Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Dzienniki Sherlocka Holmesa / Wspomnienia Sherlocka Holmesa

DZIENNIKI SHERLOCKA HOLMESA

 
 

 

Rozdział pierwszy

 

Srebrna Gwiazda

 
 

– Obawiam się, Watsonie, że będę musiał wyjechać – rzekł Holmes pewnego ranka, gdy siedzieliśmy razem przy śniadaniu.

– Wyjechać?! Dokąd?

– Do Dartmoor, do King’s Pyland.

Nie byłem tym specjalnie zaskoczony. Tak naprawdę zastanawiałem się nawet, dlaczego do tej pory nie zaangażował się w tę niezwykłą sprawę, o której wszyscy mówili jak Anglia długa i szeroka. Przez cały dzień mój towarzysz chodził po pokoju z opuszczoną głową i ze zmarszczonymi brwiami, wciąż nabijając swoją fajkę bardzo mocnym czarnym tytoniem i całkowicie ignorując jakiekolwiek pytania czy uwagi z mojej strony. Pospiesznie przeglądał najnowsze wydania każdej gazety dostarczonej nam tego ranka do domu i zaraz potem rzucał je w róg pokoju. Pomimo że w ogóle się nie odzywał, doskonale wiedziałem, o czym tak duma. Opinię publiczną zaprzątał tylko jeden problem, który mógłby stanowić wyzwanie dla mocy jego analitycznego umysłu. Było to przedziwne zniknięcie faworytki wyścigu o Puchar Wessex i tragiczna śmierć jej trenera. Gdy więc Holmes nagle ogłosił, że zamierza udać się na miejsce, w którym rozegrał się ten dramat, było to coś, czego się spodziewałem i na co tak naprawdę liczyłem.

– Bardzo bym się ucieszył, gdybym mógł pojechać tam z tobą – powiedziałem. – Oczywiście, o ile nie będę ci przeszkadzał.

– Mój drogi Watsonie, jadąc ze mną, wyświadczyłbyś mi ogromną przysługę. Sądzę, że nie uznasz tego czasu za stracony, ponieważ pewne aspekty tej sprawy świadczą o tym, iż może się ona okazać absolutnie wyjątkowa. Myślę, że zdążymy jeszcze złapać pociąg z Paddington, a podczas podróży jeszcze raz przemyślę tę sprawę. Byłbym ci także bardzo wdzięczny, gdybyś zabrał ze sobą swoją doskonałą lornetkę.

Tym oto sposobem mniej więcej godzinę później siedziałem w kącie przedziału wagonu pierwszej klasy, w pociągu jadącym do Exeter, podczas gdy Sherlock Holmes ze swą skupioną bystrą twarzą, wyglądającą spod podróżnej czapki z nausznikami, pospiesznie przeglądał stos najnowszych gazet kupionych w Paddington. Gdy w końcu cisnął ostatnią z nich pod siedzenie i poczęstował mnie cygarem, Reading było już daleko za nami.

– Szybko jedziemy – powiedział, wyglądając przez okno i zerkając na zegarek. – Obecnie poruszamy się z prędkością pięćdziesięciu trzech i pół mili na godzinę.

– Nie przyglądałem się ćwierćmilowym słupkom.

– Ja również nie, jednak słupy telegraficzne na tej linii stoją co sześćdziesiąt jardów, więc obliczenie tego było proste. Zakładam, że interesowałeś się już sprawą Johna Strakera i zniknięciem Srebrnej Gwiazdy?

– Wiem, co pisano o tym w „Telegraph” i „Chronicle”.

– To jedna z takich spraw, gdzie sztukę logicznego myślenia powinno się raczej wykorzystać do właściwego przesiania znanych już szczegółów zamiast do skupiania się na szukaniu nowych dowodów. Ta tragedia była tak niezwykła, tak znacząca i dotknęła osobiście tak wiele osób, że spowodowała powstanie ogromnej ilości domysłów, przypuszczeń i hipotez. Trudność polega na tym, by oddzielić fakty, absolutnie niezaprzeczalne fakty, od wszelkich ozdobników dodanych przez teoretyków i reporterów. Później, kiedy już ustalimy te podstawowe zdarzenia, naszym obowiązkiem będzie sprawdzenie, co możemy z nich wywnioskować. Musimy też poznać różne aspekty, będące otoczką tej tajemnicy. We wtorek wieczorem dostałem dwa telegramy. Jeden od pułkownika Rossa, właściciela konia, a drugi od inspektora Gregory, który zajmuje się sprawą. Obaj poprosili mnie o współpracę.

– We wtorek wieczorem! – zawołałem. – Ale przecież dziś mamy czwartek rano! Czemu nie pojechałeś tam wczoraj?

– Ponieważ popełniłem błąd, mój drogi Watsonie, co zresztą, jak się obawiam, zdarza się znacznie częściej, niż mógłby pomyśleć ktoś, kto zna mnie tylko z twoich dzienników. Pozostaje faktem, że nie byłem w stanie uwierzyć, iż to możliwe, by najlepszy koń w Anglii mógł tak długo pozostawać w ukryciu, a zwłaszcza w tak słabo zaludnionym miejscu jak północ Dartmoor. Wczoraj jeszcze sądziłem, że koń szybko zostanie odnaleziony i że człowiek, który go uprowadził, okaże się równocześnie zabójcą Johna Strakera. Jednakże gdy nadszedł kolejny ranek, a ja przekonałem się, że oprócz aresztowania młodego Fitzroya Simpsona nic w tej sprawie nie zrobiono, poczułem, że nadszedł czas, bym zaczął działać. W pewnym sensie wydaje mi się jednak, że wczorajszy dzień wcale nie poszedł na marne.

– A więc masz już jakąś teorię?

– Mam już przynajmniej pewne pojęcie o podstawowych faktach związanych z tą sprawą. Pozwól, że ci je wyliczę, bo chyba nie ma lepszego sposobu, aby uzmysłowić sobie całą sprawę, niż opowiedzieć ją komuś innemu. A poza tym jak mógłbym liczyć na twoją współpracę, gdybym nie wyjaśnił ci, w jakim momencie angażujemy się w to wszystko?

Oparłem się wygodnie w fotelu, pykając cygaro, podczas gdy Holmes pochylony do przodu, odhaczając każdy kolejny punkt swoim długim chudym palcem, przedstawił mi zarys wydarzeń, jakie doprowadziły do naszej podróży.

– Srebrna Gwiazda – powiedział – pochodzi od Somomy, a jej osiągnięcia sportowe są tak znaczne jak jej znakomitego przodka. Teraz ma pięć lat i zdobyła po kolei wszystkie możliwe nagrody dla swojego szczęśliwego właściciela, pułkownika Rossa. Aż do czasu tej tragedii była główną faworytką wyścigów o Puchar Wessex, i obstawiano ją trzy do jednego. Jak dotąd zawsze była ulubienicą publiczności i nigdy jeszcze jej nie zawiodła, tak więc nawet przy takich notowaniach stawiano na nią ogromne sumy. Nic więc dziwnego, że było wiele osób, które zrobiłyby dużo, by nie dopuścić, żeby Srebrna Gwiazda była tam w przyszły wtorek, gdy bomba pójdzie w górę.

Oczywiście w King’s Pyland, gdzie znajduje się stajnia treningowa pułkownika, liczono się z tym. Podjęto wszelkie możliwe środki ostrożności, by strzec faworytki.

Jej trener John Straker był kiedyś dżokejem, który jeździł pięć lat w barwach stajni pułkownika Rossa, a później, gdy stał się na to za ciężki, przez siedem lat pracował u niego jako trener; okazał się ambitnym i uczciwym pracownikiem. Straker miał trzech podwładnych, stajennych. Więcej ludzi nie było potrzebnych, ponieważ ta mała stadnina posiadała tylko cztery konie. Jeden z chłopaków przez całą noc pozostawał w stajni, podczas gdy inni spali w swoich pokojach na strychu. Wszyscy trzej byli porządnymi, uczciwymi pracownikami. John Straker mieszkał ze swoją żoną w niewielkiej willi, położonej jakieś dwieście metrów od stajni. Nie miał dzieci, był dobrze sytuowany, a dom prowadziła mu gosposia. Okolica jest bardzo słabo zaludniona, jednakże mniej więcej pół mili na północ znajduje się małe skupisko domów zbudowanych przez przedsiębiorcę z Tavistock z myślą o inwalidach i wszystkich tych, którzy chcieliby oddychać czystym powietrzem Dartmoor. Samo Tavistock leży dwie mile dalej na zachód, podczas gdy również w odległości jakichś dwóch mil, na przełaj przez wrzosowisko, znajduje się inna, większa stajnia treningowa Mapleton, należąca do lorda Backwatera i zarządzana przez Silasa Browna. We wszystkich innych kierunkach całe wrzosowisko to jedno wielkie pustkowie, zamieszkiwane wyłącznie przez garstkę wędrownych Cyganów. Taki był ogólny obraz sytuacji w ubiegły poniedziałek wieczorem, gdy doszło do opisywanych wypadków.

Tamtego wieczoru jak zwykle przeprowadzono trening, następnie napojono konie i o dziewiątej zamknięto stajnię. Dwaj stajenni udali się do domu trenera, gdzie w kuchni zjedli kolację, natomiast trzeci, Ned Hunter, pozostał na straży. Kilka minut po dziewiątej pokojówka Edith Baxter zaniosła mu do stajni kolację składającą się z baraniny przyprawionej curry. Nie przyniosła nic do picia, ponieważ w stajni była woda, a obowiązująca zasada zabraniała stajennemu pełniącemu wartę picie innych płynów poza wodą. Dziewczyna oświetlała sobie drogę latarnią, ponieważ było bardzo ciemno, a ścieżka biegła przez wrzosowisko.

Edith Baxter znajdowała się trzydzieści jardów od stajni, gdy nagle z ciemności wyłonił się jakiś mężczyzna i krzyknął do niej, by się zatrzymała. Gdy znalazł się w kręgu żółtego światła rzucanego przez jej latarnię, spostrzegła, że wyglądał na dżentelmena. Ubrany był w szary tweedowy garnitur i czapkę. Miał na sobie getry i nosił ciężką laskę z gałką. Największe wrażenie zrobiły jednak na Edith jego straszliwa bladość i nerwowe zachowanie. Według niej wyglądał na trzydzieści parę lat.

– Może pani mi powiedzieć, gdzie jestem? – spytał. – Już niemal byłem przekonany, że przyjdzie mi spędzić noc na wrzosowisku, gdy ujrzałem światło pani latarni.

– Jest pan w pobliżu stajni treningowych King’s Pyland – odrzekła.

– Och! Doprawdy? Co za szczęście! – zawołał. – Rozumiem, że stajenny śpi tam co noc, sam? I pewnie niesie mu pani właśnie kolację? Jestem przekonany, że nie jest pani zbyt dumna, by nie zgodzić się na łatwy zarobek, prawda?

Wyjął z kieszeni kamizelki arkusik białego złożonego papieru.

– Proszę tylko dopilnować, żeby chłopak to dzisiaj dostał, a będzie pani miała najpiękniejszą suknię na świecie!

Pokojówka była przerażona jego bezczelnością i natarczywością, pobiegła więc prosto do okna, przez które zazwyczaj podawała posiłki. Było już otwarte, a Hunter siedział w środku przy małym stoliku. Zaczęła mu opowiadać o tym, co się wydarzyło, gdy nagle nieznajomy znowu się pojawił.

– Dobry wieczór – powiedział, zaglądając przez okno. – Chciałbym zamienić z tobą słowo.

Dziewczyna przysięgała potem, że kiedy to mówił, z jego dłoni wystawała mała papierowa paczuszka.

– Czego pan tu szuka? – spytał stajenny.

– Czegoś, dzięki czemu możesz zarobić – odparł ten drugi. – Dwa wasze konie startują w Pucharze Wessex – Srebrna Gwiazda i Bayard. Odpowiedz po prostu na moje pytanie, a nie pożałujesz. Czy to prawda, że Bayard mógłby z łatwością wyprzedzić Srebrną Gwiazdę o pięćset jardów na dystansie pięciu furlongów1 i że stajnia postawiła na niego pieniądze?

– A więc jesteś jednym z tych cholernych krętaczy, sprzedających innym swe typy! – zawołał stajenny. – Pokażę ci, jak ich traktujemy tutaj, w King’s Pyland! – Zerwał się i pobiegł pędem przez stajnię, żeby spuścić psa. Dziewczyna zaczęła uciekać w kierunku domu; biegnąc, odwróciła się jednak i zobaczyła, że nieznajomy przechyla się przez okno. Minutę później, gdy Hunter wrócił z psem, przybysz zdążył już zniknąć, i choć stajenny obiegł wszystkie budynki, nie znalazł żadnego śladu jego obecności.

– Chwileczkę – przerwałem. – Czy kiedy stajenny wybiegł z psem, nie zamknął za sobą drzwi stajni?

– Doskonale, Watsonie. Doskonale! – zamruczał z zadowoleniem mój towarzysz. – Kwestia ta wydała mi się tak ważna, że wczoraj wysłałem telegram do Dartmoor, aby to wyjaśnić. Zanim chłopak wyszedł, zamknął drzwi na klucz. Dodam jeszcze, że okno było za małe, aby mógł przecisnąć się przez nie człowiek.

Hunter poczekał na powrót pozostałych stajennych, a następnie wysłał do trenera wiadomość, informując go o tym, co się wydarzyło. Straker był podenerwowany, gdy usłyszał tę relację, wydaje się jednak, że nie zdawał sobie sprawy z jej prawdziwego znaczenia. Musiała jednak zasiać w jego umyśle niepokój, bo gdy pani Straker przebudziła się o pierwszej w nocy, odkryła, że jej mąż się ubiera. Odpowiadając na jej pytania, odparł, że nie może spać, bo niepokoi się o konie, i zamierza przejść się do stajni, aby się przekonać, czy wszystko jest w porządku. Słysząc, jak deszcz zacina, żona błagała go, żeby został w domu, jednak mimo jej próśb założył długi płaszcz przeciwdeszczowy i wyszedł.

Gdy pani Straker obudziła się o siódmej rano, odkryła, że jej mąż jeszcze nie wrócił. Ubrała się pospiesznie, zawołała pokojówkę i ruszyła do stajni. Drzwi były otwarte; w środku siedział skulony na krześle Hunter w stanie całkowitego otępienia. Boks Srebrnej Gwiazdy był pusty, i nigdzie nie było widać trenera.

Dwóch stajennych spało na strychu na sianie, nad siodlarnią. Szybko ich obudzono. W nocy niczego nie słyszeli, bo obaj mają bardzo mocny sen. Hunter był najwyraźniej pod wpływem jakiegoś silnego narkotyku, i nie dało się nic z niego wydobyć, pozostawiono go więc, aby doszedł do siebie.

Obaj stajenni, pani Straker i pokojówka pobiegli szukać konia i trenera. Nadal jeszcze liczyli na to, że trener z jakiegoś powodu zabrał konia na poranne ćwiczenia, jednak gdy weszli na pagórek w pobliżu domu, z którego widać rozpościerające się wokół wrzosowisk, nie tylko nie ujrzeli śladów zaginionego konia, lecz spostrzegli coś, co mogło świadczyć, że doszło do tragedii.

Jakieś ćwierć mili od stajni, na krzaku kolcolistu, powiewał płaszcz Johna Strakera. Tuż obok było zagłębienie w kształcie niecki, na którego dnie odnaleziono ciało nieszczęsnego trenera. Głowę miał roztrzaskaną potężnym ciosem, zadanym jakimś ciężkim przedmiotem. Miał także ranę na udzie w postaci długiego cięcia, zadanego jakimś bardzo ostrym narzędziem. Było oczywiste, że Straker usilnie bronił się przed napastnikami, ponieważ w prawej ręce trzymał mały nóż, pokryty aż po rękojeść zakrzepłą krwią, w lewej natomiast ściskał czerwono-czarną jedwabną apaszkę. Pokojówka rozpoznała ją jako własność nieznajomego, spotkanego przez nią ubiegłego wieczoru na drodze do stajni. Hunter, gdy już doszedł do siebie, potwierdził, do kogo należała chustka. Był również pewien, że to ten sam nieznajomy – stojąc przy oknie – dodał do jego baraniny jakiegoś narkotyku, pozbawiając w ten sposób stajnię ochrony. Jeśli zaś chodzi o zaginionego konia, w błocie, w zagłębieniu niecki, znaleziono mnóstwo dowodów świadczących o tym, że koń był tam, gdy doszło do walki. Niestety, ślad po koniu zaginął, i choć wyznaczono ogromną nagrodę, a wszyscy Cyganie z Dartmoor też go szukali, nie uzyskano jak dotąd żadnych wieści na jego temat. Przeprowadzona analiza wykazała, że resztki kolacji Huntera zawierały znaczne ilości sproszkowanego opium. Wszystkie inne osoby, które tego samego wieczoru jadły na kolację tę samą baraninę, nie odczuły żadnych negatywnych skutków.

To są najistotniejsze fakty związane ze sprawą. Nie zawierają żadnych przypuszczeń i domysłów, przedstawiłem je w możliwie najjaśniejszy sposób. Teraz podsumuję wszystko, czego do tej pory dokonała policja.

Inspektor Gregory, któremu powierzono tę sprawę, jest niezwykle kompetentnym człowiekiem. Gdyby tylko został obdarzony przez naturę odrobiną wyobraźni, mógłby w swoim zawodzie naprawdę wiele osiągnąć. Natychmiast po przyjeździe odnalazł i aresztował człowieka, na którego w oczywisty sposób padły podejrzenia. Odszukanie go nie stanowiło zresztą trudności, ponieważ mieszka w jednym z tych domów, o których ci wspominałem. Nazywa się Fitzroy Simpson. To wysoko urodzony i wykształcony człowiek, który przepuścił całą swą fortunę na wyścigach. Żył teraz spokojnie i uczciwie, pracując jako bukmacher w klubach sportowych Londynu.

Przeanalizowanie jego dziennika z zakładami wykazało, że odnotował w nim kwotę pięciu tysięcy funtów, jaką postawił przeciwko faworytowi. Gdy Simpson został aresztowany, przyznał z własnej woli, że przybył do Dartmoor w nadziei uzyskania informacji dotyczących koni z King’s Pyland, a także czegoś na temat Desborough, innego faworyta ze stajni Mapleton zarządzanej przez Silasa Browna. Nie próbował zaprzeczać, że ubiegłego wieczoru wybrał się do King’s Pyland, oświadczył jednak, że nie miał żadnych złych zamiarów, a pragnął jedynie uzyskać wiadomości z pierwszej ręki. Gdy pokazano mu jego apaszkę, nagle zbladł i kompletnie nie był w stanie wyjaśnić faktu, dlaczego znaleziono ją w dłoni zamordowanego człowieka. Mokre ubrania Fitzroya Simpsona świadczyły o tym, że ubiegłej nocy był podczas burzy poza domem, a jego obciążona ołowiem laska mogła być narzędziem, którym zadano okropne rany trenerowi. Musiałby przy tym uderzyć go wielokrotnie. Z drugiej strony na jego ciele nie stwierdzono żadnych ran, choć nóż Strakera świadczył o tym, że przynajmniej na jednym z napastników powinny być widoczne ślady walki.

W tych paru słowach przedstawiłem ci całą sprawę, Watsonie, i teraz byłbym ci niezwykle wdzięczny, gdybyś pomógł mi rzucić na nią światło.

Słuchałem z wielkim zainteresowaniem tej relacji, którą Holmes przedstawił mi z tak charakterystyczną dla siebie precyzją. Choć już wcześniej znałem większość tych faktów, nie byłem do końca świadom ich rzeczywistego znaczenia ani zachodzących pomiędzy nimi związków.

– Czy jest możliwe – zasugerowałem – że rana cięta, jaką znaleziono na ciele Strakera, została zadana jego własnym nożem podczas konwulsyjnych drgawek, jakie mogły nastąpić wskutek obrażeń mózgu?

– To więcej niż możliwe, to nawet bardzo prawdopodobne – odparł Holmes. – W tym przypadku znika jeden z głównych dowodów świadczących na korzyść oskarżonego.

– A jednak – powiedziałem – nawet teraz nie rozumiem, jaką hipotezę mogła przyjąć policja.

– Obawiam się, że niezależnie od tego, jaką wysnujemy teorię, będzie się ona wiązała z bardzo poważnymi zastrzeżeniami – odparł mój towarzysz. – Jak zakładam, policja sądzi, że ten Fitzroy Simpson odurzył chłopaka i za pomocą uzyskanego jakimś sposobem duplikatu klucza otworzył drzwi stajni i wyprowadził konia najwyraźniej z zamiarem jego uprowadzenia. Brakuje uzdy; Simpson musiał mu ją założyć, po czym, pozostawiwszy otwarte drzwi, wyprowadził konia na wrzosowisko, a wtedy spotkał go lub dogonił trener. Oczywiście doszło do walki. Simpson roztrzaskał trenerowi czaszkę swoją ciężką laską, przy czym ani razu nie został draśnięty niewielkim nożem użytym przez Strakera w samoobronie. Następnie złodziej zaprowadził konia do jakiejś tajemnej kryjówki. Inna teoria jest taka, że przerażony koń wyrwał się podczas walki i teraz wędruje gdzieś po wrzosowiskach. Tak na tę sprawę zapatruje się policja, i choć historia brzmi dość nieprawdopodobnie, wszelkie inne wyjaśnienia wydają się jeszcze mniej wiarygodne. Zamierzam jednak bardzo szybko to sprawdzić, gdy już będę na miejscu. Nie sądzę bowiem, abyśmy mogli zajść dalej, dysponując tylko tym, co wiemy teraz.

Nim dotarliśmy do Tavistock, małego miasteczka leżącego niczym umbo tarczy w samym środku olbrzymiego kręgu Dartmoor, zapadł już wieczór. Na stacji czekało na nas dwóch dżentelmenów. Jeden z nich był wysokim przystojnym mężczyzną o włosach i brodzie przypominających lwią grzywę oraz przenikliwych, ciekawych jasnoniebieskich oczach. Drugi, sprawiający wrażenie czujnego, był niski, bardzo elegancki i wytworny, odziany we frak i w getry. Miał przystrzyżone bokobrody i monokl. Jak się okazało, tym drugim był pułkownik Ross, znany miłośnik sportu. Pierwszy zaś okazał się inspektorem Gregorym, człowiekiem, który robił błyskotliwą karierę w angielskiej policji.

– Bardzo się cieszę, panie Holmes, że pan przybył – powiedział pułkownik. – Obecny tu inspektor zrobił wszystko co możliwe, mimo to chciałbym zajrzeć pod każdy kamień, żeby pomścić biednego Strakera i odzyskać mojego konia.

– Wydarzyło się coś nowego? – spytał Holmes.

– Z przykrością muszę przyznać, że poczyniliśmy bardzo niewielkie postępy – odrzekł inspektor. – Na zewnątrz czeka na nas powóz, ponieważ bez wątpienia będzie pan chciał obejrzeć miejsce zbrodni, zanim zapadnie zmrok. Możemy porozmawiać o sprawie po drodze.

Po chwili siedzieliśmy w wygodnym powozie toczącym się przez stare urocze miasteczko w Devonshire. Inspektor Gregory świetnie się orientował w całej sprawie i zarzucał nas powodzią swoich uwag; Holmes od czasu do czasu wtrącał jakieś pytanie czy uwagę. Pułkownik Ross siedział oparty, z założonymi rękoma i kapeluszem zsuniętym na oczy, ja zaś z zainteresowaniem przysłuchiwałem się rozmowie detektywa z inspektorem. Gregory przedstawiał swoją teorię, która była niemal dokładnie taka sama, jak opisał to w pociągu mój przyjaciel.

– Wokół Fitzroya Simpsona zaciska się sieć – zauważył – i jestem przekonany, że jest to właśnie poszukiwany przez nas człowiek. Z drugiej strony, przyznaję, mamy tylko poszlaki, i nowy rozwój wydarzeń może je łatwo obalić.

– Co z nożem Strakera?

– Doszliśmy do wniosku, że musiał zranić się sam podczas upadku.

– Gdy jechaliśmy tutaj, to samo zasugerował mój przyjaciel, doktor Watson. Jeśli rzeczywiście tak było, świadczy to przeciwko Simpsonowi.

– Niewątpliwie. Nie znaleźliśmy u niego żadnego noża, a na jego ciele nie było ani śladu rany. Obciążające go jednak dowody są bez wątpienia bardzo mocne. Zainteresowany był tym, żeby ten koń zniknął. Podejrzewamy go, że dodał do posiłku stajennego narkotyk, z całą pewnością był na zewnątrz podczas burzy, miał przy sobie ciężką laskę, a jego chustkę znaleziono w dłoni zmarłego. Doprawdy sądzę, że mamy wystarczającą ilość dowodów, by udać się z tym do sądu.

Holmes potrząsnął przecząco głową.

– Bystry prawnik rozniesie to na strzępy – powiedział. – Czemu Simpson miałby wyprowadzać konia ze stajni? Skoro chciał go zranić, równie dobrze mógł to zrobić tam. Czy znaleziono u niego duplikat klucza? Która apteka sprzedała mu opium w proszku? A przede wszystkim, gdzie on, człowiek obcy w tej okolicy, mógłby ukryć konia, i to takiego rumaka jak ten? I jak on sam wyjaśnia fakt, że chciał dać stajennemu jakiś papier?

– Twierdzi, że był to dziesięciofuntowy banknot. Znaleziono taki w jego portfelu. Jednak inne problemy, o których pan wspomniał, nie są tak poważne, jak mogłoby się wydawać. Simpson nie jest całkowicie obcy w tej okolicy. W lecie dwa razy przebywał w Tavistock. Opium prawdopodobnie przywiózł z Londynu. Mógł też wyrzucić klucz, kiedy już otworzył drzwi. A koń może leżeć na dnie jednego z szybów starych kopalni.

– Co mówi na temat chusty?

– Przyznaje, że należała do niego, i twierdzi, że ją zgubił. W sprawie pojawił się jednak nowy element, który może tłumaczyć, dlaczego wyprowadził konia ze stajni.

Holmes nadstawił ucha.

– Znaleźliśmy ślady świadczące o tym, że w poniedziałkową noc grupa Cyganów obozowała niecałą milę od miejsca, w którym doszło do morderstwa. We wtorek Cyganie zniknęli. Tak więc możemy założyć, że Simpson, zanim został odszukany, prowadził konia do nich, i to oni mogą go mieć w tej chwili.

– To z całą pewnością jest możliwe.

– Przeczesujemy wrzosowisko w poszukiwaniu tych Cyganów. Przeszukałem też każdą stajnię i każdy budynek gospodarczy w Tavistock oraz w promieniu dziesięciu mil od miasta.

– Rozumiem, że w pobliżu jest jeszcze jedna stajnia treningowa?

– Tak, i jest to ślad, którego nie możemy zaniedbać. Desborough, koń z tej stajni, był drugi w zakładach, mieli więc swój interes w zniknięciu faworyta. Silas Brown, trener, postawił dużą sumę w tych zawodach i bynajmniej nie był przyjacielem biednego Strakera. Przeszukaliśmy jednak stajnie i nie znaleźliśmy niczego, co mogłoby go łączyć z tą sprawą.

– I nic, co mogłoby łączyć Simpsona z interesami stajni Mapleton?

– Zupełnie nic.

Holmes rozparł się wygodnie w powozie, i rozmowa ucichła. Kilka minut później nasz woźnica zatrzymał się przy niewielkiej ładnej willi z czerwonej cegły i z szerokimi okapami, stojącej tuż przy drodze. Trochę dalej, za padokiem, znajdował się długi budynek gospodarczy pokryty szarą dachówką. We wszystkich innych kierunkach niskie zarośla wrzosowiska, rdzawe od liści schnących paproci, sięgały aż po horyzont. Odcinały się od nich tylko iglice Tavistock oraz grupka domów stojących dalej na zachód, tam, gdzie mieściły się stajnie Mapleton. Wysiedliśmy wszyscy oprócz Holmesa, który pozostał w powozie, z oczyma utkwionymi w niebo. Wyglądał na całkowicie zatopionego w swoich myślach. Dopiero gdy dotknąłem jego ramienia, wzdrygnął się i wysiadł.

– Przepraszam – powiedział, zwracając się do pułkownika Rossa, który spojrzał na niego zaskoczony. – Zamyśliłem się.

W jego oczach dostrzegłem jednak dobrze mi znany błysk i tłumione podniecenie, które przekonało mnie, że wpadł na jakiś trop, choć nie miałem pojęcia, jak tego dokonał.

– Może chciałby pan od razu przejść na miejsce zbrodni, panie Holmes? – spytał Gregory.

– Wolałbym raczej zostać tutaj przez chwilę i zająć się szczegółowo kilkoma sprawami. Zakładam, że Strakera przeniesiono tutaj, prawda?

– Tak, leży na górze. Na jutro planowane są oględziny zwłok.

– Od dawna dla pana pracował, pułkowniku?

– Tak. Zawsze uważałem go za wspaniałego pracownika.

– Jak sądzę, sporządził pan, inspektorze, listę przedmiotów, które miał w kieszeniach w chwili śmierci?

– Mamy wszystkie te rzeczy w salonie, jeżeli zechciałby pan rzucić na nie okiem.

– Bardzo chętnie.

Weszliśmy razem do salonu i usiedliśmy przy stojącym pośrodku stole. Inspektor otworzył kwadratowe blaszane pudełko i ułożył przed nami niewielką stertę przedmiotów. Były wśród nich: pudełko zapałek, dwa cale łojowej świecy, fajka z korzenia wrzośca, sakiewka z foczej skóry, jakieś pół uncji ciętego tytoniu Cavendish, srebrny zegarek ze złotym łańcuszkiem i pięć suwerenów w złocie. Oprócz tego aluminiowy futerał na ołówek, kilka papierów oraz nóż z rękojeścią z kości słoniowej z niezwykle delikatnym sztywnym ostrzem, na którym widniał znak Weiss & Co., Londyn.

– To bardzo dziwny nóż – powiedział Holmes, podnosząc go i dokładnie mu się przyglądając. – Sądząc po tych plamach krwi, to właśnie tę broń zaciskał w ręku zmarły. Watsonie, to z pewnością nóż używany przez lekarzy?

– Cóż, to nóż chirurgiczny – odrzekłem.

– Tak właśnie sądziłem. Bardzo delikatne ostrze, zaprojektowane do niezwykle finezyjnej pracy. To jeden z dziwniejszych przedmiotów, jakie mógłby zabrać ze sobą mężczyzna, wychodząc na wrzosowisko, zwłaszcza że nie można go złożyć, by schować do kieszeni.

– Koniec ostrza zabezpieczony był korkowym kółkiem, które znaleźliśmy przy ciele – powiedział inspektor. – Jego żona mówiła nam, że ten nóż leżał na toaletce i że Straker wziął go, wychodząc z pokoju. Kiepska to broń, ale być może najlepsza, jaką był w stanie znaleźć w tamtej chwili.

– Bardzo możliwe. A te papiery?

– Trzy z nich to pokwitowania za siano. Kolejny to list z instrukcjami od pułkownika Rossa. Ten natomiast to rachunek od krawcowej, wystawiony przez madame Lesurier z Bond Street dla Williama Derbyshire. Pani Straker powiedziała nam, że Derbyshire był przyjacielem jej męża i że czasami przychodziły tutaj listy zaadresowane do niego.

– Madame Derbyshire ma dość kosztowne zachcianki – zauważył Holmes, zerkając na rachunek. – Dwadzieścia dwie gwinee za jedną suknię to ogromny wydatek. Odnoszę jednak wrażenie, że niczego więcej już się z tego nie dowiemy. Możemy teraz przejść na miejsce zbrodni.

Gdy wyszliśmy z salonu, kobieta czekająca w korytarzu poderwała się i chwyciła inspektora za rękaw. Jej twarz była chuda, wynędzniała, lecz podniecona, i nosiła ślady ostatnich ciężkich przejść.

– Schwytał ich pan? Znalazł ich pan już? – wyrzuciła z siebie.

– Nie, pani Straker. Ale pan Sherlock Holmes przyjechał tutaj z Londynu, żeby nam w tym pomóc, i zapewniam panią, że zrobimy wszystko co w naszej mocy.

– Jestem niemal pewien, że spotkałem panią jakiś czas temu w Plymouth, na przyjęciu w ogrodzie, prawda, pani Straker? – zapytał Holmes.

– Nie, sir. Myli się pan.

– Coś podobnego! Cóż, mógłbym przysiąc, że tak było. Miała pani na sobie szary jedwabny kostium ze strusimi piórami.

– Nigdy nie miałam takiej sukni, sir – odpowiedziała kobieta.

– Ach, to rozwiązuje sprawę – powiedział Holmes. Przeprosił ją i wyszedł na zewnątrz za inspektorem.

Po krótkim spacerze przez wrzosowisko dotarliśmy do zagłębienia, w którym znaleziono ciało. Przy krawędzi rósł krzak kolcolistu, na którym wisiał płaszcz.

– Jak rozumiem, tamtej nocy nie było silnego wiatru?

– Nie, ale lało jak z cebra.

– W takim przypadku ten płaszcz nie został tam zaniesiony przez wiatr. Ktoś go na tym krzaku powiesił.

– Tak, ktoś musiał to zrobić.

– Bardzo interesujące. Jak widzę, ślady na ziemi zostały już zadeptane. Niewątpliwie od poniedziałkowej nocy musiało się tu kręcić wielu ludzi.

– Położyliśmy z boku matę, i wszyscy stawali tylko na niej.

– Doskonale.

– W tym worku mam jeden z butów, jakie miał na sobie Straker, but Fitzroya Simpsona oraz odlew podkowy Srebrnej Gwiazdy.

– Mój drogi inspektorze, przechodzi pan samego siebie!

Holmes wziął torbę, a schodząc do zagłębienia, przesunął matę bliżej środka. Potem położył się na niej na brzuchu i, podpierając dłońmi podbródek, dokładnie się przyjrzał śladom w błocie tuż przed sobą.

– Hola! – krzyknął nagle. – A to co?

Była to na wpół spalona zapałka, tak oblepiona błotem, że na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwykła drzazga.

– Nie wiem, jak mogłem to przeoczyć – powiedział poirytowanym głosem inspektor.

– Nie było jej widać, była całkiem zagrzebana w błocie. Dostrzegłem ją tylko dlatego, że jej szukałem.

– Co takiego? Spodziewał się pan ją znaleźć?

– Sądziłem, że to dość prawdopodobne.

Holmes wyjął buty z torby i porównał odciski każdego z nich ze śladami widocznymi na ziemi. Następnie wspiął się na krawędź zagłębienia i zaczął się czołgać pomiędzy paprociami i krzakami.

– Obawiam się, że nie znajdzie pan już więcej śladów – powiedział inspektor. – Bardzo dokładnie zbadałem grunt w promieniu stu jardów.

– Doprawdy! – odparł Sherlock, wstając. – W takim razie nie powinienem być takim niedowiarkiem, by po tym, co pan powiedział, badać miejsce zdarzenia ponownie. Chciałbym jednak przejść się trochę po wrzosowisku, zanim zapadnie zmierzch, żeby jutro mieć lepszą orientację w terenie... I chyba schowam sobie tę podkowę do kieszeni, na szczęście.

Pułkownik Ross, który wykazywał oznaki zniecierpliwienia, widząc spokojny i systematyczny sposób pracy mojego towarzysza, zerknął na swój zegarek.

– Chciałbym, żeby wrócił pan ze mną, inspektorze – powiedział. – Potrzebuję pańskiej porady w kilku sprawach, a zwłaszcza w tej, czy powinniśmy powiadomić opinię publiczną o usunięciu naszego konia z listy startujących w wyścigu.

– Zdecydowanie nie! – krzyknął kategorycznie Holmes. – Zostawiłbym jego imię na liście.

Pułkownik skłonił się lekko.

– Bardzo się cieszę, mogąc poznać pańską opinię, sir – powiedział. – Po spacerze proszę przyjść do domu biednego Strakera. Udamy się wówczas razem do Tavistock.

Obaj panowie odwrócili się i odeszli, gdy tymczasem Holmes i ja ruszyliśmy wolno przez wrzosowisko. Słońce zaczęło się chować za stajniami Mapleton, a długa pochyła równina rozciągająca się tuż przed nami zabarwiła się złotem wpadającym w głęboki rdzawy brąz tam, gdzie wieczorne światło padało na zwiędłe paprocie i jeżyny. Jednakże mój towarzysz, głęboko pogrążony w myślach, w ogóle nie dostrzegał piękna tego zjawiska.

– Tędy, Watsonie – powiedział wreszcie. – Zapomnijmy na chwilę o tym, kto zabił Johna Strakera, i ograniczmy się do rozwiązania zagadki, co stało się z koniem. Zakładając, że wyrwał się podczas walki bądź tuż po jej zakończeniu, pomyślmy, dokąd mógłby się udać? Koń to bardzo towarzyskie zwierzę. Gdyby pozostawić go samemu sobie, instynkt podpowiedziałby mu, że ma wrócić do King’s Pyland. A może poszedłby do Mapleton? Czemuż miałby sam biegać po wrzosowisku? Do tej pory z pewnością ktoś by go już spostrzegł. I dlaczego mieliby go porwać Cyganie? To prawda, że zawsze znikają, kiedy usłyszą o jakichś kłopotach, bo nie chcą, by niepokoiła ich policja, ale nie mogliby liczyć na to, że uda im się sprzedać takiego konia. Naraziliby się tylko na ogromne ryzyko, nic na tym nie zyskując. To przecież jasne.

– W takim razie gdzie jest?

– Już powiedziałem. Musiał wrócić do King’s Pyland lub pójść do Mapleton. W King’s Pyland go nie ma. A więc jest w Mapleton. Przyjmijmy to za roboczą hipotezę i zobaczmy, dokąd nas to zaprowadzi. Jak zauważył inspektor, w tej części wrzosowiska grunt jest twardy i suchy. Opada jednak w kierunku Mapleton i już stąd widać, że jest tam długie zagłębienie, które musiało być bardzo mokre w poniedziałkową noc. Jeśli nasze założenie jest słuszne, koń musiał przez nie przejść, i tam właśnie powinniśmy szukać jego śladów.

Prowadząc rozmowę, szliśmy żwawym krokiem i po kilku minutach dotarliśmy do wspomnianego zagłębienia. Na prośbę Holmesa szedłem jego prawą, on zaś lewą krawędzią. Nim jednak uszedłem pięćdziesiąt kroków, usłyszałem jego krzyk i zobaczyłem, że macha ręką, zachęcając, abym do niego podszedł. Przed nim w miękkim gruncie widoczny był wyraźny odcisk końskiej podkowy, zaś podkowa, którą wyjął z kieszeni, dokładnie do tego śladu pasowała.

– Oto dlaczego wyobraźnia jest tak cenna – powiedział Holmes. – To jedyna cecha, której brak Gregory’emu. Wyobraziliśmy sobie, co się stało, zadziałaliśmy zgodnie z naszym założeniem i przekonaliśmy się, że mamy rację. Chodźmy dalej.

Przeszliśmy przez bagnisty rów i pokonaliśmy ponad ćwierć mili suchej twardej ziemi. Dalej grunt znowu opadał, a my ponownie natrafiliśmy na ślady. Później zgubiliśmy je na kolejne pół mili, tylko po to, by znów je odnaleźć w pobliżu Mapleton. Holmes spostrzegł tropy pierwszy i zatrzymał się, wskazując na nie ręką z triumfalnym wyrazem twarzy. Obok śladów konia widoczne były ślady człowieka.

– Przedtem koń był sam! – zawołałem.

– Na to wygląda. Przedtem był sam. A to co znowu? Podwójny trop ostro zakręcał w kierunku King’s Pyland. Holmes zagwizdał pod nosem, i obaj poszliśmy w tamtą stronę. Mój przyjaciel skupił wzrok na śladach, jednak ja przypadkiem spojrzałem w bok i ku swemu zaskoczeniu odkryłem te same ślady biegnące w odwrotnym kierunku.

– Punkt dla ciebie, Watsonie – rzekł Holmes, gdy mu je pokazałem. – Zaoszczędziłeś nam długiego spaceru, który doprowadziłby nas z powrotem do naszych własnych śladów. Chodźmy za tymi drugimi.

Nie musieliśmy daleko iść. Tropy kończyły się przy brukowanej drodze przed bramą stajni Mapleton. Gdy się zbliżyliśmy, do bramy podbiegł stajenny.

– Nie życzymy tu sobie żadnych włóczęgów! – powiedział.

– Chciałem tylko zadać jedno pytanie – rzekł Holmes, wsuwając palce do kieszeni kamizelki. – Czy gdybym zamierzał się spotkać z twoim przełożonym, panem Silasem Brownem, to jutro o godzinie piątej nie byłoby za wcześnie?

– Jeżeli ktoś tu będzie, to z pewnością pan Brown, bo zawsze przychodzi wcześnie. Ale oto i on, sir! Sam będzie mógł odpowiedzieć na pańskie pytania. Nie, sir. Nie. Dziękuję panu, sir. Jeśli zobaczy, że dotykam pańskich pieniędzy, mogę stracić pracę. Może później, jeżeli będzie pan tak dobry.

Sherlock Holmes wsunął pół korony z powrotem do kieszeni. Z bramy wyszedł starszy mężczyzna z gniewnym wyrazem twarzy, wymachując trzymaną w dłoni szpicrutą.

– Co to ma znaczyć, Dawson! – zawołał. – Żadnego plotkowania! Zajmij się swoimi sprawami! A pan czego tu u diabła szuka?

– Chciałbym przez chwilę z panem porozmawiać – powiedział Holmes głosem tak słodkim, jak to tylko możliwe.

– Nie mam czasu gadać z każdym włóczęgą. Nie chcemy tutaj obcych. Odejdź pan, bo inaczej poszczuję pana psami.

Holmes pochylił się naprzód i wyszeptał coś do ucha trenera. Ten wzdrygnął się gwałtownie, a na jego twarzy pojawił się rumieniec.

– To kłamstwo! – wrzasnął. – Wierutne kłamstwo!

– Proszę bardzo! Będziemy się o to sprzeczać tutaj, gdzie wszyscy nas słyszą, czy omówimy to może w pańskim salonie?

– No dobrze. Proszę wejść, skoro pan chce.

Holmes uśmiechnął się.

– To nie potrwa dłużej niż kilka minut, Watsonie – powiedział. – A teraz, panie Brown, jestem do pańskiej dyspozycji.

Minęło dwadzieścia minut. Czerwienie wyblakły i zmieniły się w szarości, zanim Holmes i trener pojawili się ponownie. Nigdy nie widziałem, by człowiek mógł się tak bardzo zmienić jak Silas Brown, i to w tak krótkim czasie. Jego twarz była popielatoszara, na czole połyskiwały kropelki potu, a ręce trzęsły się tak bardzo, że szpicruta, którą trzymał, powiewała niczym gałązka na wietrze. Znikło też jego władcze, butne zachowanie. Szedł teraz skulony u boku mego towarzysza niczym pies przy swoim panu.

– Wykonam pańskie instrukcje. Wszystko będzie zrobione.

– Nie może być mowy o żadnym błędzie – powiedział Holmes, spoglądając na niego.

Brown skrzywił się, widząc groźbę w jego oczach.

– O nie. Żadnej pomyłki. Będzie tam. Mam go od razu zmienić czy nie?

Holmes zastanawiał się przez chwilę, a potem wybuchnął śmiechem.

– Nie, nie – powiedział. – Napiszę panu o tym. A teraz żadnych sztuczek albo...

– Och, naprawdę, może mi pan zaufać.

– Tak, też tak myślę. Cóż, jutro się do pana odezwę.

Odwrócił się na pięcie, lekceważąc drżącą dłoń Browna wyciągniętą do niego, i ruszyliśmy w kierunku King’s Pyland.

– Nigdy nie widziałem doskonalszego połączenia tyrana, tchórza i szui w jednym niż pan Silas Brown – rzekł Holmes, gdy szliśmy razem przez wrzosowisko.

– A więc to on ukrywa konia?

– Próbował mnie zagadać i jakoś się ze sprawy wykręcić, ale tak dokładnie mu opisałem, co robił tego ranka, że teraz jest przekonany, iż go obserwowałem. Na pewno zauważyłeś te dziwne charakterystyczne odciski czubków butów, gdy szliśmy po śladach, oraz to, że jego buty dokładnie im odpowiadały. No i oczywiście fakt, że żaden z jego podwładnych nie ośmieliłby się zrobić czegoś takiego. Opowiedziałem mu, że zgodnie ze swoim zwyczajem pierwszy się tu znalazł i spostrzegł obcego konia włóczącego się po wrzosowisku. Gdy do niego podszedł i ze zdumieniem rozpoznał go po białej strzałce na czole, której faworytka zawdzięcza swoje imię, zrozumiał, że los zesłał mu jedynego konia, który mógłby prześcignąć tego, na którego on postawił pieniądze. A potem zasugerowałem mu, że w pierwszym odruchu chciał odprowadzić konia do King’s Pyland, ale później jakiś diabeł mu podszepnął, że może go ukryć aż do zakończenia wyścigów. Zaprowadził więc konia z powrotem i ukrył w Mapleton. Gdy przedstawiłem mu to ze wszystkimi szczegółami, poddał się; myślał już tylko o ratowaniu własnej skóry.

– Ale przecież jego stajnie przeszukano!

– Och, taki stary koniarz jak on zna wiele sztuczek.

– Nie boisz się teraz zostawiać u niego Srebrnej Gwiazdy? Miałby przecież interes w tym, żeby ją okaleczyć.

– Mój drogi przyjacielu, będzie jej strzegł niczym źrenicy oka. Dobrze wie, że dla niego jedyną nadzieją na łagodne potraktowanie jest bezpieczne doprowadzenie konia do właściciela.

– Pułkownik Ross nie zrobił na mnie wrażenia człowieka, który w takim przypadku okazałby litość.

– Ta sprawa nie zależy od pułkownika Rossa. Stosuję własne metody i mówię tak dużo lub tak mało, jak sam postanowię. Takie są zalety prowadzenia nieoficjalnego śledztwa. Nie wiem, czy to zauważyłeś, Watsonie, ale pułkownik zachowywał się wobec mnie dość protekcjonalnie. Teraz mam ochotę zabawić się trochę jego kosztem. Nic mu nie mów o koniu.

– Na pewno nic mu nie powiem bez twojego pozwolenia.

– Oczywiście wszystko to jest tylko drobnostką w porównaniu z pytaniem, kto zabił Johna Strakera.

– I tym się teraz zamierzasz zająć?

– Wręcz przeciwnie. Nocnym pociągiem obaj wrócimy do Londynu.

Słowa mojego przyjaciela poraziły mnie. Bawiliśmy w Devonshire zaledwie parę godzin, i to, że chciał zaniechać śledztwa, które tak wspaniale rozpoczął, było dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Nie udało mi się jednak wyciągnąć z niego ani słowa przez całą drogę powrotną do domu trenera. Pułkownik i inspektor czekali na nas w salonie.

– Mój przyjaciel i ja wracamy do miasta nocnym ekspresem – oznajmił Holmes. – Odbyliśmy uroczy spacer i pooddychaliśmy trochę cudownym powietrzem Dartmoor.

Inspektor ze zdumienia szeroko otworzył oczy, a na ustach pułkownika pojawił się szyderczy uśmieszek.

– A więc stracił pan nadzieję na odnalezienie mordercy biednego Strakera? – powiedział.

Holmes wzruszył ramionami.

– Z całą pewnością na drodze do rozwiązania tej sprawy piętrzą się poważne trudności – powiedział. – Jestem jednak głęboko przekonany, że pański koń wystartuje we wtorek, i proszę, by trzymał pan w gotowości swojego dżokeja. Czy mogę prosić o fotografię pana Johna Strakera?

Inspektor wyjął zdjęcie z koperty i podał mu.

– Mój drogi panie Gregory, przewiduje pan wszystkie moje życzenia. Czy mógłbym pana prosić, by poczekał pan tutaj przez chwilę? Pragnąłbym zapytać o coś pokojówkę.

– Muszę stwierdzić, że jestem dość rozczarowany naszym londyńskim konsultantem – powiedział bez ogródek pułkownik Ross, gdy mój przyjaciel wyszedł z pokoju. – Nie sądzę, byśmy posunęli się choć o krok naprzód, odkąd przyjechał.

– Przynajmniej ma pan jego zapewnienie, że pański koń pobiegnie w wyścigu – wycedziłem.

– Tak, mam jego zapewnienie – powiedział pułkownik, wzruszając ramionami. – Ale wolałbym mieć konia.

Już miałem coś odpowiedzieć w obronie mojego przyjaciela, kiedy Holmes powrócił do pokoju.

– A teraz, panowie – powiedział – jestem już gotów ruszać do Tavistock.

Gdy wsiadaliśmy do powozu, jeden ze stajennych przytrzymał nam otwarte drzwiczki. Odniosłem wrażenie, że Holmesowi przyszedł nagle do głowy jakiś pomysł, bo gwałtownie się pochylił i złapał chłopaka za rękaw.

– Macie parę owiec na padoku – powiedział. – Kto się nimi zajmuje?

– Ja, sir.

– Czy nie zauważyłeś ostatnio, że coś z nimi jest nie tak?

– Cóż, sir. Co tu dużo mówić. Trzy z nich okulały.

Dostrzegłem, że Holmesa bardzo ucieszyła ta odpowiedź, bo zachichotał i zatarł ręce.

– To był strzał w ciemno, Watsonie. Strzał w ciemno – powiedział, szczypiąc mnie w ramię. – Inspektorze Gregory, pragnę zwrócić pana uwagę na tę przedziwną epidemię wśród owiec. Ruszajmy, woźnico!

Twarz pułkownika Rossa zdradzała, jakie miał kiepskie zdanie na temat zdolności mego towarzysza. Po inspektorze było jednak widać, że ta informacja niezwykle go zainteresowała.

– Uważa pan, że to ważne? – zapytał.

– Niezwykle ważne.

– Czy jest jakiś problem, na który jeszcze pragnąłby pan zwrócić moją uwagę?

– Tak. To ciekawe zdarzenie w nocy z psem.

– Ależ ten pies niczego w nocy nie zrobił!

– Na tym właśnie polega ten ciekawy przypadek – zauważył Sherlock Holmes.

Cztery dni później Holmes i ja znów siedzieliśmy w pociągu, tym razem jadącym do Winchester, aby obejrzeć wyścigi o Puchar Wessex. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami pułkownik Ross spotkał się z nami na stacji, i jego powozem udaliśmy się na tor za miastem. Twarz pułkownika była poważna, a zachowanie niezwykle chłodne.

– Nigdzie nie widzę mojego konia.

– Zakładam, że gdyby go pan zobaczył, to by go pan rozpoznał? – spytał Holmes.

Pułkownik wydawał się bardzo rozgniewany.

– Zajmuję się wyścigami od dwudziestu lat, i nikt wcześniej nie zadał mi takiego pytania – powiedział. – Każde dziecko rozpoznałoby Srebrną Gwiazdę z jej białym czołem i dropiatą przednią nogą.

– Jak stoją zakłady?

– No cóż, to właśnie jest ciekawe. Wczoraj można było uzyskać piętnaście do jednego, ale stawka stopniowo malała, i dzisiaj można dostać ledwie trzy do jednego.

– Hm – powiedział Holmes. – Wygląda na to, że ktoś coś wie.

Gdy podniesiono barierkę w padoku, w pobliżu głównej trybuny, spojrzałem na tablicę, żeby sprawdzić stawki.

Było na niej napisane:

Puchar Wessex Plate 50 suwerenów za udział w biegu, nagroda główna 1000 suwerenów dla cztero- i pięciolatków. Drugie miejsce 300 funtów. Trzecie miejsce 200 funtów.

Dystans: 1 mila i 5 furlongów.

Negro pana Heatha Newtona. Czerwona czapka, brązowa kamizelka.

Bokser pułkownika Wardlawa. Różowa czapka, czarno-niebieska kamizelka.

Desborough lorda Backwatera. Żółta czapka, żółte rękawy.

Srebrna Gwiazda pułkownika Rossa. Czarna czapka, czerwona kamizelka.

Iris księcia Balmoral. Żółto-czarne paski.

Rasper lorda Singleforda. Fioletowa czapka, czarne rękawy.

 

– Wycofaliśmy drugiego konia, stawiając wszystko zgodnie z danym przez pana słowem – powiedział pułkownik. – Chwileczkę... A to co?! Srebrna Gwiazda jest faworytem?

– Pięć do czterech przeciwko Srebrnej Gwieździe! – wykrzyczano z trybuny. – Pięć do czterech przeciwko Srebrnej Gwieździe! Pięć do piętnastu przeciwko Desborough! Pięć do czterech najwyższym notowaniem!

– Podali wszystkie konie! – zawołałem. – Startuje cała szóstka!

– Cała szóstka? A więc mój koń biegnie! – krzyknął podekscytowany pułkownik. – Ale nigdzie go nie widzę... Nie widzę moich barw!

– Wyszło tylko pięć. W takim razie to musi być ten.

Gdy wypowiadałem te słowa, przegalopował przed nami potężny gniady koń, niosąc na swym grzbiecie dżokeja w dobrze nam znanych czerwono-czarnych barwach pułkownika.

– To nie mój koń! – zawołał jego właściciel. – To zwierzę nie ma na sobie nawet jednego białego włosa! Co pan narobił, panie Holmes?!

– No cóż, zobaczmy, jak sobie poradzi – rzekł mój przyjaciel z niewzruszonym spokojem.

Przez kilka minut patrzył przez moją lornetkę.

– Niesamowite! Wyśmienity start! – zawołał nagle. – Są tam, wychodzą z zakrętu!

Z naszych miejsc mieliśmy doskonały widok na konie wychodzące na prostą. Cała szóstka była tak blisko siebie, że można by je było przykryć płachtą, jednak w połowie drogi żółte barwy stajni Mapleton wyszły na czoło. Zanim jednak dobiegły do nas, Desborough pozostał z tyłu, a koń pułkownika wyrwał się naprzód i minął metę, wyprzedzając o dobre sześć długości swojego rywala. Iris księcia Balmoral dobiegła jako trzecia, daleko za nimi.

– Tak czy inaczej to mój wyścig – sapnął pułkownik, pocierając ręką czoło. – Muszę jednak przyznać, że nic z tego nie rozumiem. W jaki sposób zachował pan to wszystko tak długo w tajemnicy, panie Holmes?

– Nic dziwnego, pułkowniku. Zaraz się pan wszystkiego dowie. Może podejdźmy tam wszyscy i przyjrzyjmy się tej klaczy. Oto i ona – ciągnął dalej, gdy szliśmy w stronę padoku, do którego dostęp mieli wyłącznie właściciele koni oraz zaproszeni przez nich goście. – Wystarczy, że umyje jej pan spirytusem pysk i nogę, a przekona się, że to ta sama pańska Srebrna Gwiazda.

– Zdumiewa mnie pan, panie Holmes.

– Znalazłem ją w rękach oszusta i pozwoliłem sobie wystawić ją do biegu, gdy tylko została mi odesłana.

– Drogi panie Holmes, dokonał pan cudu! Koń prezentuje się świetnie i jest we wspaniałej formie. W całym swoim życiu nie pobiegł lepiej. Jestem panu winien ogromne przeprosiny za to, że zwątpiłem w pańskie zdolności. Odzyskując mojego konia, wyświadczył mi pan wielką przysługę. Jeszcze większą byłoby doprowadzenie do ujęcia mordercy Johna Strakera.

– Uczyniłem to już – rzekł cicho Holmes.

Pułkownik i ja wpatrywaliśmy się w niego w osłupieniu.

– Ma go pan?! W takim razie gdzie on jest?

– Tutaj.

– Tutaj?! Gdzie?

– W tej chwili jest w naszym towarzystwie.

Pułkownik oblał się gniewnym rumieńcem.

– Muszę przyznać, że czuję się wobec pana zobowiązany, ale to, co przed chwilą pan powiedział, muszę potraktować albo jako zniewagę, albo jako bardzo kiepski dowcip.

Sherlock Holmes roześmiał się na te słowa.

– Zapewniam pana, pułkowniku, że nie łączę pana z tym przestępstwem – powiedział. – Prawdziwy morderca stoi tuż za panem.

Minął pułkownika i położył dłoń na lśniącej szyi klaczy.

– To koń! – zawołaliśmy równocześnie z pułkownikiem.

– Zgadza się. Koń. Na jego usprawiedliwienie mogę jednak powiedzieć, że zrobił to w samoobronie i że John Straker był człowiekiem całkowicie niegodnym pańskiego zaufania. Ale właśnie zadzwonił dzwonek, i ponieważ zamierzam wygrać co nieco w następnym biegu, ze szczegółowymi wyjaśnieniami chciałbym poczekać na bardziej odpowiednią chwilę.

Tego wieczoru wracaliśmy do Londynu, siedząc wygodnie w wagonie pierwszej klasy. Jestem przekonany, że pułkownikowi Rossowi podróż przebiegła równie szybko jak i mnie, gdy słuchaliśmy opowieści mojego przyjaciela o tym, co wydarzyło się w stajniach treningowych w Dartmoor w tamtą poniedziałkową noc, oraz o tym, w jaki sposób udało mu się wyjaśnić całą tę sprawę.

– Muszę wyznać – rzekł Holmes – że wszystkie teorie, które stworzyłem na podstawie artykułów z gazet, całkowicie mijały się z prawdą. A jednak kryły się w nich istotne wskazówki, których wcześniej nie dostrzegałem, ponieważ przysłaniały je inne szczegóły. Udałem się do Devonshire w przekonaniu, że wszystko to było sprawką Fitzroya Simpsona, choć oczywiście byłem świadom faktu, że dowody świadczące o jego winie są niekompletne. To właśnie wtedy, gdy siedziałem w powozie, po tym jak dojechaliśmy do domu trenera, dostrzegłem ogromne znaczenie tego, że stajennemu podano baraninę z curry. Być może przypominacie sobie, panowie, że nagle stałem się rozkojarzony i zostałem w powozie, choć wy wszyscy już wysiedliście. Zastanawiałem się wtedy po prostu, jak mogłem przeoczyć tak oczywistą wskazówkę.

– Przyznaję – rzekł pułkownik – że nawet teraz całkowicie nie rozumiem, w jaki sposób mogło to być dla nas pomocne.

– To było pierwsze ogniwo w łańcuchu mojego rozumowania. Sproszkowane opium bynajmniej nie jest pozbawione smaku. Nie jest on wprawdzie przykry, ale wyraźnie zauważalny. Gdyby dodano go do jakiegoś zwykłego dania, jedząca je osoba wyczułaby to i prawdopodobnie przestała jeść. To właśnie curry było przyprawą, która ukrywała smak opium. Nie istniała taka możliwość, żeby ten obcy człowiek, Fitzroy Simpson, mógł sprawić, aby owego wieczoru rodzina trenera i stajenni jedli na kolację danie z curry. Trudno byłoby też założyć, iż dziwnym zbiegiem okoliczności człowiek ten pojawił się ze swoim sproszkowanym opium dokładnie tego dnia wieczorem, gdy przygotowano danie mogące ukryć jego smak. To nie do pomyślenia. W ten właśnie sposób wyeliminowałem ze sprawy Simpsona i skupiłem całą uwagę na Strakerze i jego małżonce, czyli jedynych dwóch osobach, które mogły zadecydować o tym, że tej nocy na kolację podawano baraninę z curry. Opium dodano tylko do porcji przeznaczonej dla stajennego, ponieważ inni jedli tę samą potrawę i nie odczuli żadnych niekorzystnych skutków. Które z nich miało w takim razie dostęp do jedzenia i dodało do niego proszek w tajemnicy przed służącą?

