holmes!

– Gdyby było inaczej, z pewnością zostałby już ujawniony.

– Ale po co ktoś miałby go zabierać i trzymać go tutaj?

– Nie jestem pewien, czy ktokolwiek go zabrał.

– Skoro tak, w jaki sposób zniknął z teczki?

– Nie jestem pewien, czy w ogóle z niej zniknął.

– Panie Holmes, nie czas na takie żarty. Zapewniam pana, że listu nie ma w teczce.

– Czy zaglądał pan do niej od wtorku rano?

– Nie. To nie było konieczne.

– Mógł pan go przeoczyć.

– Powtarzam panu, że to niemożliwe.

– Nie jestem tego pewien. Słyszałem już o takich przypadkach. Podejrzewam, że w środku są inne papiery. List mógł wsunąć się pomiędzy nie.

– Leżał na wierzchu.

– Ktoś mógł potrząsnąć teczką i, on się przesunął.

– Nie, nie, wyjąłem wszystko ze środka.

– Łatwo to sprawdzić, Hope – powiedział premier. – Niech pan każe przynieść teczkę.

Sekretarz zadzwonił po służącego.

– Jacobs, przynieś moją teczkę. To absurdalna strata czasu, ale skoro tak się pan tego domaga, proszę bardzo. Dziękuję, Jacobs, połóż ją tutaj. Przez cały czas nosiłem klucz na dewizce. Proszę bardzo, oto papiery. List od lorda Merrow, raport od sir Charlesa Hardy’ego, memorandum z Belgradu, notatka o rosyjsko-niemieckim podatku na zboża, pismo z Madrytu, liścik od lorda Flowersa... Wielkie nieba! A to co? Lordzie Bellinger! Lordzie Bellinger!

Premier wyrwał mu z ręki niebieską kopertę.

– Tak, to ten list, i to nietknięty. Hope, gratuluję panu.

– Dziękuję! Dziękuję! Kamień spadł mi z serca. Ale to niewiarygodne, niemożliwe! Panie Holmes, jest pan czarodziejem! Skąd pan wiedział, że list jest właśnie tam?

– Wiedziałem, że nie ma go nigdzie indziej.

– Nie wierzę własnym oczom! – popędził do drzwi. – Gdzie moja żona? Muszę powiedzieć jej, że wszystko w porządku. Hildo! Hildo! – Usłyszeliśmy jego głos na schodach.

Premier spojrzał na Holmesa z błyskiem w oku.

– Proszę pana – stwierdził. – Nie powiedział nam pan wszystkiego. W jaki sposób list znalazł się z powrotem w teczce?

Holmes z uśmiechem odwrócił się od badawczego spojrzenia tych przenikliwych oczu.

– My także mamy swoje dyplomatyczne sekrety – odpowiedział, wziął kapelusz i skierował się ku drzwiom.

 

KONIEC

9 teczka z czerwonej skóry, używana w Wielkiej Brytanii do przekazywania dokumentów rządowych ministrom (przyp. tłum.)