Zanim jednak odpowiedziałem na to pytanie, zrozumiałem, jak ważne było to, że pies nie szczekał. A jeden właściwy wniosek zawsze prowadzi do kolejnego. Incydent z Simpsonem uświadomił mi, że choć w stajniach trzymano psa, nie szczekał on na tyle głośno, by obudzić dwóch stajennych śpiących na strychu, mimo iż ktoś wkradł się do środka i wyprowadził konia. Najwyraźniej ten nocny gość musiał być kimś, kogo pies doskonale znał.

Byłem już przekonany albo prawie przekonany, że to John Straker udał się w środku nocy do stajni i zabrał Srebrną Gwiazdę. Ale w jakim celu? Byłem pewien, że miał nieuczciwe zamiary, bo w przeciwnym razie po co podawałby narkotyk własnemu stajennemu? A jednak nie wiedziałem, co zamierzał. Już przedtem zdarzały się przypadki, gdy trenerzy zarabiali ogromne sumy pieniędzy, obstawiając za pośrednictwem agentów przegrane własnych koni, a potem nie dopuszczając do tego, by zwyciężyły. Czasami to właśnie dżokej spowalnia konia. Czasem jednak oszustwo jest subtelniejszej natury i daje pewniejsze wyniki. O co chodziło tym razem? Miałem nadzieję, że zawartość kieszeni Strakera pomoże mi dojść do właściwych wniosków.

I tak się właśnie stało. Na pewno pamiętają panowie ten dziwny nóż znaleziony w dłoni zmarłego. Był to nóż, którego żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie wybrałby sobie jako broni. Ponadto, jak powiedział nam doktor Watson, noże takie używane są przy najprecyzyjniejszych operacjach znanych współczesnej chirurgii. I tej nocy do takiej właśnie operacji miał być wykorzystany. Pułkowniku Ross, posiada pan ogromne doświadczenie, jeśli chodzi o wyścigi. Zapewne wie pan o tym, że można wykonać niewielkie nacięcie na ścięgnie w zadzie konia, i zrobić to podskórnie, w taki sposób, by nie pozostał absolutnie żaden ślad. Tak potraktowany koń będzie nieco kulał, co można potem przypisać przetrenowaniu, lekkiemu reumatyzmowi, ale nigdy jakiemuś oszustwu.

– Co za łotr! Łajdak! – zawołał pułkownik.

– Tak więc znaleźliśmy wyjaśnienie, dlaczego John Straker chciał zabrać konia na wrzosowisko. Stworzenie o tak ogromnym temperamencie, czując ukłucie noża, z pewnością zbudziłoby wszystkich, i to z najgłębszego snu. Bezwzględnie musiał to zrobić na zewnątrz, z dala od stajni.

– Byłem ślepy! – krzyknął pułkownik. – Oczywiście! To po to potrzebował świeczki i dlatego zapalił zapałkę.

– Bez wątpienia. Jednakże gdy przeglądałem jego rzeczy, udało mi się nie tylko odkryć, w jaki sposób chciał popełnić przestępstwo, lecz również motywy, jakie nim kierowały. Pułkowniku, jako człowiek obyty w świecie przyzna pan zapewne, że ludzie nie noszą w swoich kieszeniach rachunków innych ludzi. Większości z nas wystarczają własne. Natychmiast doszedłem do wniosku, że Straker prowadził podwójne życie i miał też drugą tożsamość. Znaleziony w jego rzeczach rachunek wskazywał, że w sprawę zamieszana jest jakaś kobieta, i to kobieta o niezwykle kosztownych gustach. Choć tak hojnie płaci pan swoim ludziom, trudno byłoby oczekiwać, że stać ich na to, by kupowali swym damom suknie za dwadzieścia gwinei. Wypytałem panią Straker o tę suknię w taki sposób, żeby nie nabrała najmniejszych podejrzeń, i dowiedziałem się, że nigdy jej nie dostała. Zapamiętałem adres krawcowej i byłem już przekonany, że gdy udam się do niej z fotografią Strakera, z łatwością uda mi się wykluczyć ze sprawy nieistniejącego pana Derbyshire.

Od tej chwili wszystko stało się proste. Straker zaprowadził konia do zagłębienia, z którego jego świeca byłaby niewidoczna. Simpson, uciekając, zgubił swoją chustkę, a Straker ją podniósł – być może zamierzał obwiązać nią nogę Gwiazdy. Gdy znalazł się już w zagłębieniu, stanął za klaczą i zapalił zapałkę. Nagły rozbłysk światła musiał jednak przerazić zwierzę, które – działając pod wpływem instynktu podpowiadającego mu, że człowiek ma wobec niego jakieś złe zamiary – wierzgnęło. Stalowa podkowa uderzyła Strakera prosto w czoło. Mimo że padał deszcz, już wcześniej zdjął płaszcz, aby przystąpić do swojego delikatnego zadania. Kopnięcie było tak silne, że trener upadł, a nóż wbił mu się w udo. Czy wszystko wyjaśniłem?

– Cudownie! – zawołał pułkownik. – Wspaniale! Zupełnie jakby pan tam był.

– Muszę przyznać, że moje trafienie było wyjątkowo szczęśliwe. Byłem przekonany, że człowiek tak przebiegły jak Straker nie przeciąłby koniowi ścięgna, nie nabywając przedtem nieco praktyki. A gdzież mógłby coś takiego poćwiczyć? Przypadkiem spostrzegłem owce i zadałem pytanie, na które odpowiedź, ku mojemu zdumieniu, wykazała, że miałem słuszność.

Kiedy wróciłem do Londynu, udałem się do krawcowej, która rozpoznała Strakera jako swego świetnego klienta o nazwisku Derbyshire, mężczyznę mającego wyjątkowo elegancką żonę, lubującą się w drogich sukniach. Nie miałem już wątpliwości, że ta kobieta wciągnęła go w długi i doprowadziła do tak fatalnego końca.

– Wyjaśnił pan wszystko oprócz jednego – zawołał pułkownik. – Gdzie przez cały ten czas był mój koń?

– Ach, wyrwał się i uciekł. Potem zadbał o niego jeden z pańskich sąsiadów. Myślę, że najlepiej byłoby udzielić mu małej amnestii. Zbliżamy się do stacji Clapham, i jeśli się nie mylę, za niecałe dziesięć minut dotrzemy do Victoria Station. Jeśli ma pan ochotę zapalić z nami cygaro, pułkowniku, z chęcią przedstawię panu wszystkie pozostałe szczegóły, jakie pana interesują.

1 furlong – angielska miara długości, równa 201,168 m.

Rozdział drugi

 

Żółta twarz

 
 

Publikując te krótkie opowieści, opisujące liczne sprawy, o jakich dowiadywaliśmy się w związku z wyjątkowymi zdolnościami mojego przyjaciela i w których, w rezultacie, braliśmy udział jako bohaterowie tych przedziwnych dramatów, w naturalny sposób skupiam się raczej na sukcesach Sherlocka Holmesa niż na jego porażkach. Nie czynię tak jednak ze względu na jego reputację – ponieważ to właśnie wówczas, gdy już nie wiedział, co zrobić, wykazywał się najbardziej podziwu godną energią i wszechstronnością – lecz dlatego, że tam, gdzie on zawiódł, bardzo często nikomu nie udało się znaleźć rozwiązania, a sprawa miała na zawsze pozostać niewyjaśnioną. Niekiedy zdarzało się jednak, że nawet gdy Sherlock Holmes zbłądził, doprowadzał mimo tego do poznania prawdy. Opisałem jakieś pół tuzina takich przypadków. Dwa spośród nich wydają się szczególnie interesujące – rytuał Musgrave’ów oraz historia, którą zamierzam opowiedzieć teraz.

Sherlock Holmes był człowiekiem, który rzadko ćwiczył dla samych tylko ćwiczeń. Istniało niewielu ludzi bardziej niż on zdolnych zmusić swe mięśnie do dużego wysiłku i bez wątpienia był jednym z najlepszych bokserów w swojej wadze, jakich kiedykolwiek widziałem, postrzegał jednak bezcelowy wysiłek fizyczny jako całkowitą utratę energii i rzadko zajmował się boksem, z wyjątkiem przypadków, gdy miał on służyć jego zawodowym celom. W takich chwilach był nad podziw wytrwały i absolutnie niezmordowany. Istotne było to, że wówczas trenował, jednak jego dieta wciąż pozostawała uboga, a przyzwyczajenia miał tak proste, że wręcz banalne. Nie miał żadnych słabości prócz tego, że od czasu do czasu zażywał kokainę, lecz sięgał po ten narkotyk tylko w momentach, gdy nie mógł się pogodzić z monotonią egzystencji, bo spraw było niewiele, a w gazetach nie pojawiało się nic ciekawego.

Pewnego dnia, wczesną wiosną, Holmes był do tego stopnia zrelaksowany, że wybrał się ze mną na spacer do parku. Na wiązach pojawiały się pierwsze jasnozielone pąki, a lepkie pączki kasztanowców dopiero zaczynały się rozwijać w pięciopalczaste listki. Przechadzaliśmy się dwie godziny, przez większość czasu milcząc, jak to zwykle bywa pomiędzy dwoma mężczyznami, którzy bardzo dobrze się znają. Gdy wróciliśmy na Baker Street, dochodziła piąta.

– Przepraszam, sir – powiedział nasz portier, otwierając drzwi. – Był tu jakiś dżentelmen i pytał o pana.

Holmes rzucił mi spojrzenie pełne rezygnacji.

– Zdaje się, że to już koniec z naszymi popołudniowymi spacerami! – powiedział. – A więc ten dżentelmen już sobie poszedł?

– Tak, sir.

– Nie zaprosiłeś go do środka?

– Ależ tak, sir. Skorzystał z zaproszenia i czekał na pana.

– Jak długo?

– Jakieś pół godziny, sir. To był bardzo niespokojny dżentelmen. Przez cały czas, kiedy tu był, co chwilę wstawał, a potem znowu siadał albo w kółko przechadzał się po pokoju. Czekałem za drzwiami, sir, i słyszałem, co robi. W końcu wypadł na korytarz i krzyknął: „Czy ten człowiek nigdy nie zamierza wrócić?”. To jego własne słowa, sir.

Powiedziałem mu: „Proszę poczekać jeszcze chwilę”. Odparł: „W takim razie poczekam na zewnątrz! Duszę się tutaj. Wkrótce wrócę”. A potem wstał i wyszedł i żadne moje słowa nie były w stanie go zatrzymać.

– No cóż, w takim razie zrobiłeś, co mogłeś – powiedział Holmes, gdy wchodziliśmy do pokoju. – Niemniej to strasznie irytujące, Watsonie. Bardzo potrzebuję nowej sprawy, a sądząc po zniecierpliwieniu tego człowieka, to, z czym chciał się do mnie zwrócić, może być istotne. Chwileczkę! To nie twoja fajka leży na stole. Musiał ją tu zostawić. Dobre drewno z korzenia starego wrzośca, z długim ustnikiem wykonanym z bursztynu. Ciekaw jestem, ile można by znaleźć w Londynie ustników z prawdziwego bursztynu. Niektórzy ludzie uważają, że jeśli jest w nim zatopiona mucha, świadczy to o jego autentyczności. Musiał być bardzo wzburzony, skoro zapomniał fajki, którą bardzo sobie ceni.

– Skąd wiesz, że tak bardzo ją ceni? – spytałem.

– Domyślam się, że kosztowała go siedem szylingów i sześć pensów. Jak widzisz, była dwukrotnie naprawiana: raz zreperowano drewnianą część cybucha, a drugi raz bursztynowy ustnik. W obu przypadkach, jak pewnie zauważyłeś, użyto srebrnych opasek, które kosztowały pewnie więcej niż sama fajka. Ten człowiek musi ją bardzo lubić, skoro wolał ją reperować, niż kupić nową za te same pieniądze.

– Zauważyłeś coś jeszcze? – spytałem, bo Holmes nadal obracał fajkę w dłoni i zadumany wpatrywał się w nią w charakterystyczny dla siebie sposób.

Uniósł ją do góry i puknął w nią kilka razy swym długim chudym palcem, tak jak mógłby to uczynić profesor prowadzący wykład na temat jakiejś kości.

– Fajki bywają czasami wyjątkowo interesujące – powiedział. – Żaden inny przedmiot nie gromadzi w sobie tylu cech indywidualnych właściciela, no, może z wyjątkiem zegarków i sznurowadeł. Jednak wskazówki, które tutaj dostrzegam, nie są ani bardzo wyraźne, ani szczególnie istotne. Właściciel tej fajki to najwyraźniej dobrze zbudowany człowiek; jest leworęczny, posiada wspaniałe uzębienie, jest dość niedbały i nie musi zbytnio oszczędzać.

Mój przyjaciel sypał tymi informacjami jak z rękawa, w pewnym momencie dostrzegłem jednak, że zerknął w moją stronę, by sprawdzić, czy podążam za jego tokiem rozumowania.

– Uważasz, że ten człowiek jest zamożny, skoro pali fajkę wartą sześć szylingów? – spytałem.

– To mieszanka Grosvenor po osiem pensów za uncję – odparł Holmes, wytrząsając na dłoń odrobinę tytoniu. – A ponieważ mógłby dostać doskonały tytoń za połowę tej ceny, sądzę, że nie musi oszczędzać.

– A twoje pozostałe uwagi?

– Ma nawyk odpalania fajki od lamp i palników gazowych. Jak pewnie zauważyłeś, główka z jednej strony jest dość silnie zwęglona. Przecież zapałka tak by jej nie zniszczyła. Po co człowiek miałby przystawiać płonącą zapałkę do cybucha swej fajki? Nie mógłby jednak odpalić jej od lampy tak, żeby nie opaliła się przy tym główka. A opalona jest tylko z prawej strony. Z tego właśnie wnioskuję, że jej właściciel jest leworęczny. Przysuń do lampy własną fajkę, Watsonie. Przekonasz się, że ty, będąc człowiekiem praworęcznym, w naturalny sposób zbliżasz ją do płomienia lewą stroną. Być może raz czy dwa razy zdarzyło ci się zrobić to inaczej, ale na pewno nie jest to regułą. Tę fajkę zawsze tak przybliżano do ognia. Poza tym przygryzł swój bursztynowy ustnik. Do tego trzeba silnego energicznego mężczyzny, mającego przy tym świetne zęby. Ale jeśli się nie mylę, słyszę jego kroki na schodach, a więc zaraz będziemy mieli o wiele ciekawszy obiekt do badań niż ta fajka.

Chwilę później drzwi się otworzyły, i do pokoju wszedł wysoki młody mężczyzna. Był ubrany w elegancki szary, stonowany garnitur, a w ręce trzymał brązowy kapelusz z szerokim rondem. Na oko dawałem mu około trzydziestu lat, choć w rzeczywistości okazał się nieco starszy.

– Przepraszam bardzo – powiedział zmieszany. – Chyba powinienem był zapukać. Tak, oczywiście... Powinienem był zapukać. Po prostu jestem trochę zdenerwowany. Proszę mi wybaczyć – przesunął dłonią po czole jak człowiek na wpół oszołomiony, a potem raczej opadł na krzesło, niż na nim usiadł.

– Jak widzę, nie spał pan ostatniej nocy – rzucił Holmes mimochodem, jak zawsze, gdy wygłaszał jakąś ze swych zaskakujących uwag. – To szarpie człowiekowi nerwy bardziej niż praca, a nawet jeszcze bardziej niż rozrywki. Pozwoli pan, że zapytam, jak mogę mu pomóc?

– Chciałem poprosić pana o radę. Nie wiem, co mam począć, i odnoszę wrażenie, że całe moje życie rozpada się na kawałki.

– Chce mnie pan zatrudnić jako detektywa?

– Nie tylko to. Chciałbym poznać pańską opinię. No wie pan... zdanie rozsądnego człowieka, bywałego w świecie. Proszę mi powiedzieć, co powinienem teraz zrobić. Mój Boże, mam nadzieję, że będzie pan w stanie mi pomóc.

Mówił szarpanymi, urywanymi zdaniami. Miałem wrażenie, że w ogóle mówienie sprawiało mu trudność i że tylko dzięki sile woli przezwyciężał swoje skłonności.

– To bardzo delikatna sprawa – powiedział. – Nikt nie lubi rozmawiać z obcymi ludźmi o tym, co dzieje się u niego w domu. Człowiekowi wydaje się czymś strasznym rozmawiać o zachowaniu własnej żony. I to z dwoma mężczyznami, których dopiero co spotkał. To okropne, że muszę to robić. Dłużej jednak nie jestem w stanie tak żyć...

Muszę prosić pana o radę.

– Mój drogi panie Grancie Munro – zaczął Holmes.

Nasz gość skoczył na równe nogi.

– Co takiego?! – zawołał. – Wie pan, jak się nazywam?

– Jeśli pragnie pan występować incognito – powiedział Holmes z uśmiechem – sugerowałbym, by przestał pan nosić kapelusz ze swym nazwiskiem wyszytym na podszewce, bo inaczej osoba, z którą pan rozmawia, na pewno pozna pańską tożsamość. Właśnie miałem powiedzieć, że mój przyjaciel i ja wysłuchaliśmy już w tym pokoju sporo dziwnych sekretów i że mieliśmy okazję przynieść spokój wielu udręczonym duszom. Mam nadzieję, że i dla pana będziemy mogli tyle uczynić. Czy mógłby mi pan podać, nie zwlekając, wszystkie fakty związane ze sprawą? Czas może się tu okazać bardzo istotny.

Nasz gość ponownie potarł ręką czoło, tak jakby to zadanie wydawało mu się bardzo trudne. Z wyrazu jego twarzy i każdego gestu mogłem odczytać, że był człowiekiem pełnym rezerwy i zamkniętym w sobie, a przy tym niepozbawionym dumy, i zapewne wolałby ukryć swoje problemy, niż się z nich zwierzać. A potem nagle jakby pękła w nim tama, i z gniewnym gestem zaciśniętej pięści zaczął opowiadać nam swoją historię.

– Oto fakty, panie Holmes – powiedział. – Od trzech lat jestem człowiekiem żonatym. Przez cały ten czas ja i moja żona kochaliśmy się tak bardzo i żyliśmy tak szczęśliwie, jak chyba żadne inne małżeństwo. Nigdy, ani razu się nie poróżniliśmy czy to w myślach, czy w słowach, czy w czynach. A teraz, od ostatniego poniedziałku, nagle wyrosła pomiędzy nami jakaś bariera i odkrywam ze zdumieniem, że istnieje w jej życiu i w jej myślach coś takiego, o czym wiem bardzo niewiele, jakby była jedną z tych obcych kobiet, które mijam na ulicy. Odsunęliśmy się od siebie, a ja pragnę się dowiedzieć dlaczego.

Jest pewna rzecz, którą chciałbym panu uświadomić, panie Holmes, zanim powiem coś więcej. Effie mnie kocha. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Kocha mnie całym sercem i całą duszą i nigdy nie kochała mnie bardziej niż teraz. Wiem to. Czuję to. Nie muszę się nad tym zastanawiać. Mężczyzna potrafi z łatwością rozpoznać, czy kobieta darzy go uczuciem. Teraz jednak stanął między nami ten sekret i dopóki nie zostanie wyjaśniony, nigdy nie będzie tak jak dawniej.

– Panie Munro, proszę z łaski swojej przedstawić mi fakty – rzekł Holmes nieco zniecierpliwionym tonem.

– Powiem panu, co wiem o historii Effie. Gdy ją poznałem, była wdową, choć jeszcze dość młodą. Miała zaledwie dwadzieścia pięć lat. Nosiła wówczas nazwisko Hebron. W młodości wyjechała do Ameryki i zamieszkała w Atlancie, gdzie poślubiła pana Hebrona, prawnika prowadzącego własną praktykę. Mieli jedno dziecko. Niestety w okolicy, w której żyli, wybuchła epidemia żółtej febry i jej mąż oraz dziecko zmarli. Widziałem jego akt zgonu. Po tych tragicznych przejściach wyjechała z Ameryki i zamieszkała w Pinner w Middlesex ze swoją niezamężną ciotką. Wspomnę jeszcze o tym, że mąż pozostawił jej wystarczające środki. Posiadała kapitał około czterech tysięcy pięciuset funtów, który swojego czasu tak dobrze zainwestował, że Effie miała z niego dochody w wysokości średnio siedmiu procent. Mieszkała w Pinner zaledwie od sześciu miesięcy, kiedy ją poznałem. Zakochaliśmy się w sobie i kilka tygodni później wzięliśmy ślub.

Sam handluję chmielem i mam dochody rzędu siedmiuset czy ośmiuset funtów, a więc mieliśmy dostatecznie dużo pieniędzy. Wynajęliśmy ładną willę w Norbury za osiemdziesiąt funtów rocznie. Panuje tam wiejska atmosfera, co jest niesamowite, zwłaszcza że mieszkamy tak blisko miasta. Są tam gospoda, dwa budynki położone za naszym oraz jeden domek stojący po drugiej stronie pola, naprzeciwko naszego domu. Inne zabudowania pojawiają się dopiero w pół drogi do stacji. W pewnych porach roku muszę pilnować swoich interesów w mieście, jednak latem mam niewiele do roboty, a więc szczęśliwie spędzam czas z żoną w naszym wiejskim domku. Mogę pana zapewnić, że nigdy nie było pomiędzy nami żadnych nieporozumień, dopóki nie zaczęła się ta przeklęta sprawa.

Myślę, że zanim przejdę dalej, powinienem panu jeszcze o czymś powiedzieć. Kiedy się pobieraliśmy, Effie przekazała mi cały swój majątek. Zrobiła to wbrew mojej woli, rozumiałem bowiem, jak niezręczna byłaby nasza sytuacja, gdyby moje interesy potoczyły się nie po mojej myśli. Tego jednak właśnie sobie życzyła i tak też uczyniła. No cóż... A potem, jakieś sześć tygodni temu, przyszła do mnie.

– Jack – powiedziała – kiedy przejmowałeś moje pieniądze, mówiłeś mi, że gdybym kiedykolwiek czegoś chciała, wystarczy, że cię o to poproszę.

– Oczywiście – odparłem. – Przecież są twoje.

– Cóż – powiedziała. – Chciałabym sto funtów.

Byłem trochę oszołomiony, bo myślałem, że chce sobie po prostu kupić jakąś nową suknię albo coś w tym rodzaju.

– A po cóż ci taka suma? – spytałem.

– Och – odparła swobodnie. – Mówiłeś przecież, że będziesz tylko moim bankierem, a bankierzy nigdy nie zadają pytań. Przecież wiesz.

– Jeśli mówisz poważnie, to oczywiście dam ci te pieniądze – powiedziałem.

– O tak, mówię poważnie.

– I nie powiesz mi, na co są ci potrzebne?

– Być może pewnego dnia, Jack. Ale nie teraz.

Musiałem więc zadowolić się tą odpowiedzią, choć w nasze życie po raz pierwszy wkradł się jakiś sekret. Dałem żonie czek i nigdy więcej nie zastanawiałem się nad tą sprawą. Być może nie miało to nic wspólnego z tym, co zdarzyło się później, pomyślałem jednak, że będzie dobrze, jeśli o tym wspomnę.

Powiedziałem już panu, że niedaleko naszego domu stoi niewielki piętrowy domek. Dzieli nas od niego tylko pole, ale żeby tam dojść, trzeba pójść drogą, a potem skręcić w alejkę. Zaraz za nią znajduje się niewielki jodłowy zagajnik. To bardzo ładne miejsce, i kiedyś lubiłem się tam przechadzać, bo kocham drzewa. Domek stał pusty od ośmiu miesięcy – szkoda, bo to rzeczywiście śliczny budynek ze staroświeckim gankiem porośniętym wiciokrzewem. Wiele razy zatrzymywałem się w pobliżu i myślałem o tym, jak musi być w nim przytulnie.

W ubiegły poniedziałek wybrałem się tam na przechadzkę i gdy szedłem alejką, wyminął mnie pusty wóz. Zauważyłem stertę dywanów i mebli leżących na trawniku przed gankiem. Pomyślałem, że wreszcie wynajęto komuś ten domek. Przechodząc obok, zastanawiałem się, jacyż to ludzie zamieszkają tak blisko nas. Spojrzałem na budynek i nagle zdałem sobie sprawę, że z okna na górze obserwuje mnie jakiś człowiek.

Nie umiem dokładnie określić, panie Holmes, co takiego było w tej twarzy, ale po plecach przebiegł mi zimny dreszcz. Znajdowałem się w pewnej odległości od domku, nie mogłem rozróżnić jej rysów, ale było w nich coś nienaturalnego, coś nieludzkiego. Takie odniosłem wrażenie, szybko więc ruszyłem naprzód, żeby lepiej przyjrzeć się osobie, która mnie obserwowała. Jednak gdy tylko się zbliżyłem, twarz nagle znikła, tak szybko i niespodziewanie, że wydało mi się, iż po prostu zapadła się w ciemność pokoju. Stałem tam przez pięć minut, rozmyślając i próbując przeanalizować swoje odczucia. Nie potrafiłem stwierdzić, czy była to twarz mężczyzny, czy kobiety, bo była za daleko. Ale największe wrażenie zrobił na mnie kolor tej twarzy. Była sinawożółta, w jakiś sposób zacięta i sztywna, dlatego właśnie wydawała się tak szokująco nienaturalna. Całe to zdarzenie zaniepokoiło mnie tak bardzo, że postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej o nowych mieszkańcach domku. Podszedłem i zapukałem do drzwi, które natychmiast otworzyła wysoka chuda kobieta o surowej nieprzystępnej twarzy.

– Czego sobie życzy? – spytała z północnym akcentem.

– Jestem państwa sąsiadem. Mieszkam... o tam – powiedziałem, pokazując na mój dom. – Widzę, że dopiero się państwo wprowadzili, a więc pomyślałem, że jeśli mógłbym w czymkolwiek pomóc...

– Jak coś nam będzie trza, to powiemy – warknęła i zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Poirytowany tym gburowatym zachowaniem odwróciłem się na pięcie i poszedłem do domu. Mimo to, choć starałem się skupiać na innych sprawach, przez cały wieczór powracałem myślami do tego widma w oknie i tamtej bezczelnej kobiety. Postanowiłem, że o tym pierwszym nic nie wspomnę mojej żonie, ponieważ jest nerwową, nieco lękliwą osobą i za nic nie chciałbym, aby udzieliły jej się moje negatywne emocje. Przed snem napomknąłem tylko, że ktoś zamieszkał w tamtym domku. Nic mi na to nie odpowiedziała.

Z reguły mam bardzo głęboki sen. W naszej rodzinie żartowano nawet, że w nocy nic nie jest w stanie mnie obudzić. A jednak w jakiś nieodgadniony sposób – czy to za sprawą podekscytowania po mojej dziwnej przygodzie, czy też z innych przyczyn – mój sen był tamtej nocy o wiele lżejszy niż zazwyczaj. Choć byłem na wpół pogrążony we śnie, niejasno zdawałem sobie sprawę, że w naszej sypialni coś się dzieje. Stopniowo uświadomiłem sobie, że moja żona ubiera się, narzuca płaszcz i zakłada czepek na głowę.

Już otwierałem usta, by wymamrotać coś zaspanym głosem czy też zaprotestować przeciwko tej wyprawie, gdy mój wzrok padł na jej twarz oświetloną blaskiem świecy. Zamarłem ze zdumienia. Nigdy dotąd nie widziałem jej takiej. Sądziłem, że Effie nie jest nawet w stanie przybrać takiego wyrazu twarzy. Była śmiertelnie blada i oddychała szybko, a zapinając płaszcz, rzucała ukradkowe spojrzenia w kierunku łóżka, żeby sprawdzić, czy mnie nie obudziła. Potem, przeświadczona, że wciąż śpię, wymknęła się z pokoju, a chwilę później usłyszałem ostre skrzypienie, które mogły wydawać tylko zawiasy frontowych drzwi. Usiadłem na łóżku i uderzyłem ręką w oparcie, żeby się przekonać, czy to na pewno nie sen. Następnie wyjąłem spod poduszki zegarek. Była trzecia nad ranem. Cóż takiego mogła robić moja żona o trzeciej nad ranem na wiejskiej drodze?

Siedziałem tak przez dobre dwadzieścia minut, zastanawiając się nad tym wszystkim i próbując znaleźć jakieś wyjaśnienie. Jednak im dłużej myślałem, tym bardziej niezwykłe i niewytłumaczalne wydawało mi się jej zachowanie. Byłem wciąż pogrążony w myślach, gdy znów usłyszałem ciche zamykanie drzwi, a od schodów dobiegły mnie kroki mojej małżonki.

– Na Boga, Effie! Gdzieś ty była? – spytałem, kiedy weszła.

Wzdrygnęła się gwałtownie, słysząc moje słowa, i wydała z siebie zduszony jęk, jęk, który zmartwił mnie bardziej niż cała reszta, bo kryło się w nim jakieś nieokreślone poczucie winy. Moja żona zawsze była szczerą, otwartą kobietą. Zmroziło mnie, kiedy zobaczyłem, jak wkrada się do własnej sypialni, a jej twarz ogarnia przerażenie, w momencie gdy zwraca się do niej jej własny mąż.

– To ty nie śpisz, Jack? – zawołała z nerwowym śmiechem. – Myślałam, że nic nie jest w stanie cię obudzić.

– Gdzie byłaś? – spytałem, tym razem już poważniej.

– Trudno się dziwić, że jesteś zaskoczony – powiedziała, rozpinając płaszcz. Widziałem, jak drżą jej palce. – Cóż, nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek w życiu zrobiła coś takiego. Poczułam nagle, że jest mi bardzo duszno, i strasznie zapragnęłam odetchnąć świeżym powietrzem. Myślę, że chyba bym zemdlała, gdybym nie wyszła na zewnątrz. Parę minut stałam przy drzwiach, ale doszłam już do siebie.

Przez cały czas, kiedy mi to opowiadała, ani razu nie spojrzała w moją stronę, a jej głos był dziwnie zmieniony. Wydawało mi się oczywistym, że to, co mówi Effie, jest kłamstwem. Nic nie odpowiedziałem, lecz odwróciłem się twarzą do ściany. Mój umysł wypełniały tysiące ponurych wątpliwości i podejrzeń. Cóż takiego ukrywała przede mną moja żona? Dokąd się udała podczas tej przedziwnej nocnej wyprawy? Czułem, że nie zaznam spokoju, dopóki się tego nie dowiem. A jednak wzbraniałem się, by zapytać ją o to wprost, po tym, jak już raz mnie okłamała. Przez resztę nocy przewracałem się niespokojnie z boku na bok, wymyślając teorię za teorią, jedną bardziej nieprawdopodobną od drugiej.

Tego dnia powinienem był udać się do Londynu, byłem jednak zbyt zmartwiony i zaniepokojony, aby zająć się swoimi sprawami. Moja żona wydawała się równie zdenerwowana jak ja, i odczytałem z jej pytających spojrzeń, iż wie o tym, że jej nie uwierzyłem i że nie mam pojęcia, co dalej począć. Przy śniadaniu prawie nie zamieniliśmy ze sobą słowa, a zaraz potem wyszedłem na spacer, żeby przemyśleć tę sprawę na świeżym porannym powietrzu.

Doszedłem aż do Crystal Palace, spędziłem tam godzinę i wróciłem do Norbury przed pierwszą. W drodze powrotnej znów przechodziłem obok domku. Zatrzymałem się na chwilę, by spojrzeć w okna i sprawdzić, czy ponownie nie ujrzę tej dziwnej twarzy, która wpatrywała się we mnie poprzedniego dnia. I kiedy tak tam stałem, proszę sobie wyobrazić moje zaskoczenie, panie Holmes, gdy drzwi nagle się otworzyły i ukazała się w nich moja żona.

Na jej widok oniemiałem ze zdumienia, jednak moje emocje były niczym w porównaniu z tymi, które pojawiły się na jej twarzy, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Przez moment wydawało mi się, że chce się cofnąć i ukryć w domu. Po chwili jednak, widząc, że nic jej z tego nie przyjdzie, podeszła do mnie z pobladłą twarzą i przerażonymi oczyma, które stały w sprzeczności z uśmiechem na jej ustach.

– Och, Jack – powiedziała. – Właśnie zajrzałam do naszych nowych sąsiadów, żeby zapytać, czy mogę im w czymś pomóc. Czemu tak na mnie patrzysz? Jesteś na mnie zły?

– A więc – odparłem – to tutaj byłaś w nocy.

– Co masz na myśli? – zapytała.

– Byłaś tutaj, jestem tego pewien. Kim są ci ludzie, że musisz ich odwiedzać o tak dziwnej porze?

– Nie byłam tutaj przedtem.

– Jak możesz mnie tak okłamywać?! – zawołałem. – Nawet twój głos się zmienia, kiedy kłamiesz. Czy ja miałem kiedyś przed tobą jakiekolwiek tajemnice? Wejdę teraz do tego domu i wyjaśnię sprawę do końca.

– Nie, Jack! Nie! Proszę, na Boga! – jęknęła Effie, nie panując już nad emocjami. A potem, gdy podszedłem do drzwi, chwyciła mnie za rękaw i pociągnęła w tył z niespotykaną siłą.

– Zaklinam cię, Jack, nie rób tego! – zawołała. – Przysięgam, że pewnego dnia powiem ci o wszystkim! Ale jeśli teraz wejdziesz do tego domu, nie wyniknie z tego nic prócz nieszczęścia.

Kiedy próbowałem się od niej uwolnić, przywarła do mnie i zaczęła błagać.

– Zaufaj mi, Jack! – krzyknęła. – Zaufaj mi tylko ten jeden raz. Nigdy nie będziesz miał powodów, żeby tego żałować. Wiesz, że nie miałabym przed tobą żadnych tajemnic, gdyby nie chodziło o twoje własne dobro. Tu chodzi o całe nasze życie, Jack. Jeśli wrócisz ze mną do domu, wszystko będzie dobrze. Ale jeśli będziesz się upierał, żeby wejść do tego domku, wszystko się między nami skończy.

Wypowiedziała to z taką powagą i desperacją, że zatrzymałem się w miejscu i niezdecydowany stałem pod drzwiami.

– Zaufam ci, Effie, ale tylko pod jednym warunkiem – wydusiłem z siebie wreszcie. – Nie będzie więcej między nami żadnych sekretów. Możesz nie zdradzać mi swojej tajemnicy, ale musisz obiecać, że koniec z tymi nocnymi wizytami i że nic więcej nie będziesz przede mną ukrywać. Zapomnę o tym, co dotąd zrobiłaś, jeśli mi przysięgniesz, że nie zrobisz już niczego takiego w przyszłości.

– Byłam pewna, że mi zaufasz – zawołała z ogromną ulgą. – Będzie dokładnie tak, jak sobie życzysz. Chodź już, proszę, chodź już ze mną do domu.

Wciąż trzymając mnie za rękaw, odciągnęła mnie od domku. Gdy się oddalaliśmy, spojrzałem za siebie i znów ujrzałem tę sinożółtą twarz obserwującą nas z okna na górze. Cóż mogło łączyć to stworzenie i moją żonę? I w jaki sposób mogła być z nią związana ta opryskliwa, nieuprzejma kobieta, którą spotkałem dzień wcześniej? Była to dziwna zagadka, a jednak wiedziałem, że nie zaznam spokoju, dopóki jej nie rozwiążę.

Przez dwa dni po tym wydarzeniu siedziałem cały czas w domu, a moja żona najwyraźniej lojalnie dotrzymywała naszej umowy, bo o ile mi wiadomo, nigdzie nie wychodziła. Jednakże trzeciego dnia uzyskałem wystarczające dowody, że uroczyste obietnice jej nie powstrzymały i znów opuściła swojego męża, porzucając obowiązki domowe.

Tego dnia pojechałem do miasta, wróciłem jednak pociągiem o 2.40, nie zaś o 3.36, tak jak zazwyczaj. Gdy wszedłem do domu, do holu wpadła pokojówka z przerażoną twarzą.

– Gdzie jest twoja pani? – spytałem.

– Chyba wyszła na spacer – odparła.

W mojej głowie natychmiast zbudziły się podejrzenia. Wbiegłem pędem po schodach na górę, aby się upewnić, że Effie nie ma w domu. Przypadkiem wyjrzałem przez jedno z okien na piętrze i zobaczyłem, że pokojówka pędzi na przełaj przez pole w kierunku domku. Rzecz jasna pojąłem, co to wszystko oznacza. Żona poszła tam i poprosiła pokojówkę, aby ta zawołała ją, gdybym przypadkiem wrócił wcześniej. Kipiąc z gniewu, popędziłem za dziewczyną i szybkim krokiem przemierzyłem pole z silnym postanowieniem, że zakończę tę sprawę raz na zawsze. Ujrzałem moją żonę i pokojówkę biegnące alejką, lecz nie zatrzymałem się, by z nimi porozmawiać. To w tym domku krył się sekret rzucający cień na całe moje życie. Poprzysiągłem sobie, że co ma być, to będzie, ale ta sprawa nie może pozostać już dłużej tajemnicą. Gdy doszedłem do drzwi, nawet nie zapukałem, lecz po prostu chwyciłem za klamkę i wpadłem do korytarza.

Na parterze panowała cisza. W kuchni gotowała się woda w czajniku, a w koszyku spał zwinięty w kłębek wielki czarny kot. Nie natknąłem się jednak na żaden ślad kobiety, którą tu wcześniej widziałem. Wpadłem do drugiego pomieszczenia, lecz tam również było pusto. Następnie popędziłem schodami na górę, tylko po to, aby się przekonać, że dwa pozostałe pokoje także są opuszczone. W całym domu nie było żywej duszy.

Wnętrze zdobiły pospolite meble i obrazy, z wyjątkiem jednego pokoju, tego, z którego okna spoglądała na mnie ta dziwna twarz. Pomieszczenie urządzono wygodnie i elegancko. Gdy ujrzałem, że na kominku stoi kopia dużej fotografii przedstawiającej moją żonę (a zdjęcie zamówiłem zaledwie trzy miesiące temu), wszystko się we mnie zagotowało. W jednej chwili wróciły wszystkie podejrzenia.

Zostałem w domku tak długo, by się upewnić, że nikt się w nim nie ukrył. Wyszedłem stamtąd z ciężkim sercem. Dotychczas nic podobnego mi się nie zdarzyło. Gdy wróciłem do domu, Effie wybiegła do holu. Czułem się zbyt zraniony i wściekły, aby z nią rozmawiać, minąłem ją więc i udałem się do swego gabinetu. Poszła jednak za mną i weszła do środka, zanim zdążyłem zamknąć drzwi.

– Przykro mi, Jack, że złamałam daną ci obietnicę – powiedziała. – Jestem jednak przekonana, że gdybyś znał wszystkie okoliczności, wybaczyłbyś mi.

– W takim razie opowiedz mi o wszystkim – powiedziałem.

– Nie mogę, Jack. Nie mogę! – zawołała.

– Dopóki mi nie powiesz, kto mieszka w tym domku i komu dałaś swoją fotografię, nie może być mowy o żadnym zaufaniu pomiędzy nami – powiedziałem i, wyrywając się z jej objęć, wyszedłem z domu.

To się działo wczoraj, panie Holmes. Od tej pory nie widziałem żony i nie dowiedziałem się niczego więcej. Po raz pierwszy na nasze życie padł cień, i tak bardzo to mną wstrząsnęło, że nie mam pojęcia, co teraz uczynić. Dziś rano nagle przyszło mi do głowy, że jest pan właściwym człowiekiem, do którego powinienem się zwrócić po poradę. Pospieszyłem więc jak najszybciej na spotkanie z panem i całkowicie oddaję się w pańskie ręce. Jeśli jakaś kwestia wymaga szerszych wyjaśnień, proszę mi o tym powiedzieć. Przede wszystkim jednak niech mi pan poradzi, co mam zrobić, bo cała ta nieszczęsna historia to więcej, niż jestem w stanie znieść.

Holmes i ja słuchaliśmy z ogromnym zainteresowaniem tej niezwykłej historii opowiadanej w chaotyczny sposób, tak typowy dla człowieka szarpanego skrajnymi emocjami. Mój przyjaciel przez jakiś czas siedział w milczeniu, pogrążony w myślach, oparłszy na dłoni podbródek.

– Proszę mi powiedzieć – odezwał się wreszcie – czy mógłby pan przysiąc, że ta twarz, którą widział pan w oknie, była twarzą mężczyzny?

– Za każdym razem, kiedy ją widziałem, byłem dość daleko, tak więc nie potrafię na to jednoznacznie odpowiedzieć.

– Wydaje się jednak, że zrobiła ona na panu bardzo przykre wrażenie.

– Miała nienaturalny kolor, a jej rysy wyglądały na dziwnie nieruchome. Kiedy się zbliżałem, znikała błyskawicznie.

– Ile czasu upłynęło, odkąd żona poprosiła pana o sto funtów?

– Prawie dwa miesiące.

– Widział pan kiedyś zdjęcie jej pierwszego męża?

– Nie. Tuż po jego śmierci w Atlancie wybuchł wielki pożar, i wszystkie dokumenty uległy zniszczeniu.

– A jednak miała akt zgonu. Wspominał pan, że go widział.

– Tak. Po pożarze Effie dostała duplikat.

– Czy spotkał pan kiedyś kogoś, kto znał pańską żonę w Stanach?

– Nie.

– Czy wspominała kiedykolwiek o tym, że chciałaby tam pojechać?

– Nie.

– A może dostawała stamtąd jakieś listy?

– Nie.

– Dziękuję panu. Teraz chciałbym zastanowić się trochę nad tą sprawą. Jeśli domek został opuszczony na stałe, możemy mieć pewne trudności. Z drugiej jednak strony – a przypuszczam, że jest to bardziej prawdopodobne – jeżeli jego mieszkańcy zostali ostrzeżeni o tym, że pan nadchodzi i udało im się wczoraj wymknąć, nim wtargnął pan do środka, to być może już tam wrócili, a wtedy z łatwością wszystko wyjaśnimy. Radzę więc panu, by wrócił do Norbury i uważnie się przyglądał oknom domku. Jeśli będzie miał pan powody sądzić, że znów ktoś w nim mieszka, proszę tam nie wchodzić, lecz wysłać telegram do mnie i mojego przyjaciela. Przybędziemy do pana w ciągu godziny od jego otrzymania, a wtedy bardzo szybko dotrzemy do sedna sprawy.

– A jeśli domek nadal będzie pusty?

– W takim razie przybędę do pana jutro i omówimy to razem. Do zobaczenia! I przede wszystkim proszę się nie denerwować, dopóki nie będzie pan pewien, że ma rzeczywiście ku temu powody.

– Obawiam się, że to przykra sprawa, Watsonie – rzekł mój przyjaciel, po tym jak odprowadził pana Granta Munro do drzwi. – Co o tym wszystkim sądzisz?

– Brzydko mi to pachnie – odparłem.

– Owszem. O ile się nie mylę, mamy tu do czynienia z szantażem.

– A kim jest szantażysta?

– No cóż, musi nim być ta osoba mieszkająca w wygodnie urządzonym pokoju i trzymająca fotografię pani Munro nad kominkiem. Daję ci słowo, Watsonie, coś mnie bardzo pociąga w tej sinożółtej twarzy przy oknie i za żadne skarby świata nie chciałbym przegapić tej sprawy.

– Masz już jakąś teorię?

– Tak. Prowizoryczną. Będę jednak bardzo zaskoczony, jeśli nie okaże się prawdziwa. W tym domku mieszka pierwszy mąż tej kobiety.

– Po czym to wnosisz?

– A w jaki inny sposób można by wytłumaczyć jej potworne przerażenie, gdy jej drugi mąż chciał wejść do środka? Według mnie fakty wyglądają mniej więcej tak: ta kobieta ma męża w Ameryce. Nagle pojawiają się u niego jakieś odrażające cechy albo, powiedzmy, zaczyna ciężko chorować. Może to trąd, a może upośledzenie umysłowe. W końcu kobieta ucieka od niego i wraca do Anglii. Zmienia nazwisko i, jak jej się wydaje, rozpoczyna życie na nowo. Od trzech lat jest mężatką. Wierzy, że jej pozycja jest dość pewna, bo przecież pokazała mężowi akt zgonu jakiegoś człowieka, którego nazwisko przyjęła. Nagle pierwszy małżonek Effie odkrywa miejsce jej pobytu. Być może robi to jakaś pozbawiona skrupułów kobieta, która się z nim związała. Piszą do nieszczęsnej i grożą jej, że przyjadą i wydadzą jej sekret. Ona prosi męża o sto funtów i próbuje ich przekupić. Mimo to jednak przyjeżdżają, a gdy mąż wspomina żonie mimochodem, że w domku pojawili się nowi lokatorzy, ona w jakiś sposób przeczuwa, że są to jej prześladowcy. Czeka, aż mąż zaśnie, a potem biegnie do nich i próbuje ich przekonać, by zostawili ją w spokoju. Kiedy to się nie udaje, wraca do domku następnego ranka, a jej mąż spotyka ją, gdy stamtąd wychodzi, tak jak nam to opowiedział. Wówczas żona obiecuje mu, że więcej do sąsiadów nie pójdzie, jednak po dwóch dniach idzie tam ponownie, żywiąc nadzieję, że tym razem uda jej się pozbyć tych okropnych ludzi. Podejmuje więc kolejną próbę, zabierając ze sobą tę oto fotografię, której prawdopodobnie od niej zażądali. W samym środku rozmowy wpada pokojówka, ostrzegając ją, że pan domu powrócił. Wtedy Effie, domyślając się, że mąż uda się prosto do domku, nakazuje jego mieszkańcom, aby jak najszybciej uciekali przez tylne drzwi, prawdopodobnie do pobliskiego jodłowego gaju, o którym wspominał nam pan Munro. To właśnie dlatego nikogo tam nie zastał. Będę jednak bardzo zaskoczony, jeśli dziś wieczorem po jego powrocie domek nadal będzie pusty. Co sądzisz o mojej teorii?

– To wszystko czyste domysły.

– Ale przynajmniej wyjaśniają wszystkie fakty. Gdy zdobędziemy nowe informacje, których w tej chwili nam brak, będziemy mieli dość czasu, aby sprawę jeszcze raz przemyśleć. A teraz nie możemy już nic więcej zrobić, dopóki nasz przyjaciel z Norbury nie prześle nam wiadomości.

Nie musieliśmy jednak długo czekać. Telegram nadszedł dokładnie w chwili, gdy skończyliśmy pić herbatę. „W domku znów są mieszkańcy” – brzmiała jego treść. – „Znowu widziałem tę twarz w oknie. Wyjdę na pociąg o siódmej i nie będę podejmował żadnych kroków do waszego przyjazdu”.

Gdy wysiedliśmy z pociągu, czekał już na peronie. W słabym świetle lamp dostrzegliśmy, że był bardzo blady i drżał ze zdenerwowania.

– Wciąż tu są, panie Holmes – powiedział, chwytając mojego przyjaciela mocno za rękaw. – Gdy przyjechałem, widziałem w domku światła. Wyjaśnijmy tę sprawę raz na zawsze!

– A więc jaki ma pan plan? – spytał Holmes, gdy szliśmy ciemną aleją wysadzaną po obu stronach drzewami.

– Wtargnę do środka i na własne oczy się przekonam, kto mieszka w tym domku. Panowie, pragnąłbym, abyście byli tam obaj, jako świadkowie.

– Jest pan całkowicie zdecydowany, aby to zrobić mimo ostrzeżeń pańskiej żony, że będzie lepiej, jeśli nie rozwiąże pan tej zagadki?

– Tak. Tak postanowiłem.

– Uważam, że postępuje pan słusznie. Jakkolwiek by było, pewność jest zawsze lepsza od niejasnych przypuszczeń. Najlepiej pójdźmy tam od razu. Oczywiście z prawnego punktu widzenia postępujemy zupełnie niesłusznie. Myślę jednak, że gra jest warta świeczki.

Noc była bardzo ciemna, a gdy skręciliśmy z głównej drogi w wąską, poznaczoną głębokimi koleinami alejkę z żywopłotem po obu stronach, zaczęło mżyć. Pan Grant Munro niecierpliwie parł do przodu, my zaś szliśmy za nim, starając się dotrzymać mu kroku.

– To okna mojego domu – wymamrotał, wskazując na światła migoczące pomiędzy drzewami. – A tam jest domek, do którego zamierzam wejść.

Gdy to mówił, dotarliśmy właśnie do zakrętu alejki i ujrzeliśmy stojący nieopodal niewielki budynek. Żółte pasmo odcinające się od czarnego tła wskazywało, że drzwi są niedomknięte, a w jednym z okien na piętrze paliło się jasne światło. Kiedy w nie spojrzeliśmy, dostrzegliśmy ciemny niewyraźny kształt poruszający się za zasłoną.

– To ta istota! – krzyknął Grant Munro. – Sami panowie widzą, że ktoś tam jest. A teraz chodźcie za mną. Za chwilę wszystkiego się dowiemy.

Podeszliśmy do drzwi, lecz nagle z cienia wyłoniła się jakaś kobieta i stanęła w złotym paśmie światła lampy. W ciemnościach nie byłem w stanie dostrzec jej twarzy, wyciągnęła jednak ramiona w błagalnym geście.

– Na Boga! Nie rób tego, Jack! – krzyknęła. – Przeczuwałam, że dzisiaj tutaj przyjdziesz. Zastanów się nad tym, ukochany! Zaufaj mi raz jeszcze, a nigdy nie będziesz miał powodów, by tego żałować.

– Już za długo ci ufałem, Effie! – zawołał stanowczym głosem jej mąż. – Puść mnie! Muszę tam wejść! Moi przyjaciele i ja załatwimy tę sprawę ostatecznie!

Odsunął ją na bok. Gdy szarpnięciem otworzył drzwi, wybiegła ku nam jakaś starsza kobieta i próbowała zagrodzić mu drogę, jednak odepchnął ją i chwilę później wszyscy byliśmy już na schodach. Grant Munro wtargnął do jasno oświetlonego pokoju na górze, my zaś wbiegliśmy tuż za nim.

Był to przytulny, ładnie urządzony pokój. Dwie świece paliły się na stole i dwie na kominku. W rogu stało biurko, przy którym siedziała, skulona, jakaś istotka wyglądająca na małą dziewczynkę. Kiedy weszliśmy, jej twarz odwrócona była w drugą stronę, dostrzegliśmy jednak, że jest ubrana w czerwoną sukienkę i ma długie białe rękawiczki. Gdy na nas spojrzała, z gardła wyrwał mi się okrzyk przerażenia. Twarz, która zwróciła się ku nam, miała bardzo dziwną sinożółtą barwę, zaś jej rysy były całkowicie pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Jednakże chwilę później wszystko stało się jasne. Holmes ze śmiechem przesunął dłoń za ucho dziecka i zdjął mu z twarzy maskę. Naszym oczom ukazała się czarna jak węgiel twarz małej Murzynki. W rozbawieniu błysnęła białymi zębami, widząc nasze osłupiałe miny. Ja również wybuchnąłem śmiechem, tylko Grant Munro stał jak oniemiały, wpatrując się w dziewczynkę i trzymając się ręką za gardło.

– Mój Boże! – wykrzyknął. – Co to ma znaczyć?

– Powiem ci, co to ma znaczyć! – zawołała jego żona, wpadając do pokoju z dumą i desperacją wypisanymi na twarzy. – Zmusiłeś mnie, żebym ci powiedziała, choć miałam pewność, iż będzie lepiej dla nas obojga, jeśli tego nie zrobię. Teraz musimy wspólnie znaleźć jak najlepsze rozwiązanie. Mój mąż zmarł w Atlancie. Moje dziecko przeżyło.

– Twoje dziecko?

Zdjęła z szyi duży srebrny medalion.

– Nigdy nie widziałeś, co jest w środku?

– Myślałem, że się nie otwiera.

Dotknęła sprężynki, i wieczko medalionu odskoczyło. Wewnątrz znajdował się portret mężczyzny – niezwykle przystojnego i inteligentnego, lecz o rysach twarzy ewidentnie świadczących o jego afrykańskim pochodzeniu.

– To jest John Hebron z Atlanty – powiedziała kobieta. – Najszlachetniejszy człowiek, jaki kiedykolwiek chodził po tej ziemi. Żeby go poślubić, odcięłam się od własnej rasy, ale nigdy, ani przez chwilę, tego nie żałowałam. Na nieszczęście nasze jedyne dziecko odziedziczyło wygląd po jego przodkach, nie po moich. Często tak się dzieje w podobnych związkach; mała Lucy ma skórę o wiele ciemniejszą od skóry swego ojca. Ale czy ma skórę ciemną, czy jasną, i tak jest i zawsze będzie moją ukochaną córeczką.

Słysząc te słowa, dziewczynka podbiegła i uchwyciła się sukni pani Munro.

– Zostawiłam ją w Ameryce – mówiła dalej kobieta – tylko dlatego, że była słabego zdrowia i taka zmiana mogłaby jej zaszkodzić. Została powierzona opiece wiernej szkockiej służącej, która niegdyś dla nas pracowała. Nigdy, nawet przez moment, nie myślałam o tym, żeby się jej wyrzec. Kiedy jednak los sprawił, że pojawiłeś się na mojej drodze, Jacku, i kiedy cię pokochałam, bałam się powiedzieć ci o moim dziecku. Niech Bóg mi wybaczy. Przestraszyłam się, że mogę cię utracić, dlatego nie miałam odwagi ci tego wyznać.

Musiałam wybierać pomiędzy wami dwojgiem i w swej słabości odwróciłam się od mojej małej dziewczynki. Przez trzy lata ukrywałam przed tobą jej istnienie, dostawałam jednak wieści od opiekunki i wiedziałam, że wszystko u niej dobrze. W końcu jednak poczułam przemożne pragnienie, żeby znów zobaczyć moje dziecko. Walczyłam z tym, lecz na próżno.

Choć wiedziałam, jakie to ryzykowne, postanowiłam sprowadzić tu córeczkę przynajmniej na parę tygodni. Wysłałam opiekunce sto funtów i przekazałam instrukcje dotyczące tego domku, tak by zjawiła się tutaj jako sąsiadka, na pozór w żaden sposób ze mną niezwiązana. Byłam tak ostrożna, że posunęłam się nawet do tego, by kazać jej za dnia trzymać dziewczynkę w środku i zasłaniać jej twarzyczkę i dłonie, aby nawet ci, którzy zobaczą ją przez okno, nie plotkowali o czarnym dziecku w sąsiedztwie. Być może postąpiłabym mądrzej, nie będąc aż tak zapobiegliwą, lecz paraliżował mnie strach, że możesz poznać prawdę.

To ty powiedziałeś mi pierwszy, że domek jest zamieszkany. Powinnam była zaczekać, aż nadejdzie poranek, byłam jednak tak podekscytowana, że nie mogłam zasnąć i w końcu się wymknęłam, wiedząc, jak trudno cię obudzić. Ty jednak widziałeś, jak wychodzę, i tak zaczęły się moje kłopoty. Następnego dnia mogłeś już poznać moją tajemnicę, lecz ty szlachetnie postanowiłeś nie wykorzystywać swojej przewagi. Jednak trzy dni później opiekunka i dziecko ledwie zdążyły uciec przez tylne drzwi, gdy ty wpadłeś do domku od frontu. Tej nocy poznałeś wreszcie całą prawdę, pytam cię więc teraz, co się z nami stanie. Z moim dzieckiem i ze mną – złożyła dłonie, czekając na jego odpowiedź.

Upłynęło całe dziesięć minut – czas, który wydawał nam się dłużyć w nieskończoność – nim Grant Munro przerwał w końcu milczenie. Jego odpowiedź jest jedną z tych, które uwielbiam wspominać. Wziął dziewczynkę na ręce, pocałował ją, a potem, wciąż trzymając ją w objęciach, wyciągnął drugą dłoń do żony i skierował się do drzwi.

– Lepiej porozmawiajmy o tym w domu – powiedział. – Nie jestem jakimś szczególnie dobrym człowiekiem, Effie, ale myślę, że lepszym, niż sądziłaś.

Holmes i ja poszliśmy za nimi w dół alejki. Gdy już odchodziliśmy, mój przyjaciel pociągnął mnie za rękaw.

– Myślę – powiedział – że bardziej się teraz przydamy w Londynie niż w Norbury.

Nie wspomniał ani słowem o tej sprawie aż do późna w nocy, gdy z zapaloną świecą w ręce szedł do swojej sypialni.

– Watsonie – rzekł – gdybyś kiedykolwiek odniósł wrażenie, że zanadto ufam swoim zdolnościom lub poświęcam danej sprawie mniej uwagi i wysiłku, niż faktycznie na to zasługuje, proszę, szepnij mi tylko do ucha: „Norbury”, a będę ci bezgranicznie wdzięczny.

Rozdział trzeci

 

Pracownik biura maklerskiego

 
 

Wkrótce po tym, jak się ożeniłem, kupiłem gabinet lekarski w dzielnicy Paddington. Stary pan Farquhar, od którego go nabyłem, prowadził niegdyś doskonale prosperującą praktykę. Niestety, jego wiek oraz choroba św. Wita, jakiej się nabawił, bardzo przerzedziły grono jego pacjentów. To zupełnie naturalne, że ludzie żyją w przekonaniu, iż ten, kto leczy innych, sam powinien być zdrowy; patrzą więc krzywo na lekarza, który nie potrafi wyleczyć własnej choroby. Dlatego też gdy mój poprzednik zachorował, jego praktyka zaczęła podupadać, a dochody rzędu 1200 funtów spadły do niewielu ponad 300 rocznie. Tak było, gdy ją od niego odkupiłem. Byłem jednak pewien, że moja młodość i energia sprawią, że w ciągu kilku lat praktyka znów będzie kwitła tak jak niegdyś.

Przez trzy miesiące po jej przejęciu cały niemal czas poświęcałem pracy i rzadko widywałem mojego przyjaciela Sherlocka Holmesa. Sam byłem zbyt zajęty, by odwiedzać go na Baker Street, on zaś rzadko wychodził z domu, chyba że w sprawach zawodowych. Z tegoż powodu byłem niezmiernie zaskoczony, gdy pewnego czerwcowego ranka, odpoczywając po śniadaniu i czytając „British Medical Journal”, usłyszałem dźwięk dzwonka u drzwi, a chwilę później wysoki, nieco ostry głos mojego starego przyjaciela.

– Ach, mój drogi Watsonie – zaczął, wchodząc do pokoju. – Tak bardzo się cieszę, że cię widzę! Mam nadzieję, że pani Watson nie jest już tak roztrzęsiona jak po naszej przygodzie ze „Znakiem czterech”?

– Dziękuję, oboje mamy się wyśmienicie – odparłem, serdecznie ściskając mu dłoń.

– I ufam – ciągnął dalej Holmes, siadając w bujanym fotelu – że praktyka lekarska nie zniweczyła całkowicie twojego wcześniejszego zamiłowania do rozwiązywania zagadek kryminalnych?

– Wręcz przeciwnie – odparłem. – Nie dalej jak zeszłego wieczoru przeglądałem moje stare notatki i segregowałem sprawy, którymi się wspólnie zajmowaliśmy.

– A więc uważasz naszą kronikę za zamknięte?

– Bynajmniej. Niczego bardziej nie pragnę, niż przeżyć więcej takich przygód.

– Czy dzisiaj także?

– Choćby i dzisiaj. Jeśli tylko masz na to ochotę.

– I nawet jeśli to będzie daleko, na przykład w Birmingham?

– Oczywiście. Jeżeli tego sobie życzysz.

– A twoja praktyka?

– Pracuję za mojego sąsiada, kiedy ten musi gdzieś wyjechać. Zapewne chętnie spłaci mi ten dług.

– Ha! A więc doskonale – powiedział Holmes, rozpierając się w fotelu i patrząc na mnie swym bystrym wzrokiem spod na wpół przymkniętych powiek. – Odnoszę wrażenie, że ostatnio nieco chorowałeś. Latem przeziębienia są zawsze dość uciążliwe.

– W zeszłym tygodniu przez trzy dni nie wychodziłem z domu, bo miałem silne dreszcze. Myślałem jednak, że nie pozostał już po tym żaden ślad.

– Bo nie pozostał. Wyglądasz wyjątkowo krzepko i zdrowo.

– W takim razie skąd wiesz, że byłem chory?

– Mój drogi przyjacielu, przecież znasz moje metody.

– A więc wydedukowałeś to?

– Oczywiście.

– A na jakiej podstawie?

– Na podstawie twoich pantofli.

Spojrzałem w dół na moje nowe pantofle z lakierowanej skóry, które miałem właśnie na nogach.

– Jak u licha... – zacząłem, jednak Holmes odpowiedział na moje pytanie, jeszcze zanim zdążyłem je zadać.

– Twoje pantofle są nowe – powiedział. – Nie możesz mieć ich dłużej niż kilka tygodni. Podeszwy, które w tej chwili zwrócone są do mnie, sprawiają wrażenie trochę osmalonych. Przez chwilę myślałem, że być może najpierw zamokły, a później przypaliły się podczas suszenia. Jednak przy obcasach są małe okrągłe naklejki ze sklepu. Oczywiście, odpadłyby pod wpływem wilgoci. To zaś oznacza, że siedziałeś z nogami wysuniętymi w kierunku ognia, czego na pewno nie zrobiłby żaden zdrowy człowiek, nawet biorąc pod uwagę fakt, że czerwiec w tym roku jest wyjątkowo wilgotny.

Tak jak zawsze, gdy Holmes wyjaśniał mi swoje rozumowanie, sprawa wydawała się nad wyraz prosta. Odczytał tę myśl z mojej twarzy i uśmiechnął się trochę gorzko.

– Obawiam się, że raczej nie jest to tak imponujące, kiedy ci wszystko wyjaśniam – powiedział. – Wyniki mojego rozumowania bez podawania przyczyn robią o wiele większe wrażenie. A więc jesteś gotów jechać ze mną do Birmingham?

– Oczywiście. Co to za sprawa?

– Opowiem ci wszystko w pociągu. Mój klient czeka na zewnątrz w powozie. Możesz wyruszyć natychmiast?

– Daj mi tylko chwilę.

Nabazgrałem wiadomość dla mojego sąsiada, wbiegłem na górę po schodach, aby wyjaśnić sprawę mojej żonie, i spotkałem się z Holmesem na progu.

– Twój sąsiad jest lekarzem – powiedział, wskazując na mosiężny szyld.

– Tak. Wykupił praktykę, podobnie jak ja.

– Starą i uznaną?

– Podobną jak moja. Obie były prowadzone tu od czasu, gdy wybudowano te domy.

– Aha! A więc tobie przypadła ta lepsza.

– Też tak sądzę, ale skąd to wiesz?

– Ze stanu schodów, mój drogi. Twoje są tak wytarte, że stopnie są niższe o trzy cale. Ale, ale... Ten dżentelmen w dorożce to mój klient, pan Hall Pycroft. Pozwól, że mu ciebie przedstawię. Popędź swojego konia, woźnico. Ledwie starczy nam czasu, by zdążyć na pociąg.

Mężczyzna, naprzeciw którego usiadłem, był dobrze zbudowanym młodym człowiekiem o świeżej cerze i szczerej uczciwej twarzy, którą zdobił niewielki jasny wąsik. Na głowie miał błyszczący kapelusz i ubrany był w skromny i schludny czarny garnitur, w którym wyglądał na tego, kim w istocie był – bystrym młodzieńcem z centrum Londynu, należącym do warstwy określanej mianem cockney. To jej zawdzięczamy nasze pułki ochotnicze. To ona daje nam więcej atletów i sportowców niż jakakolwiek inna grupa wywodząca się z wyspiarskiego społeczeństwa. Okrągła rumiana twarz pana Pycrofta wskazywała na wrodzoną wesołość. A jednak opuszczone kąciki jego ust wyrażały jakiś rodzaj smutku, nadając jego twarzy charakter, który wydał mi się na wpół komiczny. Dopiero gdy wszyscy siedzieliśmy już w wagonie pierwszej klasy i mieliśmy za sobą pierwszy etap naszej podróży do Birmingham, dowiedziałem się, jakie to kłopoty sprowadziły go do Sherlocka Holmesa.

– Teraz przez godzinę i dziesięć minut pociąg nie będzie się nigdzie zatrzymywał – zauważył Holmes. – A więc, panie Pycroft, chciałbym, by opowiedział pan mojemu przyjacielowi o swoich niezwykle ciekawych doświadczeniach, dokładnie tak, jak pan opowiedział to mnie, lub, jeśli to możliwe, jeszcze bardziej szczegółowo. Będzie to dla mnie pomocne, gdy raz jeszcze usłyszę o wszystkich tych wydarzeniach. To sprawa, Watsonie, w której być może coś się kryje. W każdym razie jest ona niezwykła i dziwaczna, a takie cenimy sobie najbardziej. Teraz, panie Pycroft, oddaję panu głos.

Nasz młody towarzysz spojrzał na mnie z błyskiem w oku.

– Najgorsze w tej historii jest to – powiedział – że czuję się jak jakiś skołowany głupiec. Oczywiście wszystko to może się dobrze skończyć i myślę, że w rezultacie nie mogłem postąpić inaczej, niż postąpiłem. Jeśli jednak stracę moją ciepłą posadkę i nie dostanę nic w zamian, będzie to oznaczało, że jestem skończonym pajacem. Ale kiepski ze mnie gawędziarz, doktorze Watson. Opowiadanie zdarzeń nie wychodzi mi za dobrze. Taki już jestem.

Miałem posadę w Coxon & Woodhouse, w Draper’s Gardens, ale na wiosnę firma musiała zwinąć interes przez tę wenezuelską pożyczkę – jak zapewne pan pamięta – no i zostałem na lodzie. Pracowałem u nich pięć lat, i jak przyszło co do czego, stary Coxon dał mi świetne referencje, ale wszyscy urzędnicy stracili pracę – a było nas dwudziestu siedmiu. Próbowałem szukać posady tu i ówdzie, ale mnóstwo ludzi znalazło się w podobnej sytuacji, i przez długi czas panował kompletny zastój na rynku pracy. W Coxon zarabiałem trzy funty tygodniowo. Odłożyłem sobie około siedemdziesięciu funtów, wkrótce jednak przejadłem wszystkie oszczędności. W końcu nie wiedziałem już, co począć; ledwie było mnie stać na koperty, aby powysyłać odpowiedzi na ogłoszenia, nie mówiąc już o znaczkach, które mógłbym na te koperty poprzyklejać. Zdarłem zelówki na schodach prowadzących do różnych biur, ale na horyzoncie nie pojawiła się żadna możliwa do przyjęcia posada.

W końcu dowiedziałem się, że w Mawson & Williams, tym wielkim biurze maklerskim na Lombard Street, pojawił się wakat. Przypuszczam, że jako lekarz nie interesuje się pan zbytnio giełdą, ale mogę panu powiedzieć, że to chyba najbogatszy dom maklerski w całym Londynie. Na ogłoszenie należało odpowiedzieć wyłącznie w formie listu. Wysłałem im moje referencje i podanie o pracę, ale nawet się nie łudziłem, że ją dostanę. Otrzymałem jednak odpowiedź: jeśli zjawię się u nich w następny poniedziałek i zrobię na pracodawcach dobre wrażenie, będę mógł natychmiast przyjąć nowe obowiązki. Nikt nie wie, co o tym decyduje. Mówiło się, że kierownik po prostu wsadza rękę w stos podań i wybiera pierwsze lepsze. Tak czy inaczej, wyglądało na to, że los się do mnie uśmiechnął, byłem więc tak szczęśliwy, jak chyba jeszcze nigdy w życiu. Miałem zarabiać o funt więcej tygodniowo niż w Coxon, a obowiązki miałbym mniej więcej takie same jak u nich.

No i teraz dochodzę do najdziwniejszej części tej historii. Mieszkałem na stancji w Hampstead, przy Potter’s Terrace, pod numerem 17. Jeszcze tego samego wieczora, po tym jak zaproponowano mi pracę, siedziałem i paliłem papierosa. Nagle do moich drzwi zapukała właścicielka mieszkania i przyniosła wizytówkę, na której widniał napis: „Arthur Pinner, agent finansowy”. Nigdy przedtem nie słyszałem tego nazwiska i nie miałem pojęcia, czego ten jegomość mógłby ode mnie chcieć, ale oczywiście poprosiłem, by go wprowadziła. Do pokoju wszedł mężczyzna średniego wzrostu, ciemnowłosy, ciemnooki, z czarną brodą i charakterystycznym semickim nosem. Był energiczny, mówił szybko i zdecydowanie, jak człowiek, który nie lubi marnować czasu.

– Pan Hall Pycroft, jak sądzę? – powiedział.

– Tak, zgadza się – odparłem, podsuwając mu krzesło.

– Ostatnio zatrudniony w Coxon & Woodhouse?

– Tak.

– A obecnie pracownik Mawson?

– Zgadza się.

– Cóż – powiedział – słyszałem kilka naprawdę zadziwiających historii na temat pańskich zdolności. Pamięta pan Parkera, byłego kierownika w Coxon? Wychwalał pana pod niebiosa.

Rzecz jasna słuchałem tego z zadowoleniem. Zawsze w pracy starałem się, jak mogłem, nigdy jednak nie marzyłem nawet o tym, by tak dobrze o mnie mówiono.

– Ma pan dobra pamięć? – zapytał.

– Nie najgorszą – odparłem skromnie.

– Śledził pan rynek w czasie, gdy był pan bez pracy? – pytał dalej.

– Tak, co rano czytałem notowania giełdowe.

– Ha, to świadczy o prawdziwym zaangażowaniu! – zawołał. – Tak właśnie dochodzi się do bogactwa. Nie ma pan nic przeciwko temu, żebym pana sprawdził? Spójrzmy... Jak stoi Ayrshires?

– Sto sześć i jedna czwarta do sto pięć i siedem ósmych.

– A nowozelandzki fundusz konsolidacyjny?

– Sto cztery.

– A British Broken Hills?

– Siedem do siedem i sześć.

– Cudownie! – zawołał, unosząc w górę ręce. – Sprawdza się wszystko to, co o panu słyszałem. Mój drogi młodzieńcze, jest pan o wiele za dobry na to, by być jakimś urzędniczyną w Mawson!

Jak pan sobie zapewne wyobraża, zaskoczył mnie ten wybuch entuzjazmu.

– Cóż – odparłem. – Inni ludzie nie cenią mnie tak bardzo jak pan, panie Pinner. Musiałem ciężko walczyć o tę pracę i bardzo się cieszę, że ją mam.

– Człowieku! Możesz mieć o wiele więcej. Zapewniam pana, Pycroft, że to praca poniżej pańskich możliwości. A teraz proszę posłuchać, co ja o tym myślę. Biorąc pod uwagę pańskie zdolności, mam mu niewiele do zaoferowania, ale w zestawieniu z posadą w Mawson to tak, jakby porównać dzień z nocą. Zobaczmy. Kiedy ma pan zacząć pracę w Mawson?

– W poniedziałek.

– Ha, ha! Mógłbym się nawet założyć, że pan tam w ogóle nie pójdzie.

– Nie pójdę do Mawson?

– Tak. Nim nadejdzie ten dzień, będzie pan już kierownikiem Franco-Midland Hardware Company, spółki z ograniczoną odpowiedzialnością handlującej artykułami żelaznymi i posiadającej sto trzydzieści cztery filie w różnych francuskich miastach i wioskach, nie licząc przedstawicielstwa w Brukseli i w San Remo.

Zaparło mi dech w piersiach.

– Nigdy nie słyszałem o tej firmie – powiedziałem.

– Zapewne nie. Nie starano się o rozgłos, bo cały kapitał był w prywatnych rękach, a to zbyt dobra firma, żeby dopuścić jej akcje do publicznego obrotu. Mój brat Harry Pinner, jej założyciel, został wybrany przez zarząd na dyrektora zarządzającego. Wiedział, że trzymam rękę na pulsie tutaj, w Londynie, i poprosił mnie, bym mu znalazł odpowiedniego człowieka, który zgodzi się dla nas pracować za niewielkie wynagrodzenie. Młodego ambitnego pracownika, kogoś z ikrą. Parker wspominał mi o panu, i to właśnie sprowadziło mnie do pana dziś wieczorem. Niestety, na początek mogę jedynie zaoferować nędzne pięćset funtów.

– Pięćset rocznie?! – krzyknąłem.

– Tylko na początek. Będzie pan miał za to dodatkową prowizję w wysokości jednego procenta od wszystkich transakcji zawartych przez pańskich agentów, i może mi pan wierzyć na słowo, że przyniesie to panu co najmniej drugą pensję.

– Ale ja niczego nie wiem na temat artykułów żelaznych.

– No cóż, mój chłopcze, znasz się za to świetnie na liczbach.

W głowie mi huczało, i ledwie byłem w stanie spokojnie usiedzieć na krześle. Nagle jednak ogarnęły mnie wątpliwości.

– Muszę być z panem szczery – rzekłem. – W Mawson proponują mi tylko dwieście, ale będę za to miał bezpieczną posadę. O pańskiej firmie wiem tak niewiele, że...

– Och, słusznie, słusznie! – zawołał mój gość, niezwykle uradowany. – Widzę, że jest pan dla nas idealnym człowiekiem. Nie wystarczy kilka słów, by pana przekonać. Oczywiście ma pan rację. Oto stufuntowy banknot, i jeśli pan uzna, że możemy razem robić interesy, proszę go zatrzymać w charakterze zaliczki na poczet swojej pensji.

– To bardzo miło z pana strony. Kiedy miałbym przejąć moje nowe obowiązki?

– Proszę być w Birmingham jutro o pierwszej – powiedział. – Mam przy sobie w kieszeni list, który zaniesie pan mojemu bratu. Znajdzie go pan przy Corporation Street pod numerem 126b, gdzie mieści się tymczasowa siedziba firmy. Oczywiście mój brat będzie musiał potwierdzić, że pana zatrudniamy, ale między nami mówiąc, proszę się o to nie obawiać.

– Doprawdy, nie wiem, jak panu dziękować, panie Pinner – powiedziałem.

– Ależ nie trzeba, młodzieńcze. Dostał pan tylko to, na co pan zasługuje. Zostały jeszcze dwie sprawy. Zwykłe formalności, które muszę z panem uzgodnić. Oto kartka papieru. Proszę napisać na niej: „Jestem skłonny podjąć pracę na stanowisku kierownika Franco-Midland Hardware Company, spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, za minimalną pensję w wysokości 500 funtów”.

Zrobiłem to, o co mnie prosił, po czym wręczyłem mu kartkę, którą wsunął do kieszeni.

– Jeszcze jeden szczegół – powiedział. – Co zamierza pan zrobić z Mawson?

Byłem tak uradowany, że całkiem zapomniałem o Mawson.

– Napiszę do nich i zrezygnuję z posady – powiedziałem.

– To dokładnie to, czego nie chciałbym, aby pan zrobił. Pokłóciłem się o pana z kierownikiem w Mawson. Poszedłem tam, by o pana zapytać, a on był bardzo nieuprzejmy. Oskarżył mnie o to, że chcę im ukraść pracownika. W końcu straciłem cierpliwość, i trochę mnie poniosło. „Jeśli chcecie mieć dobrych pracowników, musicie im dobrze płacić”, powiedziałem. A on mi na to: „On woli pracować u nas za mniejsze pieniądze niż u ciebie za duże”. „Założę się o piątaka, że gdy tylko pozna moją ofertę, nigdy już o nim nie usłyszycie”, odparłem. „Załatwione. Wyciągnęliśmy go z rynsztoka, więc tak łatwo od nas nie odejdzie”, odrzekł. Tak się dokładnie wyraził.

– Co za bezczelny łajdak! – zawołałem. – W życiu go nawet nie widziałem na oczy. Czemu miałbym dbać o to, co sobie pomyśli? Skoro pan woli, żebym do niego nie pisał, to oczywiście tego nie zrobię.

– Dobrze! Zakładam, że wszystko ustalone – odparł Pinner, wstając z krzesła. – Cóż, bardzo się cieszę, że zdobyłem dla mojego brata tak dobrego pracownika. Oto sto funtów zaliczki, a tu ma pan list. Proszę zapisać adres: „Corporation Street 126b” i zapamiętać sobie, że ma się pan stawić jutro o pierwszej. Dobranoc. I życzę panu powodzenia, na które pan zasługuje.

Tak mniej więcej wszystko wyglądało, o ile jestem w stanie sobie przypomnieć. Może pan sobie wyobrazić, doktorze Watson, jak uradował mnie ten niezwykły uśmiech losu. Przez pół nocy nie mogłem zasnąć, ciesząc się z okazji, która wpadła mi w ręce, a nazajutrz wyjechałem do Birmingham. Pociąg przyjeżdżał na miejsce stosunkowo wcześnie, tak więc miałem jeszcze dużo czasu przed umówionym spotkaniem. Zaniosłem swoje rzeczy do hotelu przy New Street, po czym udałem się pod wskazany adres.

Przybyłem na miejsce piętnaście minut przed ustalonym terminem, sądziłem jednak, że nie zrobi to żadnej różnicy. Lokal 126b znajdował się w pasażu pomiędzy dwoma dużymi sklepami. Pasaż prowadził do kamiennych krętych schodów, z których wchodziło się do lokali, wynajmowanych przez różne firmy na biura. Na ścianie na parterze wisiały tablice wszystkich firm mających tam swoje siedziby, nie dostrzegłem jednak szyldu Franco-Midland Hardware Company, spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Stałem tak przez kilka minut, a serce ściskał mi strach. Zastanawiałem się, czy to wszystko było jedynie wymyślnym oszustwem, gdy nagle zbliżył się jakiś człowiek i zwrócił się do mnie po nazwisku. Był bardzo podobny do tego, który zjawił się u mnie ubiegłego wieczoru; miał taką samą sylwetkę i taki sam głos, był jednak gładko ogolony i miał jaśniejsze włosy.

– Pan Hall Pycroft? – spytał.

– Tak – odparłem.

– Och! Spodziewałem się pana, ale jak widzę, przyszedł pan trochę przed czasem. Dziś rano dostałem list od mojego brata, w którym bardzo wychwalał pańskie zdolności.

– Kiedy pan przyszedł, akurat szukałem państwa biura.

– Nie wywiesiliśmy jeszcze naszego szyldu, bo wynajęliśmy tę tymczasową siedzibę dopiero w zeszłym tygodniu. Proszę za mną. Zaraz wszystko omówimy.

Wszedłem za nim na szczyt wysokich stromych schodów. Tam, na podeście strychu znajdowało się kilka pustych zakurzonych i małych pomieszczeń, bez żadnych dywanów czy zasłon. Tam właśnie mnie wprowadził. Przedtem wyobrażałem sobie jakieś wielkie biuro z błyszczącymi biurkami i całą rzeszą urzędników, takie, do jakiego byłem przyzwyczajony. Muszę przyznać, że z dość niepewną miną wpatrywałem się w dwa proste krzesła i jeden niewielki stolik, który wraz z księgą rachunkową i koszem na papiery stanowiły cały wystrój pomieszczenia.

– Proszę się nie zrażać, panie Pycroft – powiedział mój nowy znajomy, widząc moją minę. – Rzymu też nie zbudowano w jeden dzień. Mamy rezerwy finansowe, lecz nie przeznaczyliśmy ich jeszcze na wystrój biur. Proszę, niech pan usiądzie i pokaże mi swój list.

Dałem mu pismo, które bardzo dokładnie przestudiował.

– Najwyraźniej wywarł pan ogromne wrażenie na moim bracie Arthurze – powiedział. – A wiem, że on potrafi bardzo trafnie oceniać ludzi. Rozumie pan, brat odpowiada za Londyn, ja natomiast za Birmingham. Tym razem jednak posłucham jego rady. Od tej chwili proszę się uważać za zatrudnionego w naszej firmie.

– Na czym będą polegały moje obowiązki? – spytałem.

– Będzie pan zarządzał wielkim składem w Paryżu, skąd strumieniami będą płynąć angielskie naczynia stołowe do sklepów stu trzydziestu czterech ajentów we Francji. Zakup zostanie dokonany w ciągu tygodnia, a w tym czasie pozostanie pan tutaj, w Birmingham, i będzie nam pan pomocny.

– W jaki sposób?

W odpowiedzi wyjął z szuflady dużą czerwoną książkę.

– To jest paryski katalog – powiedział – z firmami i nazwiskami ich właścicieli. Proszę zabrać go ze sobą do domu i zaznaczyć wszystkich sprzedawców artykułów żelaznych wraz z ich adresami. Te informacje będą mi bardzo przydatne.

– Na pewno istnieją jakieś sklasyfikowane listy – zasugerowałem.

– Tak, ale nie ma żadnej rzetelnej. Ich system różni się od naszego. Proszę zrobić tak, jak powiedziałem, i przynieść mi swoją listę w poniedziałek, do godziny dwunastej. Do zobaczenia, panie Pycroft. Życzę miłego dnia. Jeśli nadal będzie się pan wykazywał takim zapałem i inteligencją, będzie pan bardzo zadowolony, mogąc dla nas pracować.

Wróciłem do hotelu z wielką księgą pod pachą, targany bardzo sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony, rzeczywiście zostałem zatrudniony, a w kieszeni miałem sto funtów; z drugiej strony, brak szyldu na ścianie czy wygląd biura, które biznesmenowi natychmiast rzucają się w oczy, sprawiły, że miałem dość kiepskie przeczucia co do pozycji moich pracodawców. Pomyślałem jednak, że co ma być, to będzie. Dostałem przecież pieniądze, zabrałem się więc do wykonywania mojego zadania.

Przez całą niedzielę ciężko pracowałem, a jednak w poniedziałek dotarłem dopiero do litery H. Poszedłem do mojego pracodawcy; zastałem go w tym samym nieumeblowanym pomieszczeniu i usłyszałem od niego, że mam dalej pracować do środy, a następnie znów się do niego zgłosić. W środę zadanie wciąż jeszcze było nieukończone, przełożyłem więc termin na piątek, czyli na wczoraj. Wreszcie zaniosłem moją pracę panu Harry’emu Pinnerowi.

– Bardzo panu dziękuję – powiedział. – Obawiam się, że błędnie oceniłem stopień trudności tego zadania. Pańska lista będzie dla mnie niezwykle pomocna.

– Zajęło mi to trochę czasu – powiedziałem.

– A teraz – odparł – chciałbym, aby sporządził pan listę sklepów z meblami. Jak pan wie, wszystkie one również sprzedają naczynia stołowe.

– Oczywiście.

– Czy może pan przyjść tutaj jutro wieczorem o siódmej i dać mi znać, w jakim tempie posuwa się praca? No i proszę się nie przepracowywać. Miły wieczór w Day’s Music Hall nie powinien panu zaszkodzić – mówiąc to, roześmiał się, a mnie natychmiast przebiegł dreszcz, zobaczyłem bowiem, że w jego drugim zębie po lewej stronie tkwiła duża złota plomba.

Sherlock Holmes z zapałem zatarł ręce, ja natomiast wpatrywałem się ze zdumieniem w naszego klienta.

– Wygląda pan na bardzo zaskoczonego, doktorze Watson. A to było tak – powiedział. – Podczas rozmowy z tym pierwszym jegomościem w Londynie on roześmiał się, kiedy usłyszał, że nie będę pracował w Mawson. Wówczas przez przypadek zauważyłem, że ma w zębie złotą plombę. Błysk złota przykuł mój wzrok. Teraz, gdy dodałem do tego jeszcze taki sam głos i identyczną sylwetkę, uświadomiłem sobie, że różnili się wyłącznie tym, co można zmienić dzięki brzytwie lub peruce. Nie miałem już żadnych wątpliwości, że to był jeden i ten sam człowiek. Oczywiście można się spodziewać, że bracia będą do siebie podobni, ale nie do tego stopnia, by mieli identyczną plombę, i to w tym samym zębie!

Pożegnał się ze mną, a ja oszołomiony znalazłem się na ulicy, zupełnie nie wiedząc, co się wokół mnie dzieje. Wróciłem do hotelu, włożyłem głowę do miednicy z zimną wodą i próbowałem wymyślić jakieś rozwiązanie. Dlaczego wysłał mnie z Londynu do Birmingham? Dlaczego dotarł tam przede mną? I dlaczego napisał list do samego siebie? Za dużo było dla mnie tych pytań, i niczego nie byłem w stanie pojąć. A potem nagle przyszło mi do głowy, że to, co jest nieprzeniknione dla mnie, może być całkiem jasne i proste dla pana Sherlocka Holmesa. Miałem akurat tyle czasu, by dotrzeć do miasta nocnym pociągiem, spotkać się z nim dziś rano i skłonić obu panów do udania się ze mną do Birmingham.

Gdy urzędnik biura maklerskiego zakończył swą niesamowitą opowieść, nastąpiła dłuższa chwila milczenia. Sherlock Holmes, opierając się na siedzeniu, spojrzał na mnie z zadowoloną i pełną ciekawości miną niczym koneser, który właśnie skosztował pierwszy łyk wina doskonałego rocznika i oczekuje reakcji innych.

– Całkiem niezła historia, prawda, Watsonie? – powiedział. – Są w niej takie elementy, które naprawdę dają mi dużo satysfakcji. Sądzę, że zgodzisz się ze mną, iż rozmowa z panem Arthurem Harrym Pinnerem w tymczasowej siedzibie Franco-Midland Hardware Company byłaby dla nas obu interesującym doświadczeniem.

– Ale jak możemy do tego doprowadzić? – spytałem.

– Och, to bardzo proste – powiedział radośnie Hall Pycroft. – Jesteście panowie moimi przyjaciółmi, którym bardzo przydałaby się praca. A cóż mogłoby wyglądać bardziej naturalnie niż zarekomendowanie was obu dyrektorowi zarządzającemu?

– Oczywiście, ma pan rację – powiedział Holmes. – Chciałbym się przyjrzeć temu dżentelmenowi i sprawdzić, czy potrafię zdemaskować jego grę. Jakież twoje cechy, mój drogi przyjacielu, sprawiłyby, że twoje usługi byłyby dla niego tak cenne? Ale czy to możliwe, że... – urwał nagle i zaczął obgryzać paznokcie, patrząc pustym wzrokiem przez okno, i nie udało nam się wyciągnąć z niego już ani słowa, dopóki nie znaleźliśmy się przy New Street.

Tego wieczora o godzinie siódmej szliśmy we trzech ulicą Corporation Street do siedziby firmy.

– Nie ma żadnego sensu pojawiać się tam przed czasem – rzekł nasz klient. – Najwyraźniej przychodzi tylko po to, aby się ze mną spotkać, bo pomieszczenia są zupełnie puste aż do godziny, na którą się ze mną umawia.

– To bardzo znaczący szczegół – zauważył Holmes.

– Na Jowisza, a nie mówiłem? – zawołał urzędnik. – To on. Idzie teraz przed nami.

Wskazał na drobnego ciemnowłosego, dobrze ubranego mężczyznę, maszerującego żwawym krokiem drugą stroną ulicy. Gdy go obserwowaliśmy, spojrzał na biegającego wśród dorożek i autobusów chłopca, krzykiem zachęcającego przechodniów do kupienia ostatniego wydania gazety, po czym przywołał go i kupił egzemplarz. Później, ściskając gazetę w dłoni, wszedł w bramę.

– Jest tam! – zawołał Hall Pycroft. – Poszedł do tego swojego biura. Chodźcie ze mną, panowie, z łatwością to wszystko załatwię.

Weszliśmy za nim na piąte piętro, a następnie dotarliśmy przed uchylone drzwi, do których nasz klient zapukał. Jakiś głos z wewnątrz kazał nam wejść i znaleźliśmy się w ogołoconym, nieumeblowanym pomieszczeniu, dokładnie takim, jakie opisywał nam Hall Pycroft. Przy stoliku siedział mężczyzna, którego widzieliśmy na ulicy, a przed nim leżała rozpostarta wieczorna gazeta. Kiedy na nas spojrzał, odniosłem wrażenie, że nigdy nie widziałem twarzy tak naznaczonej smutkiem i ogromnym przerażeniem, jakie człowiekowi rzadko jest dane w życiu odczuć. Jego czoło błyszczało od potu, policzki były trupioblade niczym rybie podbrzusze, a oczy wpatrywały się w nas dziko. Spojrzał na swojego pracownika tak, jakby go nie rozpoznawał, ja zaś dostrzegłem po tym, jakie zdziwienie odmalowało się na twarzy naszego przewodnika, iż bynajmniej nie był to normalny wygląd jego pracodawcy.

– Czy pan jest chory, panie Pinner? – zawołał.

– Tak, nie czuję się najlepiej – odparł jego pracodawca, wyraźnie próbując wziąć się w garść i oblizując suche usta. – Kim są ci dżentelmeni, których przyprowadził pan ze sobą?

– Jeden to pan Harris z Bermondsey, a drugi to pan Price stąd, z Birmingham – odparł gładko nasz towarzysz. – To moi przyjaciele, ludzie z doświadczeniem, niestety, od pewnego czasu nie mogą znaleźć sobie zajęcia. Mieli nadzieję, że być może da im pan jakąś posadę w swojej firmie.

– Bardzo możliwe! Bardzo możliwe! – zawołał pan Pinner z upiornym uśmiechem. – Tak, nie mam żadnych wątpliwości, że będziemy mogli coś dla panów zrobić. Czym konkretnie się pan zajmuje, panie Harris?

– Jestem księgowym – rzekł Holmes.

– Ach tak. Będziemy potrzebować wielu księgowych. A pan, panie Price?

– Jestem urzędnikiem – powiedziałem.

– Mam nadzieję, że firma będzie mogła was zatrudnić. Powiadomię panów natychmiast, gdy tylko zapadnie decyzja. A teraz, proszę, idźcie już sobie. Na Boga, zostawcie mnie samego!

Te ostatnie słowa wyrzucił z siebie tak, jakby opanowanie, które jakimś cudem udało mu się osiągnąć, pękło nagle niczym bańka mydlana. Holmes i ja spojrzeliśmy po sobie, a Hall Pycroft zrobił krok w kierunku stołu.

– Zapomina pan, panie Pinner, że byłem tu z panem umówiony, ponieważ miał mi pan udzielić pewnych wskazówek – powiedział.

– Oczywiście, panie Pycroft. Oczywiście – powiedział mężczyzna już spokojniejszym tonem. – Może pan tutaj chwilę zaczekać? Nie ma też żadnego powodu, by pańscy przyjaciele nie mogli poczekać z panem. Za trzy minuty będę do panów dyspozycji, o ile mogę was prosić o chwilę cierpliwości. – Wstał i, bardzo uprzejmie się nam kłaniając, wyszedł drzwiami w drugim końcu pomieszczenia. Zamknął je za sobą starannie.

– I co teraz? – wyszeptał Holmes. – Próbuje nam się wymknąć?

– To niemożliwe – odparł Pycroft.

– Dlaczego?

– Te drzwi prowadzą jedynie do kolejnego pomieszczenia.

– Nie ma stamtąd żadnego wyjścia?

– Nie.

– Czy tamten pokój jest umeblowany?

– Jeszcze wczoraj był pusty.

– To cóż, u diabła, może tam robić? W jego zachowaniu jest coś, czego nie rozumiem. Jeśli jest jakiś człowiek, o którym można by powiedzieć, że całkowicie oszalał ze strachu, to powiedziałbym, że nazywa się Pinner. Co go tak przeraziło?

– Przypuszcza, że jesteśmy detektywami – zasugerowałem.

– To musi być to! – zawołał Pycroft.

Ale Holmes pokręcił głową.

– On nie zbladł na nasz widok. Był już blady, gdy tu weszliśmy – powiedział. – Możliwe, że...

Jego słowa przerwało ostre pukanie dochodzące od strony drzwi do dalszego pokoju.

– U licha, po cóż on puka w swoje własne drzwi! – zawołał urzędnik.

Znów dobiegło nas pukanie, tym razem o wiele głośniejsze. Wszyscy z oczekiwaniem wpatrywaliśmy się w zamknięte drzwi. Zerknąłem na Holmesa i zauważyłem, że jego twarz stężała, a on sam, podekscytowany, pochylił się do przodu. Potem dobiegły nas bulgoczący, charczący dźwięk i szybkie pukanie w drewno. Holmes rzucił się jak szalony przez pokój i pchnął drzwi. Były zamknięte od wewnątrz. Podążając za jego przykładem, naparliśmy na nie całym naszym ciężarem. Usłyszeliśmy trzask jednego z zawiasów, potem drugiego, i drzwi runęły z hukiem. Przeskakując przez nie, wpadliśmy do pokoju. Był pusty.

Jednakże tylko przez chwilę staliśmy zdezorientowani. W rogu pokoju, usytuowanym najbliżej pomieszczenia, z którego właśnie wyszliśmy, były drugie drzwi. Holmes doskoczył do nich i otworzył szarpnięciem. Na podłodze leżały płaszcz i kamizelka, a na haku za drzwiami wisiał na własnych szelkach zaciśniętych wokół szyi dyrektor zarządzający Franco-Midland Hardware Company. Kolana miał podciągnięte w górę, a jego głowa zwisała pod straszliwym kątem. Źródłem hałasu, który przerwał naszą rozmowę, było stukanie jego obcasów o drzwi. W jednej chwili schwyciłem go w pasie i podniosłem do góry, podczas gdy Holmes i Pycroft odwiązali gumowe taśmy, które zacisnęły się i zagłębiły w posiniałych fałdach skóry na szyi. Przenieśliśmy go do drugiego pokoju i położyliśmy na podłodze. Jego twarz miała kolor gliny; przy każdym oddechu sapał przez posiniałe wargi. Pinner był w tej chwili wrakiem człowieka, którego widzieliśmy zaledwie pięć minut wcześniej.

– Co o tym sądzisz, Watsonie? – spytał Holmes.

Pochyliłem się nad nim i zbadałem go. Puls miał słaby i przerywany, ale jego oddech był pełniejszy, zaś powieki zaczęły lekko drżeć, ukazując białka gałek ocznych.

– Jeszcze chwilę temu niewiele można było powiedzieć – odparłem – ale teraz sądzę, że będzie żył. Otwórzcie tylko okno i podajcie mi karafkę z wodą. – Rozpiąłem leżącemu kołnierzyk, oblałem twarz zimną wodą, a następnie zacząłem unosić i opuszczać jego ramiona aż do chwili, gdy zaczął samodzielnie oddychać. – Teraz to tylko kwestia czasu – powiedziałem, odwracając się od niego.

Holmes stał przy stole z opuszczoną głową i rękoma wetkniętymi głęboko w kieszenie spodni.

– Przypuszczam, że powinniśmy teraz powiadomić policję – powiedział. – Przyznaję jednak, że gdy się już tutaj zjawi, chciałbym przedstawić w pełni rozwiązaną sprawę.

– Dla mnie to nadal tajemnica – rzekł Pycroft, drapiąc się po głowie. – Po cóż by mieli sprowadzać mnie aż tutaj, a potem...

– Eee, to akurat jest całkowicie jasne – powiedział zniecierpliwionym głosem Holmes. – Chodziło mi o to jego ostatnie drastyczne posunięcie.

– A więc rozumie pan wszystko?

– Sądzę, że to raczej oczywiste. A co ty powiesz, Watsonie?

Wzruszyłem ramionami.

– Muszę przyznać, że zupełnie nie wiem, o co tu chodzi – powiedziałem.

– Och, jeśli najpierw przeanalizujesz wszystkie wydarzenia, to z pewnością mogą cię one doprowadzić tylko do jednego wniosku.

– Do jakiego mianowicie?

– Cóż, cała ta sprawa obraca się wokół dwóch kwestii. Pierwszą było skłonienie pana Pycrofta do napisania deklaracji, na mocy której zatrudniał się do pracy w tej groteskowej firmie. Czy nie rzuca ci się w oczy, jak bardzo to było sugestywne?

– Obawiam się, że nadal nie wiem, w czym rzecz.

– A dlaczego chcieli, żeby to zrobił? Nie była to sprawa biznesowa, ponieważ takich ustaleń zazwyczaj dokonuje się ustnie. Nie było też żadnych powodów, by w tej sytuacji zrobić jakiś wyjątek. Czy nie zorientowałeś się, mój młody przyjacielu – zwrócił się do Pycrofta – że bardzo im zależało na zdobyciu próbki twojego pisma, ponieważ nie mieli żadnego innego sposobu, aby go zdobyć?

– Ale dlaczego?

– No właśnie, dlaczego? Gdy odpowiemy na to pytanie, zrobimy znaczny postęp w rozwiązaniu tej sprawy. Dlaczego? Może istnieć tylko jeden sensowny powód. Komuś zależało na podrobieniu pańskiego pisma, ale najpierw musiał zdobyć jego próbkę. A teraz, gdy przejdziemy do drugiego zagadnienia, przekonamy się, że są one ze sobą powiązane. Bardzo istotna jest prośba Pinnera, by nie rezygnował pan ze swego stanowiska, lecz wywarł na kierowniku tej ważnej firmy wrażenie, iż pan Hall Pycroft, którego tamten nigdy przedtem nie widział, z całą pewnością zjawi się w biurze w poniedziałek rano.

– O mój Boże! – zawołał nasz klient. – Jakim byłem ślepcem, że tego nie dostrzegłem.

– Teraz już pan rozumie, o co chodziło z tym pismem? Załóżmy, że zamiast pana zjawiłby się ktoś, kogo charakter pisma byłby zupełnie inny od pańskiego. Gdy ubiegał się pan o to stanowisko, przesłał im pan napisane odręcznie podanie. W takiej sytuacji gra oczywiście byłaby skończona. W tym czasie jednak ten łotr nauczył się naśladować pańskie pismo, a więc jego pozycja była bezpieczna, bo przypuszczam, że nikt w tamtym biurze nigdy pana nie widział.

– Ani jeden człowiek – jęknął Hall Pycroft.

– Bardzo dobrze. Oczywiście niezwykle ważne było, aby się pan nad tym nie zastanawiał oraz nie kontaktował się z nikim, kto mógłby panu powiedzieć, że w Mawson pracuje jakiś człowiek, który się za pana podaje. To właśnie dlatego wypłacili panu hojną zaliczkę i skłonili do wyjazdu do środkowej Anglii, gdzie dostał pan od razu tak dużo pracy, by nie wrócić do Londynu i nie zdemaskować ich gry. Wszystko to jest całkowicie jasne.

– Ale dlaczego ten człowiek udawał, że jest swoim bratem?

– Cóż, to również jest dosyć proste. Najwyraźniej jest ich tylko dwóch. Ten drugi udaje pana w biurze. Nasz podejrzany zaangażował pana do pracy, a potem przekonał się, że nie znajdzie panu pracodawcy, nie wtajemniczając do spisku trzeciej osoby. A tego bynajmniej nie miał ochoty robić. Zmienił więc swój wygląd w takim stopniu, w jakim tylko było to możliwe, licząc na to, iż uzna pan, że podobieństwo, które musiał pan dostrzec, wynika po prostu z pokrewieństwa. Na szczęście zauważył pan złotą plombę, w przeciwnym razie nic nie wzbudziłoby w panu żadnych podejrzeń.

Hall Pycroft potrząsnął zaciśniętą pięścią.

– Dobry Boże! – zawołał. – Co robił ten drugi Hall Pycroft w Mawson, kiedy ja dawałem się tak wodzić za nos? Co możemy zrobić, panie Holmes? Niech mi pan powie, co robić?!

– Musimy wysłać telegram do Mawson.

– W soboty zamykają o dwunastej.

– Nic nie szkodzi. Może tam być jakiś woźny czy strażnik...

– Ależ tak! Ze względu na wartość posiadanych dokumentów zatrudniają na stałe strażnika. Pamiętam, jak mówiono o tym w mieście.

– Doskonale. Wyślemy do niego telegram i dowiemy się, czy wszystko jest u nich w porządku i czy pracuje tam jakiś urzędnik o pańskim nazwisku. To wszystko jest jasne; dalej nie wiem natomiast, dlaczego na nasz widok jeden z tych łotrów natychmiast wyszedł z pokoju i próbował się powiesić.

– Gazeta! – wychrypiał głos za naszymi plecami. Mężczyzna próbował usiąść. Jego twarz wciąż była blada i upiorna, lecz po jego oczach widać było, że zaczyna trzeźwo myśleć. Dłońmi nerwowo pocierał szeroką czerwoną pręgę, która nadal znaczyła jego gardło.

– Gazeta! Oczywiście! – krzyknął Holmes, ogromnie podekscytowany. – Jakim byłem idiotą! Tak bardzo skupiłem się na naszej wizycie, iż nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że mogło chodzić o gazetę. Ależ tak! To w niej należy szukać rozwiązania tej zagadki.

Rozłożył dziennik na stole i wydał triumfalny okrzyk.

– Spójrz na to, Watsonie – zawołał. – To londyńska gazeta, poranne wydanie „Evening Standard”. Tu jest to, czego szukamy. Spójrz na nagłówki: „Zbrodnia w Londynie”, „Morderstwo w Mawson & Williams”, „Usiłowanie przestępstwa na ogromną skalę”, „Złoczyńca ujęty”. Masz, Watsonie, wszyscy jesteśmy ciekawi, żeby jak najszybciej to usłyszeć, więc proszę, przeczytaj nam na głos.

Po rozmiarach nagłówka można było wywnioskować, że było to najważniejsze wydarzenie dnia w mieście. Relacja brzmiała następująco:

Dziś po południu w Londynie doszło do desperackiej próby rabunku, która doprowadziła do śmierci jednej osoby oraz ujęcia przestępcy. Już od jakiegoś czasu Mawson & Williams, słynny dom maklerski, był w posiadaniu papierów wartościowych o łącznej wartości znacznie przekraczającej milion funtów szterlingów. Kierownik był świadom ogromnej odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa, w związku z czym zainstalowano najnowsze sejfy i zatrudniono uzbrojonego strażnika, który czuwał nad budynkiem w dzień i w nocy. W ubiegłym tygodniu w firmie zatrudnił się nowy urzędnik o nazwisku Hall Pycroft. Człowiek ten okazał się nikim innym, jak tylko Beddingtonem, słynnym fałszerzem i włamywaczem, który wraz ze swoim bratem wyszedł niedawno z więzienia po odsiedzeniu pięcioletniego wyroku. Jakimś sposobem, który nie jest dla nas jasny, udało mu się pod fałszywym nazwiskiem otrzymać posadę w wymienionej firmie, żeby zdobyć wzory kluczy do różnych zamków, a także dokładną wiedzę na temat umiejscowienia skarbca i sejfów.

Zazwyczaj w soboty urzędnicy w Mawson kończą pracę w południe. Sierżant Tuson z policji miejskiej był nieco zaskoczony, gdy zobaczył, jak dwadzieścia po pierwszej schodzi po schodach jakiś dżentelmen i niesie torbę podróżną. Wzbudziło to podejrzenia sierżanta, poszedł więc za tym człowiekiem i z pomocą konstabla Pollacka aresztował go mimo zaciekłego oporu, jaki stawiał podejrzany.

Stało się jasne, że próbowano dopuścić się rabunku na gigantyczną skalę. W torbie znaleziono akcje kolei amerykańskich warte niemal sto tysięcy funtów oraz duże ilości akcji bonusowych różnych kopalni i licznych firm. Po dokładnym przeszukaniu pomieszczeń firmy znaleziono ciało nieszczęsnego strażnika wciśnięte do największego z sejfów; nie odkryto by go aż do poniedziałku rano, gdyby nie szybka akcja sierżanta Tusona. Czaszka mężczyzny została roztrzaskana pogrzebaczem. Cios zadano od tyłu. Nie było żadnych wątpliwości, iż Beddingtonowi udało się wejść do budynku (skłamał po prostu, że coś tam zostawił). Po zabiciu strażnika szybko opróżnił sejf, a następnie próbował zbiec z łupem. Jego brat, a zarazem wspólnik, jak do tej pory nie zgłosił się w związku z tą sprawą, choć policja czyni intensywne starania, aby ustalić jego miejsce pobytu.

 

– Cóż, przynajmniej pod tym względem możemy zaoszczędzić im trochę kłopotów – rzekł Holmes, zerkając na nieszczęsną postać skuloną przy oknie. – Ludzka natura jest doprawdy przedziwna, Watsonie. Jak widzisz, nawet łotr i morderca może wzbudzać w ludziach takie uczucia, że jego brat próbuje popełnić samobójstwo, dowiedziawszy się, iż grozi mu stryczek. Nie mamy innego wyboru: doktor Watson i ja zostaniemy tu na straży, natomiast pana, Pycroft, proszę, by z łaski swojej powiadomił o wszystkim policję.

Rozdział czwarty

 

„Gloria Scott”

 
 

– Mam tu trochę ciekawych papierów, Watsonie – powiedział mój przyjaciel Sherlock Holmes, gdy pewnego dnia siedzieliśmy przy kominku – i naprawdę uważam, że warto, abyś je przejrzał. To dokumenty dotyczące niezwykłej sprawy „Glorii Scott”, a ta oto wiadomość sprawiła, że sędzia pokoju Trevor padł martwy z przerażenia po jej przeczytaniu.

Wyjął z szuflady małą poplamioną tubę na dokumenty i, odkleiwszy zabezpieczającą taśmę, podał mi krótką notatkę zapisaną niestarannym pismem na kartce szaroniebieskiego papieru.

Oto jej treść:

Londyn sprzedał nam wszystko. Zapasy w magazynach skończone. Tutejszy główny łowczy Hudson chciałby sprowadzić dla nas samice bażantów. Czy wydał pan już dyspozycje? Jedyne oferty to samce. Co kupować? Teraz możemy jeszcze coś z tym zrobić. Lep na muchy to dobra oferta. Musimy natychmiast zadecydować, bo może zniknąć.

 

Po przeczytaniu tej zagadkowej wiadomości podniosłem wzrok i zobaczyłem, że Holmes chichocze, widząc moją minę.

– Wyglądasz na zdumionego – powiedział.

– Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób ta wiadomość mogłaby kogoś przerazić. Wydaje mi się raczej groteskowa niż straszna.

– Tak, w istocie tak to wygląda. Pozostaje jednak faktem, że krzepki starszy mężczyzna cieszący się dość dobrym zdrowiem padł po jej przeczytaniu jak rażony gromem.

– Wzbudzasz we mnie ciekawość – przyznałem. – Ale czemu mówisz mi o tym właśnie teraz? Czy są jakieś szczególne powody, dla których powinienem zbadać tę sprawę?

– Owszem. Wyobraź sobie, że to była pierwsza sprawa, jaką kiedykolwiek się zajmowałem.

Często próbowałem wyciągnąć z mego towarzysza wyznanie, dlaczego zaczął się zajmować rozwiązywaniem zagadek kryminalnych, jednak nigdy dotąd nie udało mi się skłonić go do zwierzeń na ten temat. Teraz siedział pochylony w swoim fotelu, rozkładając na kolanach dokumenty. Po chwili zapalił fajkę i przez jakiś czas tkwił tak, trzymając ją w zębach i przeglądając papiery.

– Nigdy ci nie opowiadałem o Victorze Trevorze, prawda? – spytał. – Był moim jedynym przyjacielem podczas tych dwóch lat, jakie spędziłem w college’u. Cóż, nigdy nie byłem zbyt towarzyski, Watsonie. Zawsze wolałem zaszywać się w swoim pokoju i doskonalić metodę dedukcji, tak więc nie miałem okazji poznać bliżej ludzi z mojego roku. Nie przejawiałem zamiłowania do sportu, poza szermierką i boksem, a w ogóle wiedza, którą zgłębiałem, różniła się dość znacznie od przedmiotów, jakich uczyli się moi koledzy, dlatego też nie mieliśmy ze sobą prawie nic wspólnego. Trevor był jedynym chłopakiem, którego poznałem, i to tylko przez przypadek: pewnego dnia rano, kiedy szedłem do kaplicy, jego bulterier ugryzł mnie w kostkę.

Był to dość prozaiczny sposób nawiązania przyjaźni, niemniej jednak okazał się skuteczny. Potem przez dziesięć dni nie byłem w stanie chodzić, a Trevor odwiedzał mnie i pytał, jak się czuję. Na początku nasze spotkania trwały krótko, szybko jednak jego wizyty stały się dłuższe, i nim semestr dobiegł końca, byliśmy już bliskimi przyjaciółmi. Serdeczny, pełen wigoru i energii chłopak, pod wieloma względami stanowił moje całkowite przeciwieństwo, łączyły nas jednak pewne zainteresowania, a ponadto gdy odkryłem, że nie miał tak jak i ja przyjaciół, wytworzyła się między nami więź. W końcu zaprosił mnie do rezydencji swojego ojca w Donnithorpe, w Norfolk, ja zaś skorzystałem z jego gościnności i przebywałem tam przez miesiąc podczas letnich wakacji.

Stary Trevor był człowiekiem zamożnym, poważanym sędzią pokoju i właścicielem ziemskim. Donnithorpe to niewielka wioska, trochę na północ od Langmere, we wschodnim zakątku Anglii poprzecinanym rzekami. Mokradła były świetnym miejscem do polowania na dzikie kaczki, a w rzekach było pełno ryb.

Dom okazał się staroświeckim rozległym ceglanym budynkiem z dębowymi belkami stropowymi, do którego prowadziła piękna lipowa aleja. Pan Trevor miał niewielką, lecz wyjątkowo bogatą bibliotekę, przejętą, jak się domyśliłem, po poprzednim właścicielu, oraz całkiem znośnego kucharza, więc tylko wyjątkowo wybredny człowiek nie spędziłby tam z przyjemnością kilku tygodni.

Stary Trevor był wdowcem, a mój przyjaciel był jego jedynym synem. Jak słyszałem, miał też córkę, która niestety zmarła na dyfteryt podczas wizyty w Birmingham. Ojciec mego przyjaciela wydał mi się niezwykle ciekawym człowiekiem. Nie był zbyt wykształcony, posiadał jednak ogromny zasób sił zarówno fizycznych, jak i psychicznych. Nie czerpał wiedzy z książek, poznał jednak szeroki świat dzięki licznym dalekim podróżom. Poza tym pamiętał wszystko, czego się podczas tych wypraw nauczył. Ojciec mojego przyjaciela był krępym, przysadzistym mężczyzną z bujnymi włosami przyprószonymi siwizną. Miał ciemną, ogorzałą twarzą oraz bystre niebieskie oczy o srogim spojrzeniu. W okolicy szanowano go jako dobrego i hojnego człowieka, a ponadto znany był z wydawania łagodnych wyroków.

Pewnego wieczoru, tuż po moim przybyciu, gdy siedzieliśmy po obiedzie, popijając porto, młody Trevor zaczął opowiadać ojcu o moim nawyku obserwacji i metodzie logicznego wnioskowania, które już wówczas stosowałem, choć nie w pełni doceniałem jeszcze roli, jaką miały odegrać w moim życiu. Starszy człowiek najwyraźniej pomyślał, że jego syn przesadza, opisując kilka moich błahych osiągnięć.

– Proszę, proszę, panie Holmes – powiedział, śmiejąc się dobrodusznie. – Będę dla pana świetnym przedmiotem badań. Ciekawe, co też pan wydedukuje.

– Myślę, że niewiele – odparłem. – Powiedziałbym tylko, że przez ostatnich dwanaście miesięcy obawiał się pan jakiejś napaści na swoją osobę.

Uśmiech zamarł mu na ustach, a on sam wpatrywał się we mnie wyraźnie zaskoczony.

– Cóż, to najprawdziwsza prawda – powiedział. – Wiesz, Victorze – zwrócił się do syna – gdy rozbiliśmy ten gang kłusowników, oni poprzysięgli, że zadźgają nas nożem, a sir Edward Holly rzeczywiście został napadnięty. Od tamtej chwili miałem się cały czas na baczności, choć zupełnie nie wiem, jak się pan tego domyślił.

– Pańska laska jest bardzo solidna – odparłem. – Po napisie, który na niej widnieje, zorientowałem się, że ma ją pan nie dłużej niż rok. Poczynił pan również pewne starania, aby przewiercić gałkę i wypełnić ją stopionym ołowiem, tak, aby laska przeobraziła się w groźną broń. Doszedłem do wniosku, że nie podejmowałby pan takich środków, gdyby nie obawiał się jakiegoś zagrożenia.

– Coś jeszcze? – spytał z uśmiechem.

– W młodości trenował pan boks.

– Znów ma pan rację. Jak pan to wywnioskował? Czyżby mój nos był odrobinę skrzywiony?

– Nie – odparłem. – Poznałem to po pańskich uszach. Mają charakterystyczne zniekształcenia i spłaszczenia, typowe dla boksera.

– Może jeszcze coś?

– Często kopał pan w ziemi. Świadczą o tym zgrubienia na pańskich dłoniach.

– Wszystkie moje pieniądze zarobiłem na złotonośnych polach.

– Był pan w Nowej Zelandii.

– Znów ma pan rację.

– I odwiedził pan Japonię.

– To również prawda.

– Miał pan też bliski związek z kimś o inicjałach J.A., kimś, kogo później bardzo pan pragnął wymazać z pamięci.

Trevor powoli wstał, wbijając we mnie dziwne i dzikie spojrzenie swoich wielkich niebieskich oczu, a potem zachwiał się i padł twarzą do przodu, prosto w łupiny orzechów leżące na obrusie. Stracił przytomność.

Potrafisz sobie zapewne wyobrazić, Watsonie, w jakim szoku byliśmy, i jego syn, i ja? Jego omdlenie nie trwało jednak zbyt długo, bo gdy rozpięliśmy mu kołnierzyk i skropiliśmy twarz wodą z miseczki stojącej na stole, wydał z siebie westchnienie i usiadł.

– Och, chłopcy – powiedział z wymuszonym uśmiechem. – Mam nadzieję, że was nie przestraszyłem. Choć wyglądam na silnego mężczyznę, mam słabe serce, i niewiele trzeba, aby mnie powalić. Nie wiem, jak się to panu udaje, panie Holmes, sądzę jednak, że wszyscy detektywi, czy to prawdziwi, czy wymyśleni, byliby w porównaniu z panem niczym dzieci. To pańskie życiowe powołanie, sir, może pan uwierzyć na słowo człowiekowi, który widział już trochę świata i ma za sobą kawał życia.

To właśnie ta rekomendacja, poprzedzona przesadną oceną moich zdolności, była – uwierz mi, Watsonie – pierwszą wskazówką, dzięki której zacząłem przypuszczać, że to, co do tej pory było zaledwie moją rozrywką i hobby, mogłoby się stać moim zawodem. W tamtej chwili jednak byłem zbyt zmartwiony tym, że mój gospodarz tak nagle zasłabł, abym mógł myśleć o czymkolwiek innym.

– Mam nadzieję, że nie powiedziałem nic, co mogłoby pana zmartwić – rzekłem.

– Z pewnością trafił pan w mój dość czuły punkt. Czy mogę spytać, jak się pan tego dowiedział i co jeszcze wie? – mówił teraz na wpół żartobliwym tonem, jednak w jego oczach nadal czaiło się przerażenie.

– To banalnie proste – odparłem. – Gdy odsłonił pan ramię, by wciągnąć do łodzi rybę, spostrzegłem, że w zagięciu pańskiego łokcia wytatuowane zostały litery J.A. Były nadal czytelne, jednak w znacznym stopniu zamazane. Na skórze wokół nich pojawiła się plama, więc stało się dla mnie oczywiste, że próbowano je wywabić. Osoba o tych inicjałach była niegdyś panu bardzo bliska, a potem pragnął pan o niej zapomnieć.

– Ależ pan ma oko – zawołał z westchnieniem ulgi. – Jest dokładnie tak, jak pan mówi. Nie będziemy jednak o tym rozmawiać. Spośród wszystkich duchów przeszłości najgorsze są duchy tych, których kochaliśmy. A teraz przejdźmy do sali bilardowej i spokojnie wypalmy cygara.

Począwszy od tego dnia, mimo całej swej serdeczności, jaką mnie obdarzał, pan Trevor zaczął się zachowywać z rezerwą. Nawet jego syn to zauważył. „Tak przestraszyłeś mojego starego – powiedział – że nigdy już nie będzie pewny, co wiesz, a czego nie wiesz”. Jestem przekonany, że nie chciał mi tego okazywać, jednak moje słowa tak silnie zapadły mu w pamięć, że dostrzegałem dystans w jego zachowaniu. W końcu doszedłem do wniosku, że skoro pan Trevor czuje się tak nieswojo w moim towarzystwie, najlepiej byłoby zakończyć już tę wizytę. Jednak właśnie na dzień przed moim odjazdem doszło do pewnego incydentu, który później okazał się niezwykle istotny.

Siedzieliśmy sobie we trójkę na krzesłach ogrodowych, ustawionych na trawniku, wygrzewając się w słońcu i podziwiając widok na rzekę i moczary, gdy zjawiła się pokojówka i oznajmiła, że przy drzwiach czeka pewien człowiek, który chciałby się widzieć z panem Trevorem.

– Jak się nazywa? – spytał mój gospodarz.

– Nie chciał podać swego nazwiska.

– Czego w takim razie chce?

– Twierdzi, że pan go zna i chce tylko przez chwilę z panem porozmawiać.

– W takim razie przyprowadź go tutaj.

Chwilę później pojawił się niski, przygarbiony pomarszczony człowiek. Miał na sobie rozpiętą kurtkę z rękawem poplamionym smołą, koszulę w czerwono-czarną kratę, drelichowe spodnie i ciężkie, bardzo zniszczone buty. Twarz miał chudą, ogorzałą i przebiegłą. Nieustannie się uśmiechał, ukazując nieregularną linię pożółkłych zębów, a jego pomarszczone dłonie były na wpół zaciśnięte w charakterystyczny dla marynarzy sposób. Gdy tak szedł do nas przez trawnik, powłócząc nogami, usłyszałem, że z gardła pana Trevora wydobywa się dźwięk przypominający czkawkę, po czym sędzia zerwał się z krzesła i pobiegł do domu. Wrócił po chwili, ale kiedy mnie mijał, poczułem od niego silną woń brandy.

– Cóż, mój dobry człowieku – powiedział – co mogę dla ciebie zrobić?

Marynarz stał, patrząc na niego ze zmarszczonymi brwiami, z tym samym nieprzyjemnym uśmiechem na twarzy.

– Nie znasz mnie? – zapytał.

– Wielkie nieba! Ty musisz być Hudson! – powiedział pan Trevor zaskoczonym tonem.

– Zgadza się, sir. To ja, Hudson – odparł żeglarz. – No cóż, minęło ponad trzydzieści lat, odkąd ostatni raz pana widziałem. Jak widzę, ma pan piękny dom... A ja nadal wyjadam z beczek solone mięso.

– Przekonasz się, że nie zapomniałem o starych czasach – zawołał pan Trevor i, podchodząc do marynarza, powiedział coś do niego po cichu. – Idź, proszę, do kuchni – ciągnął dalej głośno – a tam będziesz mógł się najeść i napić do syta. Jestem pewien, że znajdę dla ciebie jakieś zajęcie.

– Dziękuję, sir – odparł marynarz, dotykając czoła. – Właśnie skończyłem dwuletni okres pływania na frachtowcu, na którym w dodatku brakowało załogi, i bardzo mi się przyda wypoczynek. Tak właśnie sobie myślałem, że odpocznę albo u pana Beddoesa, albo tutaj.

– Ach – zawołał Trevor. – Wiesz, gdzie przebywa pan Beddoes?

– Ależ oczywiście, sir. Wiem, gdzie są wszyscy moi starzy przyjaciele – odparł z ponurym uśmiechem mężczyzna i niedbałym krokiem ruszył za pokojówką w kierunku kuchni. Pan Trevor wymamrotał coś o tym, że kiedyś, gdy był jeszcze poszukiwaczem złota, pływał z tym człowiekiem na jednym statku; potem zostawił nas na trawniku i wszedł do domu. Godzinę później, gdy i my weszliśmy do środka, zobaczyliśmy, że pijany w sztok leży rozciągnięty na sofie w jadalni. Cały ten incydent wywarł na mnie wyjątkowo paskudne wrażenie, i wcale nie żałowałem, gdy następnego dnia opuszczałem Donnithorpe. Czułem, że moja obecność musiała się stać dla mojego przyjaciela krępująca.

Wszystko to miało miejsce w ciągu pierwszego miesiąca moich długich wakacji. Wróciłem do Londynu na stancję, gdzie spędziłem kolejnych siedem tygodni, przeprowadzając parę eksperymentów z zakresu chemii organicznej. Jednak pewnego dnia, późną jesienią, gdy wakacje dobiegały już końca, dostałem telegram od mojego przyjaciela. Zaklinał mnie, bym przyjechał do Donnithorpe, twierdząc, że bardzo potrzebuje mojej pomocy i rady. Oczywiście rzuciłem wszystko, czym się zajmowałem, i ponownie wyruszyłem na północ.

Wyjechał po mnie dwukółką na stację; wystarczyło jedno spojrzenie, i już wiedziałem, że ostatnie dwa miesiące musiały być dla niego bardzo ciężkie. Schudł, miał zatroskaną twarz i zatracił ten głośny, radosny sposób bycia, tak niegdyś dla niego typowy.

– Ojciec umiera – rzucił, i były to pierwsze słowa, które wypowiedział.

– To niemożliwe! – zawołałem. – Co się stało?!

– Apopleksja. Jest o krok od śmierci. Nie mam nawet pewności, czy gdy dojedziemy do domu, zastaniemy go jeszcze przy życiu.

Jak zapewne przypuszczasz, Watsonie, przeraziły mnie te nieoczekiwane wieści.

– Jak to się stało? Dlaczego? – spytałem.

– Ach! O to właśnie chodzi. Wskakuj do środka. Omówimy to podczas jazdy. Pamiętasz tego faceta, który zjawił się wieczorem, na dzień przed twoim odjazdem?

– Bardzo dobrze.

– Wiesz, kogo tego dnia wpuściliśmy do swego domu?

– Nie mam pojęcia.

– To wcielony diabeł, Holmesie! – zawołał.

Wpatrywałem się w niego zdumiony.

– Tak, to prawdziwy diabeł. Od tego czasu nie przeżyliśmy ani jednej spokojnej godziny. Ani jednej! Ojciec wciąż nie może się pozbierać po tamtym wieczorze, a teraz jeszcze uchodzi z niego życie, i jego serce jest złamane. A wszystko przez tego przeklętego Hudsona!

– Ale jak on mógł do tego doprowadzić?

– To jest właśnie to, czego tak bardzo pragnę się dowiedzieć. Mój dobry, uczynny stary ojciec. Jak on mógł wpaść w szpony takiego łotra! Ale, Holmesie, tak bardzo się cieszę, że przyjechałeś. Mam wielkie zaufanie do twego osądu sytuacji i twej dyskrecji, i wiem, że będziesz mógł mi doradzić najlepiej, jak potrafisz.

Pędziliśmy gładką piaszczystą drogą. Przed nami rozpościerał się widok na mokradła, połyskujące w czerwonym świetle zachodzącego słońca. Ponad zagajnikiem, po naszej lewej stronie, widać było już zarysy wysokich kominów rezydencji sędziego.

– Mój ojciec zaproponował temu człowiekowi posadę ogrodnika – rzekł mój towarzysz. – Jednak to go nie zadowoliło, więc ojciec awansował go na kamerdynera.

Można było odnieść wrażenie, że cały dom jest zdany na jego łaskę i niełaskę. Włóczył się po posiadłości i robił to, na co tylko przyszła mu ochota. Pokojówki narzekały na jego pijackie maniery i plugawy język. Tata podniósł całej służbie pensje, żeby zrekompensować przykrości. A ten brał sobie łódź i najlepszą strzelbę ojca i spędzał czas na wyprawach łowieckich! I wszystko to robił z tak obrzydliwym bezczelnym uśmieszkiem, że już ze dwadzieścia razy spuściłbym mu baty, gdyby tylko był moim rówieśnikiem. Mówię ci, Holmesie, przez cały ten czas musiałem bardzo nad sobą panować. A teraz... Teraz zadaję sobie pytanie, czy nie postąpiłbym mądrzej, gdybym pozwolił sobie jednak na więcej.

Sytuacja szybko się zmieniała ze złej na jeszcze gorszą, a ten bydlak Hudson coraz bardziej się u nas szarogęsił. Wreszcie, pewnego dnia, gdy w mojej obecności powiedział coś bezczelnego do mojego ojca, wziąłem go za kark i wyprowadziłem z pokoju. Wymknął się z posiniałą twarzą i pełnym jadu spojrzeniem, które wyrażało większą groźbę, niż mógłby to ująć w słowach. Nie wiem, co zaszło potem pomiędzy moim biednym tatą a nim, ale ojciec następnego dnia przyszedł do mnie i zapytał, czy mógłbym przeprosić Hudsona. Jak się zapewne domyślasz, odmówiłem mu i zapytałem, jak może znosić panoszenie się tego łajdaka we własnym domu.

– Ach, mój chłopcze – odparł. – Łatwo ci to mówić, ale nie wiesz, w jakiej sytuacji się znalazłem. Dowiesz się jednak, Victorze, wszystkiego, i niech się dzieje co chce. Nie uwierzyłbyś, gdybym ci powiedział, że twój stary biedny ojciec mógł zrobić coś złego, prawda, mój chłopcze? – Był niezwykle poruszony, a potem na cały dzień zamknął się w swoim gabinecie. Widziałem przez okno, że coś tam długo w skupieniu pisał.

Tamtego wieczoru wydarzyło się coś, co przyniosło mi ogromną ulgę, bowiem Hudson oznajmił, że zamierza nas opuścić. Wtoczył się do jadalni, gdzie siedzieliśmy po obiedzie, i ochrypłym głosem na wpół pijanego człowieka poinformował nas o swoich zamiarach.

– Już mi zbrzydło tu, w Norfolk – powiedział. – Pojadę sobie do pana Beddoesa w Hampshire. I coś mi się wydaje, że ucieszy się na mój widok równie mocno jak pan.

– Mam nadzieję, Hudsonie, że nie będziesz wyjeżdżał stąd rozczarowany – rzekł mój ojciec tak potulnym głosem, że aż krew zawrzała mi w żyłach.

– Nie usłyszałem przeprosin – odparł obrażonym tonem, zerkając w moim kierunku.

– Victorze, musisz przyznać, że niesprawiedliwie potraktowałeś tego dobrego człowieka – powiedział tata, zwracając się do mnie.

– Wręcz przeciwnie – odparłem. – Uważam, że obaj okazaliśmy mu niezwykłą cierpliwość.

– Och, doprawdy? Doprawdy? – warknął Hudson. – Bardzo dobrze, kolego. Już my się tym zajmiemy!

Wyszedł z pokoju, a pół godziny później opuścił nasz dom, pozostawiając mojego ojca w stanie godnym pożałowania. Co noc słyszałem, jak tata przechadza się w tę i z powrotem po swoim pokoju, a gdy już się wydawało, że odzyskuje dawną pewność siebie, spadł na niego ostateczny cios.

– Co się takiego stało? – spytałem niecierpliwie.

– To dość niezwykłe. Wczoraj wieczorem przyszedł do niego list ze stemplem poczty w Fordingbridge. Ojciec przeczytał go, złapał się rękoma za głowę i zaczął biegać w kółko po pokoju jak człowiek, który całkowicie postradał zmysły. Gdy w końcu udało mi się zaciągnąć go na sofę, zauważyłem, że po jednej stronie twarzy opadają mu usta i powieki. Od razu wiedziałem, że doznał wylewu. Natychmiast przyjechał do nas doktor Fordham, położyliśmy ojca do łóżka, ale paraliż już się rozprzestrzenił, i nie było żadnych oznak wskazujących, że odzyska świadomość. Boję się, że gdy dojedziemy, nie zastaniemy go już żywego.

– Przerażasz mnie, Trevorze! – krzyknąłem. – Cóż takiego mogło być w tym liście, że doprowadziło twojego ojca do tak potwornego stanu?

– Nic. Tego właśnie zupełnie nie potrafię wytłumaczyć. Treść była absurdalna i trywialna. O mój Boże, jest tak, jak się obawiałem.

Gdy wypowiedział te słowa, właśnie wyjechaliśmy z zakrętu alejki i w gasnącym świetle dnia ujrzałem, że wszystkie zasłony w oknach domu zostały zaciągnięte. Gdy dobiegliśmy do drzwi, twarz mojego przyjaciela ściągnęła się ze smutku. Z domu wyszedł ubrany na czarno człowiek.

– Kiedy to się stało, doktorze? – spytał Trevor.

– Prawie natychmiast po pana wyjeździe.

– Czy odzyskał świadomość przed śmiercią?

– Tak, na chwilę.

– Czy zostawił mi jakąś wiadomość?

– Tylko taką, że dokumenty są w tylnej szufladzie japońskiej szafki.

Mój przyjaciel poszedł z lekarzem do pokoju, w którym leżał zmarły, ja tymczasem zostałem w gabinecie, zastanawiając się nad całą tą sprawą. Ogarnął mnie tak ponury nastrój, jak chyba nigdy dotąd w całym moim życiu. Jaka była przeszłość tego Trevora, pięściarza, podróżnika i poszukiwacza złota? I w jaki sposób doszło do tego, że nagle został zdany na łaskę tego marynarza o paskudnej twarzy? No i dlaczego zemdlał, słysząc jedynie niewinną aluzję do na wpół zatartych inicjałów, wytatuowanych na jego ramieniu? Czemu dosłownie umarł ze strachu po otrzymaniu listu z Fordingham? Potem przypomniałem sobie, że Fordingham leży w Hampshire i że słyszałem wzmiankę o tym, jakoby ten pan Beddoes, którego marynarz pojechał odwiedzić i przypuszczalnie zaszantażować, mieszkał właśnie w Hampshire.

A więc list został wysłany albo przez tego żeglarza Hudsona, który mógł zdradzić ich wspólny brudny sekret, albo przez Beddoesa, który ostrzegał swojego starego wspólnika, że taki sekret najpewniej zostanie wkrótce ujawniony. Tyle wydawało mi się jasne. Ale z drugiej strony, jak to możliwe, by sam list miał tak trywialną i groteskową treść, jak opisywał to syn zmarłego? Najwyraźniej musiał go błędnie odczytać. A jeśli tak, to został zapewne napisany jednym z tych pomysłowych szyfrów, które pozornie coś znaczą, a w rzeczywistości kryją zupełnie inne treści. Musiałem zobaczyć ten list! Jeśli rzeczywiście zawierał jakieś tajemne przesłanie, byłem pewien, że uda mi się je ujawnić.

Przez godzinę siedziałem w mrocznym pokoju, zastanawiając się nad tą sprawą, aż wreszcie zapłakana pokojówka wniosła lampę, a chwilę później zjawił się mój przyjaciel Trevor, blady, lecz opanowany. W ręku ściskał te same papiery, które trzymam teraz na kolanach. Usiadł naprzeciwko mnie, przestawił lampę na krawędź stołu i podał mi krótką notatkę, nabazgraną na kartce szarego papieru:

Londyn sprzedał nam wszystko. Zapasy w magazynach skończone. Tutejszy główny łowczy Hudson chciałby sprowadzić dla nas samice bażantów. Czy wydał pan już dyspozycje? Jedyne oferty to samce. Co kupować? Teraz możemy jeszcze coś z tym zrobić. Lep na muchy to dobra oferta. Musimy natychmiast zadecydować, bo może zniknąć.

 

Wyznam ci, że gdy po raz pierwszy przeczytałem tę wiadomość, moja twarz przybrała taki sam, równie zdumiony wyraz jak teraz twoja. Potem przeczytałem ją jeszcze raz bardzo dokładnie. Najwyraźniej było tak, jak się wcześniej domyślałem – w tym dziwnym połączeniu słów musiało zawierać się jakieś ukryte znaczenie. Ale czy możliwym było, że takie zwroty, jak „lep na muchy” i „samice bażantów” posiadały jakieś z góry ustalone znaczenie? Można je dowolnie interpretować, ale do niczego to nie doprowadzi. Ani przez chwilę jednak nie sądziłem, że było tak w tym przypadku. Obecność słowa „Hudson” wydawała się wskazywać, że wiadomość, zgodnie z moim przypuszczeniem, pochodziła raczej od Beddoesa, a nie od marynarza. Spróbowałem odczytać list wspak, jednak połączenia słów „bażantów samice nas” czy „samce to oferty” nie były zbyt zachęcające. Potem spróbowałem czytać co drugi wyraz, ale ani „sprzedał wszystko w skończone”, ani „lep muchy dobra musimy” najwyraźniej nie rzucały nowego światła na całą sprawę. Podobny rezultat dawało czytanie co trzeciego wyrazu. Też nic z tego. Aż nagle w jednej chwili stwierdziłem, że mam w ręku klucz do całej zagadki. Dostrzegłem bowiem, że co czwarte słowo, począwszy od pierwszego, tworzy wiadomość, która mogła doprowadzić starego Trevora na skraj rozpaczy.

Ostrzeżenie było krótkie i lakoniczne. Odczytałem je mojemu towarzyszowi:

Wszystko skończone. Hudson nas wydał. Jedyne, co możemy zrobić, to natychmiast zniknąć.

 

Victor Trevor ukrył twarz w drżących dłoniach.

– Tak, to musi być to – powiedział. – To gorsze niż śmierć, bo oznacza również hańbę. Ale co oznaczają zwroty „główni łowczy” i te „samice bażantów”?

– Nie mają żadnego wpływu na treść wiadomości, ale dla nas mogą oznaczać bardzo dużo, jeśli nie mamy innego sposobu, by dowiedzieć się, kto był nadawcą. Jak widzisz, najpierw napisał: „Wszystko... skończone...” i tak dalej. Potem, żeby ukryć wiadomość w ustalonym z góry szyfrze, musiał w każdym zdaniu wpisać dowolne trzy słowa. W naturalny sposób użyłby wyrazów, które pierwsze przyszły mu na myśl, a skoro tak wiele z nich odnosi się do zwierzyny, możemy raczej mieć pewność, że albo jest zapalonym myśliwym, albo interesuje go hodowla. Wiesz coś o tym Beddoesie?

– Teraz, kiedy o tym mówimy – odparł mój przyjaciel – przypomniałem sobie, że mój nieszczęsny ojciec miał od niego stałe zaproszenie na polowania odbywające się na jego terenie każdej jesieni.

– A więc niewątpliwie to od niego pochodzi ta notatka – powiedziałem. – Teraz pozostaje nam tylko się dowiedzieć, jakiż to sekret był w posiadaniu tego marynarza Hudsona i dlaczego zawisła groźba nad głowami tych dwóch zamożnych i szanowanych ludzi.

– Niestety, Holmesie, obawiam się, że to wstydliwa i grzeszna tajemnica! – zawołał Victor. – Nie zamierzam jednak mieć przed tobą żadnych sekretów. Oto oświadczenie sporządzone przez mego ojca, gdy już wiedział, że grozi mu bezpośrednie niebezpieczeństwo ze strony Hudsona. Znalazłem je w tej japońskiej szafce, tak jak powiedział lekarz. Weź je i odczytaj mi, proszę, bo nie mam siły ani odwagi, by zrobić to samemu.

Watsonie, te dokumenty, które leżą teraz przed tobą, są tymi samymi, które wówczas podał mi mój towarzysz. Odczytam je tobie, tak jak odczytałem jemu tamtej nocy w starym gabinecie. U góry widnieje tytuł: „Niektóre szczegóły podróży brygantyny «Gloria Scott» od opuszczenia przez nią Falmouth dnia 8 października 1855 r. aż do chwili jej zatonięcia na 15°20’ szerokości północnej, 24°14’ długości zachodniej dnia 6 listopada”. Dokument miał formę listu i brzmiał jak następuje:

Mój drogi, kochany synu! Teraz, gdy hańba zaczyna rzucać swój cień na ostatnie lata mojego życia, mogę napisać ci szczerze i uczciwie, że to nie lęk przed prawem, przed utratą mojej pozycji w kraju czy też przed moim upadkiem w oczach wszystkich, którzy mnie znali, najbardziej rani moje serce, lecz myśl o tym, że będziesz musiał się za mnie wstydzić – ty, który mnie kochasz i który, jak mam nadzieję, rzadko miałeś powody, by czuć do mnie coś innego niż szacunek. Jeśli jednak dosięgnie mnie cios, który stale mi zagrażał, pragnę, abyś to przeczytał i dowiedział się bezpośrednio ode mnie, jak wielka jest moja wina. Z drugiej strony, jeśli wszystko ułoży się pomyślnie (oby Bóg Wszechmogący na to pozwolił!), to wówczas, gdyby jakimś zbiegiem okoliczności zdarzyło się, że list ten pozostanie niezniszczony i dostanie się w twoje ręce, zaklinam cię na wszystko, co uważasz za święte, na pamięć twojej kochanej matki i na całą miłość, jaka nas łączyła, abyś cisnął go w ogień i już nigdy o nim nie myślał.

A więc, jeżeli już przeczytałeś te wiersze, będzie to oznaczało, że ujawniono całą prawdę o mnie i że wygnano mnie z własnego domu lub też – co bardziej realne, bo wiesz, że mam słabe serce – jestem martwy, a śmierć na zawsze zamknęła mi usta. Tak czy inaczej czas na ukrywanie tajemnic już minął, i każde słowo, które zapisuję, jest absolutnie szczere. Przysięgam ci to z tą samą mocą, z jaką pragnę łaski.

Mój drogi chłopcze, w rzeczywistości nie nazywam się Trevor. W czasach mojej młodości zwano mnie James Armitage, i pewnie teraz rozumiesz, jaki szok przeżyłem parę tygodni temu, gdy twój przyjaciel z college’u zwrócił się do mnie w taki sposób, jak gdyby udało mu się odkryć mój sekret. To właśnie jako Armitage zostałem zatrudniony w londyńskim banku, i jako Armitage’a skazano mnie za złamanie prawa i wydalono z mojego kraju. Nie myśl o mnie źle, mój chłopcze. To był tak zwany honorowy dług, który musiałem spłacić, i aby to zrobić, skorzystałem z cudzych pieniędzy, będąc pewnym, że uda mi się je zwrócić, zanim ktokolwiek odkryje ich brak. Prześladował mnie jednak straszliwy pech. Pieniądze, na które liczyłem, nigdy do mnie nie trafiły, a przedwczesny audyt kont ujawnił spowodowany przeze mnie deficyt. Sprawa mogła zostać rozpatrzona łagodniej, jednak trzydzieści lat temu egzekwowanie prawa było o wiele bardziej surowe niż teraz. W dwudziestym trzecim roku mojego życia znalazłem się, skuty jak bandyta, wraz z trzydziestoma siedmioma innymi skazańcami, pod pokładem brygantyny „Gloria Scott”, płynącej do Australii.

Był rok 1855. Wojna krymska osiągnęła punkt kulminacyjny, a stare łodzie wykorzystywane wcześniej do przewozu skazańców były w większości używane do transportowania ludzi i ładunku na Morzu Czarnym. Rząd był więc zmuszony wywozić więźniów mniejszymi i mniej nadającymi się do takich celów statkami. Żaglowiec „Gloria Scott”, którym wcześniej przewożono herbatę z Chin, był jednak przestarzałym statkiem o ciężkim dziobie i szerokim kadłubie, dlatego zastąpiły go nowsze klipry. Miał wyporność pięćset ton; oprócz trzydziestu ośmiu kryminalistów niósł na swym pokładzie dwudziestu sześciu członków załogi, osiemnastu żołnierzy, kapitana, trzech matów, lekarza, kapelana i czterech strażników. Tak więc w dniu, w którym wyruszyliśmy z Falmouth, na jego pokładzie znajdowało się niemal sto dusz.

Przegrody pomiędzy celami skazańców były dość cienkie i kruche, a nie, jak to zwykle miało miejsce na statkach przystosowanych do transportu więźniów, wykonane z grubych dębowych desek. Człowiek, z którym sąsiadowałem od strony rufy, był skazańcem, na którego zwróciłem szczególną uwagę, gdy prowadzono nas na nabrzeże. Był to młody mężczyzna o gładkiej, pozbawionej zarostu twarzy, długim cienkim nosie i tak mocnych szczękach, że mógłby nimi łupać orzechy. Głowę trzymał wysoko, wyprostowana postawa świadczyła o jego niezależności, szedł dumnym krokiem, przykuwając uwagę swym niecodziennym wzrostem. Nie przypuszczam, by którykolwiek z nas sięgał mu głową do ramienia, i jestem pewien, że nie mógł być niższy niż sześć i pół stopy. Dziwne było wśród tylu smutnych i zmęczonych twarzy ujrzeć oblicze tak pełne energii i determinacji. Ten widok przywodził mi na myśl ognisko, które ktoś rozpalił pośrodku śnieżnej zamieci. Byłem więc rad, gdy się dowiedziałem, że nasze cele sąsiadują ze sobą, a ucieszyłem się jeszcze bardziej, kiedy w samym środku nocy usłyszałem tuż przy uchu jakiś szept i odkryłem, że udało mu się wyciąć otwór w desce, która nas dzieliła.

– Witaj, przyjacielu! – powiedział. – Jak się nazywasz i za co tu trafiłeś? Odpowiedziałem mu i spytałem, z kim rozmawiam.

– Jestem Jack Prendergast – odparł – i na Boga, zanim skończy się nasza znajomość, będziesz błogosławił tę chwilę, kiedy mnie poznałeś.

Słyszałem wcześniej o jego sprawie, bo stała się ona wielką sensacją w całym kraju jakiś czas przed moim aresztowaniem. Pochodził z dobrej rodziny i był obdarzony wielkimi zdolnościami, miał jednak nieuleczalnie zły charakter i stworzył niezwykle pomysłowy system oszustw, dzięki którym udało mu się wyłudzić ogromne sumy pieniędzy od największych londyńskich kupców.

– Ha, ha! Pamiętasz moją sprawę! – powiedział z dumą.

– Zaiste. Świetnie ją pamiętam.

– W takim razie może pamiętasz również, co było w niej takiego dziwnego?

– Nie, a co takiego?

– Dostało mi się prawie ćwierć miliona, prawda?

– Tak mówiono.

– Ale nikt ich nigdy nie odzyskał, co?

– Tak.

– No cóż, jak myślisz? Gdzie są te pieniądze? – spytał.

– Nie mam pojęcia – powiedziałem.

– Tutaj, w mojej kieszeni – zawołał. – Na Boga! Mam więcej funtów, niż ty masz włosów na głowie. A gdy masz pieniądze, synku, i wiesz, jak się z nimi obchodzić i je rozdzielać, wtedy możesz zrobić wszystko. A teraz nie myślisz chyba, że człowiek, który może zrobić wszystko, będzie wycierał spodnie, siedząc w śmierdzącej ładowni takiej spleśniałej starej trumny, osranej przez szczury i przeżartej przez korniki. Nie, nie, mój drogi panie! Taki człowiek potrafi o siebie zadbać i zadba też o swoich kamratów. Możesz mi wierzyć! Tylko się go trzymaj, a jestem gotów przysiąc, że wyciągnie cię z tego bagna.

Mówił do mnie w tym stylu, i na początku myślałem, że to nic nie oznacza. Jednak po chwili, kiedy już mnie sprawdził i uroczyście zaprzysiągł, dał mi do zrozumienia, że zorganizował spisek, aby przejąć kontrolę nad statkiem. Uknuło go kilkunastu więźniów, jeszcze zanim wsiedli na pokład. Prendergast był ich przywódcą, zaś potężną motywacją dla wszystkich były jego pieniądze.

– Mam wspólnika – powiedział. – Niesamowity z niego człowiek. Wierny i lojalny jak pies. To on ma całą kasę. I jak sądzisz, gdzie jest w tej chwili? Jest kapelanem na tej łajbie! Tak, tak, kapelanem. Nie inaczej! Wszedł na pokład w tym swoim czarnym ubranku, z papierami bez zarzutu i taką ilością pieniędzy w szkatułce, że mógłby kupić całą tę krypę od kilu aż po czubek masztu. Załoga jest mu całkowicie wierna. Ciałem i duszą. Mógłby ich wszystkich kupić parę razy i zrobił to, jeszcze zanim się zaokrętowali. Ma też w kieszeni dwóch strażników i Mereera, drugiego mata, a przekupiłby pewnie samego kapitana, gdyby sądził, że jest on tego wart.

– Co w takim razie musimy robić? – spytałem.

– A jak myślisz? – odparł. – Sprawimy, że kurtki tych żołnierzy staną się wkrótce bardziej czerwone niż wtedy, gdy wyszły spod krawieckiej igły.

– Ale oni są uzbrojeni – powiedziałem.

– I my też będziemy, mój chłopcze. Mamy mnóstwo pistoletów, starczy dla każdego z nas, i jeśli nie uda nam się przejąć tego statku ze wsparciem załogi, to znaczy, że powinni nas wszystkich wysłać do jakiegoś internatu dla panienek. Pogadaj dziś w nocy ze swoim towarzyszem z celi na lewo i sprawdź, czy możemy mu ufać.

Zrobiłem tak, jak mi kazał, i dowiedziałem się, że mój drugi sąsiad to młody mężczyzna, który podobnie jak ja został skazany za fałszerstwa. Wówczas nazywał się Evans (potem też zmienił nazwisko; teraz jest zamożnym i szanowanym człowiekiem; mieszka na południu Anglii). Był gotów przystąpić do spisku, ponieważ widział w tym jedyny sposób ratunku dla nas; nim przepłynęliśmy zatokę, zaledwie dwóch spośród wszystkich skazańców nie było wtajemniczonych. Jeden z nich był niespełna rozumu, dlatego nie odważyliśmy się mu zaufać; drugi chorował na żółtaczkę, i nie mógł nam się do niczego przydać.

Od samego początku mieliśmy przeczucie, że nic nie może nam przeszkodzić w przejęciu statku. Załoga była zbieraniną łotrów, specjalnie w tym celu wyselekcjonowanych. Fałszywy kapelan przychodził do nas, żeby wskazać nam właściwą drogę, i miał ze sobą czarną torbę, rzekomo pełną religijnych pism. Pojawiał się jednak tak często, że nim upłynął trzeci dzień podróży, każdy z nas miał już schowany pod łóżkiem pilnik, dwa pistolety, funt prochu i dwadzieścia kul. Dwóch strażników było wspólnikami Prendergasta, a drugi mat był jego prawą ręką. Przeciwko sobie mieliśmy tylko kapitana, dwóch pozostałych matów, dwóch strażników, porucznika Martina, jego osiemnastu żołnierzy i doktora. Choć wydawało się, że niczym nie ryzykujemy, postanowiliśmy, iż nie zaniedbamy żadnych środków bezpieczeństwa i uderzymy nagle, w środku nocy. Doszło jednak do tego szybciej, niż planowaliśmy.

Pewnego wieczoru, mniej więcej w trzecim tygodniu po opuszczeniu portu, doktor przyszedł zbadać jednego ze skazańców, który chorował. Gdy oparł się dłonią o jego pryczę, wymacał pod nią pistolety. Gdyby zachował spokój, być może udałoby mu się zdemaskować cały spisek, ale był to mały nerwowy jegomość, krzyknął, zaskoczony, i tak pobladł, że więzień od razu zorientował się, co się dzieje, i natychmiast się na niego rzucił. Nim doktor zdążył ostrzec resztę, był już zakneblowany i leżał związany na pryczy. Ponieważ drzwi prowadzące na pokład zostawił otwarte, wybiegliśmy przez nie pędem. Zastrzeliliśmy dwóch strażników, a potem kaprala, który nadbiegł, żeby zobaczyć, co się dzieje. Drzwi mesy pilnowało kolejnych dwóch żołnierzy, ale ich muszkiety były chyba nienaładowane, bo nie oddali do nas ani jednego strzału i padli martwi, próbując umocować bagnety.

Potem pognaliśmy do kabiny kapitana. Gdy próbowaliśmy się dostać do środka, zza drzwi dobiegł nas huk wystrzału. Kapitan leżał na podłodze z mózgiem rozsmarowanym na mapie Atlantyku przymocowanej do stołu, nad nim stał kapelan, a z lufy jego pistoletu unosił się dym. Obu matów obezwładniła załoga, wydawało się zatem, że cała sprawa jest zakończona.

Mesa sąsiadowała z kabiną kapitana, i wszyscy się w niej stłoczyliśmy. Opadliśmy na kanapy, krzycząc jeden przez drugiego, oszołomiła nas bowiem świadomość odzyskania wolności. Dookoła stały skrzynie. Wilson, fałszywy kapelan, roztrzaskał jedną z nich i wyciągnął kilkanaście butelek sherry. Obtłukliśmy szyjki butelek, rozlaliśmy trunek do szklanek i właśnie byliśmy w środku zabawy, gdy w jednej chwili, bez żadnego ostrzeżenia, ogłuszył nas huk muszkietów, a pomieszczenie wypełnił tak gęsty dym, że nie widzieliśmy, co się dzieje po drugiej stronie stołu.

Kiedy dym się rozwiał, mesa wyglądała jak jedna wielka ruina. Wilson i ośmiu innych skazańców wili się na podłodze. Do tej pory robi mi się niedobrze, gdy przypomnę sobie krew wymieszaną z brązową sherry rozlaną na stole. Ten widok tak nas oszołomił, że chyba byśmy się poddali, gdyby nie Prendergast. Ryknął niczym zraniony buhaj i rzucił się do drzwi, a za nim wszyscy, którzy zostali przy życiu. Wybiegliśmy na zewnątrz, a tam, na rufie, stał porucznik i jego dziesięciu ludzi. Świetliki nad stołem w mesie były nieco uchylone, a oni do nas przez nie strzelali. Podbiegliśmy do nich, zanim zdążyli przeładować broń; choć walczyli jak mężczyźni, mieliśmy nad nimi przewagę, i po pięciu minutach walka dobiegła końca. Mój Boże! Nigdy wcześniej nie widziałem takiej jatki! Prendergast szalał niczym wcielony diabeł, chwytał żołnierzy, jakby byli dziećmi, i ciskał ich za burtę, żywych czy martwych. Był tam bardzo ciężko ranny sierżant, który ciągle płynął przed siebie i przez zaskakująco długi czas utrzymywał się na powierzchni, dopóki ktoś z litości nie przestrzelił mu głowy.

Gdy walka dobiegła końca, przy życiu nie pozostał żaden z naszych przeciwników oprócz strażników, matów i doktora. To właśnie oni stali się przyczyną wielkiej kłótni, jaka się rozpętała. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że odzyskaliśmy wolność, jednak nie chcieliśmy mieć na sumieniu dalszych morderstw. Zabijać uzbrojonych w muszkiety żołnierzy to jedno, ale stać obok i patrzeć, jak z zimną krwią morduje się ludzi, to zupełnie coś innego. Ośmiu z nas, pięciu skazańców i trzech marynarzy, stwierdziło, że nie zamierzamy brać w tym udziału. Nic jednak nie było w stanie przekonać Prendergasta i tych, którzy byli po jego stronie. Twierdził, że możemy czuć się bezpiecznie tylko wówczas, gdy ukończymy tę brudną robotę, i oświadczył, że nie zamierza pozostawić przy życiu nikogo, kto mógłby zjawić się w sądzie. O mały włos nie podzieliliśmy losu naszych jeńców, w końcu jednak Prendergast oświadczył, że jeśli chcemy, możemy wziąć szalupę i odpłynąć.

Przyjęliśmy tę propozycję z wielką ulgą, bo robiło nam się już słabo od tej krwi, i dobrze wiedzieliśmy, że nim to wszystko się skończy, sytuacja znacznie się pogorszy. Każdy z nas dostał marynarskie ubranie, a do łodzi wrzucono beczułkę wody, dwie baryłki – jedną z prowiantem, a drugą z sucharami – oraz kompas. Prendergast dał nam też mapę, nakazując, że mamy mówić, iż jesteśmy rozbitkami ze statku, który zatonął na piętnastym stopniu szerokości północnej i dwudziestym stopniu długości zachodniej, a potem przeciął linę i pozwolił nam odpłynąć.

A teraz, mój drogi synu, dochodzę do najbardziej zaskakującej części mojej historii. Marynarze podciągnęli na czas walki żagiel na fokrei, ale teraz, gdy odpływaliśmy, znów go opuścili, i brygantyna zaczęła się od nas oddalać, ponieważ z północnego wschodu powiał lekki wiatr. Nasza łódź unosiła się i opadała na ogromnych falach, a Evans i ja, jako najbardziej wykształceni z całej jej załogi, siedzieliśmy nad mapami, ustalając naszą pozycję i rozważając, do którego brzegu należy się skierować. Nie było to łatwe zadanie, bo Zielony Przylądek znajdował się jakieś pięćset mil na północ od nas, zaś wybrzeże Afryki – mniej więcej siedemset mil na wschód. A ponieważ wiatr wiał w kierunku północnym, doszliśmy do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie żeglowanie w kierunku Sierra Leone, i w tamtą stronę się skierowaliśmy. Tymczasem brygantyna znikała już prawie po naszej sterburcie. Gdy na nią patrzyliśmy, ujrzeliśmy nagle chmurę czarnego dymu, wyrastającą nad linią horyzontu niczym monstrualne drzewo. Chwilę później do naszych uszu dobiegł huk, głośny niczym uderzenie pioruna, a gdy dym się nieco rozwiał, nie pozostał nawet ślad po „Glorii Scott”. W jednej chwili zawróciliśmy naszą łódź i z całych sił popłynęliśmy do miejsca katastrofy, o której świadczyły wciąż unoszące się na wodzie pozostałości.

Nim dotarliśmy na miejsce, upłynęła cała godzina, zaczęliśmy więc się obawiać, że przybyliśmy za późno, by kogokolwiek uratować. Roztrzaskana szalupa, parę skrzyń i drewniane fragmenty omasztowania unoszące się i opadające na falach wskazały nam miejsce, gdzie zatonął statek. Nie dostrzegliśmy ani śladu życia, więc zrozpaczeni zawróciliśmy. Wtedy jednak usłyszeliśmy wołanie o pomoc i w pewnej odległości dostrzegliśmy fragment wraku, którego kurczowo trzymał się jakiś mężczyzna. Gdy wciągnęliśmy go na pokład szalupy, okazało się, że to młody marynarz o nazwisku Hudson, tak poparzony i wyczerpany, że aż do następnego poranka nie był w stanie opowiedzieć nam, co się stało.

Przypuszczam, że po tym jak odpłynęliśmy, Prendergast i jego banda zaczęli zabijać pozostałych przy życiu jeńców. Najpierw zastrzelili dwóch strażników i wyrzucili ich ciała za burtę. Podobny los spotkał też trzeciego mata. Potem Prendergast zszedł na międzypokład i własnymi rękoma poderżnął gardło biednemu lekarzowi. Kiedy pierwszy mat, odważny i energiczny człowiek, zobaczył zbliżającego się do niego skazańca z zakrwawionym nożem w ręce, uwolnił się z więzów, które jakimś cudem udało mu się poluzować, rzucił się biegiem przez pokład i wskoczył do pomieszczeń na rufie. Dwunastu więźniów z pistoletami w rękach znalazło go z pudełkiem zapałek w dłoni siedzącego nad otwartą beczką prochu, jedną ze stu przewożonych na pokładzie. Krzyknął, że jeśli ktokolwiek spróbuje mu coś zrobić, wysadzi statek w powietrze. Chwilę później doszło do eksplozji, ale Hudson był przekonany, że spowodowała ją raczej jakaś zabłąkana kula któregoś ze skazańców niż zapałka rzucona przez mata. W każdym razie niezależnie od prawdziwej przyczyny był to koniec „Glorii Scott” i całej tej hałastry, która ją przejęła.

Mój drogi chłopcze, tak pokrótce przedstawia się ta straszliwa historia, w którą byłem zamieszany. Następnego dnia wziął nas na pokład bryg „Hotspur” płynący do Australii, a jego kapitan bez problemu uwierzył, że jesteśmy rozbitkami, którym udało się przetrwać po zatonięciu statku pasażerskiego. Admiralicja doszła do wniosku, że „Gloria Scott” zaginęła gdzieś na morzu; jej prawdziwy los na zawsze pozostał tajemnicą. Po spokojnej podróży „Hotspur” wysadził nas w Sydney, gdzie obaj z Evansem zmieniliśmy nazwiska i udaliśmy się na złotonośne pola. Znaleźliśmy się w tłumie przybyszy z całego świata, dzięki czemu bez problemu zatraciliśmy naszą poprzednią tożsamość. Reszty nie muszę już opowiadać. Świetnie nam się powodziło, podróżowaliśmy po świecie, a potem powróciliśmy do Anglii jako zamożni mieszkańcy kolonii i nabyliśmy posiadłości ziemskie. Przez ponad dwadzieścia lat wiedliśmy spokojne i pożyteczne życie, mając nadzieję, że nasza przeszłość została na zawsze pogrzebana. Wyobraź więc sobie, co musiałem czuć, gdy ujrzałem tego marynarza, który do nas przyszedł. Natychmiast rozpoznałem w nim człowieka, którego uratowaliśmy z wraku. W jakiś sposób udało mu się nas wyśledzić i odnaleźć i postanowił sobie, że nas zastraszy. Teraz pojmujesz już pewnie, dlaczego starałem się go nie drażnić, i w pewnej mierze rozumiesz lęk, który mnie prześladuje od czasu, gdy Hudson zostawił mnie w spokoju i udał się z pogróżkami do swojej drugiej ofiary.

 

Poniżej napisano pismem tak chwiejnym, że ledwie można było je odczytać:

Beddoes napisał szyfrem, że H. wszystko wyśpiewał. Słodki Boże, zlituj się nad naszymi duszami!

 

Właśnie taką dramatyczną historię odczytałem tamtej nocy młodemu Trevorowi. Gdy mój druh ją usłyszał, był załamany. Wyjechał potem do Teraju, gdzie został plantatorem herbaty. Podobno dobrze mu się tam wiedzie. Jeśli chodzi o marynarza i Beddoesa, nie słyszano o nich więcej od dnia, w którym został wysłany list z ostrzeżeniem. Obaj zniknęli, zupełnie jakby rozpłynęli się w powietrzu. Nikt też nie złożył doniesienia na policji, a to oznacza, że Beddoes uznał pogróżkę Hudsona za czyn już dokonany. Ktoś widział Hudsona, jak kręcił się po okolicy, a policja podejrzewa, że musiał zabić Beddoesa i uciec. Jeśli o mnie chodzi, jestem przeświadczony, że było dokładnie na odwrót. Najprawdopodobniej to Beddoes, doprowadzony do ostateczności, pewny, że go zdradzono, zemścił się na Hudsonie, a następnie zbiegł z kraju, zabierając ze sobą tyle pieniędzy, ile udało mu się zgromadzić. Takie są fakty w tej sprawie, mój drogi Watsonie; jeśli więc uznasz, że warto je zamieścić w twojej kronice, są teraz do twojej dyspozycji. Zrób z nimi, co tylko zechcesz.

Rozdział piąty

 

Rytuał Musgrave’ów

 
 

Mój przyjaciel Sherlock Holmes miał niezwykle precyzyjny i usystematyzowany sposób myślenia; ubierał się raczej zwyczajnie i skromnie. Niemniej był jednym z najgorszych bałaganiarzy, jakiego kiedykolwiek poznałem. I bynajmniej nie chodzi o to, że moje przyzwyczajenia w tym względzie można by uznać za konwencjonalne. Trudy i niebezpieczeństwa pracy w Afganistanie, w połączeniu z moimi artystycznymi skłonnościami, sprawiły, że podchodzę do porządku znacznie swobodniej, niż przystoi lekarzowi. W moim przypadku istnieją pewne granice. Kiedy jednak widzę człowieka, który trzyma swoje cygara w koszu na węgiel, tytoń w czubku perskiego pantofla, a listy, na które jeszcze nie odpowiedział, przybija scyzorykiem do drewnianej półki nad kominkiem, zaczynam wierzyć, że sam jestem niezwykle pedantyczny. Zawsze byłem zdania, że ćwiczenia w strzelaniu z pistoletu odbywają się z reguły na wolnym powietrzu. Pewnego razu gdy Holmes znajdował się w tym dziwnym nastroju, w jaki od czasu do czasu popadał, zastałem go siedzącego w fotelu z palcem na spuście i setką naboi Boxera pod ręką. Strzelając na wprost, ozdabiał przeciwległą ścianę dziurami po kulach, które utworzyły litery V.R.2 tchnące patriotyzmem. Wierzcie mi, nie skorzystały na tym ani atmosfera, ani wygląd naszego pokoju.

W naszym mieszkaniu zawsze walało się mnóstwo chemikaliów i najróżniejszych przedmiotów związanych z przestępstwami, których rozwikłaniem zajmował się Holmes. Przedmioty te w jakiś niewytłumaczalny sposób odnajdywały się w nieprawdopodobnych miejscach, na przykład w maselniczce, albo gdzieś, gdzie jeszcze trudniej było się ich spodziewać. Najbardziej jednak drażniły mnie papierzyska. Holmesa przerażała myśl, że jego dokumenty – zwłaszcza te, które były związane z wcześniejszymi sprawami – mogą ulec zniszczeniu, jednak tylko raz w roku lub raz na dwa lata znajdował w sobie tyle energii, by je skatalogować i uporządkować. Zresztą, jak już gdzieś pisałem w tych dość chaotycznych wspomnieniach, po okresach przypływu ogromnej energii i pasji, kiedy to mój przyjaciel dokonywał swych największych czynów kojarzonych później z jego nazwiskiem, zawsze następowały w jego życiu stany apatii. Wówczas przez całe dnie leżał na sofie ze swoimi skrzypcami, otoczony stertami książek, i rzadko kiedy ruszał się z miejsca, a jeśli już, to co najwyżej po to, by podejść do stołu. W ten sposób papiery gromadziły się z miesiąca na miesiąc, aż w końcu każdy zakątek pokoju zawalony był stertami rękopisów, których pod żadnym pozorem nie można było spalić i których nikt nie miał prawa ruszyć z wyjątkiem ich właściciela. Pewnego zimowego wieczoru, kiedy razem siedzieliśmy przy kominku, zasugerowałem mu, żeby – gdy już skończy wklejać wycinki do swojej księgi złotych myśli – wykorzystał kolejne dwie godziny i trochę się postarał, aby w naszym mieszkaniu dało się żyć. Holmes nie mógł zaprzeczyć słuszności mojej prośby, więc z żałosną miną poszedł do sypialni, a po chwili wrócił, wlokąc wielkie blaszane pudło. Postawił je na podłodze pośrodku pokoju i, przysiadając przed nim na stołku, zdjął pokrywę. Zobaczyłem, że w jednej trzeciej zapełnione już było stosem papierów w postaci pakietów, powiązanych czerwoną taśmą.

– Sporo tutaj spraw, Watsonie – powiedział, patrząc na mnie z szelmowską miną. – Coś mi się wydaje, że gdybyś wiedział o wszystkim, co kryje się w tym pudle, błagałbyś mnie, bym kilka z nich stamtąd wyjął, zamiast wkładać kolejne do środka.

– A więc to są zapiski z twoich pierwszych spraw? – spytałem. – Już wiele razy pragnąłem sie do nich dorwać.

– Tak, mój drogi. Wszystko to zostało spisane wcześniej, jeszcze zanim pojawił się mój biograf, aby mnie uwiecznić – czule, jakby pieszczotliwie brał do rąk pakiet po pakiecie. – Nie są to świadectwa samych sukcesów, Watsonie – powiedział – ale zdarzały się wśród nich niezłe zagadki. Oto relacja dotycząca morderstw z Tarleton i sprawa Vamberry’ego, handlarza winem, oraz przygoda ze starą Rosjanką i dziwna sprawa kuli z aluminium. No i jeszcze pełne sprawozdanie o kulawym Ricolettim i jego paskudnej żonie. A tutaj... O, tutaj mamy coś, co naprawdę wymagało sporego wysiłku.

Włożył rękę do pudła, sięgając aż do jego dna, i wydobył z niego małą drewnianą szkatułkę z przesuwanym wiekiem, taką, w jakich dzieci trzymają zwykle swoje drobiazgi. Wyciągnął ze środka zmięty kawałek papieru, staroświecki mosiężny klucz, drewniany kołek z przymocowanym do niego kłębkiem sznurka i trzy stare, przeżarte rdzą metalowe krążki.

– No i co, mój drogi? Co o tym sądzisz? – spytał, uśmiechając się na widok mojej miny.

– To doprawdy przedziwna kolekcja.

– Niewątpliwie przedziwna, a związana z nią historia wyda ci się jeszcze dziwniejsza.

– A więc te przedmioty mają jakąś historię?

– Owszem, i to jaką! Można śmiało powiedzieć, że same stanowią historię.

– Co przez to rozumiesz?

Biorąc przedmioty do ręki, jeden po drugim, Sherlock Holmes ułożył je wzdłuż krawędzi stołu. Potem uniósł się z taboretu, usiadł wygodnie na krześle i przyglądał im się przez chwilę z błyskiem satysfakcji w oku.

– Te rzeczy tutaj – powiedział – to jedyne pamiątki, które przypominają mi o rytuale Musgrave’ów.

Już kilka razy słyszałem, jak wspominał o tej sprawie, nie sądziłem jednak, że kiedykolwiek uda mi się poznać szczegóły.

– Sprawiłbyś mi ogromną przyjemność – powiedziałem – gdybyś mi o tym opowiedział.

– I pozostawił śmieci tam, gdzie są? – zawołał z psotnym błyskiem w oku. – Bądź co bądź, Watsonie, twoje zamiłowanie do porządku zbytnio na tym nie ucierpi, ja zaś bardzo się ucieszę, jeśli dodasz tę sprawę do swoich pamiętników. Pewne aspekty czynią ją całkowicie wyjątkową w historii kryminologii, i to nie tylko w Anglii, lecz również – jak sądzę – w innych krajach. Lista moich osiągnięć z pewnością nie byłaby kompletna, gdyby nie znalazła się w niej relacja z tej tak bardzo dziwnej przygody.

Jak zapewne pamiętasz, to sprawa statku „Gloria Scott” i moja rozmowa z tym nieszczęsnym człowiekiem, którego losy streściłem, po raz pierwszy zwróciły moją uwagę na zawód detektywa, jaki miał się potem stać istotą mojego życia. Znasz mnie teraz, kiedy moje nazwisko stało się już rozpoznawalne, a zarówno policja, jak i opinia publiczna uznają mnie za ostatnią instancję w trudnych do rozwiązania przypadkach. Nawet kiedy mnie poznałeś, w czasach gdy zajmowałem się sprawą, którą upamiętniłeś jako „Studium w szkarłacie”, miałem już znaczne, choć niezbyt lukratywne osiągnięcia. W związku z tym nie zdajesz sobie pewnie sprawy, jak ciężko mi było na początku i jak długo musiałem czekać, nim zdołałem poczynić jakiekolwiek postępy w mojej profesji.

Gdy po raz pierwszy przyjechałem do Londynu, wynająłem kwaterę przy Montague Street, kilka kroków od British Museum. Tam czekałem na swoją szansę, wypełniając wolny czas, którego miałem w nadmiarze, zgłębianiem wszystkich dziedzin wiedzy, jakie mogłyby się przydać w mym fachu. Od czasu do czasu trafiały się jakieś sprawy, które podrzucali mi głównie byli koledzy ze studiów, bo w ostatnich latach, jakie spędziłem na uniwersytecie, zrobiło się dość głośno o mnie i o moich metodach. Trzecią z tych spraw był rytuał Musgrave’ów, i to właśnie dzięki zainteresowaniu, jakie wzbudził przedziwny łańcuch wydarzeń, oraz dzięki sprawom ogromnej wagi, których dotyczył, udało mi się uczynić pierwszy krok w kierunku zdobycia mojej obecnej pozycji.

Reginald Musgrave uczęszczał do tego samego college’u co ja; nawiązałem z nim luźną znajomość. Nie był zbyt lubiany przez innych studentów, choć zawsze odnosiłem wrażenie, że to, co uznawano za jego dumę, było raczej próbą ukrycia całkowitego braku pewności siebie. Szczupły, z zadartym nosem i wielkimi oczami sprawiał wrażenie arystokraty. Świadczył o tym również jego styl bycia. Faktycznie był potomkiem jednego z najstarszych rodów w królestwie, mimo że należał do linii, która wyodrębniła się z północnych Musgrave’ów mniej więcej około szesnastego wieku i objęła włości w zachodnim Sussex; dwór Hurlstone jest prawdopodobnie najstarszym zamieszkanym budynkiem w hrabstwie.

Patrząc na Reginalda, można było odnieść wrażenie, że uosabia miejsce, w którym się urodził. Zawsze gdy widziałem jego bladą bystrą twarz, sposób, w jaki trzymał głowę, przychodziły mi na myśl szare sklepienia, wielodzielne okna i ogólny widok tej szacownej wiekowej siedziby. Pamiętam, że rozmawialiśmy kilkakrotnie; wyrażał wówczas wielkie zainteresowanie moimi metodami obserwacji i wnioskowania.

Nie widziałem go przez cztery lata aż do dnia, gdy pewnego ranka wszedł do mojego pokoju przy Montague Street. Niewiele się zmienił. Był modnie ubrany (zawsze wyglądał jak dandys), zachował także ten sam spokojny uprzejmy sposób bycia, który wcześniej go wyróżniał.

– I jak ci się wiedzie, Musgrave? – spytałem, gdy już serdecznie uścisnęliśmy sobie dłonie.

– Pewnie słyszałeś o śmierci mojego biednego ojca – powiedział. – Pochowaliśmy go jakieś dwa lata temu. Od tego czasu musiałem oczywiście zarządzać posiadłością Hurlstone, a ponieważ jestem również posłem z mojego regionu, zostaje mi niewiele czasu dla siebie. Ty zaś, Holmesie, jak widać, postanowiłeś zrobić praktyczny użytek z tych zdolności, którymi niegdyś wprawiałeś mnie w osłupienie.

– Tak – odparłem. – Zdecydowałem się żyć z mojego intelektu.

– Ogromnie się cieszę, że to słyszę, bo w tej chwili twoja rada byłaby dla mnie nieoceniona. W Hurlstone dzieją się ostatnio dziwne rzeczy, a policji jak dotąd nie udało się niczego wyjaśnić. Doprawdy, to przedziwne i niewytłumaczalne zdarzenia.

Możesz sobie wyobrazić, Watsonie, jak uważnie go słuchałem, ponieważ szansa, na którą tak liczyłem przez wszystkie miesiące bezczynności, nagle znalazła się w zasięgu ręki. W głębi serca byłem przekonany, że powiedzie mi się tam, gdzie innym się nie udało, i że teraz będę miał możliwość się sprawdzić.

– Proszę, opowiedz o tym w szczegółach! – zaproponowałem.

Reginald Musgrave usiadł naprzeciwko mnie i zapalił papierosa, którym go poczęstowałem.

– Powinieneś wiedzieć, że choć sam jestem kawalerem, muszę utrzymywać w Hurlstone wielu służących. To stary wielki dom pełen zakamarków, i trzeba włożyć dużo wysiłku, żeby się nim zajmować. Muszę dbać o niezbędne naprawy, a w sezonie polowań na bażanty zazwyczaj zjeżdżają goście, dlatego posiadanie licznej służby jest konieczne. Mam łącznie osiem pokojówek, kucharza, kamerdynera, dwóch lokajów i chłopaka na posyłki. Oczywiście stajniami i ogrodem zajmuje się dodatkowy personel.

Spośród wszystkich tych osób najdłużej pracował u nas kamerdyner Brunton. Kiedy zatrudniał go mój ojciec, był jeszcze młodym nauczycielem, który nie mógł sobie znaleźć miejsca w świecie. Jego silny charakter i mnóstwo energii sprawiły, że szybko stał się dla nas kimś niezastąpionym. To rosły przystojny mężczyzna o pięknym wysokim czole; choć był z nami od dwudziestu lat, w tej chwili ma nie więcej niż czterdzieści. Mając na uwadze jego osobiste zalety i niezwykłe uzdolnienia – zna kilka języków i gra na niemal wszystkich instrumentach – zawsze się dziwiłem, że zadowala go takie stanowisko. Przypuszczam jednak, że Bruntonowi było po prostu wygodnie i brakowało mu motywacji, by dokonać w swym życiu jakichś zmian. Tak czy owak wszyscy nasi goście na zawsze zapamiętają kamerdynera z Hurlstone.

Ten wzór wszelakich cnót miał jednak pewną wadę. Był prawdziwym Don Juanem, a jak sobie zapewne wyobrażasz, dla człowieka jego pokroju nie trudno było o miłosne podboje w tym cichym wiejskim zakątku. Kiedy miał żonę, wszystko było w porządku, ale odkąd owdowiał, bezustannie przysparza nam kłopotów. Kilka miesięcy temu wszyscy mieliśmy nadzieję, że znów się ustatkuje, ponieważ zaręczył się z Rachel Howells, naszą drugą pokojówką. Potem jednak ją porzucił i wdał się w romans z Janet Tregellis, córką głównego leśniczego. Rachel, która, nawiasem mówiąc, jest bardzo dobrą dziewczyną, obdarzoną ognistym walijskim temperamentem, ciężko się rozchorowała na zapalenie opon mózgowych i teraz snuje się po domu, a raczej snuła się aż do wczoraj, niczym wspomnienie dawnej siebie. To był nasz pierwszy dramat w Hurlstone. Potem jednak zszedł na plan dalszy, pojawił się bowiem drugi problem, a całą sprawę poprzedziło zwolnienie Bruntona.

A oto jak do tego doszło. Wspominałem już, że kamerdyner był niezwykle inteligentnym człowiekiem, i to właśnie jego inteligencja doprowadziła go do zguby, ponieważ wygląda na to, iż zaczął nadmiernie ciekawić się sprawami, którymi nie powinien się interesować. Nie miałem pojęcia, jak bardzo się w to zaangażował, dopóki nadzwyczajny zbieg okoliczności nie otworzył mi oczu.

Wspominałem już, że dom jest pełen zakamarków. Pewnego dnia, w zeszłym tygodniu, a dokładniej mówiąc w czwartkową noc, nie mogłem zasnąć, gdyż byłem na tyle głupi, że po kolacji wypiłem filiżankę mocnej czarnej kawy. Kiedy o drugiej nad ranem wciąż jeszcze przewracałem się z boku na bok i przestałem wierzyć w to, że zasnę, wstałem, zapaliłem świecę i postanowiłem dokończyć pewną powieść. Książkę, jak się okazało, zostawiłem w sali bilardowej, włożyłem zatem szlafrok i poszedłem tam.

Żeby dojść do sali bilardowej, trzeba zejść piętro niżej, a następnie przejść korytarzem prowadzącym do biblioteki i zbrojowni. Nie wyobrażasz sobie, jak byłem zaskoczony, gdy w głębi korytarza dostrzegłem spoza uchylonych drzwi biblioteki migoczące światło. Osobiście zgasiłem tam lampę i zamknąłem drzwi, nim udałem się na spoczynek.

Rzecz jasna najpierw przyszło mi do głowy, że może to jacyś włamywacze. Ściany korytarzy w Hurlstone zdobi wiele trofeów i starej broni. Wybrałem sobie topór bojowy, a potem, odstawiwszy świecę, podkradłem się na palcach i zajrzałem przez uchylone drzwi.

W bibliotece znajdował się kamerdyner Brunton. Siedział w fotelu, trzymając na kolanie kartkę papieru, która wyglądał jak fragment mapy. Podparł ręką głowę, zagłębiony w rozmyślaniach. Stałem tak oniemiały ze zdumienia, obserwując go spoza kręgu światła. Cienka świeczka na brzegu stołu rzucała zaledwie słabe światło, było jednak na tyle jasno, że zauważyłem, iż był całkowicie ubrany. Nagle wstał z fotela, podszedł do komody stojącej z boku, przekręcił klucz i otworzył jedną z szuflad. Wyjął stamtąd jakiś papier, wrócił do swojego fotela, rozłożył ten papier na stole obok świeczki i zaczął niezwykle wnikliwie studiować. Byłem tak wzburzony, widząc, jak potajemnie czyta nasze rodowe dokumenty, że otworzyłem szeroko drzwi i zatrzymałem się na progu pokoju. Brunton podniósł wzrok i dostrzegł mnie. Z twarzą pobladłą z przerażenia skoczył na równe nogi i wsunął do kieszeni na piersi przypominający mapę dokument, któremu jeszcze przed chwilą tak uważnie się przyglądał.

– A więc to tak! – powiedziałem. – Tak nam odpłacasz za zaufanie, jakim cię obdarzyliśmy. Jutro masz opuścić ten dom!

Ukłonił się i z miną całkowicie zdruzgotanego człowieka bez słowa przemknął obok mnie. Świeczka nadal stała na stole, i w jej świetle spojrzałem na arkusz, który Brunton wyjął z komody. Ku mojemu zdumieniu nie było to nic ważnego, a jedynie kopia pytań i odpowiedzi dotyczących pewnego starego dziwacznego obrządku, zwanego rytuałem Musgrave’ów. To nasza rodowa ceremonia, w której od stuleci każdy Musgrave, wkraczający w wiek męski, musiał uczestniczyć. Ta rodzinna tradycja, podobnie jak nasze tarcze herbowe czy okrzyki bojowe, być może zainteresowałaby archeologa, ale nie ma absolutnie żadnego praktycznego zastosowania.

– Później jeszcze wrócimy do tego dokumentu – powiedziałem.

– Jeśli sądzisz, że to naprawdę konieczne – odparł z wahaniem w głosie. – Pozwól jednak, że opowiem ci, co było dalej. Zamknąłem komodę, używając klucza, który zostawił Brunton, i odwróciłem się, mając zamiar wyjść z biblioteki, lecz z zaskoczeniem odkryłem, że kamerdyner wrócił i stoi przede mną.

– Panie Musgrave, sir... – wykrztusił głosem ochrypłym z emocji. – Nie zniosę takiej hańby... Zawsze byłem dumny z tego, co robię w życiu, i taka hańba mnie zabije. Będzie pan miał moją śmierć na sumieniu... Na pewno tak się stanie, jeśli wpadnę w rozpacz. Gdy po tym, co się stało, nie chce mnie pan więcej widzieć, to, na Boga, proszę mi dać wypowiedzenie, a ja odejdę za miesiąc, tak jakby z własnej woli. To będę w stanie znieść, panie Musgrave... Ale nie przeżyję, jeśli pan mnie wyrzuci, i wszyscy ci, których tak dobrze znam i którzy znają mnie, dowiedzą się o tym.

– Nie zasługujesz na takie względy, Brunton – odparłem. – Postąpiłeś doprawdy haniebnie. Jednakże, skoro tak długo służyłeś naszej rodzinie, nie zamierzam cię publicznie kompromitować. Miesiąc to za długo. Wynieś się stąd za tydzień i podaj taki powód, jaki chcesz.

– Już za tydzień, sir? – zawołał zrozpaczonym głosem. – Za dwa tygodnie. Chociaż za dwa tygodnie!

– Tydzień – powtórzyłem. – I możesz uznać, że obszedłem się z tobą wyjątkowo łagodnie.

Wtedy kamerdyner, który sprawiał wrażenie przybitego, oddalił się z opuszczoną głową, ja zaś zgasiłem świecę i wróciłem do swego pokoju.

Przez kolejne dwa dni Brunton niezwykle sumiennie wykonywał swoje obowiązki. Nie czyniłem żadnych aluzji do tego, co się stało, i z pewnym zaciekawieniem czekałem, chcąc się przekonać, w jaki sposób zamierza ukryć swą hańbę. Jednak trzeciego dnia nie pojawił się po śniadaniu, tak jak to zazwyczaj czynił, abym udzielił mu instrukcji na cały dzień. Gdy wyszedłem z jadalni, natknąłem się na tę pokojówkę Rachel Howells. Już ci wspominałem, że dopiero co doszła do siebie po ciężkiej chorobie, a wyglądała tak blado i słabo, że zganiłem ją za to, że już przyszła do pracy.

– Powinnaś leżeć w łóżku – powiedziałem. – Wrócisz do swych obowiązków, kiedy dojdziesz do siebie.

Spojrzała na mnie z tak dziwnym wyrazem twarzy, iż zacząłem podejrzewać, że choroba uszkodziła jej mózg.

– Już nic mi nie jest, panie Musgrave – odpowiedziała.

– Zobaczymy, co na to powie lekarz – odparłem. – Teraz natychmiast przerwij pracę, a kiedy będziesz szła na dół, powiedz Bruntonowi, że chcę go widzieć.

– Kamerdyner odszedł – powiedziała.

– Odszedł? Dokąd odszedł?

– On odszedł. Nikt go nie widział. Nie ma go w jego pokoju. O tak, odszedł! Odszedł!

Gwałtownie oparła się plecami o ścianę i wybuchnęła histerycznym śmiechem; przerażony tą nagłą reakcją, popędziłem, aby przywołać dzwonkiem pomoc.

Wrzeszczącą i szlochającą dziewczynę zaprowadzono do jej pokoju, ja natomiast próbowałem znaleźć Bruntona. Nie było żadnych wątpliwości co do tego, że zniknął. Nocą w jego łóżku nikt nie spał. Nikt go też nie widział, odkąd poprzedniego wieczoru udał się na spoczynek. A jednak trudno było ustalić, w jaki sposób opuścił dom, bo rano wszystkie okna i drzwi były pozamykane od wewnątrz. W pokoju zostały jego ubrania, zegarek, a nawet pieniądze. Brakowało tylko czarnego garnituru, który zazwyczaj nosił. Zniknęły również jego pantofle, zostawił natomiast buty. A więc dokąd w samym środku nocy mógł się udać kamerdyner Brunton, i co takiego mogło się z nim teraz dziać?

Oczywiście przeszukaliśmy dom od piwnicy aż po strych, nie znaleźliśmy jednak niczego, nawet najmniejszego śladu. Jak już mówiłem, ten stary dom to prawdziwy labirynt, zwłaszcza jego najstarsze skrzydło, w którym obecnie nikt nie mieszka. Przetrząsnęliśmy i tam każde pomieszczenie i piwnice, ale nie natknęliśmy się na żaden ślad zaginionego. Wydawało mi się niemożliwe, by Brunton mógł odejść, zostawiając cały swój dobytek, a z drugiej strony, gdzież mógł się podziać?

Wezwałem miejscową policję, nic to jednak nie dało. Poprzedniej nocy padał deszcz, i grunt był mokry. Obejrzeliśmy dokładnie trawnik i wszystkie ścieżki wokół domu, lecz na próżno.

Tak właśnie miały się sprawy, kiedy nowe wydarzenia spowodowały, że rozwiązanie tej pierwszej zagadki odeszło na plan dalszy.

Przez dwa dni Rachel Howells była tak ciężko chora – na przemian majaczyła i dostawała ataków histerii – że trzeba było zatrudnić pielęgniarkę, która czuwała nad nią w nocy. Trzeciej nocy po zniknięciu Bruntona pielęgniarka, przekonawszy się, że jej pacjentka spokojnie śpi, zdrzemnęła się w fotelu. Gdy obudziła się nad ranem, odkryła, że łóżko jest puste, okno otwarte, i nigdzie nie ma ani śladu chorej. Natychmiast mnie obudzono, i wraz z dwoma lokajami ruszyłem niezwłocznie na poszukiwania zaginionej dziewczyny. Nietrudno było ustalić kierunek, w którym się udała, bo ślady prowadziły spod samego okna przez trawnik na brzeg jeziora, gdzie znikały przy żwirowanej dróżce prowadzącej poza teren posiadłości. Jezioro ma w tym miejscu osiem stóp głębokości, i wyobrażasz sobie zapewne, co czuliśmy, widząc, że ślady tej biednej obłąkanej dziewczyny urywały się nad jego brzegiem.

Oczywiście od razu chwyciliśmy za drągi i rozpoczęliśmy poszukiwania zwłok, nie natrafiliśmy jednak na ciało. Wyciągnęliśmy natomiast na powierzchnię coś zupełnie nieoczekiwanego. Była to płócienna torba zawierająca mnóstwo starych zardzewiałych i odbarwionych metalowych krążków oraz kilka matowych kamyków i kawałków szkła. To przedziwne znalezisko było wszystkim, co wyłowiliśmy z jeziora, i choć wczoraj szukaliśmy dziewczyny, przetrząsnąwszy wszystko dookoła, nie natrafiliśmy na żaden ślad Rachel Howells ani Richarda Bruntona. Policja z hrabstwa odchodzi już od zmysłów, dlatego teraz zwracam się do ciebie, jesteś moją ostatnią deską ratunku.

Wyobrażasz sobie zapewne, Watsonie, jak skwapliwie słuchałem opowieści o tym przedziwnym ciągu zdarzeń. Próbowałem je do siebie dopasować i znaleźć jakiś wspólny motyw, który mógłby je wszystkie połączyć. Kamerdyner przepadł. Dziewczyna przepadła. Dziewczyna kochała kamerdynera, później jednak miała powody, aby go znienawidzić. W jej żyłach płynęła namiętna, ognista walijska krew. Była strasznie wzburzona bezpośrednio po zniknięciu Bruntona. Wrzuciła do jeziora torbę z jakąś dziwną zawartością. Wszystkie te okoliczności należało wziąć pod uwagę, a jednak żaden z nich nie wyjaśniał sedna sprawy. Co zapoczątkowało tę historię? Tam właśnie znajdował się koniec tej splątanej nici.

– Muszę zobaczyć ten dokument, Musgrave – powiedziałem. – Ten, do którego twój kamerdyner tak bardzo chciał zajrzeć, mimo że ryzykował utratą posady.

– Ech, ten nasz rytuał... Jest dość absurdalny – odparł. – Na jego usprawiedliwienie można powiedzieć tylko tyle, że jest strasznie stary. Mam tutaj kopię pytań i odpowiedzi, skoro chcesz rzucić na nie okiem.

Podał mi ten arkusz papieru, który trzymam teraz przed sobą. Watsonie, to jest właśnie ów przedziwny katechizm, któremu musiał się podporządkować każdy Musgrave, kiedy dorastał i stawał się dziedzicem posiadłości. Odczytam ci pytania i odpowiedzi, tak jak je spisano.

– Do kogo to należało?

– Do tego, który odszedł.

– Kto to otrzyma?

– Ten, który nadejdzie.

– Gdzie było słońce?

– Było nad dębem.

– Gdzie był cień?

– Był pod wiązem.

– Jak stawiano kroki?

– Na północ dziesięć i dziesięć, na wschód pięć i pięć, na południe dwa i dwa, na zachód jeden i jeden i poniżej.

– Co za to oddamy?

– Wszystko co nasze.

– Dlaczego mamy to oddać?

– Przez wzgląd na zaufanie.

 

– Na oryginale nie było daty, ale wnosząc z pisowni, pochodzi z połowy siedemnastego wieku – zauważył Musgrave. – Obawiam się jednak, że ten stary dokument niewiele ci pomoże w rozwiązaniu zagadki.

– Przynajmniej – odparłem – otwiera nam drogę do kolejnej, i to nawet ciekawszej niż ta pierwsza. Niewykluczone, iż okaże się, że rozwiązanie jednej zagadki będzie też rozwiązaniem drugiej. Wybacz mi to, co powiem, Musgrave, ale odnoszę wrażenie, że wasz kamerdyner był niezwykle bystrym człowiekiem i rozumiał ten rytuał lepiej niż dziesięć pokoleń jego panów.

– Ledwie za tobą nadążam – stwierdził Musgrave. – Wydaje mi się, że ten papier nie ma żadnego praktycznego znaczenia.

– No cóż, mnie zaś wydaje się niezwykle praktyczny, i ośmielę się stwierdzić, że Brunton podzielał ten sam pogląd. Prawdopodobnie widział już ten dokument wcześniej, nim przyłapałeś go tamtej nocy.

– To bardzo możliwe. Nigdy go nie ukrywaliśmy.

– Sądzę, że chciał po prostu odświeżyć sobie pamięć. Jak rozumiem, miał jakąś mapę, którą porównywał z manuskryptem, i wetknął do kieszeni, kiedy się zjawiłeś.

– To prawda. Ale co on mógł mieć wspólnego z naszym starym rodzinnym zwyczajem, i co oznaczają całe te podchody?

– Jestem przekonany, że bez trudu uda nam się to ustalić – odparłem. – Za twoim pozwoleniem, wsiądziemy w pierwszy pociąg do Sussex. Na miejscu zbadamy tę sprawę dokładnie.

Jeszcze tego samego popołudnia dotarliśmy do Hurlstone. Prawdopodobnie widziałeś zdjęcia i czytałeś opisy tej słynnej starej budowli, ograniczę więc swoją relację do przypomnienia, że wzniesiono ją na planie litery L, której dłuższe ramię stanowi nowoczesne skrzydło, krótsze zaś jest najstarszą częścią budowli. Nad niskimi drzwiami z ciężkim nadprożem, pośrodku starej części, wyryto dłutem datę „1607”, eksperci jednak są zgodni co do tego, że belki nośne i mury są w rzeczywistości znacznie starsze. Ponieważ w tej części budynku ściany są niezwykle grube, a okna maleńkie, w ubiegłym stuleciu członkowie rodu zdecydowali, że wybudują nowe skrzydło; stare miało być użytkowane – o ile w ogóle – jako magazyn i piwnice. Dom otoczony jest wspaniałym parkiem z pięknymi starymi drzewami. Nieopodal alejki leży jezioro, o którym wspominał Reginald, oddalone jakieś dwieście jardów od budynku.

Do tego czasu byłem już przekonany, Watsonie, że nie mieliśmy tu do czynienia z trzema odrębnymi tajemnicami, lecz tylko z jedną, i że jeśli uda mi się właściwie odczytać rytuał Musgrave’ów, natrafię na trop, dzięki któremu poznam prawdę o kamerdynerze Bruntonie i pokojówce Howells. Na tym więc skupiłem całą swoją energię. Dlaczego kamerdyner tak bardzo chciał zapamiętać tę starą ceremonię? Najwyraźniej dlatego, że dostrzegł w niej coś, co umknęło wszystkim pokoleniom dziedziców, i ze znajomości czego spodziewał się uzyskać jakieś osobiste korzyści. Czym w takim razie był ten rytuał i w jaki sposób wpłynął on na los Bruntona?

Po przeczytaniu manuskryptu stało się dla mnie całkowicie jasne, że wszystkie te liczby muszą się odnosić do jakiegoś miejsca, do którego czyniono aluzje w pozostałej części dokumentu, i że jeśli uda nam się to miejsce odnaleźć, będziemy już na dobrej drodze do odkrycia, jaki sekret dawni Musgrave’owie postanowili uwiecznić w tak dziwaczny sposób. Na początek mieliśmy dwa punkty odniesienia: dąb oraz wiąz. Jeśli chodzi o dąb, nie mogło tu być żadnych wątpliwości. Tuż przed domem, po lewej stronie podjazdu, stał prawdziwy patriarcha wśród dębów, jedno z najdostojniejszych drzew, jakie kiedykolwiek widziałem.

– Z pewnością stał tu już wówczas, gdy spisywano ten rytuał – powiedziałem, gdy go mijaliśmy.

– Najprawdopodobniej był tutaj już za czasów normańskiej inwazji – odparł Musgrave. – Ma w obwodzie dwadzieścia trzy stopy.

– A są tu jakieś stare wiązy? – spytałem.

– Tam dalej rósł kiedyś bardzo stary wiąz, ale dziesięć lat temu uderzył w niego piorun i musieliśmy go wyciąć.

– Czy widać jeszcze, gdzie kiedyś stał?

– O tak.

– I nie ma innych wiązów?

– Nie ma żadnych starych, jest za to mnóstwo buków.

– Chciałbym zobaczyć, gdzie rósł.

Podjechaliśmy tam dwukółką, a mój klient natychmiast, jeszcze zanim weszliśmy do domu, zaprowadził mnie do karpy na trawniku w miejscu, gdzie rósł niegdyś wiąz. Było to prawie w połowie drogi pomiędzy dębem a domem. Wyglądało na to, że moje śledztwo posuwa się naprzód.

– Przypuszczam, że nie sposób teraz stwierdzić, jak wysoki był ten wiąz? – spytałem.

– Mogę ci powiedzieć. Miał sześćdziesiąt cztery stopy wysokości.

– Jakim cudem znasz jego wysokość? – spytałem zaskoczony.

– Gdy mój stary guwerner zadawał mi ćwiczenia z trygonometrii, zawsze chodziło w nich o pomiar wysokości. Kiedy byłem młodzieńcem, musiałem obliczać wysokość każdego drzewa i każdego budynku na terenie posiadłości.

Nieoczekiwanie uśmiechnęło się do nas szczęście. Zbierałem informacje szybciej, niż mógłbym na to liczyć.

– A powiedz mi – zapytałem – czy twój kamerdyner kiedykolwiek zadał ci takie pytanie?

Reginald Musgrave spojrzał na mnie zaskoczony.

– Teraz, kiedy o tym myślę... – odparł. – Tak. Jakieś parę miesięcy temu Brunton zapytał mnie o wysokość tego drzewa. Chodziło o jakąś nieistotną sprzeczkę ze stajennym.

– Były to doskonałe wieści, Watsonie, bo dzięki temu wiedziałem już, że jestem na właściwym tropie. Spojrzałem w górę na słońce i obliczyłem, że za niecałą godzinę znajdzie się tuż ponad najwyższymi gałęziami starego dębu. Wówczas spełniony miał być jeden z warunków wymienionych w rytuale. Natomiast cień wiązu musi oznaczać najdalszy punkt cienia, bo w przeciwnym razie jako wskazówkę wybrano by pień. Musiałem się więc dowiedzieć, gdzie kończyłby się najdalszy kraniec cienia wiązu, gdy słońce stało tuż nad dębem.

– To nie było chyba łatwe zadanie, Holmesie, bo przecież wiązu już tam nie było.

– Cóż, przynajmniej wiedziałem, że skoro Brunton był w stanie to zmierzyć, to mnie też się uda. Poza tym tak naprawdę nie było to wcale takie trudne. Poszliśmy z Musgrave’em do jego gabinetu. Ja wystrugałem sobie ten kołek i przywiązałem do niego długi sznurek z węzłami w odstępach jednego jarda. Potem wziąłem długą wędkę mierzącą około sześciu stóp i udałem się z moim klientem na miejsce, gdzie rósł kiedyś wiąz. Słońce ocierało się właśnie o wierzchołek dębu. Przytwierdziłem wędkę, wyznaczyłem kierunek padania cienia, a następnie go zmierzyłem. Był długi na dziewięć stóp.

Oczywiście teraz obliczenia były już proste. Skoro wędka długości sześciu stóp rzucała cień długi na dziewięć stóp, drzewo mające sześćdziesiąt cztery stopy wysokości rzucałoby cień długi na dziewięćdziesiąt sześć stóp, i naturalnie cienie te leżałyby na tej samej linii. Zmierzyłem tę odległość, docierając niemal do ściany domu, i w tym miejscu wbiłem kołek. Wyobraź sobie, jaki byłem podekscytowany, gdy w odległości dwóch cali od mojego kołka spostrzegłem lejkowate zagłębienie w ziemi. To musiał być ślad po pomiarach poczynionych przez Bruntona, wiedziałem, że wciąż jestem na jego tropie.

Gdy uzyskałem w ten sposób punkt odniesienia, zacząłem odmierzać kroki, sprawdziwszy najpierw główne kierunki na moim kieszonkowym kompasie. Dziesięć par kroków na północ poprowadziło mnie wzdłuż ściany budynku, a wtedy znów oznaczyłem to miejsce kołkiem. Potem starannie odmierzyłem pięć kroków na wschód i dwa kroki na południe. Dotarłem w ten sposób do progu starych drzwi. Dwa kroki na zachód oznaczały, że mam przekroczyć próg i przejść po kamiennych płytach. I to właśnie było miejsce, które określał tekst rytuału.

Nigdy w życiu nie byłem tak strasznie rozczarowany, Watsonie. To było niczym zimny prysznic. Przez chwilę wydawało mi się, że musiałem popełnić jakiś kardynalny błąd w moich obliczeniach. Zachodzące słońce zalewało światłem podłogę przejścia, i wyraźnie ujrzałem, że stare, wytarte szare kamienie, którymi je wyłożono, ściśle do siebie przylegały, i z całą pewnością od wielu, wielu lat nikt ich nie przesuwał. Brunton niczego tutaj nie dotykał. Ostukałem podłogę, ale dźwięk był wszędzie taki sam, i nic nie świadczyło o obecności jakiejś szczeliny czy pęknięcia. Na szczęście jednak Musgrave, który zaczął już dostrzegać sens mojego postępowania i był teraz tak samo podniecony jak ja, wyjął swój manuskrypt, żeby sprawdzić moje obliczenia.

– ...i poniżej! – zawołał. – Opuściłeś „i poniżej”!

Do tej pory myślałem, że oznacza to, iż w tym miejscu należy kopać, teraz jednak, oczywiście, natychmiast się zorientowałem, że byłem w błędzie.

– A więc tu niżej jest piwnica? – zawołałem.

– Tak, stara jak cały ten dom. Tędy, tymi drzwiami!

Zeszliśmy na dół po krętych kamiennych schodach. Mój towarzysz zapalił zapałką dużą latarnię stojącą na beczce w rogu. W jednej chwili stało się oczywistym, że wreszcie dotarliśmy we właściwe miejsce i że nie byliśmy jedynymi ludźmi, którzy ostatnio je odwiedzali.

Piwnicę wykorzystywano do przechowywania drewna, ale polana, które niegdyś leżały porozrzucane na podłodze, teraz zostały ułożone w stosy pod ścianą tak, by odsłonić przestrzeń pośrodku. I tam właśnie znajdowała się wielka i ciężka płyta kamienna z zardzewiałym żelaznym pierścieniem pośrodku, do którego przywiązany był gruby kraciasty szal.

– Na Jowisza! – zawołał mój klient. – To szal Bruntona! Mógłbym przysiąc, że widziałem, jak go nosił. Co ten łajdak tutaj robił?

Na moją prośbę wezwano kilku miejscowych policjantów. Gdy przybyli, spróbowaliśmy unieść kamienną płytę, ciągnąc za szal. Ledwie udało mi się ją poruszyć i tylko dzięki pomocy jednego z konstabli odsunąłem ją wreszcie na bok. Pod nami ział czarny otwór. Patrzyliśmy w niego wszyscy, podczas gdy Musgrave, klęcząc z boku, opuszczał w dół latarnię.

Pod nami znajdowało się małe pomieszczenie, głębokie na blisko siedem stóp i szerokie na cztery stopy. Z jednej strony stała ciężka drewniana skrzynia z mosiężnymi okuciami. Jej wieko było uniesione w górę, a z zamka wystawał ten oto dziwny, staroświecki klucz. Z zewnątrz pokrywała ją gruba warstwą kurzu. Najwyraźniej wilgoć i robactwo przeżarły się przez drewno, bo wnętrze skrzyni porastał siny grzyb. Na jej dnie leżało kilka porozrzucanych metalowych krążków, takich jak te, które widzisz – najwyraźniej były to stare monety. Poza tym nic więcej nie zawierała.

W tamtej chwili jednak nikt z nas nie patrzył na skrzynię, bo nasze oczy zwrócone były na skuloną przy niej sylwetkę. Był to odziany w czarny garnitur mężczyzna. Siedział na podłodze z podkurczonymi nogami, z czołem opartym o krawędź skrzyni, z ramionami obejmującymi jej boki. Posiniała twarz i jej zniekształcone rysy uniemożliwiały rozpoznanie ofiary. Gdy jednak wyciągnęliśmy ciało, jego wzrost, ubiór oraz włosy wystarczyły, by przekonać mojego klienta, iż faktycznie był to jego zaginiony kamerdyner. Nie żył już od kilku dni. Na jego ciele nie było widać żadnych ran ani stłuczeń świadczących o tym, w jaki sposób spotkał go ten straszliwy koniec. Wynieśliśmy ciało z piwnicy, ale nadal pozostał nam do rozwiązania problem, który był niemal równie skomplikowany jak ten, z którym już się uporaliśmy.

Zdradzę ci, Watsonie, że byłem dość rozczarowany wynikami mojego dotychczasowego śledztwa. Liczyłem na to, że wyjaśnię całą tę sprawę, gdy tylko znajdę miejsce opisywane w tekście rytuału. Teraz jednak, kiedy już je znałem, okazało się, że nie zbliżyłem się ani trochę do poznania prawdy o tym, co takiego ukryli tam dawni członkowie rodu, i to podejmując tak skomplikowane środki ostrożności. Wprawdzie udało mi się rzucić trochę światła na to, jaki los spotkał Bruntona, teraz jeszcze musiałem się dowiedzieć, w jaki sposób zginął i jaką rolę odgrywała w tej sprawie kobieta, która zniknęła. Przysiadłem na beczułce w rogu piwnicy i dokładnie przemyślałem sobie wszystko od początku.

Wiesz, jakie metody stosuję w takich sytuacjach, Watsonie. Stawiam się na miejscu takiego człowieka i, oceniwszy najpierw jego inteligencję, próbuję sobie wyobrazić, jak sam bym się zachował w takich okolicznościach. W tym przypadku kwestia była o tyle prosta, że Brunton był bardzo bystrym człowiekiem, nie musiałem więc wprowadzać żadnych korekt i poprawek – nie musiałem uwzględniać równania indywidualnego, jak nazywają to astronomowie. Ten człowiek wiedział, że ukryto coś cennego. Odnalazł to miejsce. Przekonał się jednak, że kamienna płyta stojąca mu na drodze była zbyt ciężka, by mógł ją sam przesunąć. Co miał robić? Nie mógł uzyskać pomocy z zewnątrz, nawet gdyby miał kogoś, komu ufał, bo wówczas musiałby odryglować drzwi do domu, narażając się na ryzyko wykrycia. Było więc dla niego o wiele lepszym rozwiązaniem znalezienie sobie pomocnika wśród mieszkańców. Kogo jednak mógł o to poprosić?

Ta dziewczyna kochała go kiedyś. Mężczyzna nie potrafi zdać sobie sprawę z faktu, że ostatecznie utracił miłość kobiety. Nie jest tego pewien, bez względu na to, jak źle ją traktował. Spróbował kilkakrotnie okazać Rachel Howells swoje względy, zawierając w ten sposób z nią pokój, a następnie uczynić z niej swoją wspólniczkę. Nocą zeszli razem do piwnicy i razem podnieśli płytę. Do tego momentu byłem w stanie prześledzić ich działania tak, jakbym był naocznym świadkiem.

Uniesienie tego kamienia musiało być dla złoczyńców bardzo ciężką pracą, zwłaszcza że Brunton miał do pomocy kobietę. Nawet dla mnie i krzepkiego policjanta z Sussex nie było to proste zadanie. Co w takim razie mogli zrobić, żeby je sobie ułatwić? Prawdopodobnie to, co ja sam również bym uczynił. Wstałem i dokładnie przyjrzałem się różnym polanom porozrzucanym na podłodze. Niemal natychmiast znalazłem to, co spodziewałem się znaleźć. Jedno z polan, długie mniej więcej na trzy stopy, miało wyraźne wgniecenie na jednym końcu, natomiast kilka innych było spłaszczonych przy krawędziach tak, jakby przycisnął je jakiś ogromny ciężar. Kiedy udało im się już unieść nieco płytę, wsunęli w szczelinę kawałki drewna, aż w końcu otwór zrobił się na tyle duży, by można się było przez niego wczołgać do środka. Podparli płytę polanem ustawionym na sztorc; ponieważ przyciskała je całym ciężarem do kamiennej podłogi, na jego końcu utworzyło się wgniecenie. Jak do tej pory poruszałem się po bezpiecznym gruncie.

W jaki jednak sposób miałem odtworzyć ten rozgrywający się w środku nocy dramat? Najwyraźniej tylko jedno z nich mogło się przecisnąć przez otwór, i uczynił to Brunton. Dziewczyna czekała na niego na górze. Brunton otworzył skrzynię, prawdopodobnie podał Rachel jej zawartość – ponieważ tego nie znaleźliśmy – a następnie... No właśnie. Co się zdarzyło później?

Czy kiedy zobaczyła mężczyznę, który ją skrzywdził – i to być może o wiele, wiele bardziej, niż podejrzewaliśmy – zdanego na jej łaskę i niełaskę, w namiętnej celtyckiej duszy tej kobiety tlący się płomyk zemsty przemienił się nagle w prawdziwy pożar? A może to był przypadek? Może polano wysunęło się samo, i kamienna płyta zamknęła Bruntona w pomieszczeniu, które miało się stać jego grobem? Czy dziewczyna była winna tylko tego, że nikomu nie wspomniała o jego losie? A może to jej ręka wytrąciła podpórkę i sprawiła, że kamienna płyta z łoskotem opadła w dół? Niezależnie od tego, jak było naprawdę, wydawało mi się, że widzę postać tej kobiety, ściskającej w dłoniach swój skarb, gdy w dzikim popłochu wbiegała po krętych schodach, a w jej uszach wciąż rozbrzmiewały stłumione krzyki i uderzenia dłoni w kamienną płytę, która przyczyniła się do pozbawienia życia jej niewiernego kochanka.

W tym właśnie krył się sekret jej pobladłej twarzy, zszarganych nerwów i napadów histerycznego śmiechu następnego ranka. Ale co było w skrzyni? I co z tym zrobiła? Oczywiście musiały to być te stare metalowe krążki i kamyki, które mój klient wyłowił z jeziora. Cisnęła je tam przy pierwszej okazji, aby zatrzeć ostatnie ślady swej zbrodni.

Przez dwadzieścia minut siedziałem tak bez ruchu, zastanawiając się nad całą sprawą. Musgrave wciąż stał obok z bardzo bladą twarzą, poruszając latarnią i zaglądając w otwór.

– To monety z czasów Karola I – powiedział, zbliżając do oczu kilka z tych, które pozostały w skrzyni. Widzisz, prawidłowo ustaliliśmy datę powstania rytuału.

– Możemy znaleźć coś jeszcze, co należało do Karola I! – zawołałem, bo wydało mi się, że nagle pojąłem znaczenie dwóch pierwszych pytań rytuału. – Pokaż mi, proszę, zawartość tej torby, którą wyciągnęliście ze stawu!

Poszliśmy na górę do jego gabinetu, gdzie Musgrave rozłożył przede mną wyłowione przedmioty. Gdy spojrzałem na nie, zrozumiałem, dlaczego uznał je za nieważne. Metal był niemal czarny, a kamienie – pozbawione połysku, matowe. Potarłem jeden z nich rękawem, a wtedy rozbłysnął niczym iskra w zagłębieniu mojej dłoni. Metalowa oprawa miała postać podwójnego pierścienia, była jednak tak pogięta i powykręcana, że w niczym nie przypominała swojej pierwotnej postaci.

– Musisz pamiętać o tym – powiedziałem – że rojaliści w Anglii skutecznie się bronili jeszcze po śmierci króla, a kiedy wreszcie postanowili ratować się ucieczką, prawdopodobnie zakopali najcenniejsze rzeczy w nadziei, że powrócą po nie w spokojniejszych czasach.

– Mój przodek sir Ralph Musgrave był ważnym stronnikiem Karola I w czasie wojny, później zaś stał się prawą ręką Karola II podczas jego tułaczki – rzekł mój przyjaciel.

– Och, doprawdy? – odparłem. – Cóż, sądzę, że jest to ostatnie ogniwo, którego szukaliśmy. Muszę ci pogratulować, że... choć w dość tragiczny sposób... wszedłeś w posiadanie pewnego artefaktu mającego ogromną wartość, a z pewnością jeszcze większe znaczenie historyczne.

– Co to jest w takim razie? – spytał zdumiony.

– To nic innego, jak dawna korona królów Anglii!

– Korona?!

– Właśnie. Przypomnij sobie, co mówi rytuał. Jak to szło? „Czyje to było? Tego, który odszedł”. To znaczy, że działo się to po egzekucji Karola. Następnie: „Kto to dostanie? Ten, który nadejdzie”. Chodziło o Karola II, którego nadejście już przewidywano. Moim zdaniem nie ma wątpliwości, że ten powykrzywiany i odkształcony diadem ozdabiał niegdyś głowy królewskiej rodziny Stuartów.

– A jak trafił do stawu?

– Odpowiedź na to pytanie zabierze nam trochę więcej czasu.

Przedstawiłem mu długi łańcuch rozumowania wraz ze wszystkimi moimi domniemaniami i dowodami. Nim skończyłem swoją opowieść, zapadł zmierzch, i na niebie ukazał się jasny księżyc.

– A jak to się stało, że po swym powrocie Karol nie odzyskał tej korony? – spytał Musgrave, odkładając przedmiot do płóciennej torby.

– No cóż, zwróciłeś teraz uwagę na sprawę, której prawdopodobnie nigdy nie uda nam się wyjaśnić. Zapewne było tak, że Musgrave, który znał sekret, w tym czasie zmarł, pozostawiwszy wskazówki swojemu potomkowi, ale nie objaśniwszy mu ich przedtem. Od tego dnia rytuał przekazywany był w twoim rodzie z ojca na syna, aż wreszcie dotarł do niego człowiek, który odkrył sekret rytuału, lecz stracił przy tym życie.

I oto cała historia rytuału Musgrave’ów, Watsonie. Nadal przechowują tę koronę w Hurlstone, choć nie obyło się bez kłopotów prawnych, i musieli zapłacić znaczną sumę, aby pozwolono im ją zatrzymać. Jestem pewien, że gdybyś powołał się na mnie, z radością by ci ją pokazali.

Co do tej kobiety, to słuch o niej zaginął. Prawdopodobnie udało jej się wydostać z Anglii i zbiec ze wspomnieniami o swej zbrodni do jakiegoś zamorskiego kraju.

2 V.R. – Victoria Regina, inicjały królowej Wiktorii.

Rozdział szósty

 

Zagadka z Reigate

 
 

Wydarzyło się to nieco wcześniej, nim mój przyjaciel Sherlock Holmes w pełni powrócił do zdrowia. Jego choroba była rezultatem wyczerpania, jakiego doznał po ogromnych wysiłkach wiosną 1887 roku. Sprawa Neverland-Sumatra Company i knowania barona Maupertuisa są jeszcze zbyt świeże w pamięci opinii publicznej i za bardzo związane z kręgami politycznymi i finansjerą, by mogły stanowić temat tego cyklu opowieści. W pośredni sposób doprowadziły one jednak do zaistnienia przedziwnej i złożonej zagadki, dając mojemu przyjacielowi szansę ukazania zalet nowej „broni” spośród wielu sposobów i metod, którymi przez całe życie posługiwał się, walcząc z przestępcami.

Zajrzałem do notatek i sprawdziłem, że w dniu 14 kwietnia otrzymałem telegram z Lyonu. Informowano mnie, że Holmes leży chory w hotelu „Dulong”. W ciągu dwudziestu czterech godzin byłem już przy nim i z ulgą odkryłem, że jego niedomagania nie są objawami żadnej poważnej choroby. Choć normalnie Holmes cieszył się żelaznym zdrowiem, załamało się ono pod wpływem trudów śledztwa ciągnącego się już od ponad dwóch miesięcy. W tym czasie nie zdarzało się właściwie, by pracował mniej niż piętnaście godzin dziennie, i jak mnie zapewniał, robił to często bez odpoczynku przez pięć dni z rzędu. Triumf, odniesiony z tak ogromnym wysiłkiem, okupiony został załamaniem nerwowym. I tak oto w czasie, gdy w całej Europie imię Holmesa było dosłownie na ustach wszystkich, a w jego pokoju wręcz brodziło się po kostki w telegramach z gratulacjami, odkryłem, że mój przyjaciel popadł w depresję najsilniejszą z możliwych. Nawet świadomość, że udało mu się dokonać tego, czego nie była w stanie zrobić policja trzech różnych państw, i że przechytrzył pod każdym względem największego oszusta w Europie, nie dawała mu dość siły, by podźwignąć się z choroby.

Trzy dni później wróciliśmy razem na Baker Street. Było jednak oczywiste, że mojemu przyjacielowi bardzo by się przydała jakaś zmiana. Była wiosna, więc mnie też ogromnie pociągała myśl o tygodniowym pobycie na wsi. Mój stary przyjaciel pułkownik Hayter, którego leczyłem kiedyś w Afganistanie, niedawno kupił dom niedaleko Reigate w Surrey i już wielokrotnie zapraszał mnie, bym go tam odwiedził. Podczas naszej ostatniej rozmowy zauważył też, że gdyby tylko mój przyjaciel zechciał przyjechać wraz ze mną, chętnie będzie gościł również jego. Rzuciłem na szalę wszystkie moje dyplomatyczne zdolności, i gdy tylko Holmes usłyszał, że nasz gospodarz jest kawalerem i że będzie mógł poczuć się u niego swobodnie, dał się przekonać do wyjazdu. W tydzień po naszym powrocie z Lyonu znaleźliśmy się w domu pułkownika. Hayter był starym wiarusem, widział kawał świata i wkrótce przekonał się, tak jak zresztą się spodziewałem, że Holmes i on mają ze sobą wiele wspólnego.

Wieczór w dniu naszego przyjazdu spędzaliśmy w zdobionym kolekcją broni saloniku. Holmes leżał, wygodnie rozciągnięty na sofie, podczas gdy Hayter prezentował mi swój skromny zbiór wschodniej broni.

– A tak, nawiasem mówiąc – powiedział nagle – chyba wezmę ze sobą na górę jeden z tych pistoletów, tak na wszelki wypadek.

– Na wszelki wypadek?

– Tak. Ostatnio mamy powody do obaw. U starego Actona, jednego z naszych miejscowych magnatów, w poniedziałek miało miejsce włamanie. Niby nie było żadnych wielkich strat, ale ci, którzy to zrobili, wciąż są na wolności.

– Nie znaleziono żadnego tropu? – spytał Holmes, zerkając na pułkownika.

– Jak do tej pory, jeszcze nie. To żadna wielka sprawa, jedno z takich naszych nieistotnych wiejskich przestępstw, które z pewnością muszą się wydawać zbyt błahe, by godne były pańskiej uwagi, panie Holmes. A zwłaszcza po wyjaśnieniu tej międzynarodowej afery.

Słysząc komplement, Holmes lekceważąco machnął ręką, lecz uśmiech na jego twarzy świadczył o tym, jak wielką sprawił mu on przyjemność.

– Czy było w tym włamaniu coś interesującego?

– Wydaje mi się, że nie. Złodzieje przetrząsnęli bibliotekę, ale ten wysiłek nie za bardzo im się opłacił. Całe pomieszczenie wywrócone zostało do góry nogami, powyrzucano zawartości szuflad i przetrząśnięto szafy, jednak wszystko, co zniknęło, to jeden tom Homera w tłumaczeniu Pope’a, dwa platerowane świeczniki, przycisk do papieru z kości słoniowej, mały dębowy barometr i kłębek sznurka.

– Cóż za niezwykły łup! – zawołałem.

– Och, najwidoczniej złodzieje zabrali po prostu to, co im wpadło w ręce.

Holmes odchrząknął, leżąc na sofie.

– Miejscowa policja powinna coś z tym zrobić – powiedział. – Cóż, to przecież oczywiste, że...

Podniosłem do góry palec w geście ostrzeżenia.

– Mój drogi przyjacielu, przyjechałeś tutaj, żeby wypocząć. Na litość boską, nie zaczynaj zajmować się nowym problemem, kiedy twoje nerwy wciąż jeszcze są w strzępach.

Holmes wzruszył ramionami, rzucając pułkownikowi zrezygnowane spojrzenie, po czym rozmowa zeszła na bezpieczniejsze tory.

Było mi jednak pisane, by wszystkie moje zawodowe wysiłki poszły na marne. Następnego bowiem ranka problem ten znów stanął na naszej drodze, i to w sposób, który nie pozwalał nam go zignorować, a nasza wizyta na wsi przybrała obrót, jakiego żaden z nas nie był w stanie przewidzieć. Siedzieliśmy właśnie przy śniadaniu, gdy do jadalni wpadł nagle kamerdyner pułkownika. Był czymś tak głęboko wzburzony, że zapomniał o wszelkich konwenansach.

– Słyszał pan już wieści, sir? – wysapał. – U Cunninghama, sir!

– Włamanie? – zawołał pułkownik, a filiżanka kawy, którą podnosił do ust, zastygła w pół drogi.

– Morderstwo!

Pułkownik gwizdnął.

– Na Jowisza! – krzyknął. – Kogo zabito? Sędziego pokoju czy jego syna?

– Żadnego z nich, sir. Zginął stangret William. Dostał kulę proste w serce i skonał na miejscu.

– Ale kto go zastrzelił?

– Włamywacz, sir. Uciekał potem, że aż się kurzyło, i udało mu się zbiec. Bezpośrednio przedtem musiał się włamać przez okno w spiżarni, a William, który go zaskoczył, zginął, broniąc własności swojego pana.

– Kiedy to się stało?

– Późno w nocy, sir. Mniej więcej około dwunastej.

– Och, w takim razie zajrzymy tam później – powiedział pułkownik, zabierając się znów ze spokojem do śniadania. – To paskudna sprawa – dodał po wyjściu kamerdynera. – Stary Cunningham jest w okolicy bardzo lubiany, a poza tym to wielce przyzwoity człowiek. Będzie zapewne załamany, bo ten stangret pracował u niego od wielu lat i był naprawdę dobrym służącym. Z pewnością zrobiły to te same łotry, które włamały się do Actona.

– I skradły te przedziwne przedmioty – powiedział z namysłem Holmes.

– Nie inaczej.

– Hmm. Może się to okazać najprostszą sprawą na świecie, niemniej na pierwszy rzut oka wydaje się niecodzienną, prawda? Należało by się spodziewać, że banda włamywaczy będzie się przemieszczać i zmieniać miejsca dokonywania swych przestępstw zamiast okradać domostwa położone w tej samej okolicy. Wczoraj wieczorem, gdy wspominał pan o podjęciu środków ostrożności, pamiętam, przyszło mi do głowy, że ta okolica jest prawdopodobnie ostatnią parafią w całej Anglii, na którą złodziej czy też złodzieje zwróciliby uwagę... Świadczy to o tym, że muszę się jeszcze wiele nauczyć.

– Przypuszczam, że to ktoś z miejscowych – powiedział pułkownik. – Posiadłości Actona i Cunninghama są tutaj zdecydowanie największe.

– A właściciele najbogatsi?

– Powinni takimi być. Jednak parę lat temu procesowali się ze sobą, i proces ten, jak sądzę, upuścił krwi im obu. Stary Acton ma roszczenia do połowy posiadłości Cunninghama, i prawnicy mieli przy rozstrzyganiu sporu pełne ręce roboty.

– Jeśli to jakiś miejscowy złodziej, to z ujęciem go nie powinno być zbyt dużo trudności – rzekł Holmes, ziewając. – Nie martw się, Watsonie, nie zamierzam się w to mieszać.

– Inspektor Forrester, sir – zapowiedział kamerdyner, z rozmachem otwierając drzwi.

Do pokoju wkroczył policjant, bystry młody mężczyzna o inteligentnej twarzy.

– Dzień dobry, pułkowniku – powiedział. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Usłyszeliśmy jednak, że jest tutaj pan Sherlock Holmes z Baker Street.

Pułkownik wskazał dłonią na mojego przyjaciela, inspektor natomiast ukłonił się.

– Pomyśleliśmy, że być może zechce pan nas odwiedzić, panie Holmes.

– Wygląda na to, że los ci nie sprzyja, Watsonie – rzekł Holmes ze śmiechem. – Właśnie rozmawialiśmy o tej sprawie, kiedy pan przyszedł, inspektorze. Może zechce nam pan podać parę szczegółów.

Gdy rozparł się na krześle w tej tak dobrze mi znanej, typowej dla niego pozie, wiedziałem już, że jego kuracja zostanie przerwana.

– Nie znaleźliśmy żadnego tropu w sprawie Actona. Teraz jednak zdobyliśmy sporo wskazówek, i nie ma wątpliwości, że w obu przypadkach sprawcą był ten sam człowiek. Widziano go.

– Ach tak!

– Tak, sir, bezpośrednio po tym, gdy padł strzał, który zabił biednego Williama Kirwana. Zabójca uciekał niczym sarna, ale starszy pan Cunningham widział go z okna sypialni, a pan Alec Cunningham – z korytarza na tyłach domu. Kiedy wszczęto alarm, była za piętnaście dwunasta. Pan Cunningham dopiero się położył, a pan Alec wyszedł ubrany w szlafrok, żeby zapalić papierosa. Obaj usłyszeli, jak stangret William woła o pomoc; pan Alec pobiegł na dół, żeby zobaczyć, co się stało. Tylne drzwi były otwarte; gdy zbiegł ze schodów, zobaczył dwóch mężczyzn walczących ze sobą na zewnątrz. Jeden z nich oddał strzał, drugi upadł, a wówczas bandyta pobiegł przez ogród i przeskoczył żywopłot. Pan Cunningham, wyglądając z okna sypialni, ujrzał go, gdy docierał do drogi, wkrótce potem zniknął mu z oczu. Ponieważ pan Alec zatrzymał się, żeby sprawdzić, czy może coś zrobić dla rannego stangreta, bandycie udało się zbiec. Nie mamy żadnych wskazówek pozwalających ustalić, kim mógł być. Wiemy jedynie, że był mężczyzną średniego wzrostu ubranym na ciemno. Prowadzimy jednak energiczne śledztwo, i jeśli tylko nie pochodzi z tych stron, wkrótce go odnajdziemy.

– Co ten William tam robił? Czy powiedział coś przed śmiercią?

– Ani słowa. Mieszkał w stróżówce wraz ze swoją matką i był bardzo oddany swemu panu. Sądzimy, że po prostu robił obchód domu, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Oczywiście, włamanie u Actona sprawiło, że wszyscy tutaj zaczęli się mieć na baczności. Rabuś musiał siłą otworzyć drzwi, bo zamek był wyłamany. Prawdopodobnie wtedy przyłapał go William.

– Czy William mówił coś swojej matce, zanim wyszedł?

– To bardzo stara kobieta, a ponadto głucha, i nie potrafimy od niej uzyskać żadnych informacji. Jest w szoku, pomieszało jej się w głowie, przypuszczam jednak, że nigdy nie była zbyt bystra. Ale jest jednak pewna ważna sprawa. Proszę spojrzeć na to!

Wyjął ze swojego notatnika mały świstek papieru i rozłożył na kolanie.

– Znaleziono go w zaciśniętych palcach zmarłego. Wygląda na skrawek oderwany od większego arkusza. Proszę zwrócić uwagę na fakt, że wymieniona tu godzina jest bardzo zbliżona do czasu, kiedy zamordowano tego biedaka. Myślę, że morderca wyrwał mu z rąk resztę kartki albo że to on sam urwał ten fragment z kartki trzymanej w ręku przez mordercę. Z treści wynika, że został ustalony termin spotkania.

Holmes wziął do ręki skrawek papieru, którego kopię załączam poniżej.

Za piętnaście dwunasta

dowiesz się wtedy

może

 

– Zakładając, że było to spotkanie umówione – ciągnął inspektor – można oczywiście wysnuć teorię, że William Kirwan, choć cieszył się reputacją uczciwego człowieka, w rzeczywistości był w zmowie ze złodziejem. Mógł się z nim tam spotkać, a nawet pomóc w sforsowaniu drzwi. Później mogli się pokłócić, co doprowadziło do użycia broni.

– Ta notatka jest wyjątkowo interesująca – powiedział Holmes, studiując tekst z wielką uwagą. – Ta sprawa jest o wiele poważniejsza i bardziej złożona, niż myślałem.

Podparł głowę rękoma, a inspektor uśmiechnął się, widząc, jakie wrażenie wywarła jego relacja na słynnym specjaliście z Londynu.

– Pańska ostatnia uwaga – rzekł wreszcie Holmes – co do możliwości współpracy pomiędzy włamywaczem i służącym oraz fakt, że posiadamy zapisek potwierdzający umówione być może spotkanie, to bardzo pomysłowe i całkiem realne przypuszczenie. Ale ten liścik otwiera...

Znów podparł głowę rękoma i przez kilka minut siedział nieruchomo, pogrążony we własnych myślach. Gdy znów uniósł głowę, z zaskoczeniem odkryłem, że jego policzki się zarumieniły, a w oczach pojawił się dawny błysk. Sprawiał wrażenie jakby nagle ozdrowiał. Zerwał się na równe nogi z całą swą dawną energią.

– Powiem panu coś – odezwał się. – Chciałbym spokojnie przyjrzeć się szczegółom tej sprawy. Jest w niej coś, co niesamowicie mnie zafascynowało. Jeśli pan pozwoli, pułkowniku, zostawię teraz pana i mojego przyjaciela Watsona i udam się z inspektorem, aby sprawdzić kilka moich przypuszczeń. Za pół godziny wrócę do panów.

Minęło jednak półtorej godziny, nim pojawił się inspektor. Był sam.

– Pan Holmes chodzi tam i z powrotem po polu – rzekł. – Chciałby, żebyśmy wszyscy we czwórkę pojechali do tego domu.

– Do pana Cunninghama?

– Tak, sir.

– Ale po co?

Inspektor wzruszył ramionami:

– Nie wiem, sir. Między nami mówiąc, sądzę, że pan Holmes jeszcze nie do końca doszedł do siebie po chorobie. Zachowuje się bardzo dziwnie i jest strasznie podniecony.

– Myślę, że nie powinien się pan o niego obawiać – powiedziałem. – Niemal zawsze przekonywałem się, że w jego szaleństwie tkwi jakaś metoda.

– Inni mogliby powiedzieć, że to raczej w jego metodzie tkwi jakieś szaleństwo – wymamrotał inspektor. – Ale pan Holmes nalegał, byśmy jak najszybciej do niego dołączyli, a więc najlepiej już chodźmy, pułkowniku, o ile jest pan gotów.

Zastaliśmy Holmesa przemierzającego pole. Chodził ze spuszczoną głową i rękoma wetkniętymi w kieszenie spodni.

– Ta sprawa robi się coraz ciekawsza – powiedział. – Watsonie, muszę przyznać, że ta twoja wycieczka na wieś staje się wyjątkowo udana. Przeżyłem doprawdy czarujący poranek.

– Jak rozumiem, był pan na miejscu zbrodni – powiedział pułkownik.

– Tak. Wraz z inspektorem przeprowadziliśmy też mały rekonesans.

– Udany?

– No cóż, widzieliśmy parę niezwykle interesujących rzeczy. Po drodze opowiem panu, co robiliśmy. Przede wszystkim widzieliśmy ciało tego biedaka. Rzeczywiście zastrzelono go z rewolweru, tak jak twierdzono.

– A więc miał pan co do tego jakieś wątpliwości?

– Najlepiej jest wszystko sprawdzić. Nasz trud nie poszedł zresztą na marne. Później przesłuchaliśmy pana Cunninghama oraz jego syna. Wskazali dokładnie miejsce, gdzie morderca podczas ucieczki przeskoczył przez żywopłot. Było to bardzo ciekawe.

– Oczywiście.

– Następnie spotkaliśmy się z matką tego biedaka. Niczego się jednak od niej nie mogliśmy dowiedzieć, bo jest bardzo stara i słaba.

– I co wynikło z pańskiego śledztwa?

– Przekonanie, że przestępstwo to jest doprawdy nietypowe. Być może teraz nasza wizyta trochę rozjaśni sprawę. Sądzę, inspektorze, że obaj jesteśmy zgodni co do tego, iż ten świstek papieru znaleziony w dłoni zmarłego, na którym widnieje dokładna godzina jego śmierci, ma tu ogromne znaczenie.

– Powinno to wskazać trop, panie Holmes.

– Ależ tak! Ktokolwiek napisał tę notatkę, sprawił, że William Kirwan wstał z łóżka o określonej godzinie. Ale gdzie może być reszta kartki?

– Dokładnie zbadałem grunt, mając nadzieję, że ją odnajdę – powiedział inspektor.

– Ten papier został wyrwany z dłoni zmarłego. Dlaczego komuś tak bardzo zależało, żeby go zdobyć? Ponieważ był dla niego obciążającym dowodem. A co by z nim zrobił? Najprawdopodobniej wsunąłby go do kieszeni, nawet nie zauważając, że w dłoni zmarłego został jeszcze jakiś mały skrawek. Jeśli uda nam się znaleźć resztę tej kartki, poczynimy ogromny krok w stronę rozwiązania tej tajemnicy.

– To prawda. Ale w jaki sposób przeszukamy kieszenie przestępcy, nie wiedząc, kto nim jest?

– No cóż... Warto się nad tym zastanowić. Ponadto jest jeszcze jedna oczywista kwestia. Ta notatka została Williamowi przysłana. Człowiek, który ją napisał, nie mógł z różnych względów jej dostarczyć. W przeciwnym razie przekazałby mu wiadomość osobiście. A w takim razie, kto mu doręczył tę notatkę? Może przesłano ją pocztą?

– Dowiadywałem się już o tym – rzekł inspektor. – William otrzymał list wczoraj popołudniową pocztą. Kopertę zniszczył.

– Doskonale! – zawołał Holmes, klepiąc inspektora po plecach. – A więc widział się pan z listonoszem. To prawdziwa przyjemność pracować z kimś takim jak pan. No cóż, oto i stróżówka, pułkowniku. Jeśli zechce pan udać się ze mną, pokażę panu miejsce zbrodni.

Minęliśmy ładny domek, w którym mieszkał zamordowany, i podeszliśmy obsadzaną dębami aleją do pięknego starego domu z czasów królowej Anny, na którego nadprożu widniała data bitwy pod Malplaquet. Holmes i inspektor poprowadzili nas wokół domu do bocznych drzwi. Od żywopłotu rosnącego przy drodze dzieliła nas część ogrodu. Przy kuchennych drzwiach stał konstabl.

– Proszę otworzyć drzwi, konstablu – rzekł do niego Holmes. – To właśnie na tych schodach stał młody pan Cunningham, gdy zobaczył dwóch walczących ze sobą mężczyzn. Dokładnie w tym miejscu, gdzie teraz stoimy. Stary pan Cunningham był przy oknie, tym drugim na lewo, i widział, jak człowiek ucieka, na lewo od tamtego krzaka. Pan Alec wybiegł i przyklęknął przy rannym. Jak panowie zauważyli, ziemia jest tu bardzo twarda i nie ma żadnych śladów, z których moglibyśmy coś wywnioskować.

Kiedy to mówił, zza rogu domu wyłoniło się dwóch mężczyzn, podążając ogrodową ścieżką. Jeden z nich był starszym człowiekiem o zdecydowanej, pobrużdżonej zmarszczkami twarzy i ciężkim spojrzeniu. Towarzyszył mu krzepki młodzieniec, którego bystra uśmiechnięta twarz i modny ubiór dziwnie kontrastowały z charakterem sprawy, która nas tu przywiodła.

– A więc nadal pan to bada, tak? – zwrócił się do Holmesa. – Myślałem, że wy, londyńczycy, nigdy się nie mylicie. Nie wydaje mi się, żeby aż tak szybko posuwał się pan naprzód.

– Musi mi pan dać trochę więcej czasu – odparł dobrodusznie Holmes.

– Będzie go pan potrzebował – odparł młody Alec Cunningham. – Ale jakoś nie widzę, abyśmy mieli już jakikolwiek trop.

– Jest tylko jeden – wtrącił inspektor. – Myślimy, że gdybyśmy tylko odnaleźli... Dobry boże, panie Holmes! Co się dzieje?!

Twarz mojego biednego przyjaciela przybrała nagle straszliwy wyraz. Przewrócił oczyma, a jego twarz wykrzywił potworny grymas; tłumiąc jęk, upadł na ziemię. Przerażeni tym nagłym silnym atakiem zanieśliśmy go do kuchni i ułożyli na dużym fotelu. Przez kilka minut ciężko oddychał. Wreszcie, ze wstydem przepraszając za swą słabość, ponownie wstał na nogi.

– Watson potwierdzi panom fakt, że dopiero co doszedłem do siebie po poważnej chorobie – wyjaśnił. – Miewam teraz takie nagłe ataki nerwowe.

– Odwieźć pana do domu moją dwukółką? – spytał starszy pan Cunningham.

– Nie, skoro już tu jestem, chciałbym się upewnić co do jednej sprawy. Z łatwością możemy to zweryfikować.

– A cóż to za sprawa?

– Całkiem możliwe, że ten biedak William zjawił się nie przed, lecz po dostaniu się włamywacza do domu. Wydaje mi się, iż uważacie panowie za pewnik, że choć drzwi zostały sforsowane, rabuś nigdy nie dostał się do środka.

– To chyba dość oczywiste – rzekł z powagą pan Cunningham. – Mój syn Alec jeszcze nie spał i na pewno by usłyszał, gdyby ktoś się tutaj kręcił.

– Gdzie pan wtedy był?

– Paliłem papierosa w garderobie – odpowiedział młodszy pan Cunningham.

– Które to okno?

– Ostatnie po lewej, przy sypialni ojca.

– Oczywiście, obaj panowie mieliście zapalone lampy?

– Ma się rozumieć.

– Coś mi się tu nie zgadza – rzekł Holmes z uśmiechem. – Czy to nie jest dziwne, że włamywacz, i to taki, który ma już nieco doświadczenia, umyślnie próbuje włamać się do domu wówczas, gdy światła jeszcze się palą, co oznacza, że mieszkańcy nie udali się na spoczynek? Musiał być bardzo pewien swoich umiejętności.

– Oczywiście, ale gdyby sprawa nie była tak dziwna, nie musielibyśmy prosić pana o to, by ją wyjaśnić – rzekł młody pan Alec. – Co do pańskich przypuszczeń, że ten człowiek obrabował dom, nim przyłapał go William, sądzę, że to wyjątkowo absurdalny pomysł. Czy w takim przypadku nie znaleźlibyśmy miejsca, w którym czegoś szukał, i nie zauważylibyśmy brakujących przedmiotów?

– To zależy od tego, co zabrał – rzekł Holmes. – Musi pan też pamiętać, że mamy do czynienia z włamywaczem, który jest bardzo dziwnym człowiekiem i wydaje się pracować według własnych zasad. Proszę zwrócić uwagę, jak specyficzne rzeczy ukradł z domu Actona. Co to było? Kłębek sznurka, przycisk do papierów, i już sam nie pamiętam jakie inne dziwne drobiazgi.

– No cóż, panie Holmes, zdajemy się na pana – rzekł stary Cunningham. – Z całą pewnością zrobimy wszystko, o co pan czy inspektor nas poprosicie.

– Przede wszystkim – rzekł Holmes – chciałbym, żebyście, panowie, wyznaczyli jakąś nagrodę. Prywatnie, bo drogą oficjalną może to zająć trochę czasu, nim uzgodniona zostanie odpowiednia suma. Jak wiemy, takich rzeczy nie załatwia się zbyt szybko. Napisałem tu panom w skrócie tekst stosownego ogłoszenia, jeśli nie mielibyście nic przeciwko temu, aby go podpisać. Uznałem, że pięćdziesiąt funtów w zupełności wystarczy.

– Z chęcią dałbym i pięćset – rzekł sędzia pokoju, biorąc kartkę papieru i ołówek z rąk Holmesa. – Ale to się przecież nie zgadza! – dodał, zerkając na dokument.

– Pisałem w pośpiechu.

– Proszę spojrzeć. Widzi pan? Zaczął pan tak: „Zważywszy, że mniej więcej za piętnaście pierwsza we wtorek w nocy dokonano próby... itd.”. Przecież w rzeczywistości była za piętnaście dwunasta!

Ten błąd sprawił mi przykrość, wiedziałem bowiem, jak musiał poczuć się Holmes, gdy uświadomiono mu takie przeoczenie. Zawsze przedstawiał fakty z najwyższą dokładnością, ale choroba najwyraźniej odcisnęła na nim piętno. Ten drobny incydent wystarczył, by mi pokazać, że mój przyjaciel bynajmniej nie doszedł jeszcze do siebie. Naturalnie, przez chwilę byłem zażenowany, inspektor uniósł ze zdziwienia brwi, a Alec Cunningham wybuchnął śmiechem. Starszy dżentelmen poprawił błąd i zwrócił kartkę z ogłoszeniem Holmesowi.

– Proszę to jak najszybciej przekazać do druku – powiedział. – Moim zdaniem, pański pomysł jest doskonały.

Holmes starannie schował kartkę papieru do portfela.

– A teraz – powiedział – sądzę, że naprawdę dobrze by było, gdybyśmy razem obeszli cały dom i upewnili się, czy ten chaotycznie działający włamywacz czegoś jednak nie zabrał.

Nim weszliśmy do środka, Holmes zbadał jeszcze sforsowane drzwi. Było oczywiste, że do zamka wepchnięto dłuto lub solidny nóż, aby go wyważyć. Spostrzegliśmy ślady na drewnianej framudze w miejscu, gdzie go wsunięto.

– A więc nie używacie panowie rygli? – spytał Holmes.

– Nie uważaliśmy tego za konieczne.

– I nie macie psa?

– Owszem, mamy. Ale jest na łańcuchu, po drugiej stronie domu.

– O której służący idą spać?

– Koło dziesiątej.

– Rozumiem, Williams o tej porze też zazwyczaj leżał już w łóżku?

– Tak.

– To bardzo dziwne, że tej właśnie nocy jeszcze się nie położył. A teraz byłbym wielce zobowiązany, panie Cunningham, gdyby, z łaski swojej, oprowadził nas pan po domu.

Przeszliśmy korytarzem wyłożonym kamiennymi płytami; skręcało się z niego do kuchni, a następnie drewnianymi schodami wchodziło się na pierwsze piętro. Korytarz kończył się na półpiętrze, naprzeciwko innych, bardziej ozdobnych schodów, wiodących z frontowego holu. Z tego półpiętra wchodziło się do salonu oraz do kilku sypialni, zajmowanych między innymi przez pana Cunninghama i jego syna. Holmes szedł powoli, pilnie zwracając uwagę na rozkład domu. Z wyrazu jego twarzy odczytałem, że znalazł gorący trop, jednak nie miałem zielonego pojęcia, w jaką stronę zmierzały jego domysły.

– Mój miły panie – rzekł nieco zniecierpliwionym tonem pan Cunningham. – To z całą pewnością niepotrzebne. Przy końcu schodów jest mój pokój, a sypialnia mojego syna znajduje się w głębi. Pozostawiam to pańskiej ocenie, czy złodziej mógł dotrzeć tutaj tak, abyśmy go nie usłyszeli.

– Sądzę, że musi pan spróbować jeszcze raz, żeby znaleźć jakiś nowy trop – odezwał się syn z dosyć złośliwym uśmieszkiem.

– A jednak muszę panów prosić, byście spełnili jeszcze jedną moją prośbę. Chciałbym zobaczyć, jak dobrze z okien sypialni widać miejsce przed domem. Rozumiem, że jest to sypialnia pańskiego syna – otworzył pchnięciem drzwi – a to, jak zakładam, garderoba, w której siedział, paląc papierosa, gdy wszczęto alarm. Co widać z jej okna?

Przeszedł przez sypialnię, otworzył drzwi i rozejrzał się w kolejnym pomieszczeniu.

– Mam nadzieję, że teraz jest pan zadowolony – rzekł cierpko pan Cunningham.

– Ależ tak, dziękuję. Zobaczyłem już wszystko, co chciałem zobaczyć.

– A więc skoro to naprawdę konieczne, możemy już przejść do mojego pokoju.

– Jeśli nie sprawi to panu kłopotu.

Sędzia pokoju wzruszył ramionami i poprowadził nas do swej sypialni, prostego, przeciętnie urządzonego pomieszczenia. Gdy zbliżaliśmy się do okna, Holmes został z tyłu i poczekał na mnie. W nogach łóżka stał na stoliku półmisek z pomarańczami i karafka wody. Gdy go mijaliśmy, Holmes, idący przede mną, pochylił się i, ku mojemu niewypowiedzianemu zaskoczeniu, umyślnie potrącił stolik, przewracając go. Szkło rozbiło się na tysiąc kawałków, a owoce potoczyły się we wszystkie kąty pokoju.

– No i coś ty narobił, Watsonie – powiedział spokojnie. – Popatrz, jaki zrobiłeś bałagan na dywanie.

Zmieszany, pochyliłem się i zacząłem zbierać owoce, dochodząc do wniosku, że mój towarzysz z jakiegoś powodu chciał, bym wziął winę na siebie. Inni pomogli nam, ponownie ustawiając stolik na nogach.

– Hola! – zawołał nagle inspektor. – Gdzie on poszedł?

Holmes zniknął.

– Proszę tu chwilę zaczekać – powiedział młody Alec Cunningham. – Moim zdaniem temu człowiekowi brakuje piątej klepki! Chodź ze mną, ojcze, sprawdzimy, dokąd poszedł.

Wypadli z pokoju, a inspektor, pułkownik i ja spojrzeliśmy po sobie.

– Słowo daję, chyba jestem gotów zgodzić się z paniczem Alekiem – rzekł policjant. – Może to skutki tej choroby, ale wydaje mi się, że...

Jego słowa przerwał nagły krzyk:

– Pomocy! Pomocy! Morderca!

Z dreszczem emocji rozpoznałem głos mojego przyjaciela. Pędem wypadłem z pokoju na półpiętro. Wołanie, które przerodziło się w ochrypłe nieartykułowane krzyki, dobiegało z pomieszczenia, w którym byliśmy wcześniej. Wpadłem do środka i podbiegłem do garderoby w głębi. Dwóch Cunninghamów pochylało się nad leżącym Holmesem. Młodszy ściskał go obiema rękoma za gardło, a starszy wykręcał nadgarstek. W jednej chwili we trzech odciągnęliśmy ich od niego, a mój przyjaciel wstał, chwiejąc się jeszcze, strasznie blady i najwyraźniej bardzo osłabiony.

– Proszę aresztować tych ludzi, inspektorze – sapnął.

– Pod jakim zarzutem?

– Zamordowania stangreta Williama Kirwana.

Inspektor wpatrywał się w niego zdumiony.

– Och, panie Holmes, proszę dać spokój – powiedział w końcu. – Z całą pewnością nie zamierzam...

– To proszę spojrzeć na ich twarze! – zawołał szorstko Holmes.

Jestem pewien, że nigdy nie widziałem na ludzkiej twarzy wyraźniejszego przyznania się do winy. Starszy mężczyzna wyglądał na sparaliżowanego i zamroczonego, a jego pomarszczone oblicze przybrało ponury wyraz. Młodszy Cunningham natomiast zupełnie zatracił ten pewny siebie buńczuczny sposób bycia, tak typowy dla jego dotychczasowego zachowania. W ciemnych oczach płonęła wściekłość dzikiej bestii, co kłóciło się z ładnymi rysami jego twarzy.

Inspektor podszedł bez słowa do drzwi i dał sygnał gwizdkiem. Natychmiast zjawiło się dwóch konstabli.

– Nie mam innego wyjścia, panie Cunningham – rzekł. – Mam nadzieję, że to wszystko okaże się absurdalnym błędem, ale rozumie pan, że... proszę to natychmiast rzucić!

Szybkim ruchem ręki do przodu wytrącił z dłoni młodszego mężczyzny rewolwer, który właśnie odbezpieczał; broń z głośnym stukiem upadła na podłogę.

– Proszę to zatrzymać – rzekł Holmes, spokojnie przydeptując broń stopą. – Przyda się panu podczas procesu. Przecież tak naprawdę o to nam chodziło.

Uniósł mały pogięty skrawek papieru.

– Pozostała część kartki! – zawołał inspektor.

– Dokładnie.

– A gdzie ona była?

– Tam, gdzie byłem pewien, że musi się znajdować. Zaraz panu wszystko wyjaśnię. Myślę, pułkowniku, że pan i doktor Watson możecie już wracać, ja zaś dołączę do was najdalej za godzinę. Inspektor i ja musimy zamienić parę słów z aresztowanymi, ale z całą pewnością wrócę na lunch.

Sherlock Holmes dotrzymał obietnicy, bo około pierwszej był już z nami w palarni pułkownika. Towarzyszył mu drobny starszy dżentelmen, którego przedstawiono mi jako pana Actona, człowieka, którego dom był miejscem pierwszego włamania.

– Pragnąłem, żeby pan Acton towarzyszył nam, gdy będę wyjaśniał wam tę sprawę – rzekł Holmes. – Wydaje mi się, że szczegóły bardzo go zainteresują. Obawiam się, mój drogi pułkowniku, że pewnie żałuje pan już tej godziny, gdy przyjął pan pod swój dach takiego gościa jak ja.

– Wręcz przeciwnie – odrzekł ciepło pułkownik. – Uważam za ogromny przywilej, że dane mi było przyjrzeć się pańskim metodom pracy. Muszę przyznać, że przerosły one moje wszelkie oczekiwania i zupełnie nie potrafię sobie wytłumaczyć, w jaki sposób doszedł pan do tych rezultatów. Przez cały czas nie dostrzegałem nawet choćby jednego tropu.

– Obawiam się, że moje wyjaśnienia pana rozczarują. Niemniej zawsze miałem nawyk ujawniania moich metod czy to mojemu przyjacielowi Watsonowi, czy też jakiemukolwiek innemu inteligentnemu człowiekowi, którego to interesuje. Najpierw jednak, pułkowniku, chętnie poczęstowałbym się kropelką pańskiej brandy, ponieważ jestem dość wstrząśnięty tą szarpaniną w garderobie. Ostatnio moje siły były wystawione na ciężką próbę.

– Mam nadzieję, że nie miał już pan tych ataków?

Sherlock Holmes roześmiał się serdecznie.

– Po kolei, pułkowniku, po kolei. Do wszystkiego dojdziemy – rzekł. – Zrelacjonuję panu sprawę we właściwym porządku, prezentując poszczególne wskazówki, które mną pokierowały. Proszę mi przerwać, jeżeli zauważy pan jakiś wniosek, do którego doszedłem, a który nie wyda się panu całkowicie oczywisty.

W sztuce rozwiązywania zagadek kryminalnych kluczowe znaczenie ma umiejętność rozróżniania, które spośród wielu faktów są przypadkowe, a które istotne. W przeciwnym razie zamiast koncentrować się, rozpraszamy swoją uwagę i energię. Od początku nie miałem najmniejszych wątpliwości, że klucz do całej sprawy kryje się w tym skrawku papieru, który ściskał w palcach zabity stangret.

Zanim jednak do tego dojdę, chciałbym zwrócić panu uwagę na fakt, że gdyby opowieść Aleca Cunninghama była prawdziwa i napastnik po zastrzeleniu Williama Kirwana natychmiast uciekł, wówczas ten, kto wydarł papier z ręki zmarłego, nie mógł być włamywaczem. Skoro nie był to on, człowiekiem tym musiał być Alec Cunningham, ponieważ do czasu gdy jego ojciec zszedł po schodach, na miejsce przybiegło już kilku służących. Kwestia ta jest prosta, inspektor ją jednak przeoczył, ponieważ wychodził z założenia, że właściciele tej rezydencji nie mogli mieć nic wspólnego z tą sprawą. Jeśli chodzi o mnie, kładę bardzo silny nacisk na to, by nigdy nie uwzględniać żadnych sugestii i zawsze starannie badać wszystkie fakty, które mogą mnie gdzieś zaprowadzić. Tak więc, już na samym początku mojego śledztwa patrzyłem nieco krzywym okiem na rolę odegraną w całej tej historii przez pana Aleca Cunninghama.

Następnie bardzo starannie zbadałem świstek papieru, który przyniósł nam inspektor. Natychmiast stało się dla mnie jasne, że stanowił on część bardzo ważnego dokumentu. Proszę zobaczyć, co się od razu rzuca w oczy?

– Pismo jest bardzo nieregularne – rzekł pułkownik.

– Mój drogi panie – zawołał Holmes – nie ma najmniejszej wątpliwości co do tego, że zostało napisane przez dwie osoby, naprzemiennie wpisujące słowa. Jeśli zwrócę panu uwagę na silne „t” w „piętnaście” oraz na słabe w „dwunasta”, natychmiast pan sobie to uświadomi.

Bardzo krótka analiza tych słów pozwoliłaby panu stwierdzić z całą pewnością, że wyrazy „piętnaście” i „dowiesz” zostały napisane silniejszą ręką, zaś „może” – słabszą.

– Na Jowisza, to jasne jak słońce! Ale dlaczegóż by dwóch ludzi miało pisać w ten sposób list?

– Najwyraźniej mieli nieuczciwe zamiary, i jeden z nich, nie ufając drugiemu, był zdecydowany, że niezależnie od tego, co uczynią, obaj w równym stopniu będą w to zamieszani. Jasne jest również, że jeden z mężczyzn – ten, który napisał „dowiesz” i „wtedy” – był prowodyrem.

– W jaki sposób pan do tego doszedł?

– Można to wydedukować nawet z zestawienia charakteru pisma obydwu piszących osób. Mamy jednak mocniejsze powody, aby tak sądzić. Jeśli przyjrzy się pan uważnie temu skrawkowi papieru, dojdzie pan do wniosku, że mężczyzna o silniejszej ręce napisał swoje słowa jako pierwszy, pozostawiając luki do wypełnienia dla tego drugiego. Luki te nie zawsze były jednak wystarczająco duże, i jak pan widzi, ten drugi człowiek musiał się bardzo starać, stawiając litery blisko siebie, aby zmieścić swoje „piętnaście” pomiędzy „za” i „dwunasta”, co niechybnie wskazuje na to, iż te ostatnie były napisane wcześniej. Człowiek, który napisał wszystkie swoje wyrazy jako pierwszy, jest bez wątpienia również tym, który zaplanował tę całą aferę.

– Niesamowite! – zawołał pan Acton.

– W gruncie rzeczy to nic takiego. Teraz jednak dochodzimy do bardzo istotnego punktu. Być może nie zdaje sobie pan z tego sprawy, ale eksperci potrafią z bardzo dużą dokładnością wywnioskować wiek człowieka na podstawie jego charakteru pisma.

W normalnych przypadkach z dość dużą dozą pewności można ustalić wiek człowieka z dokładnością do dziesięciu lat. Jak zaznaczyłem, w normalnych przypadkach, ponieważ zły stan zdrowia oraz fizyczne osłabienie dają taki sam efekt jak starość, nawet wówczas, gdy człowiek jest młody. W tym przypadku, patrząc na śmiały charakter pisma pierwszego i raczej chwiejne pismo drugiego, które jednak nadal jest czytelny, choć kreska w „t” zaczyna zanikać, możemy powiedzieć, że jeden z nich jest młody, drugi, choć w podeszłym wieku, nie jest jeszcze człowiekiem zniedołężniałym.

– Niesamowite! – znów zawołał pan Acton.

– Mamy tu jednak do czynienia z jeszcze jedną kwestią, która jest subtelniejsza i znacznie bardziej interesująca. Charakter pisma obydwu osób jest podobny. Pisali to krewni. Będzie to dla pana najbardziej oczywiste na przykładzie tych „d”, dostrzegłem jednak wiele innych drobnych szczegółów wskazujących na potwierdzenie tej hipotezy. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że te dwie próbki pisma pozwalają wyśledzić rodzinne powiązania między piszącymi. W tej chwili oczywiście podaję panu jedynie główne wyniki mojej analizy tego dokumentu. Ponadto odnalazłem jeszcze dwadzieścia trzy inne szczegóły, które bardziej zainteresowałyby specjalistów niż pana. Wszystkie one ostatecznie przekonały mnie, że to Cunninghamowie, ojciec i syn, napisali ten list.

Gdy dotarłem do tego punktu, moim ostatnim krokiem było oczywiście zbadanie szczegółów przestępstwa i przekonanie się, jak daleko nas to zaprowadzi. Wraz z inspektorem udałem się do ich domu i zobaczyłem wszystko, co można było zobaczyć. Na podstawie rany na zwłokach stwierdziłem z całkowitą pewnością, że stangreta zastrzelono z rewolweru z odległości nieco większej niż cztery jardy. Na jego ubraniu nie było śladów prochu. Tak więc najwyraźniej Alec Cunningham skłamał, mówiąc, że strzał padł wówczas, gdy mężczyźni ze sobą walczyli. Następnie zarówno ojciec, jak i syn zgodnie pokazali miejsce, w którym uciekający przestępca przedostał się na drogę. Jednak, jak to się zdarza, w miejscu tym jest dość głęboki rów. Ponieważ na wilgotnym dnie rowu nie było żadnych śladów butów, byłem już absolutnie pewien, że Cunninghamowie zgodnie kłamali: nieznany napastnik w ogóle nigdy nie istniał.

Teraz zastanowimy się nad motywem tego przedziwnego przestępstwa. Spróbowałem najpierw znaleźć przyczynę włamania do domu pana Actona. Na podstawie tego, co mówił pułkownik, zrozumiałem, że pan, panie Acton, procesował się z Cunninghamami. Oczywiście natychmiast przyszło mi do głowy, że włamali się oni do pańskiej biblioteki z zamiarem zdobycia jakiegoś dokumentu, który mógłby być ważny w tej sprawie.

– Właśnie tak – rzekł pan Acton. – Nie ma żadnych wątpliwości co do ich zamiarów. Mam uzasadnione roszczenia do połowy ich obecnej posiadłości, i gdyby byli w stanie znaleźć pewien dokument, który na szczęście był w sejfie moich adwokatów, niewątpliwie utrudniliby rozstrzygnięcie procesu.

– No i proszę – powiedział Holmes z uśmiechem. – To była ryzykowna i lekkomyślna próba, w której wyczuwam inspirację młodego Aleca. Kiedy niczego nie znaleźli, spróbowali odwrócić od siebie podejrzenia, sprawiając, by wyglądało to jak zwykłe włamanie. I to właśnie dlatego zabrali przedmioty, które wpadły im w rękę. Wszystko to jest całkowicie jasne, nadal miałem jednak kilka wątpliwości. Zależało mi przede wszystkim na tym, by zdobyć brakujący fragment listu. Byłem pewien, że to Alec wyrwał go z dłoni zmarłego i w pośpiechu musiał wsunąć do kieszeni swojego szlafroka. No bo gdzie indziej mógłby go schować? Pozostawało tylko pytanie, czy ten list wciąż tam jest. Opłacało się zadać sobie trochę wysiłku, żeby się o tym przekonać, i to właśnie w tym celu udaliśmy się wszyscy do ich domu.

Jak pan bez wątpienia pamięta, Cunninghamowie dołączyli do nas przed kuchennymi drzwiami. Oczywiście największe znaczenie miało to, by w żaden sposób nie przypominać im o istnieniu tego listu, bo w przeciwnym razie natychmiast by go zniszczyli. Inspektor miał im właśnie powiedzieć, jak wielką wagę przywiązujemy do jego odnalezienia, lecz w tej chwili, niezwykle szczęśliwym zbiegiem okoliczności, dostałem ataku, padłem na ziemię i dzięki temu zmieniłem przebieg rozmowy.

– Wielkie nieba! – wykrzyknął pułkownik ze śmiechem. – Chce pan przez to powiedzieć, że wówczas gdy wszyscy panu współczuliśmy, udawał pan atak?

– Z punktu widzenia lekarza zrobiłeś to doskonale – zawołałem, patrząc na niego w zdumieniu, bo wciąż zaskakiwał mnie swoim sprytem.

– Cóż, to sztuczka, która się często przydaje – rzekł Holmes. – Gdy doszedłem do siebie, udało mi się podstępem, może nawet odrobinę pomysłowym, skłonić starego Cunninghama, żeby napisał słowo „dwunasta” tak, bym mógł je porównać z tym samym słowem na naszym skrawku papieru.

– Och, ależ ze mnie osioł! – zawołałem.

– Widziałem, że bardzo mi współczujesz z powodu omdlenia – rzekł ze śmiechem Holmes. – Było mi przykro, że martwisz się tak przeze mnie. Później razem poszliśmy po schodach na górę, a gdy weszliśmy do pokoju i zobaczyłem szlafrok wiszący za drzwiami, wymyśliłem sposób, by na chwilę odwrócić ich uwagę. Przewróciłem stolik i wymknąłem się szybko, żeby sprawdzić, co jest w kieszeniach. Ledwie jednak udało mi się odnaleźć list, który tak jak się spodziewałem był w jednej z kieszeni, gdy napadli mnie obaj Cunninghamowie, i naprawdę myślę, że by mnie tam zamordowali, gdyby nie wasza szybka przyjacielska pomoc. Do tej pory czuję jeszcze ucisk rąk młodego Cunninghama na gardle; jego ojciec wykręcił mi nadgarstek, próbując wyrwać z mojej dłoni ten papier. Widzicie, panowie, ojciec i syn zrozumieli, że muszę o wszystkim wiedzieć, i ta nagła zmiana z absolutnego poczucia bezpieczeństwa do stanu zagrożenia uczyniła z nich prawdziwych desperatów.

Po tym wszystkim porozmawiałem ze starym Cunninghamem, żeby poznać motyw zbrodni. Stał się dość uległy, jego syn natomiast zmienił się w prawdziwego demona, gotowego przestrzelić mózg sobie samemu lub któremukolwiek z nas, gdyby tylko udało mu się dostać w swe ręce rewolwer. Gdy Cunningham zrozumiał, że dowody świadczące przeciwko niemu są tak mocne, stracił jakąkolwiek nadzieję i do wszystkiego się przyznał. Wygląda na to, że William potajemnie śledził swych panów tej nocy, gdy włamali się do pana Actona, a potem, gdy byli zdani na jego łaskę i niełaskę, zaczął ich szantażować, grożąc zdradzeniem tajemnicy. Pan Alec jednak był zbyt niebezpiecznym człowiekiem, by można było bawić się z nim w takie gierki. Przyszedł mu do głowy genialny pomysł. Gdy wszyscy w okolicy zaczęli obawiać się włamywaczy, dostrzegł w tym świetną okazję, by w sposób nie budzący podejrzeń pozbyć się człowieka, którego miał powody się obawiać. William został zwabiony w pułapkę i zastrzelony, i gdyby tylko Cunninghamowie odebrali mu cały list i zwrócili trochę więcej uwagi na szczegóły, bardzo możliwe, że nigdy nie padłby na nich nawet cień podejrzenia.

– A co z listem? – spytałem.

Sherlock Holmes położył przed nami obie części.

Zjaw się koniecznie za piętnaście dwunasta

przy wschodniej bramie a dowiesz się wtedy

wszystkiego. Przyjdź, może

bardzo się to przysłużyć tobie

i Annie Morrison, ale nic nie mów

nikomu o tej sprawie

 

– Właśnie czegoś takiego się spodziewałem – rzekł. – Oczywiście, jeszcze nie wiemy, jakie mogły być relacje pomiędzy Alekiem Cunninghamem, Williamem Kirwanem i tą Annie Morrison. Rezultaty świadczą jednak o tym, że pułapka została umiejętnie zastawiona. I jestem pewien, że zachwycą was te dziedziczne podobieństwa, jakie wykazują litery „e” oraz „n”. Kreska zamiast kropki nad „i” w charakterze pisma młodszego Cunninghama jest również wybitnie charakterystyczną cechą. Wiesz, Watsonie, tak sobie myślę, że nasz spokojny wypoczynek na wsi miał niezwykle pomyślny przebieg. Gdy jutro wrócę na Baker Street, z całą pewnością nie będzie mi brakowało energii.

Rozdział siódmy

 

Garbus

 
 

Pewnej letniej nocy kilka miesięcy po ślubie siedziałem u siebie przy kominku, zmęczony po całym dniu pracy, paląc ostatnią tego dnia fajkę i przysypiając nad jakąś powieścią. Moja żona poszła już na górę, a dźwięk zamykanych drzwi do holu, oznaczał, że służący również udali się na spoczynek. Wstałem właśnie z fotela i wystukiwałem popiół z fajki, gdy nagle usłyszałem dźwięk dzwonka.

Spojrzałem na zegar. Była za kwadrans dwunasta. O tak późnej godzinie nie mógł to być gość. Najwyraźniej przybył do mnie jakiś pacjent, i zapewne czeka mnie bardzo pracowita noc. Z grymasem niezadowolenia na twarzy ruszyłem do holu i otworzyłem drzwi. Jednak ku mojemu zdumieniu na progu stał Sherlock Holmes.

– Och, Watsonie – powiedział. – Miałem nadzieję, że nie przychodzę za późno, by zastać cię jeszcze na nogach.

– Proszę, przyjacielu, wejdź.

– Wyglądasz na zaskoczonego, ale nie dziwię się temu! I chyba trochę ci też ulżyło, prawda? Hmm... Nadal palisz mieszankę Arcadia, tak jak za kawalerskich czasów! Ten puszysty popiół, jaki masz na ubraniu, trudno pomylić z jakimkolwiek innym. Bardzo po tobie widać, Watsonie, że przyzwyczaiłeś się nosić mundur. Dopóki nie pozbędziesz się zwyczaju chowania chustki w rękawie, nigdy nie będziesz mógł uchodzić za cywila z prawdziwego zdarzenia. Mógłbyś mnie dziś przenocować?

– Z przyjemnością.

– Wspominałeś mi, że masz u siebie wolny pokój gościnny, a jak widzę, nie masz gości. Tyle przynajmniej można wyczytać z twojego stojaka na kapelusze.

– Będzie mi bardzo miło, jeśli zostaniesz.

– Dziękuję! W takim razie zajmę ten wolny kołek. Z przykrością zauważam, że był u ciebie angielski rzemieślnik. To zło wcielone. Mam nadzieję, że to nie kanalizacja?

– Nie, gaz.

– Ach! Jego but zostawił dwa odciski gwoździ na twoim linoleum w miejscu, gdzie pada na nie światło. Nie, nie, dziękuję ci. Jadłem już kolację w Waterloo, ale z przyjemnością wypalę z tobą fajkę.

Podałem mu swój woreczek na tytoń, on zaś usiadł naprzeciwko mnie i przez jakiś czas palił w milczeniu. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że nie zjawiłby się u mnie o tej porze, gdyby nie chodziło o coś niezwykle ważnego, czekałem więc cierpliwie, aż się odezwie.

– Jak widzę, masz teraz mnóstwo pracy – rzekł, obrzucając mnie bystrym spojrzeniem.

– Tak, miałem ciężki dzień – odparłem. – Być może wyda ci się to bardzo głupie, ale naprawdę nie mam pojęcia, z czego to wydedukowałeś.

Roześmiał się cicho.

– Mam tę przewagę, Watsonie, że znam twoje nawyki – odparł. – Kiedy masz mało pacjentów, chodzisz pieszo, a gdy masz ich dużo, bierzesz dorożkę. Jak widzę, na twoich butach nie ma śladów błota, jestem więc przekonany, że w tej chwili czujesz się usprawiedliwiony, używając dorożki.

– Niesamowite! – zawołałem.

– Elementarne – odparł. – To jeden z takich przypadków, gdy logicznie rozumujący człowiek dochodzi do wniosku, jaki komuś innemu może wydać się ważny, ponieważ ten ostatni przeoczył jeden drobny szczegół, będący absolutną podstawą sztuki dedukcji. Mój drogi przyjacielu, to samo można powiedzieć o wrażeniu, jakie wywierają niektóre z tych twoich opowiadań. Jest ono jednak całkowicie złudne, ponieważ opiera się na tym, iż niektóre szczegóły zagadki zachowujesz dla siebie i nie zdradzasz ich czytelnikowi. W tej chwili jestem właśnie w takiej samej sytuacji, jak ci czytelnicy. Zajmuję się jedną z najdziwniejszych spraw, nad jaką ludzie kiedykolwiek łamali sobie głowę, i trzymam w garści kilka tropów, a jednak brak mi tego jednego czy dwóch, dzięki którym mógłbym stworzyć kompletną teorię. Ale zdobędę je, Watsonie, zdobędę je! – oczy mu zapłonęły, a na chudych policzkach pojawił się słaby rumieniec. Jednak tylko na chwilę. Gdy ponownie spojrzałem na jego twarz, znów wyrażała to iście indiańskie opanowanie, sprawiające, że tak wielu ludzi nie uważało Sherlocka Holmesa za człowieka, lecz coś w rodzaju myślącej maszyny.

– Ta zagadka jest dość interesująca – powiedział. – Mógłbym nawet powiedzieć, że wyjątkowo interesująca. Zbadałem, na czym sprawy stoją, i jak sądzę, dotarłem do punktu, w którym rozwiązanie leży już w zasięgu ręki. Bardzo by mi pomogło twoje towarzystwo, gdy wykonam ten ostatni krok.

– Zrobię to z przyjemnością.

– Mógłbyś jutro wybrać się ze mną aż do Aldershot?

– Jackson na pewno zgodzi się przejąć moich pacjentów.

– Doskonale. Chciałbym wyruszyć o jedenastej dziesięć z Waterloo.

– W takim razie będę miał dość czasu, by wszystko zorganizować.

– A więc dobrze. Skoro nie jesteś jeszcze śpiący, opiszę ci pokrótce, co się wydarzyło i co jeszcze trzeba zrobić.

– Chciało mi się spać, zanim się zjawiłeś. Teraz zupełnie się rozbudziłem.

– Skrócę tę historię tak bardzo, jak to tylko możliwe bez pomijania jedynie szczegółów mających kluczowe znaczenie dla sprawy. Być może nawet coś już o tym czytałeś. Chodzi o domniemane zabójstwo pułkownika Barclaya z królewskich fizylierów munsterskich, popełnione w Aldershot. Prowadzę w tej sprawie dochodzenie.

– Nic o tym nie słyszałem.

– Ta sprawa zyskała rozgłos jedynie wśród miejscowych. Wszystko wydarzyło się zaledwie dwa dni temu. Mówiąc w skrócie, fakty są następujące. Królewscy fizylierzy munsterscy to, jak ci wiadomo, jeden z najsłynniejszych irlandzkich pułków w brytyjskiej armii. Dokonali cudów na Krymie i podczas powstania sipajów. Od tej pory wyróżniali się przy każdej nadarzającej się okazji. Aż do poniedziałku wieczorem dowódcą pułku był James Barclay, okryty chwałą weteran, który zaczynał jako zwykły szeregowiec. Potem został awansowany do rangi oficera za męstwo okazane podczas powstania sipajów i dane mu było dożyć chwili, gdy został dowódcą pułku, w którym kiedyś sam nosił muszkiet.

Pułkownik Barclay ożenił się, gdy był sierżantem, zaś jego żona Nancy, której panieńskie nazwisko brzmiało Devoy, była córką byłego sierżanta sztabowego z tego samego korpusu. Tak więc, jak zapewne sobie wyobrażasz, doszło do pewnych tarć towarzyskich, gdy młoda para (bo wówczas oboje byli jeszcze młodzi) znalazła się w nowym otoczeniu. Wygląda jednak na to, że szybko się przystosowali: pani Barclay była zawsze lubiana w środowisku żon kadry dowódczej, podobnie zresztą jak jej mąż, który cieszył się popularnością wśród oficerów. Dodam jeszcze, że była kobietą niebywałej urody i że nawet teraz, po ponad trzydziestu latach małżeństwa, wygląda jak prawdziwa królowa.

Można odnieść wrażenie, że życie rodzinne pułkownika Barclaya było jednym pasmem szczęścia. Major Murphy, który podał mi większość tych szczegółów, zapewniał mnie, że nigdy nie słyszał o jakichkolwiek nieporozumieniach tej pary i że Barclay był oddany swej żonie znacznie bardziej niż ona jemu. Bardzo się niepokoił, gdy zostawiał ją na cały dzień. Z drugiej strony, ona, choć była do niego przywiązana i dochowywała mu wierności, okazywała mu swe uczucia w mniej rzucający się w oczy sposób. Niemniej w pułku uważano ich za wzorowe małżeństwo w średnim wieku. We wzajemnych relacjach małżonków nie było absolutnie niczego, co w jakikolwiek sposób zapowiadałoby tragedię, jaka miała się wydarzyć.

Należy zaznaczyć, że pułkownik Barclay posiadał pewne osobliwe cechy. Na co dzień, kiedy miał dobry nastrój, był energicznym jowialnym starym żołnierzem. Zdarzały się jednak sytuacje, gdy okazywał się człowiekiem okrutnym i zdolnym do przemocy. Wygląda na to, że żona nigdy nie miała okazji poznać go od tej gorszej strony. Major Murphy i trzech spośród pięciu innych oficerów, z którymi rozmawiałem, zwrócili uwagę na przedziwne przygnębienie, jakie go czasami ogarniało. Według majora, uśmiech niekiedy znikał mu z twarzy niczym za dotknięciem niewidzialnej różdżki podczas żartów przy stole w kantynie. W dniach, w których wpadał w taki nastrój, pogrążony był w głębokiej depresji. Takie zachowanie oraz fakt, że był odrobinę przesądny, to jedyne specyficzne cechy charakteru, jakie zaobserwowali u niego inni oficerowie. Infantylna cecha jego męskiej natury, która objawiała się tym, że nie lubił zostawać sam, zwłaszcza po zmroku, była często przedmiotem komentarzy i domysłów.

Pierwszy batalion pułku królewskich fizylierów munsterskich, czyli dawny 117. batalion piechoty, od kilku lat stacjonował w Aldershot. Żonaci oficerowie nie mieszkają w koszarach; pułkownik zajmował willę „Lachine”, położoną w odległości około pół mili od północnego obozu. Dom stoi na wydzielonym gruncie, a od zachodu oddalony jest od głównej drogi nie więcej niż trzydzieści jardów. Pułkownik miał troje służących: woźnicę, kucharkę i pokojówkę. Oni oraz ich pan i pani byli jedynymi mieszkańcami willi „Lachine”, ponieważ państwo Barclay nie mieli dzieci, a goście rzadko zatrzymywali się u nich.

Teraz przejdę do wydarzeń, jakie miały miejsce w willi w ubiegły poniedziałek wieczorem między godziną dziewiątą a dziesiątą.

Pani Barclay, która jest katoliczką, działała w organizacji charytatywnej św. Jerzego przy kościele położonym przy Watt Street, która zajmowała się rozdawaniem biednym używanych ubrań. Spotkania odbywały się co wieczór o ósmej. Pani Barclay szybko zjadła kolację, aby nie spóźnić się na zebranie. Gdy wychodziła z domu, woźnica usłyszał, jak rzuca swojemu mężowi jakąś zupełnie zwyczajną uwagę i zapewnia go, że niedługo wróci. Następnie wstąpiła po pannę Morrison, młodą damę mieszkającą w sąsiedniej willi, i razem udały się na spotkanie. Trwało ono czterdzieści minut. Piętnaście po dziewiątej pani Barclay wróciła do domu, odprowadziwszy najpierw pannę Morrison.

Z okien salonu willi „Lachine” widać drogę, a wielkie przeszklone przesuwane drzwi wychodzą prosto na trawnik, który ma trzydzieści jardów szerokości, a od głównej drogi oddziela go tylko niski murek, zwieńczony żelazną barierką. To właśnie do tego pomieszczenia udała się pani Barclay zaraz po swoim powrocie. Zasłony nie były zaciągnięte, bo pokoju tego rzadko używano wieczorami. Pani Barclay sama zapaliła lampę, a następnie dzwonkiem wezwała pokojówkę Jane Stewart, aby ta przyniosła jej filiżankę herbaty. Nie zgadzało się to zupełnie z jej codziennymi nawykami. Pułkownik do tej pory siedział w jadalni, jednak, słysząc, że żona wróciła, dołączył do niej w salonie. Woźnica widział go, jak przechodził przez hol i wchodził do salonu. Wtedy właśnie po raz ostatni widziano pułkownika żywego.

Pokojówka przyniosła zamówioną herbatę nie później niż po dziesięciu minutach. Jednak gdy podeszła do drzwi, usłyszała, zaskoczona, rozwścieczone głosy swoich państwa, prowadzących jakąś zajadłą kłótnię. Zapukała, lecz nikt jej nie odpowiedział, nacisnęła więc klamkę tylko po to, by się przekonać, że drzwi zamknięto od środka. Oczywiście pobiegła natychmiast, by powiedzieć o tym kucharce, po czym wraz z woźnicą poszli do holu, gdzie słychać było odgłosy trwającej nadal kłótni. Wszyscy byli zgodni co do tego, że słychać było tylko dwa głosy, Barclaya i jego żony. Barclay wypowiadał swe uwagi nieskładnie i ściszonym tonem, tak że żadne z nich nie było w stanie dokładnie usłyszeć tego, co mówił. Uwagi pani Barclay były natomiast pełne żalu, i gdy podnosiła głos, wszystko było wyraźnie słychać. „Ty tchórzu” – powtarzała wielokrotnie. – „I co teraz można zrobić? Co teraz można zrobić? Oddaj mi moje życie! Nie chcę już oddychać tym samym powietrzem co ty! Ty tchórzu! Ty tchórzu!”. Tak brzmiały urywki ich rozmowy, która zakończyła się przeraźliwym krzykiem mężczyzny, głośnym hałasem i krzykiem kobiety. Przekonany, że doszło do jakiejś tragedii, woźnica rzucił się na drzwi i spróbował je sforsować, podczas gdy spoza nich przez cały czas dobiegały krzyki. Nie zdołał jednak dostać się do salonu, a kobiety były tak sparaliżowane strachem, że nie mogły w żaden sposób mu pomóc. Nagle, pod wpływem pewnej myśli wybiegł przez drzwi holu, obiegł dom i dotarł do trawnika, na który wychodziły wysokie francuskie okna. Skrzydło jednego z okien było otwarte, co, jak zakładam, jest czymś całkowicie naturalnym w lecie, i przez to właśnie skrzydło woźnica bez problemu dostał się do pokoju. Jego pani leżała nieprzytomna na kanapie, a obok z głową na podłodze przy osłonie kominka w kałuży własnej krwi i nogami przerzuconymi przez oparcie fotela spoczywało ciało nieszczęsnego pułkownika.

Gdy woźnica przekonał się, że już nic nie może zrobić dla swojego pana, jego pierwszą myślą było otworzyć drzwi. Tutaj jednak pojawiła się nieoczekiwana i przedziwna trudność. W drzwiach nie było bowiem klucza, i nie mógł go też znaleźć nigdzie w pokoju. Tak więc ponownie wyszedł przez okno, wezwał policjanta i lekarza, a następnie wrócił. Dama, która oczywiście była główną podejrzaną w tej sprawie, została przeniesiona do swojego pokoju, gdyż wciąż była nieprzytomna. Następnie ciało pułkownika ułożono na sofie i starannie zbadano miejsce tragedii.

Nieszczęsny weteran zginął od potężnego ciosu tępym narzędziem, które pozostawiło szarpaną ranę z tyłu głowy, długą na około dwa cale. Nietrudno było również odgadnąć, co to była za broń. Na podłodze przy ciele leżała pałka z twardego drewna z rękojeścią zrobioną z kości. Pułkownik posiadał bogatą kolekcję broni przywiezionej z różnych krajów, w których walczył, i policja zakłada, że maczuga była jednym z jego trofeów. Chociaż służący twierdzą, że nigdy jej przedtem nie widzieli, to z uwagi na obecność wielu nietypowych przedmiotów możliwe jest, że po prostu ją przeoczyli. Poza tym policja nie odkryła w pokoju niczego istotnego. Niewytłumaczalny był fakt, że ani przy pani Barclay, ani przy ofierze, ani w pokoju nie znaleziono brakującego klucza. Koniec końców drzwi musiały zostać otwarte przez ślusarza z Aldershot.

I tak właśnie wyglądały okoliczności sprawy, Watsonie, aż do wtorku rano, gdy na prośbę majora Murphy’ego udałem się do Aldershot, by wspomóc prowadzone przez policję śledztwo. Sądzę, iż zgodzisz się ze mną, że była to ciekawa zagadka, lecz moje obserwacje wkrótce uświadomiły mi, iż w rzeczywistości jest jeszcze bardziej niezwykła, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka.

Przed zbadaniem pokoju dokładnie przesłuchałem służących, lecz udało mi się uzyskać od nich jedynie informacje, o których już ci opowiedziałem. Jane Stewart, pokojówka, zapamiętała jeszcze jeden interesujący szczegół. Przypominasz sobie zapewne, że gdy usłyszała odgłosy kłótni, pobiegła na dół i wróciła z pozostałymi służącymi. Jak twierdzi, za pierwszym razem, kiedy była tam sama, jej państwo mówili tak cichymi głosami, że ledwie mogła cokolwiek usłyszeć. Zorientowała się raczej po ich tonie niż po słowach, że to sprzeczka. Jednak gdy ją nagabywałem pytaniami, przypomniała sobie, iż usłyszała, jak jej pani dwa razy wypowiedziała imię Dawid. Szczegół ten ma ogromne znaczenie, ponieważ może nam wskazać przyczyny nagłej kłótni. Jak pewnie pamiętasz, pułkownik miał na imię James.

Sprawa ma jeden aspekt, który wywarł ogromne wrażenie zarówno na służących, jak i na policji. Chodzi mi o grymas na twarzy pułkownika. Według ich relacji, jego twarz zastygła w strasznym wyrazie lęku i zgrozy, jaki może przybrać twarz przerażonego człowieka. Na jego widok niejedna osoba by zemdlała. Wydawało się dość jasne, że spodziewał się tego, co go czeka, i był skrajnie przerażony. A to oczywiście dość dobrze pasuje do teorii wysnutej przez policję, jakoby pułkownik zobaczył, że żona chce go zamordować. Ranę z tyłu głowy można było do tej teorii dopasować, jako że mógł się odwrócić, próbując uniknąć ciosu. Od żony pułkownika nie dało się uzyskać żadnych informacji, ponieważ zachorowała na zapalenie mózgu i chwilowo nie jest przy zdrowych zmysłach.

Dowiedziałem się od policji, że panna Morrison, która, jak wiesz, wychodziła tego wieczoru z panią Barclay, twierdzi, iż nie ma pojęcia, co mogło wprawić jej towarzyszkę w zły nastrój po powrocie do domu.

Gdy zebrałem te fakty, Watsonie, zacząłem się nad nimi zastanawiać i wypaliłem przy tym kilka fajek. Próbowałem odróżnić te, które mają kluczowe znaczenie dla sprawy, od pozostałych, które są czysto przypadkowe. Bez wątpienia najbardziej specyficzną i wymowną zagadką w tej sprawy było przedziwne zaginięcie klucza. Nie znaleziono go nawet po bardzo starannym przeszukaniu pokoju. A to oznacza, że ktoś go musiał stamtąd zabrać. Nie mogli tego jednak zrobić ani pułkownik, ani jego żona. To było całkowicie jasne. Tak więc do pokoju musiała wejść jakaś trzecia osoba, a mogła wejść tylko przez okno. Wydawało mi się, że po starannym zbadaniu pokoju i trawnika powinienem znaleźć jakieś ślady tego tajemniczego nieznajomego. Znasz moje metody, Watsonie. Zastosowałem je wszystkie co do jednej, aby się czegoś dowiedzieć. Koniec końców odkryłem ślady, lecz zupełnie inne niż te, jakich się spodziewałem. W tym pomieszczeniu był jakiś mężczyzna, który przeszedł przez trawnik od strony ulicy. Udało mi się znaleźć pięć bardzo wyraźnych odcisków jego butów. Jeden na samej drodze, w miejscu, w którym przechodził przez niski murek. Dwa na trawniku oraz dwa bardzo słabe odciski na poplamionych deskach przy oknie, przez które wszedł. Najwyraźniej przebiegł przez trawnik, bo odciski czubków butów były znacznie głębsze z przodu niż z tyłu. Jednak to nie ten człowiek był dla mnie zaskoczeniem. Zdumiał mnie jego towarzysz.

– Jego towarzysz?

Holmes wyciągnął z kieszeni duży arkusz bibuły i ostrożnie rozwinął go na kolanie.

– Co o tym sądzisz? – spytał.

Bibułka poznaczona była śladami jakiegoś niewielkiego zwierzęcia. W odciskach wyraźnie odznaczało się pięć opuszków palców, co wskazywało na długie pazury, zaś cały ślad był mniej więcej wielkości łyżeczki.

– To pies – powiedziałem.

– Widziałeś kiedyś, żeby pies wspiął się po zasłonie? Znalazłem wyraźne ślady świadczące o tym, że to stworzenie tak właśnie zrobiło.

– To może małpa?

– Ale to nie są ślady małpy.

– W takim razie cóż to takiego mogło być?

– Na pewno nie pies, kot, małpa ani żadne inne stworzenie, które dobrze znam. Próbowałem je zrekonstruować na podstawie pomiarów. Oto cztery odciśnięte ślady stworzenia, które stało nieruchomo. Jak widzisz, odległość między przednią a tylną łapą wynosi nie mniej niż piętnaście cali. Jeśli dodamy do tego długość szyi i głowy, okaże się, że stworzenie miało niewiele mniej niż dwie stopy, prawdopodobnie nawet więcej, o ile posiadało ogon. Teraz jednak spójrz na drugi wynik moich pomiarów. Tutaj zwierzę było w ruchu, i długość jego kroku wynosi zaledwie trzy cale, a to wskazuje na długie ciało z bardzo krótkimi nogami. Nie było na tyle uprzejme, żeby pozostawić sierść. Jednak ogólnie musi mieć taki kształt, jak ci opisałem, może się wspiąć po zasłonie i jest mięsożerne.

– Na jakiej podstawie to wydedukowałeś?

– Ponieważ wspięło się po zasłonie. W oknie wisiała klatka z kanarkiem, i najwyraźniej chciało upolować ptaka.

– Cóż to w takim razie było za zwierzę?

– Och, gdybym potrafił odpowiedzieć na to pytanie, zbliżylibyśmy się bardzo do rozwiązania sprawy. Mówiąc ogólnie, było to prawdopodobnie jakieś stworzenie przypominające łasicę lub gronostaja. A jednak jest o wiele większe niż jakiekolwiek zwierzę tego gatunku, które widziałem.

– Ale co miało ono wspólnego z przestępstwem?

– To również pozostaje niejasne. Jednak, jak widzisz, sporo się dowiedzieliśmy. Wiemy, że na drodze stał jakiś człowiek i przyglądał się kłótni Barclayów, zasłony były podniesione, a pokój dobrze oświetlony. Wiemy również, że przebiegł przez trawnik i wszedł do pokoju wraz z jakimś dziwnym zwierzęciem. Następnie albo uderzył pułkownika, albo, co w równym stopniu możliwe, pułkownik padł z przerażenia na jego widok i rozbił sobie głowę o próg kominka. Mamy wreszcie punkt zaczepienia: intruz, wychodząc, zabrał ze sobą klucz.

– Wygląda na to, że twoje odkrycia jeszcze bardziej zagmatwały sprawę, zamiast ją wyjaśnić – powiedziałem.

– Nie inaczej. Niewątpliwie wykazały, że sprawa jest o wiele głębsza, niż wydawało mi się na początku. Dokładnie wszystko przemyślałem i doszedłem do wniosku, że muszę na to spojrzeć z zupełnie innego punktu widzenia. Ale doprawdy, Watsonie, przeze mnie nie kładziesz się jeszcze spać, a ja równie dobrze mogę ci to wszystko opowiedzieć jutro w drodze do Aldershot.

– Dziękuję ci bardzo. Za daleko już zaszedłeś, żeby się teraz zatrzymać.

– Jest dość pewne, że gdy pani Barclay wychodziła z domu o wpół do ósmej, była w dobrych relacjach ze swoim mężem. Jak sądzę, wspominałem już, że nigdy ostentacyjnie nie okazywała swych uczuć, woźnica słyszał jednak, jak przyjaźnie gawędziła z pułkownikiem. Równie jasne było również to, że zaraz po swym powrocie udała się do takiego pomieszczenia, w którym spotkanie z mężem było najmniej prawdopodobne, chcąc napić się herbaty, jak to robi każda podenerwowana kobieta, a wreszcie, gdy pułkownik do niej przyszedł, zaczęła go gwałtownie o coś oskarżać. A to oznacza, że coś się wydarzyło między siódmą trzydzieści a dziewiątą i że wydarzenie to całkowicie zmieniło jej uczucia do męża. Jednak przez całe te półtorej godziny towarzyszyła jej panna Morrison. Tak więc z całą pewnością, mimo wszystkich jej zaprzeczeń, musi coś wiedzieć o tej sprawie.

Na początku przypuszczałem, że być może coś łączyło starego żołnierza i tę młodą damę, a ta ostatnia wyznała to teraz jego żonie. To by tłumaczyło, dlaczego po powrocie była tak rozwścieczona, jak również to, że dziewczyna zaprzecza, iż w ogóle cokolwiek się w tym czasie wydarzyło. Nie najgorzej by to również pasowało do większości podsłuchanych przez służbę słów. Padło jednak imię Dawid. Poza tym wszyscy zgodnie twierdzili, że pułkownik kochał żonę, co przeczy takiej teorii, nie wspominając już o tragicznym wtargnięciu tego drugiego mężczyzny, które mogło nie mieć nic wspólnego ze wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. Niełatwo mi było znaleźć jakiś trop, ogólnie jednak byłem skłonny zarzucić pomysł, że coś łączyło pułkownika i pannę Morrison. Niemniej byłem przeświadczony, że ta młoda dama posiada wskazówki, które mogłyby wyjaśnić, dlaczego pani Barclay tak nagle znienawidziła swego męża. Obrałem więc oczywisty kierunek i udałem się z wizytą do panny M., by wyjaśnić jej, iż jestem całkowicie pewien, że zataiła jakieś fakty, oraz by ją zapewnić, że o ile sprawa się nie wyjaśni, jej przyjaciółka, pani Barclay, może trafić do więzienia za morderstwo.

Panna Morrison była drobnym eterycznym dziewczęciem o nieśmiałych oczach i blond włosach; przekonałem się jednak, że bynajmniej nie brakowało jej sprytu i zdrowego rozsądku. Gdy wyjaśniłem sprawę, siedziała przez jakiś czas pogrążona w myślach, a potem, zwracając się do mnie w wyjątkowo ożywiony i zdecydowany sposób, opowiedziała coś bardzo interesującego, co w skrócie ci powtórzę.

„Przyrzekłam mojej przyjaciółce, że nic o tej sprawie nie wspomnę, a obietnica jest obietnicą” – powiedziała. – „Jednak jeśli naprawdę mogę jej pomóc w obliczu tak poważnych zarzutów, gdy ona sama, biedaczka, nic nie może powiedzieć złożona chorobą, myślę, że te okoliczności zwalniają mnie z danego przyrzeczenia. Opowiem panu szczegółowo o wszystkim, co wydarzyło się w poniedziałkowy wieczór.

Wracałyśmy ze spotkania przy Watt Street mniej więcej za piętnaście dziewiąta. Po drodze szłyśmy Hudson Street, która jest bardzo spokojną ulicą. Jest tam tylko jedna latarnia, stojąca po lewej stronie, i gdy zbliżyłyśmy się do niej, zobaczyłyśmy, że podchodzi do nas bardzo zgarbiony człowiek z jakimś pudełkiem przewieszonym przez ramię. Odniosłam wrażenie, że jego ciało jest zdeformowane, bo głowę miał nisko opuszczoną i chodził na ugiętych nogach. Właśnie go mijałyśmy, gdy uniósł twarz i spojrzał na nas w kręgu światła rzucanego przez latarnię. Gdy nas ujrzał, zatrzymał się i krzyknął przeraźliwym głosem: „Mój Boże, to Nancy!”. Pani Barclay zrobiła się biała jak kreda i padłaby zemdlona na ziemię, gdyby to indywiduum jej nie podtrzymało. Już miałam zamiar wezwać policję, jednak ku mojemu zaskoczeniu, zaczęła uprzejmie rozmawiać z tym mężczyzną.

– Henry! Przez te trzydzieści lat myślałam, że nie żyjesz – odezwała się drżącym głosem.

– Ja też tak myślałem – odparł, a ton, jakim to powiedział, zmroził mi krew w żyłach. Miał bardzo ciemną brzydką twarz, a jego płonące oczy wciąż śnią mi się po nocach. Włosy i bokobrody przyprószone były siwizną, a twarz, cała pomarszczona i pobrużdżona, przypominała zwiędłe jabłko.

– Idź przodem, moja droga – powiedziała pani Barclay. – Chciałabym zamienić parę słów z tym człowiekiem. Nie ma się czego obawiać.

Próbowała powiedzieć to zdecydowanym śmiałym tonem, wciąż jednak była blada jak śmierć, a jej wargi drżały, więc ledwo była w stanie wydobyć słowo.

Zrobiłam tak, jak mnie prosiła, i przez kilka minut rozmawiali ze sobą. Potem ruszyła dalej ulicą z pałającym wzrokiem, a kaleka został przy słupie latarni, potrząsając zaciśniętymi pięściami, tak jakby coś go rozwścieczyło. Pani Barclay nie powiedziała do mnie ani słowa aż do chwili, gdy dotarłyśmy pod moje drzwi. Wtedy wzięła mnie za rękę i błagała, bym nikomu nie wspominała o tym, co się wydarzyło.

– To mój stary znajomy, któremu nie powiodło się w życiu – powiedziała.

Gdy obiecałam, że o niczym nie powiem, ucałowała mnie, i od tej pory już jej nie widziałam. Wyznałam panu teraz całą prawdę, a jeśli zataiłam to przed policją, to tylko dlatego, iż nie zdawałam sobie sprawy, w jakim niebezpieczeństwie znalazła się moja przyjaciółka. Wiem, że prawda może świadczyć tylko na jej korzyść”.

Tyle mi opowiedziała, Watsonie, i jak sobie zapewne wyobrażasz, było to niczym błysk światła w środku ciemnej nocy. Wszystko, co do tej pory wydawało się bez związku, zaczęło nagle układać się we właściwym miejscu, a ja niejasno przeczuwałem bieg kolejnych wydarzeń. Moim następnym krokiem było oczywiście odnalezienie człowieka, który wywarł tak głębokie wrażenie na pani Barclay. Jeśli wciąż był w Aldershot, zadanie to nie było zbyt trudne. Miasto nie ma aż tak wielu mieszkańców, a człowiek o tak zdeformowanym ciele na pewno zwracał na siebie uwagę. Cały dzień spędziłem na poszukiwaniach, a dziś wieczorem, Watsonie, odnalazłem go. Ten człowiek nazywa się Henry Wood i wynajmuje pokój przy tej samej ulicy, przy której spotkały go kobiety. Mieszka tam zaledwie od pięciu dni. Podając się za urzędnika z biura meldunkowego, przeprowadziłem niezwykle ciekawą pogawędkę z kobietą, która wynajęła mu pokój. Ten mężczyzna jest z zawodu artystą i iluzjonistą. Po zmroku chodzi od kantyny do kantyny i tam występuje. W pudełku nosi ze sobą jakieś zwierzę. Wyglądało na to, że kobieta wynajmująca mu pokój bardzo się tego stworzenia obawia, bo nigdy dotychczas takiego nie widziała. Według tego, co opowiadała, wykorzystuje je w różnych sztuczkach. Tyle była mi w stanie powiedzieć. Na koniec dodała, że to prawdziwy cud, iż ten człowiek jeszcze żyje, mając tak powykręcane ciało, i że czasami mówi jakimś dziwnym obcym językiem, a przez ostatnie dwie noce słyszała, jak jęczał i płakał w swojej sypialni. Jeśli chodzi o płacenie za kwaterę, wywiązywał się ze swoich zobowiązań, dał jej jednak w depozyt coś, co wyglądało jej na fałszywego florena. Pokazała mi tę monetę, i okazało się, że była to indyjska rupia. Tak więc teraz, mój drogi przyjacielu, dokładnie pojmujesz, co o tej sprawie jest wiadomo, i rozumiesz, dlaczego cię potrzebuję. Oczywiste jest, że gdy kobiety odeszły od tego mężczyzny, on poszedł za nimi, śledząc je z pewnej odległości. Był świadkiem kłótni pomiędzy mężem i żoną, ponieważ wszystko widział przez okno. Następnie wtargnął przez nie do środka, zaś zwierzątko, które nosił w swoim pudełku, wydostało się na wolność. Wszytko to wiadomo na pewno. Jest on jednak jedynym człowiekiem na świecie, który może nam dokładnie powiedzieć, co zaszło w tym pokoju.

– I zamierzasz go o to zapytać?

– Naturalnie, jednak w obecności świadka.

– I ja mam być tym świadkiem.

– Gdybyś był tak dobry. Jeśli wyjaśni nam całą tę sprawę, to wszystko w porządku. Jeśli jednak odmówi, nie będziemy mieli innego wyjścia, niż uzyskać nakaz aresztowania.

– Ale skąd możesz wiedzieć, że gdy wrócimy, wciąż jeszcze tam będzie?

– Możesz być pewien, że podjąłem pewne środki. Czuwa nad nim jeden z chłopców z Baker Street. Będzie się go trzymał niczym rzep psiego ogona niezależnie od tego, dokąd się uda. Jutro, Watsonie, odnajdziemy go przy Hudson Street. A tymczasem sam stanę się przestępcą, jeśli dłużej będę cię powstrzymywał przed pójściem do łóżka.

Dochodziło południe, gdy znaleźliśmy się na miejscu tragedii. Mój towarzysz zaprowadził mnie natychmiast na Hudson Street. Choć doskonale potrafi ukrywać swe emocje, z łatwością dostrzegałem, że z trudem tłumił podekscytowanie, podczas gdy ja odczuwałem to przyjemne mrowienie i na wpół sportową, na wpół intelektualną przyjemność, której zawsze doświadczam, angażując się w prowadzone przez niego śledztwo.

– To ta ulica – rzekł, gdy skręciliśmy w krótką przecznicę, po której obu stronach stały zwykłe jednopiętrowe domy z cegły. – Ach! Oto i Simpson. Zaraz zda mi raport.

– Wszystko dobrze, panie Holmes. Jest u siebie – zawołał mały ulicznik, podbiegając do nas.

– Dobrze, Simpsonie – rzekł Holmes, klepiąc go po głowie. – Chodź, Watsonie, to ten dom.

Posłał swoją wizytówkę z wiadomością, iż przyszedł w ważnej sprawie. Chwilę później staliśmy już twarzą w twarz z mężczyzną, z którym mieliśmy się spotkać. Choć było ciepło, kulił się przy ogniu, a mały pokoik był nagrzany niczym piec. Siedział dziwnie skulony i poskręcany na krześle, sprawiając wrażenie, jakby jego ciało było w jakiś niesamowity sposób zdeformowane. Jednak twarz, którą ku nam zwrócił, choć była zniszczona i śniada, musiała kiedyś odznaczać się niecodziennym pięknem. Spojrzał na nas podejrzliwie swymi pożółkłymi złymi oczami i, nic nie mówiąc ani nie ruszając się z miejsca, wskazał nam gestem dwa krzesła.

– Pan Henry Wood, niegdyś z Indii, jak sadzę – rzekł przyjaźnie Holmes. – Przyszedłem w pewnej drobnej sprawie. Chodzi mi mianowicie o śmierć pułkownika Barclaya.

– A co ja mogę wiedzieć na ten temat?

– Właśnie co do tego pragnę się upewnić. Wie pan, jak przypuszczam, że o ile sprawa się nie wyjaśni, pańska dawna przyjaciółka pani Barclay będzie prawdopodobnie musiała bronić się przed zarzutami morderstwa.

Człowiek gwałtownie się wzdrygnął.

– Nie wiem, kim pan jest – zawołał – ani skąd się pan tego dowiedział! Ale czy może mi pan przysiąc, że to, co pan mówi, jest prawdą?

– Cóż, policja czeka tylko na to, by doszła do siebie, aby móc ją aresztować.

– Mój boże! Jest pan z policji?

– Nie.

– To dlaczego się pan tym interesuje?

– Każdemu powinno zależeć na tym, by sprawiedliwości stało się zadość.

– Mogę panu dać słowo, że jest niewinna.

– W takim razie pan jest winny.

– Nie, nie jestem.

– Kto w takim razie zabił pułkownika Jamesa Barclaya?

– To opatrzność go zabiła! Ale zapewniam pana, że gdybym mu roztrzaskał łeb tak, jak tego pragnąłem, to nie spotkałoby go nic, na co sobie nie zasłużył. Gdyby nie to, że dopadły go wyrzuty sumienia, prawdopodobnie miałbym jego krew na rękach. Chce pan, żebym opowiedział panu tę historię? Cóż, nie mam powodów, żeby ją przed panem ukrywać, bo nie ma w niej nic, czego powinienem się wstydzić.

To było tak, sir. Widzi pan, teraz mam garb niczym wielbłąd i powykręcane wszystkie żebra, kiedyś jednak kapral Henry Wood był najbystrzejszym człowiekiem w 117. batalionie piechoty. Stacjonowaliśmy wówczas w garnizonie w Indiach, w miejscowości Bhurtee. Barclay był sierżantem w tej samej kompanii co ja, a gwiazdą naszego pułku, najpiękniejszą dziewczyną, jaka chodziła po świecie, była Nancy Devoy, córka sierżanta sztabowego. Kochało się w niej dwóch mężczyzn, ona zaś kochała tylko jednego. Uśmiecha się pan, widząc tego biedaka skulonego przy kominku, mogę jednak pana zapewnić, że kochała mnie również za mój wygląd.

Cóż, chociaż zdobyłem jej serce, jej ojciec uparł się, by poślubiła Barclaya. Byłem roztrzepanym, lekkomyślnym chłopakiem, on zaś miał wykształcenie, i wszyscy wiedzieli, że wkrótce dostanie oficerskie szlify. Dziewczyna jednak była mi wierna i sądziłem, że będzie moja. Wtedy jednak wybuchło powstanie sipajów, i w kraju rozpętało się piekło.

Byliśmy odcięci w Bhurtee. Nasz pułk z połową baterii artylerii, kompania Sikhów oraz wiele kobiet i dzieci. Otaczało nas dziesięć tysięcy buntowników, rozjuszonych niczym teriery wokół klatki na szczury. Mniej więcej w drugim tygodniu skończyła nam się woda i wszystko zależało od tego, czy uda nam się nawiązać kontakt z kolumną generała Neilla, przemieszczającą się przez kraj. To była nasza jedyna szansa, bo nie mogliśmy liczyć na to, że uda nam się przedrzeć i wymknąć ze wszystkimi tymi kobietami i dziećmi. Zgłosiłem się więc na ochotnika, by prześliznąć się przez linie wroga i powiadomić generała Neilla o niebezpieczeństwie, w jakim się znaleźliśmy. Moja propozycja została przyjęta. Omówiłem sprawę z sierżantem Barclayem, który znał ten teren lepiej niż ktokolwiek inny. Narysował mi drogę, jaką mogłem się przedostać przez linie buntowników. Wyruszyłem tej samej nocy o dziesiątej. Miałem ocalić życie tysiąca ludzi, jednak gdy przechodziłem przez mur, myślałem tylko o niej jednej.

Moja droga prowadziła suchym korytem rzeki, które, jak mieliśmy nadzieję, miało mnie osłonić przed wartownikami wroga. Jednak gdy tylko wyczołgałem się zza zakrętu, wpadłem prosto na sześciu z nich, przyczajonych w ciemności: czekali na mnie. W jednej chwili zostałem ogłuszony i związany. Jednak prawdziwy cios zadano mi w nie głowę, lecz w serce. Gdy odzyskałem przytomność, zacząłem przysłuchiwać się ich rozmowie, i udało mi się zrozumieć, że mój towarzysz, ten sam człowiek, który zaplanował drogę, zdradził mnie, wysługując się swoim hinduskim służącym i wydając w ręce wroga.

Czy mam się dalej nad tym rozwodzić? Teraz pan wie, do czego był zdolny James Barclay. Następnego dnia Neill przerwał okrążenie Bhurtee, jednak buntownicy zabrali mnie ze sobą do swej kryjówki. Minęło wiele długich lat, nim znów zobaczyłem twarz białego człowieka. Torturowali mnie. Próbowałem uciec, ale mnie schwytali i znów torturowali. Sam pan widzi, w jakim jestem stanie. Ci, co zbiegli do Nepalu, zabrali mnie ze sobą, a później zawlekli aż za Darjeeling. Tamtejsi górale zamordowali buntowników, którzy mnie więzili, i przez pewien czas byłem niewolnikiem górali. Później udało mi się uciec. Zamiast jednak udać się na południe, musiałem iść na północ, dopóki nie znalazłem się wśród Afgańczyków. Wędrowałem tam przez wiele lat, aż wreszcie udało mi się wrócić do Pundżabu, gdzie żyłem wśród tubylców i zarabiałem na życie sztuczkami iluzjonistycznymi, jakich się nauczyłem. Jakiż by to miało sens, bym ja, biedny kaleka, miał wracać do Anglii albo kontaktować się z moimi dawnymi towarzyszami? Nie skłoniło mnie do tego nawet pragnienie zemsty. Wolałem raczej, by Nancy i moi starzy towarzysze myśleli, że Henry Wood zginął, patrząc śmierci prosto w twarz, niż aby ujrzeli go żywego, czołgającego się z laską niczym szympans. Nigdy nie wątpili w to, że zginąłem, ja zaś byłem z tego zadowolony. Dowiedziałem się, że Barclay poślubił Nancy i że błyskawicznie awansował w pułku, jednakże nawet to nie skłoniło mnie do wyjawienia prawdy.

Niemniej w miarę upływu lat, gdy człowiek się starzeje, zaczyna tęsknić za domem. Przez wiele lat śniłem o jasnozielonych polach i żywopłotach Anglii. W końcu postanowiłem zobaczyć je raz jeszcze przed śmiercią. Odłożyłem tyle pieniędzy, żeby starczyło mi na podróż; teraz jestem wśród żołnierzy. Wiem jacy są, co lubią i jak ich zabawić, i dzięki temu zarabiam na życie.

– Pańska opowieść jest niezwykle interesująca – rzekł Sherlock Holmes. – Słyszałem już o pańskim spotkaniu z panią Barclay i o tym, że oboje się rozpoznaliście. Jak przypuszczam, śledził ją pan, gdy wracała do domu. Był pan świadkiem kłótni pomiędzy nią a jej mężem, podczas której najwyraźniej oskarżyła go, patrząc mu prosto w twarz, o to, co panu uczynił. Stracił pan panowanie nad sobą, więc pobiegł przez trawnik i wtargnął do środka.

– Zgadza się, sir. Tak uczyniłem. Kiedy Barclay spojrzał na mnie, jego twarz przybrała taki wyraz, jakiego jeszcze nigdy u człowieka nie widziałem. Przewrócił się i uderzył głową o próg kominka. Był jednak martwy jeszcze zanim upadł, śmierć bowiem malowała się bardzo wyraźnie na jego twarzy. Sam mój widok był dla niego niczym kula, która trafiła w jego pełne wyrzutów sumienia serce.

– A potem?

– Potem Nancy zemdlała, a ja chwyciłem z jej ręki klucz, zamierzając otworzyć drzwi i sprowadzić pomoc. Jednak przyszło mi nagle do głowy, że lepiej będzie, jeżeli ich zostawię, a sam odejdę, bo mógłbym ściągnąć na siebie podejrzenia, a gdybym został ujęty, mój sekret by się wydał. W pośpiechu wsunąłem klucz do kieszeni i upuściłem pałkę, goniąc Teddy’ego, który wspiął się po zasłonie. Gdy schowałem go do skrzynki, z której udało mu się wymknąć, uciekłem stamtąd najszybciej jak mogłem.

– Kto to jest Teddy? – zapytał Holmes.

Mężczyzna pochylił się i uniósł przednią część niewielkiej klatki stojącej w rogu pokoju. W jednej chwili wymknęło się z niej piękne czerwonobrązowe stworzenie, szczupłe i zwinne, o nogach gronostaja, cienkim pyszczku i najpiękniejszych czerwonych oczach, jakie kiedykolwiek widziałem u zwierzęcia.

– To mangusta! – zawołałem.

– Cóż, niektórzy tak je nazywają, inni mówią na nie ichneumony – odparł mężczyzna. – Ja sam nazywam je wężołapami, bo Teddy potrafi niezwykle szybko uporać się z kobrą. Mam jedną bez zębów jadowych, a Teddy łapie ją co wieczór, żeby sprawić przyjemność żołnierzom w kantynie. Coś jeszcze, sir?

– Cóż, być może będziemy musieli znów się do pana zwrócić, jeśli okaże się, że pani Barclay ma poważne kłopoty.

– W takim razie oczywiście się ujawnię.

– Jednak jeśli tak się nie stanie, nie ma sensu wygrzebywać skandalu, w który zamieszany był zmarły, niezależnie od tego, jak haniebnie postąpił. Ma pan przynajmniej tę satysfakcję, że wie pan, iż przez trzydzieści lat miał straszne wyrzuty sumienia z powodu swojego podłego czynu. O, to major Murphy, tam, po drugiej stronie ulicy! Żegnam pana, panie Wood. Chcę się dowiedzieć, czy od wczoraj coś się wydarzyło.

Udało nam się dogonić majora, nim ten skręcił za róg.

– Ach, pan Holmes! – zawołał. – Pewnie słyszał pan już, że sprawa śmierci pułkownika została zakończona.

– A co się takiego stało?

– Właśnie zamknięto dochodzenie. Dane z badań medycznych wykazały w jednoznaczny sposób, że zgon nastąpił wskutek apopleksji. Jak pan widzi, sprawa okazała się całkiem prosta.

– Tak, rzeczywiście była wyjątkowo trywialna – rzekł z uśmiechem Holmes. – Chodź, Watsonie. Nie sądzę, byśmy byli jeszcze potrzebni w Aldershot.

– Jeszcze tylko jeden szczegół – odezwałem się, gdy zmierzaliśmy do stacji. – Skoro mąż miał na imię James, ten drugi mężczyzna Henry, to o co chodziło z tym całym Dawidem?

– Mój drogi Watsonie, gdybym rzeczywiście tak dobrze i logicznie rozumował, jak to lubisz opisywać w swoich opowieściach, wówczas na podstawie tego jednego jedynego słowa powinienem był się domyślić rozwiązania całej tej historii. Najwyraźniej, nazywając go tak, robiła mu wyrzuty.

– Wyrzuty?

– Tak, Dawidowi zdarzyło się kiedyś trochę zbłądzić, raz nawet w ten sam sposób co sierżantowi Barclayowi. Pamiętasz ten drobny incydent z Uriaszem i Batszebą? Obawiam się, że moja wiedza na temat Biblii jest trochę zardzewiała, ale możesz znaleźć tę historię w 1 lub 2 Księdze Samuela.

Rozdział ósmy

 

Stały pacjent

 
 

Gdy przeglądam ten nieco niespójny cykl wspomnień, jakimi próbowałem zilustrować niektóre szczególne cechy intelektu mojego przyjaciela Sherlocka Holmesa, łapie się na tym, jaką trudność sprawia mi wybranie przykładów, które pod każdym względem odpowiadałyby moim celom. Dzieje się tak dlatego, że w przypadkach gdy Holmes tworzył prawdziwe majstersztyki analitycznego rozumowania i przedstawiał specyficzne metody prowadzenia śledztwa, same fakty dotyczące sprawy bywały tak błahe i pospolite, że nie uważałem za konieczne przedstawiać je czytelnikom. Z drugiej strony często zdarzało się i tak, że zaangażowany był w jakieś dochodzenie, w którym fakty były doprawdy niezwykłe i dramatyczne, jednak jego udział w ustaleniu ich wagi i znaczenia nie był tak znaczny, jak mógłbym tego pragnąć jako jego biograf. Niewielkie sprawy, jak ta opisana w „Studium w szkarłacie” czy też inna, powiązana z zaginięciem statku „Gloria Scott”, mogą posłużyć jako przykłady przysłowiowych Scylli i Charybdy, które nieustannie zagrażają historykowi. Być może jest tak, że w sprawie, o której zamierzam teraz napisać, rola mojego przyjaciela nie jest wystarczająco zaakcentowana. Z drugiej jednak strony, cały ciąg wydarzeń jest tak niezwykły, iż nie potrafię odmówić sobie zamieszczenia jego opisu w tym cyklu opowieści.

Był duszny pochmurny październikowy dzień. Mieliśmy na wpół zaciągnięte zasłony, a Holmes leżał skulony na sofie, wczytując się w list, który otrzymał poranną pocztą. Jeśli chodzi o mnie, służąc w Indiach, nauczyłem się lepiej znosić gorąco niż zimno, i trzydzieści stopni na termometrze nie były dla mnie żadnym problemem. Gazeta była jednak wyjątkowo nieciekawa. Parlament zakończył obrady, wszyscy poznikali z miasta, ja zaś czułem tęsknotę za polanami New Forest i kamienistymi plażami w Southsea. Brak pieniędzy na koncie sprawił, że musiałem odłożyć wakacje, jeśli zaś chodzi o mojego towarzysza, to nie ciągnęło go ani do uroków wsi, ani nad morze. Uwielbiał tkwić w samym centrum pięciomilionowego miasta, pozostając w gotowości, by natychmiast zareagować na każdą pogłoskę czy podejrzenie dotyczące jakiegoś niewyjaśnionego przestępstwa. Wśród jego wielu zalet nie było miejsca na zachwyty nad pięknem natury, i jedyne, co mogło zmienić jego nastawienie w tym względzie, to decyzja, że zamiast śledzić jakiegoś złoczyńcę w mieście, podąży jego tropem wiodącym na wieś.

Przekonawszy się, że Holmes jest zbyt pochłonięty tym, co robił, by mieć ochotę na rozmowę, odrzuciłem na bok nudną gazetę i, opierając się wygodnie w fotelu, pogrążyłem się w zadumie. Nagle bieg moich myśli przerwał głos mego towarzysza.

– Masz rację, Watsonie – powiedział. – Też uważam, że to zupełnie niedorzeczny sposób rozwiązywania sporów.

– Kompletnie niedorzeczny! – zawołałem, a potem, zdawszy sobie nagle sprawę, że odczytał najgłębsze myśli skrywane w mojej duszy, wyprostowałem się w fotelu i spojrzałem na niego w kompletnym osłupieniu.

– Cóż to było, Holmesie?! – zawołałem raz jeszcze. – Teraz już naprawdę przeszedłeś moje najśmielsze oczekiwania.

Widząc moją konsternację, roześmiał się z całego serca.

– Pamiętasz może – powiedział – że gdy czytałem ci niedawno fragment jednego z opowiadań Poe, w którym człowiek posługujący się logicznym myśleniem śledził niewypowiedziane myśli swego towarzysza, byłeś raczej skłonny potraktować to wszystko jako czcze wymysły autora? A gdy zauważyłem wówczas, że ja sam nieustannie robię to samo, wyrażałeś swoje niedowierzanie.

– Och nie!

– Być może nie wyraziłeś tego słowami, mój drogi Watsonie, ale z całą pewnością świadczyły o tym twe uniesione brwi. Tak więc, gdy zobaczyłem, że odrzucasz gazetę i pogrążasz się w myślach, bardzo się ucieszyłem, że mam oto okazję, aby je odczytać, a następnie opowiedzieć tobie o nich jako dowód na nawiązanie z tobą bliskiego kontaktu mentalnego.

Nie byłem bynajmniej usatysfakcjonowany tymi słowami.

– W tym fragmencie, który mi czytałeś – rzekłem – myślący logicznie człowiek wyciągał wnioski z zachowań mężczyzny, którego obserwował. O ile dobrze pamiętam, mężczyzna ten potknął się o stos kamieni, potem spojrzał w górę na gwiazdy i tak dalej.

Ja natomiast spokojnie sobie siedziałem w fotelu. Jakich więc przesłanek do rozumowania mogłem ci dostarczyć?

– Jesteś niesprawiedliwy wobec samego siebie. Rysy twarzy człowieka wyrażają jego emocje, zaś w twoim przypadku wiernie ci one służą.

– Chcesz przez to powiedzieć, że odczytałeś ciąg moich myśli z mojej twarzy?

– Tak, z rysów twojej twarzy, a przede wszystkim z oczu. Może pamiętasz, od czego zaczęły się twoje rozmyślania?

– Nie pamiętam.

– W takim razie ja ci powiem. Po tym, gdy odrzuciłeś gazetę, co zwróciło moją uwagę, przez pół minuty siedziałeś z pustym spojrzeniem. Później utkwiłeś wzrok w niedawno oprawionym portrecie generała Gordona, a ja spostrzegłem po zmianie twoich rysów, że rozpoczął się pewien proces myślowy. Nie trwał jednak zbyt długo. Zwróciłeś oczy na nieoprawiony portret Henry’ego Warda Beechera, stojący na książkach. Później spojrzałeś w górę na ścianę i to, co pomyślałeś, było oczywiste. Przyszło ci do głowy, że gdyby ten portret był oprawiony, zasłoniłby to puste miejsce na ścianie i dobrze by pasował do wiszącego portretu Gordona.

– Świetnie odgadłeś moje myśli! – zawołałem.

– Aż do tamtego momentu raczej nie mogłem pobłądzić. Wtedy jednak twoje myśli powróciły do Beechera i spojrzałeś na niego twardo, tak jakbyś badał jego charakter na podstawie rysów twarzy. Później wyraz twych oczu złagodniał, lecz nadal na niego patrzyłeś, a twoja twarz wyrażała zamyślenie. Przypominałeś sobie różne epizody z kariery Beechera. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że przy tej okazji nie mogłeś nie pomyśleć o misji, jakiej się podjął dla Północy podczas wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych, pamiętałem bowiem, z jaką pasją wyrażałeś swoje wzburzenie wobec tego, jak przyjęli go mniej przychylnie nastawieni Anglicy. Wywołuje to w tobie tak silne emocje, iż wiedziałem, że nie możesz myśleć o Beecherze, nie myśląc również o tej kwestii. Gdy chwilę później ujrzałem, że twoje oczy zaczynają błądzić i nie wpatrują się już w portret, podejrzewałem, że zwróciłeś myśli ku wojnie secesyjnej. Gdy zauważyłem, jak przygryzasz usta, twoje oczy zaczynają miotać iskry, a pięści się zaciskają, byłem już pewien, że naprawdę myślisz o męstwie okazanym przez obie strony podczas tego desperackiego konfliktu. Potem jednak twoja twarz posmutniała. Potrząsnąłeś głową. Zadumałeś się nad tym, jak smutny, przerażający i bezużyteczny był ten rozlew krwi. Twoja dłoń bezwiednie powędrowała w miejsce, w którym kiedyś byłeś ranny, a na twoich ustach pojawił się lekki uśmiech, co przekonało mnie o tym, iż właśnie myślisz, że taka metoda rozwiązywania międzynarodowych sporów jest doprawdy niedorzeczna. W tym właśnie punkcie zgodziłem się z tobą, mówiąc, iż rzeczywiście jest niedorzeczna, i mogłem się z radością przekonać, że cały ten przeprowadzony przeze mnie proces dedukcji był słuszny.

– Całkowicie słuszny! – powiedziałem. – I muszę przyznać, że teraz, kiedy mi to wszystko wyjaśniłeś, wciąż jestem równie zdumiony jak przedtem.

– Mój drogi Watsonie, to naprawdę nic niezwykłego, zapewniam cię. Nie przerywałbym twoich refleksji, gdybyś parę dni temu nie wyrażał swojego niedowierzania, iż jest to możliwe. Ale zbliża się wieczór, i zaczyna przyjemnie wiać wietrzyk. Co byś powiedział na małą przechadzkę po Londynie?

Byłem już tak znużony przesiadywaniem w naszym małym salonie, że z radością na to przystałem. Spacerowaliśmy razem przez jakieś trzy godziny, obserwując nieustannie zmieniający się kalejdoskop życia, przetaczającego się przez Fleet Street i Strand niczym przypływy i odpływy morza. Holmes przez cały czas bawił mnie i oczarowywał swymi tak typowymi dla niego uwagami, przez które przebijała się bystra obserwacja szczegółów i subtelna moc dedukcji. Nim wróciliśmy na Baker Street, była już dziesiąta. Przed naszymi drzwiami czekał jednokonny powóz.

– Hmm! Należy do lekarza! Lekarza ogólnego, jak sądzę – rzekł Holmes. – Ma praktykę od niedawna, ale nie narzeka na brak pracy. Coś mi się wydaje, że przyszedł prosić mnie o radę. Na szczęście już wróciliśmy!

Znałem już metody Holmesa na tyle dobrze, by nadążyć za jego rozumowaniem i dostrzec, że rodzaj i stan różnych lekarskich narzędzi wiszących w wiklinowym koszu i widocznych w świetle lampy wewnątrz powozu, dostarczyły mu niezbędnych informacji, by szybko wydedukować, kim jest nasz gość. Światło palące się na piętrze w naszym oknie świadczyło o tym, że to rzeczywiście do nas udał się z tą późną wizytą. Byłem ciekaw, co mogło skłonić mojego kolegę po fachu do odwiedzenia nas o tak późnej porze; ruszyłem za Holmesem do naszej jaskini.

Gdy weszliśmy, z krzesła przy kominku podniósł się blady mężczyzna o szczupłej twarzy i skąpych bokobrodach. Nie miał więcej niż trzydzieści trzy czy trzydzieści cztery lata, jednak jego wymizerowana twarz i niezdrowa cera świadczyły o tym, że życie, jakie wiódł, wyssało z niego siły i pozbawiło młodości. Zachowywał się nerwowo i nieśmiało, zaś szczupła biała dłoń, jaką oparł na gzymsie kominka, wstając z krzesła, mogłaby raczej należeć do artysty niż do lekarza. Odziany był zwyczajnie, ale dość ponuro – w czarny surdut i ciemne spodnie. Jedynym kolorowym akcentem w jego stroju był krawat.

– Dobry wieczór, doktorze – zagaił radośnie Holmes. – Cieszę się, widząc, że czekał pan na nas tylko przez parę minut.

– A więc rozmawiał pan z moim woźnicą?

– Nie. Powiedziała mi o tym świeca stojąca na stoliku obok. Ale proszę usiąść i powiedzieć mi, jak mogę panu pomóc.

– Nazywam się doktor Percy Trevelyan – rzekł nasz gość – mieszkam na Brook Street pod numerem 403.

– Czy to nie pan jest autorem monografii o rzadko spotykanych urazach układu nerwowego? – spytałem.

Gdy usłyszał, że znam jego pracę, jego blade policzki okrył rumieniec. Najwyraźniej sprawiło mu to przyjemność.

– Tak rzadko wspomina ktoś o tej pracy, że myślałem, iż nikt jej już nie czyta – odparł. – Mój wydawca zdał mi wyjątkowo zniechęcający raport o tym, jak się sprzedaje. Przypuszczam, pan również jest lekarzem?

– Emerytowanym lekarzem wojskowym.

– Moim hobby zawsze były choroby neurologiczne. Pragnąłbym uczynić z nich moją wyłączną specjalizację, ale oczywiście na początku człowiek musi brać to, co dostaje. Nie ma to jednak nic wspólnego ze sprawą, panie Holmes, ja zaś dokładnie wiem, jak cenny jest pański czas. Ostatnio w moim domu przy Brook Street doszło do niezwykle dziwnego ciągu wydarzeń, który dziś w nocy osiągnął taką kulminację, że nie mogłem już wytrzymać ani godziny dłużej i przyjechałem prosić pana o radę i pomoc.

Sherlock Holmes usiadł i zapalił fajkę.

– Z przyjemnością udzielę panu i jednej, i drugiej – rzekł. – Ale proszę teraz opowiedzieć mi ze wszystkimi szczegółami, jakież to okoliczności nie dają panu spokoju.

– Niektóre szczegóły tej sprawy są tak trywialne – rzekł doktor Trevelyan – że doprawdy wstydzę się o nich wspominać, a sama sprawa jest tak niewytłumaczalna, i obrót, który niedawno przybrała, tak skomplikowany, że opowiem panu o wszystkim, tak by sam mógł pan ocenić, co jest w niej istotne, a co nie zasługuje na uwagę. Na początek jestem zmuszony opowiedzieć co nieco o mojej karierze naukowej. Ukończyłem uniwersytet w Londynie i mam nadzieję, iż nie pomyśli pan, że bezpodstawnie chwalę się swoimi osiągnięciami, jeśli powiem, iż moja kariera w czasach studenckich uznawana była przez wykładowców za bardzo obiecującą. Po ukończeniu studiów nadal poświęcałem się badaniom, zajmując poślednie stanowisko w King’s College Hospital. Szczęście mi dopisało. Wzbudziłem w środowisku znaczne zainteresowanie badaniami patologii katalepsji, dzięki czemu przyznano mi nagrodę Pinkertona oraz medal za monografię o urazach neurologicznych, o której przed chwilą wspomniał pański przyjaciel. W tamtym czasie można było odnieść wrażenie, że czeka mnie wybitna kariera.

Jednak na drodze stała wielka przeszkoda: brak środków. Jak pan zapewne wie, specjalista, który wysoko mierzy, musi zaczynać przy jednej z kilkunastu uliczek przy Cavendish Square, a otwarcie tam praktyki zawsze wiąże się z koniecznością płacenia niebotycznego czynszu i dużymi wydatkami na wystrój lokalu. Oprócz tych wstępnych nakładów trzeba być przygotowanym na to, że przez kilka pierwszych lat trzeba będzie utrzymywać się z własnych źródeł i wynająć porządny powóz z koniem. Wszystko to było raczej poza moim zasięgiem, i mogłem jedynie mieć nadzieję, że jeśli będę oszczędny, po dziesięciu latach uda mi się odłożyć odpowiednią sumę, by móc zawiesić w takim miejscu swój własny szyld. Wtedy jednak doszło do pewnego zdarzenia, które otwierało przede mną całkiem nowe perspektywy.

Była nim wizyta pewnego dżentelmena o nazwisku Blessington, wówczas zupełnie obcego dla mnie człowieka. Pewnego ranka zjawił się w moim pokoju i natychmiast przeszedł do interesów.

– Jest pan tym samym Percym Trevelyanem, który miał przed sobą tak wybitną karierę i niedawno wygrał wielką nagrodę? – zapytał.

– Do pańskiej dyspozycji.

– Proszę odpowiadać mi szczerze – ciągnął mój gość – bo leży to jak najbardziej w pańskim interesie. Jest pan tak inteligentnym człowiekiem, że pański sukces jest właściwie gwarantowany. Ale czy jest pan taktowny?

Słysząc to obcesowe pytanie, nie mogłem powstrzymać uśmiechu.

– Sądzę, że posiadam tę cechę – odparłem.

– Jakieś nałogi? Nie ciągnie pana do picia, co?

– Doprawdy, sir! – zawołałem.

– Doskonale! Świetnie się składa. Musiałem pana jednak o to zapytać. Skoro posiada pan tyle zalet, to czemu nie prowadzi pan własnej praktyki?

Wzruszyłem ramionami.

– A więc to tak? – dorzucił w ten swój zaaferowany sposób. – Historia stara jak świat. Więcej pan ma w głowie niż w kieszeni, co? A co by pan powiedział na to, żebym pana urządził przy Brook Street?

Wpatrywałem się w niego w osłupieniu.

– Och, ze względu na mnie, nie na pana! – zawołał. – Będę z panem całkowicie szczery, i jeśli będzie to panu odpowiadać, ja również będę bardzo zadowolony. Widzi pan, mam parę tysięcy do zainwestowania, i pomyślałem, że utopię je w pańskiej praktyce.

– Ale dlaczego? – wysapałem.

– Cóż, inwestycja jak każda inna, tyle tylko że bezpieczniejsza niż większość z nich.

– W takim razie co miałbym zrobić?

– Powiem panu. Wynajmę kamienicę, umebluję ją, opłacę pokojówki i dozorcę. Wszystko, co pan ma robić, to siedzieć w swoim gabinecie, tak żeby się obicie od krzesła przetarło. Będę panu zapewniać kieszonkowe i wszystko inne. Będzie mi pan przekazywał trzy czwarte tego, co pan zarobi, a jedną czwartą zatrzyma pan dla siebie.

I taka była, panie Holmes, ta dziwna propozycja, z którą przyszedł do mnie Blessington. Nie będę pana zamęczać opowiadaniem o tym, jak się targowaliśmy i negocjowaliśmy. W każdym razie wprowadziłem się do tej kamienicy zaraz po święcie Zwiastowania i rozpocząłem praktykę na takich warunkach, jakie mi zaproponował. On również zamieszkał w tym domu w charakterze pacjenta. Wyglądało na to, że ma słabe serce i wymaga stałego nadzoru lekarza. W dwóch najlepszych pokojach na pierwszym piętrze urządził sobie salon i sypialnię. Jest człowiekiem o bardzo dziwnych nawykach, nie lubi towarzystwa i bardzo rzadko wychodzi z domu. Prowadził nieregularny tryb życia, jednak pod jednym względem był uosobieniem systematyczności. Każdego wieczoru o tej samej godzinie wchodził do mojego gabinetu, sprawdzał księgi, kładł na biurku pięć szylingów i trzy pensy za każdą gwineę jaką zarobiłem, a resztę zabierał do sejfu w swoim pokoju.

Mogę z całą pewnością powiedzieć, że nigdy nie miał powodów, by żałować tej swojej inwestycji. Moja praktyka od samego początku była sukcesem. Dzięki kilku dobrze zdiagnozowanym przypadkom i reputacji, jaką zdobyłem, pracując w szpitalu, błyskawicznie piąłem się w górę i w ciągu kilku lat uczyniłem z niego bogatego człowieka.

I to by było chyba wszystko, panie Holmes, jeśli chodzi o moją historię i relacje z panem Blessingtonem. Teraz pozostaje mi już tylko wyjaśnić, jakie wydarzenie sprowadziło mnie tu dziś w nocy.

Kilka tygodni temu pan Blessington zszedł na dół do mojego gabinetu w stanie wielkiego podekscytowania. Mówił coś o jakimś włamaniu, które popełniono w West Endzie, i jak pamiętam, był przy tym bardzo podniecony. Oświadczył, że natychmiast zamontujemy rygle w naszych drzwiach i oknach. Przez cały tydzień pozostawał w tym dziwnym stanie niepokoju, nieustannie zerkał przez okna na ulicę i przestał nawet wychodzić na swoje krótkie spacery, na które zazwyczaj wybierał się przed kolacją. Sądząc po jego zachowaniu, wydawało mi się, że śmiertelnie się kogoś lub czegoś boi. Jednak kiedy go o to pytałem, stawał się tak nieuprzejmy, że musiałem zaniechać tego tematu. Stopniowo, w miarę upływu czasu, lęk go opuszczał, a on sam powrócił do dawnych nawyków. Wówczas pewne nowe wydarzenie ponownie wpędziło go w ten pożałowania godny stan, w jakim się teraz znajduje.

A oto co się wydarzyło. Dwa dni temu otrzymałem list, który panu przeczytam. Nie było na nim ani daty, ani adresu.

Pewien rosyjski arystokrata mieszkający obecnie na stałe w Anglii byłby niezmiernie rad, mogąc skorzystać z profesjonalnej pomocy dr. Percy’ego Trevelyana. Od kilku lat cierpi na napady katalepsji, choroby, w której leczeniu doktor Trevelyan, jak powszechnie wiadomo, jest autorytetem. Proponuję spotkanie kwadrans po szóstej jutro wieczorem, o ile doktorowi Trevelyanowi ta pora będzie odpowiadać i o ile doktor zechce czekać na nas w domu.

 

List ten niezmiernie mnie zainteresował, ponieważ główną trudnością w badaniu katalepsji jest rzadkość występowania tej choroby. Jak pan się zapewne domyśla, o umówionej godzinie czekałem już w moim gabinecie, kiedy portier wprowadził pacjenta.

Był to starszy człowiek, chudy, skromny i niczym nie wyróżniający się. Nijak nie pasował do schematu, jaki powstaje człowiekowi w głowie, gdy słyszy, że ma spotkać rosyjskiego arystokratę. Znacznie bardziej zaintrygował mnie natomiast wygląd jego towarzysza. Był to wysoki młody mężczyzna, niezwykle przystojny, o ciemnej, pełnej pasji twarzy, obdarzony kończynami i torsem Herkulesa.

Gdy weszli, prowadził swego towarzysza pod ramię i pomógł mu usiąść z taką czułością i opiekuńczością, jakich, sądząc po jego wyglądzie, trudno byłoby się po nim spodziewać.

– Proszę mi wybaczyć, że wszedłem do gabinetu, doktorze – rzekł do mnie; mówiąc po angielsku, odrobinę seplenił. – To mój ojciec, a sprawa jego zdrowia jest dla mnie niezmiernie ważna.

Wzruszyła mnie ta synowska troska.

– Być może zechce pan pozostać z nami na czas badania? – spytałem.

– Za żadne skarby świata! – zawołał z gestem przerażenia. – To dla mnie tak bolesne, że nie potrafię tego wyrazić. Gdybym miał zobaczyć mojego ojca podczas jednego z tych straszliwych napadów, jestem pewien, że nie zniósłbym takiego widoku. Mam wyjątkowo wrażliwy układ nerwowy. Za pańskim pozwoleniem, doktorze, posiedzę w poczekalni, kiedy pan będzie badał mojego ojca.

Oczywiście zgodziłem się na to, i młody mężczyzna wycofał się z gabinetu. Pogrążyłem się w rozmowie z pacjentem, przez cały czas sporządzając obszerne notatki dotyczące jego przypadku. Nie był zbyt inteligentnym człowiekiem i często udzielał niejasnych odpowiedzi, co przypisywałem jego ograniczonej znajomości naszego języka. Jednak nagle, gdy tak siedziałem, zapisując uwagi, przestał w ogóle odpowiadać na moje pytania, a gdy na niego spojrzałem, przekonałem się ze zdumieniem, że siedzi na swoim krześle wyprostowany niczym struna, wpatrując się we mnie z zupełnie bezmyślną i pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu twarzą. Znów znalazł się pod wpływem swej tajemniczej choroby.

Moją pierwszą reakcją, jak już wspomniałem, było współczucie i przerażenie. Obawiam się jednak, że drugą było poczucie zawodowej satysfakcji. Odnotowałem puls i temperaturę pacjenta, sprawdziłem sztywność jego mięśni i zbadałem odruchy. W żadnym z tych stanów nie wykryłem anomalii, co zgadzało się z moimi poprzednimi doświadczeniami. Wcześniej stosowanie inhalacji z azotynu amylu dawało w takich przypadkach dobre rezultaty, i wydawało mi się, że obecna sytuacja jest doskonałą sposobnością do sprawdzenia tej metody. Fiolka była jednak na dole, w laboratorium, zostawiłem więc pacjenta siedzącego na krześle i pobiegłem po nią. Odnalezienie fiolki zajęło mi jakieś pięć minut, po czym wróciłem na górę. Proszę sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy odkryłem, że gabinet jest pusty, a pacjenta nigdzie nie ma.

Oczywiście, w pierwszym odruchu pobiegłem do poczekalni. Jego syn również zniknął. Drzwi od holu były zamknięte, ale nie na klucz. Mój odźwierny, który wprowadza pacjentów, to nowy, niezbyt bystry chłopak. Czeka zwykle na dole i wbiega na górę, żeby wprowadzić pacjenta, kiedy daję mu znak dzwonkiem z gabinetu. Niczego nie słyszał, i zniknięcie pacjenta pozostało całkowitą tajemnicą. Wkrótce potem pan Blessington powrócił ze swojego krótkiego spaceru. Nie wspomniałem mu o całym tym zdarzeniu, bo prawdę mówiąc, w ostatnim czasie starałem się rozmawiać z nim tak rzadko, jak to tylko było możliwe.

Nie spodziewałem się już nigdy ujrzeć tego Rosjanina i jego syna, proszę więc sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy dziś wieczorem, dokładnie o tej samej porze, obaj ponownie wmaszerowali do mojego gabinetu.

– Obawiam się, że jestem panu winien ogromne przeprosiny za moje wczorajsze nagłe zniknięcie, doktorze – rzekł mój pacjent.

– Przyznaję, że byłem tym bardzo zaskoczony – odparłem.

– Cóż, prawda jest taka – wyjaśnił – że gdy dochodzę do siebie po tych atakach, mój umysł nie pracuje zbyt jasno. Nie bardzo pamiętam, co się działo wcześniej. Ocknąłem się w jakimś, jak mi się wydawało, obcym pokoju i w stanie takiego zamroczenia, że pod pańską nieobecność po prostu wyszedłem na ulicę.

– A ja – wtrącił syn – widząc, że mój ojciec wychodzi z gabinetu, pomyślałem, że konsultacja dobiegła końca. Z tego, co się naprawdę stało, zacząłem sobie zdawać sprawę dopiero wówczas, gdy dotarliśmy do domu.

– Cóż – odparłem ze śmiechem – nic takiego się nie stało, a pański przypadek bardzo mnie zaintrygował. Tak więc, sir, jeśli z łaski swojej zechce pan przejść do gabinetu, z przyjemnością dokończę badanie, które tak niespodziewanie wczoraj przerwaliśmy.

Przez jakieś pół godziny omawiałem z tym starszym dżentelmenem objawy jego choroby, a następnie, przepisawszy mu lekarstwa, odprowadziłem do drzwi i widziałem, jak wychodzi podtrzymywany pod ramię przez swojego syna.

Jak już panu wspominałem, pan Blessington z reguły o tej porze dnia zażywał nieco ruchu. Wkrótce potem wrócił i poszedł na górę. Chwilę później usłyszałem, jak zbiega po schodach. Wpadł do mojego gabinetu niczym człowiek, któremu panika odjęła rozum.

– Kto był w moim pokoju?! – zawołał.

– Nikt – odparłem.

– To kłamstwo! – wrzasnął. – Niech pan wejdzie na górę i sam spojrzy!

Zignorowałem grubiański ton, jakim się do mnie zwracał, bo odniosłem wrażenie, że ze strachu stracił rozum. Gdy wszedłem z nim na górę, wskazał ręką na kilka odcisków butów na jasnym dywanie.

– Chce pan powiedzieć, że to moje?! – zawołał.

Ślady były z całą pewnością o wiele większe, niż on sam mógłby pozostawić, i dość świeże. Jak pan wie, tego popołudnia bardzo padało, a jedynymi ludźmi, którzy mnie odwiedzili, byli moi pacjenci. Tak więc mężczyzna, który został w poczekalni, z jakichś nieznanych mi powodów wszedł na górę do pokoju mojego pacjenta, podczas gdy ja zajmowałem się tym drugim. Nikt niczego nie dotykał, nic nie zniknęło, pozostały jednak te ślady butów, będące dowodem, że samo wtargnięcie było niezbitym faktem.

Pan Blessington był bardziej podekscytowany tą sprawą, niż wydawało mi się to uzasadnione. Choć przyznaję, takie wydarzenie mogło każdemu zakłócić spokój ducha. Dosłownie siedział w fotelu i płakał, a ja nie mogłem wydobyć z niego nic sensownego. To on zasugerował, bym zwrócił się do pana, a ja od razu uznałem to za słuszną propozycję, bo z całą pewnością incydent ten był bardzo dziwny, choć odnoszę wrażenie, że mój pacjent zbyt przesadnie na niego zareagował. Jeśli tylko zechce pan pojechać ze mną moim powozem, będzie pan przynajmniej mógł go trochę uspokoić, choć nie mam zbytnio nadziei, że będzie pan w stanie wyjaśnić to przedziwne zdarzenie.

Sherlock Holmes słuchał tej długiej opowieści w ogromnym skupieniu, świadczącym o tym, że sprawa ta niezwykle go zainteresowała. Choć jego twarz pozostała jak zawsze beznamiętna, powieki mocniej zaczęły opadać mu na oczy, a kłęby dymu z fajki stawały się coraz bardziej gęste za każdym razem, gdy doktor dochodził podczas swojej opowieści do jakiegoś ciekawego epizodu. Gdy nasz gość skończył mówić, Holmes bez słowa podniósł się z fotela, podał mi mój kapelusz, wziął swój ze stołu i ruszył za doktorem Trevelyanem w kierunku wyjścia. Po kwadransie wysiedliśmy pod drzwiami rezydencji lekarza przy Brook Street, jednego z tych ponurych, pozbawionych wyrazu domów, które jakoś zawsze kojarzą się z praktyką lekarską w West Endzie. Wpuścił nas odźwierny niewysokiego wzrostu, i bez zwłoki ruszyliśmy na górę po szerokich, wyłożonych dywanem schodach. Zatrzymało nas jednak w miejscu dziwne zdarzenie. Światło u szczytu schodów nagle zgasło, i z ciemności dobiegł nas piskliwy, drżący głos.

– Mam pistolet! – krzyczał. – Słowo daję, jeśli się do mnie zbliżycie, wystrzelę!

– To już się robi naprawdę skandaliczne, panie Blessington! – zawołał doktor Trevelyan.

– Och, a więc to pan, doktorze – powiedział głos z ogromną ulgą. – Ale ci dwaj dżentelmeni, czy oni rzeczywiście przyszli z panem?

Czuliśmy, że z ciemności ktoś nam się długo i dokładnie przygląda.

– Tak, tak. W porządku – odezwał się wreszcie głos. – Możecie wejść na górę. Jeśli moje środki ostrożności was poirytowały, to bardzo przepraszam.

Mówiąc to, ponownie zapalił lampę gazową na schodach i ujrzeliśmy przed sobą dziwacznego człowieka, którego wygląd, podobnie zresztą jak głos, świadczył o jego zszarpanych nerwach. Był bardzo otyły, ale najwyraźniej jakiś czas temu musiał być jeszcze tęższy, bo skóra na twarzy zwisała niczym luźne kieszenie, upodabniając go do posokowca. Jego cera miała chorobliwy kolor, a rzadkie spłowiałe włosy wydawały się jeżyć pod wpływem silnych emocji. W dłoni trzymał pistolet, który po chwili schował do kieszeni.

– Dobry wieczór, panie Holmes – powiedział. – Jestem panu bardzo zobowiązany za to, że pan pofatygował się i przyszedł. Nikt nigdy nie potrzebował bardziej pańskiej rady i pomocy niż ja. Przypuszczam, że doktor Trevelyan opowiedział już panu o tym niczym nieusprawiedliwionym wtargnięciu do moich pokoi?

– Zgadza się – rzekł Holmes. – Kim są ci dwaj mężczyźni, panie Blessington, i dlaczego pana nachodzą?

– No cóż – rzekł nerwowo Blessington. – Oczywiście trudno mi to powiedzieć. Nie może pan oczekiwać, że to ja odpowiem na to pytanie, panie Holmes.

– Chce pan przez to powiedzieć, że pan nie wie?

– Proszę wejść do środka. Niech pan z łaski swojej zajrzy tutaj.

Poprowadził nas do swojej sypialni, która okazała się być dużym, wygodnie urządzonym pomieszczeniem.

– Widzi pan to? – powiedział, wskazując na duże czarne pudło stojące w nogach łóżka. – Nigdy nie byłem wielkim bogaczem, panie Holmes. Dokonałem w życiu tylko jednej inwestycji, o której panu zapewne opowiedział doktor Trevelyan. Ale nie wierzę w bankierów. Nigdy nie zaufałbym bankierowi, panie Holmes! Między nami, nie mam w tej skrzyni za wiele. Rozumie pan więc, co to dla mnie oznacza, gdy jacyś nieznani ludzie wdzierają się do mojego pokoju.

Holmes spojrzał przenikliwie na Blessingtona i potrząsnął głową.

– Nie mogę panu udzielić żadnej rady, skoro próbuje mnie pan oszukać – powiedział.

– Ale przecież wszystko panu powiedziałem.

Holmes odwrócił się na pięcie, zdegustowany.

– Dobranoc, doktorze Trevelyan – powiedział.

– I nic mi pan nie doradzi? – zawołał Blessington łamiącym się głosem.

– Radzę panu powiedzieć prawdę.

Chwilę później zmierzaliśmy już do domu. Przeszliśmy przez Oxford Street i minęliśmy już połowę Harley Street, nim udało mi się cokolwiek wydobyć od mojego towarzysza.

– Przykro mi, że zabrałem cię na taką nieprzemyślaną wyprawę, Watsonie – odezwał się wreszcie. – Tyle że w gruncie rzeczy to ciekawa sprawa.

– Niewiele z niej rozumiem – przyznałem.

– Oczywistym jest, że co najmniej dwóch mężczyzn (być może jest ich więcej) z jakiegoś powodu bardzo chce dopaść tego Blessingtona. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że i za pierwszym, i za drugim razem ten młody mężczyzna dostał się do pokoju Blessingtona, podczas gdy jego wspólnik koncentrował uwagę doktora przy pomocy pomysłowego podstępu.

– A katalepsja?

– Ten oszust udawał, Watsonie. Nie ośmieliłbym się jednak napomknąć o tym naszemu specjaliście. To choroba, którą bardzo łatwo udawać. Sam to robiłem.

– A potem?

– To był czysty przypadek, że za każdym razem Blessingtona nie było akurat w domu. Naturalnie, wybrali tak dziwną porę na konsultację, aby mieć pewność, że w poczekalni nie będzie żadnych innych pacjentów. Tak się jednak złożyło, że pora ta pokrywała się również z terminem spaceru Blessingtona, co wydaje się wskazywać na to, że nie znali zbyt dobrze jego codziennych zwyczajów. Oczywiście, gdyby chodziło im po prostu o rabunek, wówczas spróbowaliby dostać się do jego sejfu. Poza tym potrafię wyczytać z oczu, kiedy ktoś boi się o własną skórę. To zupełnie nie do pomyślenia, żeby ten człowiek mógł zyskać dwóch mściwych wrogów, pragnących dopaść go tak jak ci dwaj, i nic o tym nie wiedzieć. Uważam więc za pewnik, że doskonale zdaje sobie sprawę, kim są ci ludzie, i że ma jakieś własne powody, aby to zataić. Bardzo możliwe, że jutro będzie bardziej skory do rozmowy.

– Czy nie ma innej alternatywy? – spytałem. – Przyznaję, to wręcz groteskowe i nieprawdopodobne, nie ma co do tego wątpliwości, ale przecież chyba możliwe? A może cała ta historia z chorym na katalepsję Rosjaninem i jego synem była tylko wymysłem doktora Trevelyana, który z jakichś własnych powodów poszedł do pokoju Blessingtona?

W świetle latarni gazowej ujrzałem, że Holmes uśmiecha się z rozbawieniem, słuchając moich błyskotliwych refleksji.

– Mój drogi przyjacielu – powiedział – to była jedna z pierwszych konkluzji, jakie nasunęły się, nim udało mi się potwierdzić opowieść lekarza. Ten młody mężczyzna, o którym mówił doktor, zostawił również ślady butów na dywanie na schodach, nie musiałem więc prosić, by pokazano mi ślady, które zostawił w pokoju. Jeśli ci powiem, że jego buty miały kwadratowe czubki, a nie spiczaste jak buty Blessingtona, i że były o jakiś cal i jedną trzecią dłuższe od butów doktora, pewnie przyznasz mi rację, że nie może być żadnych wątpliwości co do tożsamości tego człowieka. Teraz jednak możemy spokojnie przespać się z tym problemem; będę bardzo zaskoczony, jeśli jutro rano nie dotrą do nas kolejne wieści z Brook Street.

Przepowiednia Sherlocka Holmesa szybko się spełniła, i to w dość dramatyczny sposób.

Następnego ranka o wpół do ósmej w pierwszych promieniach słonecznego światła spostrzegłem, że Holmes stoi przy moim łóżku ubrany w szlafrok.

– Czeka na nas powóz, Watsonie – powiedział.

– A o co chodzi?

– O tę sprawę z Brook Street.

– Jakieś świeże wieści?

– Dramatyczne, lecz dość dwuznaczne – odparł mój przyjaciel, odsłaniając okno. – Spójrz na to. To kartka z notesu, na której w pośpiechu nabazgrano ołówkiem: „Na miłość boską, proszę natychmiast przyjść. P.T.”. Nasz przyjaciel doktor musiał być przyciśnięty do muru, kiedy to pisał. Chodź już, przyjacielu, bo to pilne wezwanie.

W ciągu kwadransa znów byliśmy w domu lekarza. Wybiegł nam na spotkanie z twarzą, na której malowało się przerażenie.

– Och, co za sprawa! – zawołał, przyciskając ręce do skroni.

– Co się stało?

– Blessington popełnił samobójstwo!

Holmes gwizdnął.

– Tak, powiesił się w nocy!

Weszliśmy do środka, a doktor poprowadził nas do pomieszczenia, które najwyraźniej było jego poczekalnią.

– Zupełnie nie wiem, co robić! – zawołał. – Policja jest już na górze. Potwornie mną to wstrząsnęło.

– Kiedy pan to odkrył?

– Codziennie wcześnie rano kazał sobie przynosić do pokoju filiżankę herbaty. Gdy pokojówka weszła tam około siódmej, ten biedak wisiał na środku pokoju. Przywiązał sznur do haka, na którym zawsze wisiała ciężka lampa, i zeskoczył z tej samej skrzyni, którą wczoraj nam pokazywał.

Holmes stał przez chwilę, pogrążony głęboko w myślach.

– Za pańskim pozwoleniem – powiedział wreszcie – chciałbym pójść na górę i dokładnie to zbadać.

Obaj weszliśmy po schodach, a doktor podążył za nami.

Gdy przeszliśmy przez drzwi sypialni, naszym oczom ukazał się straszliwy widok. Wspominałem już o tym, że Blessington był człowiekiem otyłym o zwiotczałym ciele. Gdy zwisał tak z haka, nie można było oprzeć się wrażeniu, że zatracał właściwie ludzki wygląd. Wyciągnięta jak u oskubanego kurczaka szyja sprawiała, że reszta ciała wyglądała jeszcze bardziej grubo i nienaturalnie. Miał na sobie jedynie długą nocną koszulę, spod której wystawały jego nabrzmiałe kostki i niezgrabne stopy. Obok niego stał inspektor policji sprawiający wrażenie bystrego i zapisywał coś w swoim notesie.

– Ach, pan Holmes! – powiedział radośnie, gdy mój przyjaciel wszedł do pokoju. – Bardzo się cieszę, że pana widzę.

– Dzień dobry, Lanner – odparł Holmes. – Na pewno nie uzna mnie pan za intruza.

Słyszał pan o wydarzeniach, które doprowadziły do takiego finału?

– Tak, słyszałem co nieco.

– Wyrobił sobie już pan jakąś opinię?

– Według mnie, przerażenie odjęło temu człowiekowi rozum. Jak widać, spał w swoim łóżku. Pozostawił wystarczająco głębokie ślady. Jak pan zapewne wie, samobójstwa są najczęściej popełniane około piątej rano. No i o takiej właśnie porze musiał się powiesić. Wygląda na to, że dobrze pomyślał, jak to zrobić.

– Powiedziałbym, że nie żyje od jakichś trzech godzin, sądząc po sztywności jego mięśni – wtrąciłem.

– Zauważył pan w pokoju coś szczególnego? – spytał Holmes.

– Znalazłem śrubokręt i parę śrub na umywalce. Wygląda też na to, że dużo palił tej nocy. Tu mam cztery niedopałki cygar, które wyjąłem z kominka.

– Hmm – powiedział Holmes. – Znalazł pan jego cygarniczkę?

– Nie, żadnej nie było.

– A pudełko na cygara?

– Tak, było w kieszeni jego płaszcza.

Holmes otworzył je i powąchał jedyne cygaro, jakie było w środku.

– Och, to hawańskie cygaro. Natomiast te pozostałe należą do szczególnego gatunku importowanego przez Holendrów z kolonii w Indiach Wschodnich. Takie cygara zazwyczaj zawijane w słomę są znacznie cieńsze w stosunku do swojej długości niż jakakolwiek inna marka.

Przysunął bliżej oczu cztery niedopałki i przyjrzał im się uważnie przez swoją kieszonkową lupę.

– Dwa z nich palono w cygarniczce, a dwa bez cygarniczki – powiedział. – Dwa zostały przycięte niezbyt ostrym nożem, a pozostałe dwa mają odgryzione końcówki, musiał to zrobić człowiek, który miał bardzo zdrowe zęby. To nie było samobójstwo, panie Lanner, a bardzo dokładnie zaplanowane morderstwo z zimną krwią.

– Niemożliwe! – zawołał inspektor.

– Niby dlaczego?

– Czemu ktoś miałby zamordować człowieka w tak niewygodny sposób, wieszając go?

– Tego właśnie musimy się dowiedzieć.

– Jak sprawcy mogli dostać się do środka?

– Przez frontowe drzwi.

– Rano były zaryglowane.

– W takim razie zaryglowano je po ich wyjściu.

– Skąd pan to wie?

– Widziałem ich ślady. Proszę mi wybaczyć, a być może za chwilę będę w stanie powiedzieć o tym coś więcej.

Podszedł do drzwi i, przekręcając zamek, starannie i metodycznie go obejrzał. Następnie wyjął klucz, który znajdował się od wewnętrznej strony drzwi, i również dokładnie go zbadał. Później po kolei przyglądał się uważnie łóżku, dywanowi, krzesłom, półce nad kominkiem, zwłokom i sznurowi, aż wreszcie usatysfakcjonowany skończył oględziny. Wówczas z pomocą moją i inspektora odciął sznur, na którym wisiały zwłoki, po czym z szacunkiem przykryliśmy je prześcieradłem.

– A co z tą liną? – zapytał Holmes.

– Odcięto kawałek od tej – rzekł doktor Trevelyan, wyciągając spod łóżka duży zwój. – Chorobliwie bał się pożaru i zawsze trzymał ten sznur pod ręką, żeby móc uciec przez okno na wypadek, gdyby paliły się schody.

– To musiało im zaoszczędzić kłopotów – rzekł z namysłem Holmes. – Tak, fakty w rzeczywistości są bardzo proste, i będę zaskoczony, jeśli do dzisiejszego popołudnia nie będę w stanie ich panom wyjaśnić. Wezmę ze sobą to zdjęcie Blessingtona stojące nad kominkiem. Może mi pomóc w dochodzeniu.

– Ale nic nam pan nie powiedział! – zawołał doktor.

– Och, nie ma żadnych wątpliwości co do przebiegu i kolejności zdarzeń – rzekł Holmes. – Było ich trzech, ten młody mężczyzna, starszy mężczyzna i ktoś trzeci, co do którego tożsamości nie mam żadnych wskazówek. Nie muszę chyba dodawać, że tych pierwszych dwóch, to ci sami, którzy udawali rosyjskiego arystokratę i jego syna, możemy więc ich bardzo dokładnie opisać. Do domu wpuścił ich jakiś wspólnik. Jeśli mogę panu coś doradzić, inspektorze, to proponowałbym aresztować odźwiernego, który, jak rozumiem, pracuje dla pana dopiero od niedawna, doktorze.

– Ten młody urwis gdzieś zniknął – rzekł doktor Trevelyan. – Pokojówka i kucharz już go szukali.

Holmes wzruszył ramionami.

– Odegrał niepoślednią rolę w całym tym dramacie – powiedział. – Ci trzej mężczyźni weszli na górę po schodach, poruszając się na palcach. Starszy szedł przodem, młodszy jako drugi, a ten, o którym nic nie wiemy, na końcu.

– Mój drogi Holmesie! – wykrzyknąłem.

– Och, nie ma wątpliwości co do tego, uwzględniając, w jaki sposób nakładają się na siebie ślady. Mam tę przewagę, że wczoraj wieczorem dowiedziałem się, które do kogo należą. Następnie przeszli do pokoju pana Blessingtona i przekonali się, że drzwi są zamknięte na klucz. Udało im się go jednak przekręcić przy pomocy kawałka drutu. Nawet bez lupy zauważycie panowie po zadrapaniach na zamku, w jaki sposób starano się je otworzyć.

Po wejściu do pokoju ich pierwszym posunięciem musiało być zakneblowanie pana Blessingtona. Być może był pogrążony we śnie lub tak sparaliżował go strach, że nie był nawet w stanie krzyknąć. Ściany są tutaj grube, istnieje więc możliwość, że jego krzyk nie został usłyszany, o ile rzeczywiście zdążył zawołać o pomoc.

Po tym, gdy już go zakneblowali, najwyraźniej odbyli jakąś naradę. Prawdopodobnie było to coś w stylu procesu sądowego. Musiało to trwać przez jakiś czas, bo to właśnie wówczas palili cygara. Starszy mężczyzna siedział na tym wiklinowym krześle, to właśnie on palił w cygarniczce. Młodszy mężczyzna siedział tam. Strącił popiół ze swojego cygara na komodę. Trzeci człowiek chodził w tę i z powrotem po pokoju. Blessington, jak sądzę, siedział na łóżku, nie mam jednak co do tego absolutnej pewności.

Cóż, stanęło na tym, że go w końcu powiesili. Według mnie, tak sobie wszystko z góry zaplanowali, że przynieśli ze sobą jakiś bloczek, który miał im posłużyć jako szubienica. Tak jak ja to widzę, śrubokręt i śruby miały służyć do tego, by go przymocować. Jednak gdy zobaczyli hak, oszczędzili sobie kłopotu. Gdy skończyli swoją robotę, wyszli, a ich wspólnik zaryglował za nimi drzwi.

Wszyscy z ogromnym zainteresowaniem słuchaliśmy tego opisu wydarzeń minionej nocy, które Holmes wydedukował ze znaków tak subtelnych i drobnych, że nawet, gdy je nam pokazywał, ledwie byliśmy w stanie nadążać za tokiem jego rozumowania. Zaraz potem inspektor pospiesznie wyszedł, aby podjąć działania w sprawie odnalezienia odźwiernego, natomiast Holmes i ja powróciliśmy na Baker Street na śniadanie.

– Wrócę przed trzecią – powiedział, gdy skończyliśmy posiłek. – O tej godzinie mam się tutaj spotkać z inspektorem i doktorem, i ufam, że do tego czasu wyjaśnię już wszelkie drobne niejasności, jakie nadal mogą wiązać się z tą sprawą.

Nasi goście stawili się o umówionej godzinie, jednak mój przyjaciel wrócił dopiero za piętnaście czwarta. Gdy tylko wszedł do pokoju, od razu odgadłem z wyrazu jego twarzy, że wszystko mu się powiodło.

– Jakie wieści, inspektorze?

– Złapaliśmy tego chłopaka, sir.

– Doskonale, a ja mam naszych ludzi.

– Co takiego?! – zawołaliśmy wszyscy trzej.

– No cóż, przynajmniej znam już ich tożsamość. Ten tak zwany Blessington jest, tak jak przypuszczałem, dobrze znanym policji osobnikiem, podobnie zresztą jak napastnicy, którzy go zaatakowali. Nazywają się Biddle, Hayward i Moffat.

– Gangsterzy z Worthingdon, napadający na banki! – zawołał inspektor.

– Dokładnie – rzekł Holmes.

– A więc ten Blessington musiał być Suttonem!

– W istocie – potwierdził Holmes.

– Cóż, teraz wszystko jest jasne jak słońce – stwierdził inspektor.

Jednak Trevelyan i ja patrzyliśmy na siebie w osłupieniu.

– Na pewno pamiętacie ten słynny napad na bank w Worthingdon – wyjaśnił Holmes. – Brało w nim udział pięciu ludzi. Tych czterech i piąty, o nazwisku Cartwright. Zabili wartownika Tobina i uciekli z siedmioma tysiącami funtów. To było w 1875 roku. Wszystkich pięciu aresztowano, ale dowody przeciwko nim bynajmniej nie były zbyt mocne. Ten Blessington, czy też Sutton, najgorszy z całego gangu, poszedł na współpracę z policją. To dzięki dostarczonym przez niego dowodom powieszono Cartwrighta, a pozostała trójka dostała po piętnaście lat każdy. Niedawno wyszli z więzienia na kilka lat przez upływem pełnego wyroku, i jak widać postanowili dopaść człowieka, który ich zdradził, i pomścić śmierć swojego towarzysza. Dwa razy próbowali go dostać, ale się nie udało. Za trzecim razem jednak, jak widzicie, wszystko poszło zgodnie z planem. Czy jest jeszcze coś, co mogę panu wyjaśnić, doktorze Trevelyan?

– Sądzę, że teraz wszystko jest całkowicie jasne – rzekł doktor. – Bez wątpienia w tym dniu, kiedy był tak zaniepokojony, musiał przeczytać w gazecie informację o ich zwolnieniu.

– Z całą pewnością. Te jego sugestie dotyczące włamania były tylko wymysłem.

– Ale dlaczego nie mógł panu o tym powiedzieć?

– Cóż, mój drogi panie, znając mściwość swoich dawnych wspólników, próbował ukrywać swoją tożsamość przed każdym, dopóki tylko istniała taka możliwość. Miał wstydliwy sekret i nie mógł się zmusić do tego, aby go wyjawić. Jednak, choć był skończonym łajdakiem, chroniło go brytyjskie prawo, i nie wątpię, inspektorze, iż dopilnuje pan, by, mimo że tarcza tego prawa go nie ochroniła, znalazł się miecz sprawiedliwości, który go pomści.

Takie były dziwne okoliczności związane z pacjentem i jego lekarzem z Brook Street. Od tamtej nocy słuch po trzech mordercach zaginął, i Scotland Yard przypuszczał, że znaleźli się oni wśród pasażerów pechowego parowca „Norah Creina”, który kilka lat temu zatonął wraz ze wszystkimi pasażerami blisko portugalskiego wybrzeża, kilka lig3na północ od Porto. Postępowanie przeciw odźwiernemu umorzono z braku dowodów, a tajemnica Brook Street, jak ją później nazwano, nigdy, aż do dzisiaj, nie została w pełni opisana w żadnej publikacji.

3 liga (morska) – miara długości, równa 5556 m (3 mile morskie)

Rozdział dziewiąty

 

Grecki tłumacz

 
 

Podczas mojej długiej i zażyłej znajomości z Sherlockiem Holmesem nigdy nie słyszałem, by wspominał on o swych krewnych. Bardzo rzadko mówił też o swojej młodości. Ta powściągliwość nasilała dodatkowo dość dziwne wrażenie, jakie na mnie wywierał, aż pewnego dnia odkryłem, że zacząłem go postrzegać jak jakieś odosobnione zjawisko, mózg bez serca, obdarzony wybitną inteligencją, natomiast niemal pozbawiony ludzkich uczuć. Niechęć do kobiet i brak skłonności do nawiązywania nowych przyjaźni należały do typowych cech jego charakteru, podobnie zresztą jak to całkowite milczenie na temat własnej rodziny. Zacząłem wierzyć, że był sierotą i nie posiadał żadnych żyjących krewnych, lecz pewnego dnia, ku memu ogromnemu zdumieniu, zaczął mi opowiadać o swoim bracie.

Był letni wieczór. Gdy skończyliśmy już pić herbatę, rozmowa, błądząca dość luźno i przypadkowo po różnych tematach, od klubów golfowych aż po przyczyny zmian kąta nachylenia ekliptyki, zeszła wreszcie na kwestie atawizmu oraz dziedzicznych uzdolnień. Przedmiotem naszej dyskusji było to, w jakim stopniu człowiek dziedziczy dane uzdolnienie, a w jakim zyskuje go dzięki treningom w czasach młodości.

– W twoim przypadku – powiedziałem – sądząc po tym, co mi mówiłeś, wydaje mi się, że twoje umiejętności obserwacji i szczególnie biegła dedukcja wynikają z własnego systematycznego treningu.

– W pewnym stopniu tak – odparł z namysłem. – Moi przodkowie byli wiejskimi właścicielami ziemskimi, którzy prawdopodobnie wiedli takie samo życie, jakie jest naturalne dla ludzi ich pokroju. Niemniej zdolności, o jakich mówisz, mam we krwi i mogłem je odziedziczyć po mojej babce, która była siostrą francuskiego artysty Verneta. Jednak takie dziedziczne uzdolnienia artystyczne przybierają czasami najdziwniejsze formy.

– Ale skąd możesz wiedzieć, że to cecha dziedziczna?

– Bo mój brat Mycroft posiadł ją w jeszcze większym stopniu niż ja.

To była dla mnie doprawdy nowość. Skoro był inny człowiek w Anglii obdarzony tak zadziwiającymi zdolnościami, to jak to się stało, że ani policja, ani opinia publiczna nigdy o nim nie słyszały? Zadałem to pytanie, równocześnie sugerując mojemu przyjacielowi, że to przez skromność uważa brata za lepszego od siebie. Słysząc tę uwagę, Holmes się roześmiał.

– Mój drogi Watsonie – powiedział. – Jak wiesz, nie należę do ludzi, którzy zaliczają skromność do cnót. Z punktu widzenia logiki wszystkie rzeczy powinny być postrzegane dokładnie takimi, jakimi są, a umniejszanie własnych zdolności jest w takim samym stopniu odbieganiem od prawdy, co ich przesadne wyolbrzymianie. Tak więc gdy mówię, że Mycroft jest obdarzony lepszym zmysłem obserwacji niż ja, możesz spokojnie założyć, że to precyzyjne i dosłowne stwierdzenie.

– Jest od ciebie młodszy?

– Siedem lat starszy.

– I jak to możliwe, że nikt go nie zna?

– Och, jest bardzo dobrze znany w swoich kręgach.

– To znaczy?

– Na przykład w klubie „Diogenes”.

Nigdy nie słyszałem o tej instytucji, i chyba moja twarz musiała to dobitnie wyrażać, bo Sherlock Holmes wyciągnął zegarek.

– Klub „Diogenes” jest najdziwniejszym klubem w Londynie, a Mycroft jednym z najdziwniejszych ludzi. Zawsze tam siedzi, od za kwadrans piąta do za dwadzieścia ósma. Teraz mamy szóstą, a więc jeśli masz ochotę na przechadzkę w ten piękny wieczór, z przyjemnością zapoznam cię zarówno z osobliwym człowiekiem, jak i tym osobliwym miejscem.

Pięć minut później byliśmy już na ulicy, zmierzając w kierunku Regent’s Circus.

– Zastanawiasz się zapewne – rzekł mój towarzysz – dlaczego Mycroft nie wykorzystuje swoich zdolności do pracy detektywistycznej. On nie jest do tego zdolny.

– Ale mówiłeś przecież...

– Mówiłem, że jest ode mnie lepszy, jeśli chodzi o zdolność obserwacji i dedukcji. Gdyby praca detektywa zaczynała się i kończyła na snuciu rozważań w fotelu, mój brat byłby największym detektywem, jaki kiedykolwiek chodził po świecie. Brak mu jednak do tego ambicji i energii. Nie zechce sobie nawet zadać trudu, żeby zweryfikować wymyślone przez siebie rozwiązanie, i woli, by uznano, iż jest w błędzie, niż pofatygować się i udowodnić, że ma rację. Już wielokrotnie zwracałem się do niego z różnymi sprawami i udzielał mi wyjaśnień, które później okazywały się słuszne. Mimo to był kompletnie niezdolny do rozpracowania praktycznych kwestii, którymi trzeba się zająć, nim można przedstawić sprawę sędziemu lub ławie przysięgłych.

– A więc to nie tym się zajmuje?

– Absolutnie nie. To, co dla mnie jest sposobem na życie, dla niego stanowi najzwyklejsze hobby. Ma świetną głowę do liczb i prowadzi audyty ksiąg w którymś z departamentów rządowych. Mycroft mieszka przy Pall Mall, tak więc Whitehall ma za rogiem – rano tam, wieczorem z powrotem, zawsze tą samą drogą. Tak mijają kolejne lata, nie uprawia żadnego sportu i nigdzie indziej nie chodzi. Jedyny wyjątek stanowi klub „Diogenes”, który mieści się naprzeciwko jego mieszkania.

– Nie kojarzę tej nazwy.

– To bardzo prawdopodobne. Widzisz, w Londynie jest wielu ludzi, którzy czy to za sprawą nieśmiałości, czy też jakiejś niechęci do innych, nie mają ochoty na towarzystwo. Z drugiej strony nie mają nic przeciwko wygodnym fotelom i najświeższym czasopismom. To dla ich wygody założono klub „Diogenes”, gdzie przychodzą najmniej towarzyscy i najmniej chętni do zrzeszania się ludzie w mieście. Żadnemu z jego członków nie wolno choćby w najmniejszym stopniu zwracać uwagi na pozostałych. Z wyjątkiem Sali obcych, zakazane są jakiekolwiek rozmowy, a trzy popełnione przewinienia, jeśli zostaną przedstawione komisji, upoważniają do wydalenia winnego z klubu. Mój brat był jednym z jego założycieli, a ja sam przekonałem się, że panuje tam wyjątkowo kojąca atmosfera.

Tak rozmawiając, dotarliśmy do Pall Mall, w którą skręciliśmy od strony stacji St. James. Sherlock Holmes zatrzymał się przy drzwiach w pobliżu Carlton i, ostrzegając mnie, bym nic nie mówił, wprowadził mnie do holu. Za przeszkloną ścianą ujrzałem przestronną luksusowo urządzoną salę, w której siedziało wielu mężczyzn czytających gazety, każdy w swoim własnym kąciku. Holmes wprowadził mnie do niewielkiego pomieszczenia z oknami wychodzącymi na Pall Mall, a następnie zostawił mnie na chwilę i zaraz wrócił w towarzystwie człowieka, który miał być jego bratem.

Mycroft Holmes był potężniejszy i znacznie tęższy niż Sherlock. Choć jego ciało było zdecydowanie korpulentne, twarz, mimo iż masywna, zachowała ostry wyraz, który był tak charakterystyczny dla jego brata. Miał naprawdę niezwykłe oczy, jasne i wodniście szare, które wydawały się przez cały czas zachowywać to odległe, introspektywne spojrzenie, jakie obserwowałem u Sherlocka, gdy w pełni wykorzystywał swoje zdolności.

– Miło mi pana poznać, sir – rzekł, wyciągając do mnie szeroką tłustą dłoń, przypominającą foczą płetwę. – Odkąd został pan biografem Sherlocka, wszędzie o nim słyszę. A tak nawiasem mówiąc, Sherlocku, spodziewałem się spotkać z tobą w ubiegłym tygodniu. Miałeś się ze mną skontaktować w związku ze sprawą Manor House. Odniosłem wrażenie, że brakuje ci nieco głębi spojrzenia.

– Nie, nie. Już ją rozwiązałem – rzekł z uśmiechem mój przyjaciel.

– Oczywiście to był Adams.

– Zgadza się, Adams.

– Od początku byłem tego pewien. – Obaj usiedli w wykuszowym oknie klubu. – To idealne miejsce dla każdego, kto pragnie postudiować sobie ludzkość – rzekł Mycroft. – Spójrz, co za wspaniałe typy! Popatrz na przykład na tych dwóch mężczyzn, którzy teraz zmierzają w naszą stronę.

– Markiera od bilarda i tego drugiego?

– Właśnie. Co sądzisz o tym drugim?

Dwóch mężczyzn zatrzymało się naprzeciwko okna. Drobne ślady kredy nad kieszenią kamizelki były jedynymi dostrzeżonymi przeze mnie oznakami, które jednego z nich mogły łączyć z bilardem. Drugi był bardzo niskim mężczyzną o ciemnej karnacji z kapeluszem odchylonym do tyłu i kilkoma paczkami pod pachą.

– Były żołnierz, jak widzę – rzekł Sherlock.

– I to bardzo niedawno zwolniony ze służby – zauważył jego brat.

– Musiał służyć w Indiach.

– I był podoficerem.

– Królewska artyleria, jak sądzę – dodał Sherlock.

– I jest wdowcem.

– Ale ma dziecko.

– Dzieci, mój drogi. Dzieci.

– Dajcie spokój – powiedziałem ze śmiechem. – Tego już trochę za wiele!

– Doprawdy? – odparł Holmes. – Nietrudno zauważyć, że mężczyzna o takiej posturze, zachowaniu świadczącym o poczuciu władzy i opalonej skórze jest żołnierzem w randze wyższej niż szeregowiec i że niedawno powrócił z Indii.

– Widać, że niedawno zwolniono go ze służby, bo wciąż nosi te swoje buty „amunicyjne”, jak je nazywają – zauważył Mycroft.

– Jego krok nie jest typowy dla kawalerzystów, kapelusz nosił przechylony na jedną stronę, co widać po jaśniejszej skórze nad brwiami. Jego waga świadczy o tym, że nie jest saperem, musi być więc artylerzystą.

– Ponadto strój wskazuje na żałobę, a więc utracił kogoś bliskiego. Fakt, że sam robi zakupy, sugeruje, że zmarła mu żona. Jak widzisz, kupił różne rzeczy dla dzieci. Wśród nich jest grzechotka, która świadczy o tym, że jedno z nich jest bardzo małe. Jego żona prawdopodobnie zmarła przy porodzie. Fakt, iż trzyma pod pachą książkę z obrazkami, przemawia za tym, że zapewne posiada jeszcze jedno dziecko.

Teraz dopiero zacząłem rozumieć, co miał na myśli mój przyjaciel, mówiąc, że zdolności brata przewyższają jego własne. Zerknął na mnie i uśmiechnął się. Mycroft wyjął tabakę z szylkretowej tabakiery i dużą czerwoną jedwabną chustką strzepnął z ubrania kilka jej okruchów.

– A tak nawiasem mówiąc, Sherlocku – powiedział – mam dla ciebie coś, co bardzo przypadłoby ci do gustu. Przedstawiono mi dziwną zagadkę i zapytano, co o tym myślę. Doprawdy, nie mam sił na to, by się tą sprawą zajmować, chyba że w bardzo fragmentaryczny sposób, jednak znajomość paru faktów dała mi podstawę do dokonania kilku bardzo interesujących domysłów. Gdybyś tylko zechciał posłuchać faktów...

– Mój drogi Mycrofcie, będę zachwycony.

Jego brat szybko nabazgrał notatkę na karteczce wyrwanej z notesu i, zadzwoniwszy, podał ją kelnerowi.

– Poprosiłem pana Melasa, żeby do nas podszedł – powiedział. – Mieszka jedno piętro nade mną i zawarłem z nim dość luźną znajomość, a on zwierzył mi się ze swojego problemu. O ile wiem, pan Melas pochodzi z Grecji i jest wybitnym lingwistą. Zarabia na życie po części jako tłumacz sądowy, a po części jako przewodnik bogatych ludzi ze Wschodu, odwiedzających hotele przy Northumberland Avenue. Ale sądzę, że lepiej będzie, jak sam opowie o swych niezwykłych doświadczeniach.

Po kilku minutach dołączył do nas niski, krępy mężczyzna, którego oliwkowa cera i kruczoczarne włosy świadczyły o tym, iż pochodził z południa, wysławiał się jednak jak wykształcony Anglik. Skwapliwie podał dłoń Holmesowi, a w jego ciemnych oczach pojawił się błysk zadowolenia, gdy usłyszał, że ten oto specjalista pragnie usłyszeć jego historię.

– Nie sądzę, by policja mi uwierzyła. Daję słowo, nie sądzę – powiedział tonem pełnym żalu. – Uważają to za niemożliwe tylko dlatego, że nigdy o czymś takim nie słyszeli. Ja jednak wiem, że nie odzyskam spokoju ducha, dopóki się nie przekonam, co się stało z tym biedakiem z twarzą pozaklejaną plastrami.

– Cały zamieniam się w słuch – rzekł Sherlock Holmes.

– Dziś mamy środę wieczór – rozpoczął pan Melas. – To, o czym opowiem, wydarzyło się w poniedziałek w nocy. Rozumie pan, zaledwie dwa dni temu. Jak zapewne powiedział panu mój sąsiad, jestem tłumaczem. Tłumaczę ze wszystkich języków, no prawie ze wszystkich, ponieważ jednak jestem Grekiem z urodzenia i posiadam greckie nazwisko, jestem szczególnie kojarzony z tym właśnie językiem. Przez wiele lat byłem głównym tłumaczem greckiego w Londynie, a moje nazwisko jest świetnie znane w hotelach.

Nierzadko zdarza się, że o bardzo dziwnych porach posyłają po mnie różni cudzoziemcy, którzy mają jakieś kłopoty, lub też późno przyjeżdżający podróżni, pragnący skorzystać z moich usług. Nie byłem zatem zdziwiony, gdy w poniedziałek w nocy niejaki pan Latimer, bardzo modnie odziany młody dżentelmen, przyszedł do mnie do mieszkania i poprosił, bym udał się wraz z nim dorożką czekającą pod drzwiami. Powiedział, że przyjaciel z Grecji przyjechał spotkać się z nim w interesach, a jako że nie posługiwał się żadnym językiem prócz własnego, niezbędne były usługi tłumacza. Dał mi do zrozumienia, że jego dom jest nieco oddalony i że leży w Kensington. Odniosłem wrażenie, że sprawa była bardzo pilna, ponieważ gdy tylko wyszliśmy na ulicę, pospiesznie zachęcił mnie, bym wsiadł do dorożki.

Powiedziałem „do dorożki”, szybko jednak zacząłem mieć wątpliwości, czy przypadkiem nie znalazłem się w prywatnym powozie. Z całą pewnością pojazd był przestronniejszy niż te zwykłe czterokołowe londyńskie bryki, a choć wnętrze było nieco sfatygowane, jego jakość świadczyła o zamożności właściciela. Pan Latimer usiadł naprzeciwko mnie i ruszyliśmy Charing Cross, a później w górę Shaftesbury Avenue. Gdy dojechaliśmy do Oxford Street, ośmieliłem się zauważyć, że to dość okrężna droga do Kensington, a wówczas mój towarzysz zareagował w tak niezwykły sposób, że słowa zamarły mi na ustach.

Wyciągnął z kieszeni groźnie wyglądającą pałkę wypełnioną ołowiem, a następnie kilka razy machnął nią w przód i w tył, tak jakby sprawdzał jej wagę i siłę. Potem bez słowa położył ją na siedzeniu obok siebie. Zrobiwszy to, odsłonił okna po obu stronach powozu, i ku mojemu zdumieniu odkryłem, że szyby były zaklejone papierem, tak, abym nie mógł przez nie nic zobaczyć.

– Przykro mi, że ograniczam panu widok, panie Melas – powiedział. – Pozostaje jednak faktem, że nie zamierzam dopuścić, by zobaczył pan, dokąd jedziemy. Gdyby był pan w stanie odnaleźć drogę do tego miejsca, mogłoby się to dla mnie okazać wyjątkowo niewygodne.

Jak pan sobie zapewne wyobraża, słowa te całkowicie mnie zaskoczyły. Mój towarzysz był silnym młodym mężczyzną o szerokich barkach, i nawet nie mówiąc o jego broni, nie miałbym żadnych szans w starciu z nim.

– To bardzo dziwne zachowanie, panie Latimer – wyjąkałem. – Musi pan sobie zdawać sprawę z tego, że to, co pan robi, jest sprzeczne z prawem.

– Bez wątpienia pozwalam sobie na nieco swobody – odparł. – Ale wynagrodzimy to panu. Muszę jednak pana ostrzec, panie Melas, że jeśli dziś w nocy spróbuje pan wszcząć alarm lub zrobi cokolwiek, co będzie godziło w moje interesy, znajdzie się pan w bardzo poważnych kłopotach. Proszę sobie zapamiętać, że nikt nie wie, gdzie pan jest, i czy to w tym powozie, czy w moim domu, jest pan całkowicie zdany na moją łaskę.

Wypowiedział te słowa cicho, jednak z taką intonacją, że odebrałem je jako bardzo poważną groźbę. Siedziałem w milczeniu, zastanawiając się, z jakiegoż to powodu porwano mnie w ten dość niezwykły sposób. Niezależnie jednak od przyczyn było dla mnie całkowicie jasne, że nie ma sensu się opierać. Mogłem tylko czekać na rozwój wydarzeń.

Jechaliśmy prawie dwie godziny, i ja przez cały ten czas nie miałem zielonego pojęcia, dokąd zmierzamy. Czasem turkot kół na kamieniach świadczył o tym, że jedziemy po bruku, a cicha i gładka droga była dowodem na to, że poruszamy się po asfalcie. Jednak oprócz tych różnic w dobiegających z zewnątrz dźwiękach nie było niczego, co choćby w najmniejszym stopniu mogło mi pomóc odgadnąć, gdzie się znajdujemy. Papier na oknach nie przepuszczał światła, a przeszklenie z przodu zakryto niebieską zasłoną. Opuszczaliśmy Pall Mall kwadrans po siódmej, a gdy wreszcie się zatrzymaliśmy, na moim zegarku była za dziesięć dziewiąta. Mój towarzysz uchylił okno, i kątem oka dostrzegłem niskie łukowe drzwi z płonącą nad nimi lampą. Gdy szybko wysiadłem z powozu, drzwi się otworzyły, i znalazłem się we wnętrzu domu. Wchodząc, miałem niejasne wrażenie, że po obu stronach rozciąga się trawnik i rosną drzewa. Nie byłbym jednak w stanie powiedzieć, czy był to jakiś ogród, czy też może rzeczywiście byliśmy na wsi.

Wewnątrz paliła się kolorowa lampa gazowa, którą opuszczono tak nisko, że niewiele byłem w stanie zobaczyć. Zauważyłem tylko, iż hol był przestronnym pomieszczeniem, w którym wisiały jakieś obrazy. W przyćmionym świetle spostrzegłem, że człowiek, który otworzył mi drzwi, był niskim mężczyzną w średnim wieku o złośliwym wyrazie twarzy i zaokrąglonych ramionach. Gdy zwrócił się ku nam, ujrzałem błysk światła odbijający się w jego okularach.

– Czy to pan Melas, Haroldzie? – spytał.

– Tak.

– Dobra robota, dobra robota! Nie mamy wobec pana złych zamiarów, panie Melas. Nie mogliśmy jednak obyć się bez pana. Mam nadzieję, że nie ma nam pan tego za złe. Jeśli postąpi pan z nami uczciwie, nie będzie pan żałował! Ale jeśli spróbuje pan jakiejś sztuczki, to niech Bóg pana strzeże – mówił nerwowo, urywanymi zdaniami, co chwila chichocząc, jednak w jakiś sposób bardziej napawał mnie lękiem niż ten pierwszy.

– Czego pan ode mnie chce? – spytałem.

– Tylko tego, by zadał pan parę pytań pewnemu greckiemu dżentelmenowi, który przybył do nas z wizytą, i przetłumaczył nam pan jego odpowiedzi. Proszę jednak nie mówić nic więcej niż to, co panu każę, bo... – i znów ten nerwowy chichot – bo pożałuje pan, że się pan urodził.

Mówiąc to, otworzył drzwi i zaprowadził mnie do, jak się wydawało, luksusowo urządzonego, bardzo dużego pokoju. Jedynym źródłem światła była tylko na wpół przykręcona lampa gazowa. Moje stopy zapadały się głęboko w dywan, czułem, że otacza mnie bogactwo. Kątem oka dostrzegłem aksamitne fotele, wysoki kominek z białego marmuru i stojącą przy nim japońską zbroję. Bezpośrednio pod lampą stało krzesło, a starszy mężczyzna wskazał mi gestem, że mam na nim usiąść. Młodszy opuścił nas, po chwili jednak powrócił, wchodząc innymi drzwiami i prowadząc ze sobą mężczyznę ubranego w luźny szlafrok, obaj powoli zmierzali w naszą stronę. Gdy prowadzony mężczyzna znalazł się w kręgu przyćmionego światła, w którym mogłem mu się dokładniej przyjrzeć, jego wygląd sprawił, że przeszył mnie dreszcz przerażenia. Był trupio blady i potwornie wychudzony, a jego wytrzeszczone bystre oczy świadczyły o tym, że oto mam przed sobą człowieka silniejszego duchem niż ciałem. Bardziej jednak niż oznaki fizycznego osłabienia zszokowało mnie to, że jego twarz była groteskowo oklejona plastrami i że jednym z takich plastrów zaklejono mu usta.

– Masz tę tabliczkę, Haroldzie? – zawołał starszy mężczyzna, gdy ten człowiek raczej opadł na krzesło niż na nim usiadł. – Rozwiązałeś mu ręce? Dobrze, teraz daj mu ołówek. Pan będzie zadawał pytania, panie Melas, a on będzie panu pisał odpowiedzi. Przede wszystkim proszę go zapytać, czy jest gotów podpisać dokumenty.

W oczach mężczyzny zapłonął ogień.

– Nigdy – napisał po grecku na tabliczce.

– Pod żadnym warunkiem? – spytałem na rozkaz naszego prześladowcy.

– Tylko wówczas, gdy ożeni się z nią w mojej obecności, a ślubu udzieli im grecki ksiądz, którego znam.

Z gardła starszego mężczyzny dobył się jadowity chichot.

– W takim razie wiesz, co cię czeka?

– Nie dbam o to, co się ze mną stanie.

Takie mniej więcej były pytania i odpowiedzi, z których składała się nasza dziwna rozmowa, prowadzona na pół ustnie, na pół pisemnie. Wciąż i wciąż musiałem go pytać, czy się podda i czy podpisze jakieś dokumenty. Wciąż i wciąż padała ta sama, pełna oburzenia odpowiedź. Wkrótce jednak wpadłem na dobry pomysł. Do każdego pytania zacząłem dodawać własne krótkie zdania, z początku niewinne, aby sprawdzić, czy którykolwiek z tych dwóch mężczyzn w ogóle potrafi się w tym połapać. Następnie, gdy nie zauważyłem z ich strony żadnej reakcji, rozpocząłem bardziej niebezpieczną grę. Nasza rozmowa przebiegała mniej więcej tak:

– Ten twój upór nie wyjdzie ci na dobre. Kim jesteś?

– Nie dbam o to. Jestem cudzoziemcem w Londynie.

– Sam będziesz winien tego, co się z tobą stanie. Jak długo tu jesteś?

– Niech tak będzie. Trzy tygodnie.

– Posiadłość nigdy nie będzie twoja. Co ci dolega?

– Nie trafi w ręce łotrów. Głodzą mnie.

– Jeśli podpiszesz, puścimy cię wolno. Co to za dom?

– Nigdy nie podpiszę. Nie wiem.

– W ten sposób jej się nie przysłużysz. Jak się nazywasz?

– Chcę to usłyszeć z jej ust. Kratides.

– Zobaczysz ją, jeśli podpiszesz. Skąd jesteś?

– W takim razie nigdy jej nie zobaczę. Z Aten.

Gdybym miał jeszcze pięć minut, panie Holmes, rozpracowałbym całą tę historię pod ich nosem. Moje kolejne pytanie mogło wszystko wyjaśnić, gdy nagle otworzyły się drzwi, i do pokoju weszła kobieta. Nie widziałem jej na tyle wyraźnie, by móc powiedzieć o niej coś więcej niż to, że była wysoka i pełna wdzięku, czarnowłosa i odziana w luźną białą suknię.

– Haroldzie – powiedziała po angielsku z silnym akcentem – muszę już wracać. Czuję się tutaj tak samotnie, mając tylko... O mój Boże, to Paul!

Ostatnie słowa wypowiedziała po grecku. W tej samej chwili mężczyzna konwulsyjnym wysiłkiem zerwał plaster krępujący mu usta, i wołając: „Sophy!, Sophy!”, rzucił się w objęcia kobiety. Ich uścisk trwał jednak tylko chwilę, bo młodszy mężczyzna chwycił kobietę i wypchnął ją z pokoju, zaś starszy z łatwością pokonał swą wycieńczoną ofiarę i zaciągnął go gdzieś przez drugie drzwi. Zostałem sam w pokoju, zerwałem się więc na nogi z niejasną myślą, że być może w jakiś sposób uda mi się znaleźć wskazówkę, co to za dom, w którym się znajdowałem. Na szczęście jednak nie zdążyłem nic zrobić, bo gdy podniosłem wzrok, ujrzałem starszego mężczyznę. Stał w drzwiach i uporczywie się we mnie wpatrywał.

– To wystarczy, panie Melas – powiedział. – Jak pan widzi, wtajemniczyliśmy pana w pewne bardzo prywatne sprawy. Nie fatygowalibyśmy pana, lecz nasz przyjaciel, który mówi po grecku i który rozpoczął te negocjacje, był zmuszony powrócić na wschód. Musieliśmy znaleźć kogoś, kto mógł przejąć zadania i na szczęście usłyszeliśmy o pańskich umiejętnościach.

Skłoniłem się.

– Ma pan tu pięć suwerenów – powiedział, podchodząc do mnie. – Mam nadzieję, że będzie to wystarczające honorarium. Ale niech pan pamięta – dodał, klepiąc mnie lekko po piersi i chichocząc – jeśli wspomni pan o tym choć jednemu człowiekowi, choć jednej żywej duszy, cóż, niech Bóg się nad panem zlituje!

Nie potrafię wprost wyrazić, jaki lęk i odrazę budził we mnie ten człowiek o tak niepozornym wyglądzie. Teraz, gdy padało na niego światło lampy, ujrzałem go dokładnie. Twarz miał mizerną i ziemistą, a jego krótka spiczasta bródka była rzadka i skąpa. Gdy mówił, wysuwał głowę do przodu, a jego usta i powieki nieustannie drgały jak u człowieka cierpiącego na chorobę św. Wita. Nasunęła mi się myśl, że ten dziwny, niezwykle charakterystyczny chichot również był objawem jakiejś choroby nerwowej.

Jednak najstraszniejsze w jego twarzy były oczy. Stalowoszare i zimno połyskujące jakimś złośliwym nieubłaganym okrucieństwem.

– Jeśli piśnie pan choć słowo, dowiemy się o tym. Mamy własne źródła informacji. A teraz czeka już na pana powóz. Mój przyjaciel pana odwiezie.

Szybko przeprowadzono mnie przez hol i usadzono w powozie. Znów przez chwilę widziałem drzewa i ogród. Pan Latimer szedł tuż za mną i bez słowa zajął miejsce naprzeciwko mnie. W całkowitym milczeniu przy zasłoniętych oknach znów przebyliśmy nieokreślony dystans, aż wreszcie, tuż po północy, powóz się zatrzymał.

– Tutaj pan wysiądzie, panie Melas – powiedział mój towarzysz. – Przepraszam, że zostawiam pana tak daleko od domu, nie mamy jednak innego wyboru. Jeśli spróbuje pan w jakikolwiek sposób śledzić ten powóz, źle się to dla pana skończy.

Mówiąc, otworzył drzwi, i ledwie miałem czas wyskoczyć, gdy woźnica zaciął konie, i powóz pomknął drogą. Rozejrzałem się wokół zdumiony. Byłem na jakiejś porośniętej wrzosem łące upstrzonej ciemnymi kępami kolcolistu. W oddali ciągnęła się linia domów, tu i tam w oknach widziałem światła. Po drugiej stronie ujrzałem czerwone światła sygnałowe kolei.

Powóz, którym tutaj dotarłem, znalazł się już poza zasięgiem wzroku. Gdy tak stałem, rozglądając się i zastanawiając, gdzie się znalazłem, zobaczyłem, że w ciemności ktoś się do mnie zbliża. Gdy podszedł do mnie, stwierdziłem, że to bagażowy pracujący na kolei.

– Może mi pan powiedzieć, co to za miejsce? – spytałem.

– Wandsworth Common – odparł.

– Jeździ tu jakiś pociąg do miasta?

– Jeśli przejdzie pan milę w kierunku stacji Clapham Junction – odpowiedział – zdąży pan akurat na ostatni jadący na Victoria Station.

Tak moja przygoda dobiegła końca, panie Holmes. Nie wiem, gdzie byłem, z kim rozmawiałem, ani nic więcej prócz tego, co panu powiedziałem. Wiem jednak, że toczy się tam jakaś nieczysta gra, i chciałbym pomóc temu nieszczęśnikowi.

Następnego ranka opowiedziałem całą tę historię panu Mycroftowi Holmesowi, a potem zgłosiłem ją na policji.

Po wysłuchaniu tej niezwykłej opowieści wszyscy przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Potem Sherlock spojrzał na swojego brata.

– Zostały podjęte jakieś kroki? – spytał.

Mycroft podniósł leżącą na stoliku obok „Daily News”.

– To ukazało się we wszystkich dziennikach, ale żadnej odpowiedzi nie było:

Nagroda dla każdego, kto dostarczy informacji o miejscu pobytu greckiego dżentelmena o nazwisku Paul Kratides z Aten, który nie mówi po angielsku. Nagroda wypłacona zostanie również każdemu, kto dostarczy informacji o Greczynce o imieniu Sophy. X. 2473.

 

– A co na to grecka ambasada?

– Pytałem. Nic nie wiedzą.

– Może w takim razie wysłać telegram do szefa ateńskiej policji?

– W naszej rodzinie całą energię odziedziczył Sherlock – rzekł Mycroft, zwracając się do mnie. – Cóż, przejmij tę sprawę, jak najbardziej, i poinformuj mnie, jak sobie z nią poradziłeś.

– Oczywiście – odpowiedział mój przyjaciel, wstając z krzesła. – Powiadomię i ciebie, i pana Melasa. A tymczasem, panie Melas, gdybym był na pańskim miejscu, miałbym się na baczności. Na pewno widzieli już to ogłoszenie i wiedzą, że pan ich zdradził.

W drodze do domu Holmes zatrzymał się przy biurze telegraficznym i wysłał kilka depesz.

– Widzisz, Watsonie – zauważył – nie zmarnowaliśmy jednak całego wieczoru. Kilka spośród moich najciekawszych spraw trafiło do mnie właśnie przez Mycrofta. Ta sprawa, którą właśnie poznaliśmy, choć może mieć tylko jedno wyjaśnienie, i tak posiada pewne szczególne cechy.

– Masz jakąś nadzieję na to, że ją rozwiążesz?

– Cóż, skoro wiemy już tyle, byłoby doprawdy dziwne, gdybyśmy nie dowiedzieli się reszty. Z pewnością ty sam również masz już teorię wyjaśniającą fakty, o których usłyszeliśmy.

– Wprawdzie dość niejasną, ale mam.

– Co więc o tym sądzisz?

– Wydało mi się oczywistym, że ta Greczynka została uprowadzona przez młodego Anglika o nazwisku Harold Latimer.

– Uprowadzona? A skąd?

– Być może z Aten.

Sherlock Holmes potrząsnął głową.

– Ten młody mężczyzna nie znał ani słowa po grecku. Natomiast ta dama dość dobrze mówiła po angielsku. Wniosek? Przebywała w Anglii od jakiegoś czasu, on natomiast nie był w Grecji.

– Cóż, w takim razie załóżmy, że przyjechała z wizytą do Anglii i ten Harold ją przekonał, aby z nim uciekła.

– To już bardziej prawdopodobne.

– A potem, jak sądzę, jej brat, bo taki chyba musi być między nimi związek, przyjechał tu z Grecji, żeby interweniować. Nierozważnie wpadł w ręce tego młodszego mężczyzny i jego starszego wspólnika. Schwytali go i próbowali zmusić przemocą, by podpisał jakieś dokumenty, przekazujące im fortunę dziewczyny, której zapewne jest powiernikiem. On jednak nie chce tego zrobić. Aby z nim negocjować, musieli sprowadzić tłumacza. Przedtem mieli jakiegoś innego, tym razem jednak postanowili uprowadzić pana Melasa. Nie powiedzieli dziewczynie o przyjeździe brata, dowiedziała się o tym przez przypadek.

– Doskonale, Watsonie – zawołał Holmes. – Doprawdy, nie uważam, byś był daleki od prawdy. Jak widzisz, mamy w ręku wszystkie karty i jedyne, czego powinniśmy się obawiać, to jakiegoś nagłego aktu przemocy ze strony tych dwóch mężczyzn. Jeśli dadzą nam dość czasu, na pewno ich dopadniemy.

– Ale jak się dowiemy, gdzie znajduje się ten dom?

– Cóż, jeśli nasze przypuszczenia są słuszne i ta dziewczyna naprawdę nazywa się lub nazywała Sophy Kratides, nie powinniśmy mieć problemów z jej odnalezieniem. To musi być naszą główną nadzieją, bo o jej bracie, oczywiście, nikt tutaj nie słyszał. Związek tego Harolda z dziewczyną trwa już od jakiegoś czasu. W każdym razie na pewno parę tygodni, bo jej brat w Grecji miał czas dowiedzieć się o tym i przybyć na Wyspy. Jeśli przez ten czas mieszkali razem w tym samym miejscu, prawdopodobnie dostaniemy jakąś odpowiedź na ogłoszenie Mycrofta.

Rozmawiając, dotarliśmy do naszego domu na Baker Street. Holmes pierwszy wszedł po schodach na górę, i gdy otworzył drzwi naszego pokoju, wzdrygnął się zaskoczony. Kiedy spojrzałem nad jego ramieniem, sam byłem równie zdumiony. Jego brat Mycroft siedział w fotelu i palił cygaro.

– Wejdź Sherlocku! I pan niech też wejdzie – powiedział beznamiętnie, uśmiechając się, gdy zobaczył nasze zdumione twarze. – Nie spodziewałeś się po mnie takiego zaangażowania, prawda, Sherlocku? Ale jakoś tak się składa, że ta sprawa mnie pociąga.

– Jak się tu dostałeś?

– Minąłem cię dorożką.

– Wydarzyło się coś nowego?

– Dostałem odpowiedź na moje ogłoszenie. Nadeszła kilka minut po waszym wyjściu.

– I jaka to odpowiedź?

Mycroft Holmes wyjął arkusz papieru.

– Oto i ona – odparł. – Napisana piórem na dużym kremowym arkuszu papieru przez słabego zdrowia mężczyznę w średnim wieku:

Sir, w odpowiedzi na pańskie dzisiejsze ogłoszenie pragnę pana poinformować, że bardzo dobrze znam tę młodą damę. Jeśli zechce mnie pan odwiedzić, mógłbym podać panu pewne szczegóły jej niecodziennej historii. Obecnie mieszka w „Myrtles”, w Beckenham.

Z poważaniem.

J. Davenport

 

– Pisze z Lower Brixton – stwierdził Mycroft Holmes. – Myślisz, Sherlocku, że możemy teraz do niego pojechać i poznać te szczegóły?

– Mój drogi Mycrofcie, życie człowieka jest cenniejsze niż historia jego siostry. Sądzę, że powinniśmy skontaktować się z inspektorem Gregsonem ze Scotland Yardu i od niego udać się do Beckenham. Wiemy, że ten człowiek jest torturowany, i o jego życiu może decydować każda godzina.

– Lepiej wstąpmy po drodze po pana Melasa – zasugerowałem. – Możemy potrzebować tłumacza.

– Wyśmienicie – rzekł Sherlock Holmes. – Wyślij chłopaka po dorożkę i natychmiast wyruszamy. – Mówiąc to, otworzył szufladę biurka, i spostrzegłem, że wsuwa do kieszeni rewolwer. – Tak – odparł w odpowiedzi na moje spojrzenie – mamy do czynienia z bardzo niebezpieczną bandą.

Było już prawie ciemno, gdy znaleźliśmy się na Pall Mall przed drzwiami do mieszkania pana Melasa. Jak się okazało, nieco wcześniej odwiedził go pewien dżentelmen, i nie było go teraz w domu.

– Może nam pani powiedzieć, dokąd poszedł? – spytał Mycroft Holmes.

– Nie wiem, sir – odparła kobieta, która otworzyła drzwi. – Wiem tylko, że odjechał powozem z tym dżentelmenem.

– Czy ten dżentelmen się przedstawił?

– Nie, sir.

– A nie był to przypadkiem wysoki, przystojny młody mężczyzna o ciemnej cerze?

– Och nie, sir. To był drobny dżentelmen w okularach i z chudą twarzą. Był bardzo miły i gdy mówił, co chwila się śmiał.

– No chodź już – zawołał ostro Sherlock Holmes. – Sytuacja robi się poważna – zauważył, gdy jechaliśmy do Scotland Yardu. – Ci ludzie znów mają Melasa. Nie znajdzie w sobie na tyle odwagi, by im się opierać, a oni, po swoich doświadczeniach z ostatniej nocy, dobrze o tym wiedzą. Ten łotr może go w każdej chwili zastraszyć. Bez wątpienia chcą znów skorzystać z jego usług, ale gdy już go wykorzystają, mogą chcieć go ukarać za to, co uważają pewnie za zdradę.

Mieliśmy nadzieję, że jadąc pociągiem, uda nam się dotrzeć do Beckenham równie szybko lub nawet szybciej niż powozem. Jednak w Scotland Yardzie czekaliśmy ponad godzinę, nim dostaliśmy się do inspektora Gregsona i dopełniliśmy wszelkich formalności prawnych, związanych z możliwością dokonania rewizji w tym domu. Gdy dojeżdżaliśmy do London Bridge, była już za kwadrans dziesiąta, a kiedy we czterech wysiedliśmy na stacji w Beckenham dochodziła wpół do jedenastej. Przejechawszy pół mili, dotarliśmy do „Myrtles”, dużego ciemnego domu, zbudowanego na dużej parceli, stojącego w pewnym oddaleniu od drogi. Tutaj zwolniliśmy dorożkarza i razem ruszyliśmy podjazdem.

– Wszystkie okna są ciemne – zauważył inspektor. – Ten dom wygląda na opuszczony.

– Nasze ptaszki zdążyły odfrunąć. Już ich tu nie ma – rzekł Holmes.

– Czemu pan tak sądzi?

– W ciągu ostatniej godziny przejeżdżał tędy bardzo obciążony powóz.

Inspektor roześmiał się.

– Widziałem ślady kół w świetle lampy przy bramie, ale jak się ma do tego obciążenie?

– Być może zauważył pan także takie same ślady biegnące w przeciwnym kierunku, jednak te, które pozostawili, wyjeżdżając, są o wiele głębsze. Z całą pewnością można powiedzieć, że powóz był bardzo obciążony.

– Jak widzę, trochę mnie pan wyprzedza – rzekł inspektor, wzruszając ramionami. – Nie będzie łatwo sforsować te drzwi, ale jeśli nikt nas nie usłyszy, będziemy musieli spróbować.

Kilka razy głośno zastukał kołatką i pociągnął za dzwonek, jednak bez rezultatu. Holmes gdzieś zniknął, ale wrócił po kilku minutach.

– Otworzyłem okno – powiedział.

– Całe szczęście, że jest pan po stronie policji, a nie przeciwko niej, panie Holmes – zauważył inspektor, spostrzegłszy, w jak sprytny sposób mój przyjaciel poradził sobie z zapadką. – Sądzę, że w tych okolicznościach możemy wejść bez zaproszenia.

Przeszliśmy gęsiego do dużego salonu, w którym właśnie znalazł się wcześniej pan Melas. Inspektor zapalił swoją latarnię, i w jej świetle spostrzegliśmy dwoje drzwi, zasłonę, lampę oraz japońską zbroję. Było tak, jak tłumacz nam opisał. Na stole stały dwie szklanki, pusta butelka po brandy i pozostałości posiłku.

– A co to? – spytał nagle Holmes.

Wszyscy przystanęliśmy i zaczęliśmy nasłuchiwać. Gdzieś z góry, sponad naszych głów dobiegł cichy jęk. Holmes popędził do drzwi i wybiegł na korytarz. Ten niepokojący dźwięk dobiegał z piętra. Holmes pognał po schodach, ja i inspektor za nim, zaś Mycroft podążał za nami tak szybko, jak mu na to pozwalały jego ogromne gabaryty. Na piętrze zatrzymaliśmy się przed trojgiem drzwi – zza środkowych dobiegały te dziwne odgłosy. Chwilami przechodziły w głuche pojękiwanie, chwilami zaś wznosiły się do przenikliwego łkania. Drzwi były zamknięte, jednak klucz tkwił w zamku. Holmes z impetem otworzył je na oścież i wbiegł do środka, po chwili jednak wypadł z pomieszczenia, trzymając się dłonią za gardło.

– To węgiel drzewny – zawołał. – Za chwilę przejdzie.

Gdy zajrzeliśmy do środka, spostrzegliśmy, że jedynym źródłem światła w pokoju był przyćmiony niebieski płomień, migoczący na stojącym pośrodku niewielkim mosiężnym trójnogu. Rzucał na podłogę nienaturalnie blady krąg światła. Dalej w półmroku ujrzeliśmy dwie majaczące sylwetki skulone przy ścianie. Przez otwarte drzwi wydostawały się na korytarz cuchnące trujące opary. Wszyscy zaczęliśmy kaszleć i łapać powietrze. Holmes wbiegł na szczyt schodów, aby zaczerpnąć świeżego powietrza, potem wpadł do pokoju, z impetem otworzył okno i cisnął mosiężny trójnóg do ogrodu.

– Za chwilę będziemy mogli wejść – sapnął, znów wyłaniając się z pokoju. – Gdzie jest świeca? Wątpię, czy w tych warunkach uda nam się zapalić zapałkę. Mycroft, potrzymaj świecę przy drzwiach, a my ich stamtąd wydostaniemy! No już!

Pospiesznie przedostaliśmy się do zatrutych mężczyzn i wyciągnęliśmy ich na zewnątrz, do dobrze oświetlonego korytarza. Obaj byli nieprzytomni. Ich twarze były nabrzmiałe i opuchnięte, oczy wybałuszone, wargi zsiniałe. Rysy twarzy były zniekształcone do tego stopnia, że gdyby nie czarna broda i przysadzista sylwetka, nie rozpoznalibyśmy w jednym z nich greckiego tłumacza, który zaledwie kilka godzin temu rozstał się z nami w klubie „Diogenes”. Jego ręce i nogi były bardzo mocno związane, a nad jednym okiem widniał ślad potężnego ciosu. Ten drugi, którego skrępowano w podobny sposób, wysoki mężczyzna, z kilkoma pasmami plastra tworzącymi groteskowy wzór na jego twarzy, był w ostatnim stadium wycieńczenia. Gdy ułożyliśmy go na podłodze, przestał pojękiwać. Wystarczyło mi jedno spojrzenie, by stwierdzić, że przynajmniej dla niego pomoc przybyła zbyt późno. Jednak pan Melas nadal żył, i po niecałej godzinie, próbując cucić go przy pomocy amoniaku i brandy, z satysfakcją ujrzałem, że otwiera oczy. Przez chwilę mogłem cieszyć się uczuciem, że to moja pomocna dłoń wyciągnęła go z tej ciemnej doliny, w której spotykają się wszystkie ścieżki.

Miał nam do opowiedzenia prostą historię, która tylko potwierdziła nasze przypuszczenia. Mężczyzna, który do niego przyszedł, zaraz po wejściu do mieszkania wyciągnął z rękawa pałkę. Pan Melas zaczął się obawiać o swoje życie, zrozumiał, że jeśli nie uda się razem z tym mężczyzną, czeka go niechybna śmierć. W rzeczywistości wrażenie, jakie ten chichoczący łotr wywarł na biednym lingwiście, było tak wielkie, że nawet teraz, gdy o tym mówił, drżały mu dłonie, a policzki znów pobladły. Został szybko przewieziony do Beckenham i tłumaczył drugą rozmowę, jeszcze dramatyczniejszą niż poprzednia, podczas której dwóch Anglików groziło swemu więźniowi, że za chwilę go zabiją, jeśli nie spełni ich żądań. Przekonawszy się wreszcie, że żadne pogróżki nie przyniosą oczekiwanego rezultatu, cisnęli go z powrotem do jego dotychczasowego więzienia i, oskarżywszy Melasa o zdradę na podstawie ogłoszenia w gazecie, ogłuszyli go ciosem pałki. Potem nie pamiętał już nic aż do chwili, gdy się ocknął i zobaczył, jak się nad nim pochylamy.

Taka właśnie była osobliwa sprawa greckiego tłumacza, której całkowite wyjaśnienie nadal pozostaje tajemnicą. Skontaktowawszy się z dżentelmenem, który odpowiedział na ogłoszenie, dowiedzieliśmy się, że ta nieszczęsna młoda dama pochodziła z zamożnej greckiej rodziny i że przybyła z wizytą do jakichś przyjaciół mieszkających w Anglii. Poznała tu młodego mężczyznę o nazwisku Harold Latimer, który miał na nią taki wpływ, że w końcu udało mu się ją namówić, by z nim uciekła. Jej przyjaciele, choć zszokowani tym wydarzeniem, ograniczyli się tylko do poinformowania o ucieczce jej brata przebywającego w Atenach, po czym przestali się interesować całą sprawą. Brat dziewczyny po przyjeździe do Anglii wpadł nierozważnie w ręce Latimera i jego wspólnika o nazwisku Wilson Kemp, człowieka o wyjątkowo paskudnej przeszłości. Ci dwaj, przekonawszy się, że nie zna języka i w związku skazany jest na czyjąś pomoc, uwięzili go i usiłowali okrucieństwem i głodem zmusić do przepisania na nich całego majątku jego i siostry. Trzymali go w domu bez wiedzy dziewczyny, twarz okleili mu plastrem, by go nie rozpoznała, gdyby przypadkiem zobaczyła. Jednak niełatwo jest zwieść kobiecą intuicję, i gdy ujrzała go po raz pierwszy przy okazji wizyty tłumacza, natychmiast zrozumiała, na kogo patrzy. Zresztą biedna dziewczyna sama była właściwie więźniem, bo w domu nie było nikogo prócz mężczyzny pełniącego rolę stangreta oraz jego żony, a oboje oni byli narzędziami w rękach konspiratorów. Gdy dwaj złoczyńcy dowiedzieli się, że ich sekret się wydał, a więźnia nie da się zmusić do podpisania dokumentów, zabrali dziewczynę i uciekli kilka godzin wcześniej z domu, który wynajmowali. Najpierw jednak, jak im się wydawało, dokonali zemsty na tym człowieku, który odmówił spełnienia ich żądań, oraz na tym drugim, który ich zdradził.

Kilka miesięcy później dotarł do nas z Budapesztu ciekawy wycinek z gazety. Wynikało z niego, że dwóch Anglików podróżujących w towarzystwie kobiety spotkał tragiczny koniec. Obaj zostali pchnięci nożem. Węgierska policja była zdania, że zapewne pokłócili się i w trakcie sporu zadali sobie śmiertelne rany. Sądzę jednak, że Holmes myśli o zakończeniu tej sprawy inaczej, bo do dziś dnia utrzymuje, że gdyby tylko udało się odnaleźć tę grecką dziewczynę, moglibyśmy się dowiedzieć, w jaki sposób pomszczone zostały krzywdy wyrządzone jej i jej bratu.

Rozdział dziesiąty

 

Traktat morski

 
 

Lipiec tego roku, w którym się ożeniłem, godny jest zapamiętania dzięki trzem interesującym sprawom, podczas wyjaśniania których miałem okazję i przywilej pracować z Sherlockiem Holmesem i zgłębiać jego metody. W moich notatkach sprawy te opatrzyłem tytułami: „Druga plama”, „Traktat morski” i „Zmęczony kapitan”. Jednak pierwsza z nich dotyczy kwestii tak ogromnej wagi i obciąża tak wiele najznamienitszych rodów w królestwie, że jeszcze przez wiele lat nie będę mógł jej opublikować. Chyba żadna inna z prowadzonych przez Holmesa spraw nie ilustrowała tak dobrze wartości jego analitycznych metod i nie zrobiła tak wielkiego wrażenia na ludziach, którzy byli z nim związani. Nadal posiadam spisaną niemal słowo w słowo rozmowę, podczas której prezentował on fakty związane z tą sprawą monsieur Dubugue’owi z paryskiej policji oraz Fritzowi von Waldbaumowi, słynnemu specjaliście z Gdańska. Obaj oni marnowali swój czas i energię na coś, co okazało się jedynie pobocznymi wątkami głównego nurtu problemu. Musi jednak upłynąć wiele lat, i historię tę będzie można opowiedzieć dopiero w nowym stuleciu. W tej chwili byłoby to zbyt niebezpieczne. Przejdę więc do drugiej pozycji na mej liście, która również w pewnym momencie zapowiadała się jako sprawa wagi międzynarodowej. Cechowało ją kilka zdarzeń, które nadały jej unikalny charakter.

W czasach gdy chodziłem do szkoły, moim bliskim przyjacielem był chłopak, który nazywał się Percy Phelps. Był niemal moim rówieśnikiem, chodził jednak o dwie klasy wyżej niż ja. Był błyskotliwym uczniem i zdobył chyba wszystkie nagrody, jakie szkoła miała do zaoferowania. Zakończył naukę, uzyskując stypendium, dzięki któremu mógł odnosić triumfy w Cambridge. Jak pamiętam, miał wyśmienite koneksje, i nawet gdy bawiliśmy się razem jako mali chłopcy, wszyscy wiedzieli, że bratem jego matki był lord Holdhurst, znamienity polityk partii konserwatywnej. Jednak w szkole ten wspaniały krewny nie przysporzył mu popularności. Wręcz przeciwnie. Bawiło nas, gdy biegaliśmy za Percym po placu zabaw i smagaliśmy go witkami po łydkach. Niemniej gdy wkroczył w końcu w wielki świat, wyglądało to już zupełnie inaczej. Doszły mnie słuchy, że dzięki swym zdolnościom i wpływom zdobył dobre stanowisko w ministerstwie spraw zagranicznych. Później całkowicie o nim zapomniałem, póki o jego istnieniu nie przypomniał mi poniższy list:

Briarbrae, Woking

Mój drogi Watsonie, na pewno pamiętasz Phelpsa Kijankę, który chodził do piątej klasy, kiedy ty byłeś w trzeciej. Słyszałeś może, że dzięki wpływom mojego wuja dostałem dobrą posadę w ministerstwie spraw zagranicznych, a moje stanowisko wiązało się z zaufaniem i zaszczytem. Wszystko układało się pomyślnie, dopóki nagle nie spadło na mnie to straszliwe nieszczęście, które zrujnowało moją karierę.

Nie ma sensu opisywać szczegółów tego straszliwego wydarzenia. Jeśli przystaniesz na moją prośbę, prawdopodobnie sam będę ci musiał o nim opowiedzieć. Dopiero dochodzę do siebie po zapaleniu mózgu i po dziewięciu tygodniach jestem wciąż jeszcze bardzo słaby. Proszę, abyś przyjechał do mnie w towarzystwie swego przyjaciela pana Holmesa. Chciałbym bowiem poznać jego opinię w tej sprawie, choć władze zapewniają mnie, że nic więcej nie można zrobić. Proszę, spróbuj go do mnie sprowadzić tak szybko, jak to możliwe. Żyję teraz w stanie strasznej niepewności, i każda minuta wydaje mi się godziną. Zapewnij go, że jeśli wcześniej nie zwróciłem się do niego o radę, to nie dlatego, iż nie cenię jego uzdolnień, lecz dlatego, że odkąd spadł na mnie ten cios, odchodziłem od zmysłów. Teraz znów jestem w stanie jasno myśleć, choć nie ośmielę się zbyt długo nad tym zastanawiać, bo obawiam się nawrotu choroby. Nadal jestem tak słaby, że jak widzisz nie mogłem własnoręcznie napisać tego listu i musiałem go podyktować. Proszę, postaraj się sprowadzić swojego przyjaciela.

Twój dawny szkolny kolega

Percy Phelps

 

Było w tym liście coś, co mnie głęboko poruszyło, coś niesłychanie żałosnego w tych powtarzających się prośbach, abym sprowadził Holmesa. Byłem do tego stopnia przejęty, że spróbowałbym zadośćuczynić jego prośbie, nawet gdyby to było niemal niewykonalne. Oczywiście dobrze wiedziałem, że Holmes uwielbia swój zawód i zawsze gotów jest służyć swoją pomocą, o ile klient rzeczywiście chce ją przyjąć. Moja żona zgodziła się ze mną, że nie powinienem tracić ani chwili i natychmiast przedstawić mu tę sprawę, tak więc godzinę po śniadaniu znów znalazłem się, tak jak kiedyś, w naszym dawnym mieszkaniu na Baker Street.

Holmes siedział przy stoliczku pod ścianą, ubrany w szlafrok i całkowicie pochłonięty pracą nad pewnym doświadczeniem chemicznym. Jakiś płyn w dużej zakrzywionej retorcie gotował się wściekle nad błękitnym płomieniem palnika Bunsena, a krople wydestylowanej cieczy kondensowały się w dwulitrowej menzurce. Gdy wszedłem, mój przyjaciel nawet na mnie nie spojrzał, ja zaś widząc, że doświadczenie, które przeprowadzał, musi być dla niego niezmiernie ważne, rozsiadłem się w fotelu i czekałem, aż skończy. Otwierał różne buteleczki, pobierając z każdej po kilka kropel szklaną pipetą, aż wreszcie wziął próbówkę zawierającą końcowy roztwór i podszedł z nią do stołu. W prawej ręce trzymał pasek papieru lakmusowego.

– Trafiłeś na kluczowy moment – powiedział. – Jeśli ten papier pozostanie niebieski, to wszystko będzie w porządku; a jeśli zabarwi się na czerwony, będzie to oznaczało czyjąś śmierć. – Zanurzył go w próbówce, a papierek natychmiast przybrał kolor matowego brudnego szkarłatu. – Hmm. Tak jak myślałem! – zawołał. – Za moment będę do twoich usług, Watsonie. Tytoń znajdziesz w perskim pantoflu.

Odwrócił się do swojego biurka i pospiesznie nabazgrał kilka telegramów, które przekazał chłopcu na posyłki. Następnie opadł na krzesło naprzeciwko mnie, podciągnął w górę kolana i objął dłońmi swoje długie chude golenie.

– Bardzo pospolite małe brudne morderstwo – powiedział. – Zdaje mi się, że masz dla mnie coś lepszego. Twoja pochmurna mina może być zapowiedzią prawdziwej kryminalnej burzy z piorunami. A więc z czym do mnie przyszedłeś?

Podałem mu list, który przeczytał w maksymalnym skupieniu.

– Zbyt wiele nam to nie mówi, prawda? – zauważył, oddając mi list.

– Niemal nic.

– A jednak charakter pisma jest ciekawy.

– Ale to nie jego pismo.

– Właśnie. Pisała kobieta.

– Z całą pewnością mężczyzna! – zawołałem.

– Nie, kobieta. I to kobieta o nieprzeciętnym charakterze. Cóż... Dowiadujemy się na początku naszego śledztwa, że nasz klient utrzymuje bliskie kontakty z kimś o wyjątkowym charakterze, dobrym lub złym. Już mnie ta sprawa zainteresowała. Jeśli jesteś gotów, możemy natychmiast ruszać do Woking. Spotkajmy się z twoim dyplomatą, który wpadł w tak ciężkie kłopoty, i z ową damą, której dyktuje swoje listy.

Mieliśmy szczęście, bo udało nam się złapać wczesny pociąg z Waterloo, tak więc już po niecałej godzinie znaleźliśmy się wśród jodłowych lasów i wrzosowisk Woking. Briarbrae okazał się dużym wolno stojącym domem, zbudowanym na obszernym terenie w odległości kilku minut spaceru od stacji. Przekazaliśmy nasze wizytówki, i po chwili wprowadzono nas do elegancko urządzonego salonu. Kilka minut później wszedł do pokoju przysadzisty mężczyzna i bardzo uprzejmie nas powitał. Był bliżej czterdziestki niż trzydziestki, lecz jego policzki były tak rumiane, a oczy tak wesołe, że odnosiło się wrażenie, iż nadal jest pulchnym psotnym chłopcem.

– Tak się cieszę, że panowie przyjechaliście! – powiedział, wylewnie ściskając nam dłonie. – Percy przez cały ranek o was dopytuje. Och, biedaczysko chwyta się brzytwy! Jego ojciec i matka prosili mnie, bym się z panami spotkał, bo nawet najmniejsza wzmianka na temat sprawy związanej z Percym jest dla nich bardzo bolesna.

– Jak do tej pory nie poznaliśmy żadnych szczegółów – zauważył Holmes. – A jak widzę, pan nie jest członkiem tej rodziny.

Nasz znajomy wyglądał na zaskoczonego, jednak po chwili, gdy spojrzał w dół, roześmiał się.

– Oczywiście spostrzegł pan monogram J.H. na moim medalionie. Przez chwilę myślałem, że dokonał pan czegoś niesamowitego. Nazywam się Joseph Harrison, a ponieważ Percy ma poślubić moją siostrę Annie, będę przynajmniej ich krewnym poprzez to małżeństwo. Z moją siostrą spotkacie się, panowie, w jego pokoju. Pielęgnuje go nieustannie od dwóch miesięcy. Ale może już tam pójdźmy, bo wiem, jak bardzo się niecierpliwi.

Pokój, do którego nas wprowadzono, znajdował się na tym samym piętrze co salon. Umeblowano go częściowo jak salon, a częściowo jak sypialnię. We wszystkich kątach i zakamarkach ustawiono piękne bukiety kwiatów. Młody mężczyzna, bardzo blady i zmęczony, leżał na sofie przy otwartym oknie, przez które wpadały do środka bogate zapachy ogrodu i balsamiczne letnie powietrze. Obok niego siedziała kobieta. Podniosła się, gdy tylko weszliśmy.

– Mam wyjść, Percy? – spytała.

Chwycił jej dłoń, aby ją zatrzymać.

– Co u ciebie, Watsonie? – powitał serdecznie. – Nigdy bym cię nie poznał z tymi wąsami i ośmielę się stwierdzić, że ty też nie byłbyś pewien, czy to ja. A to, jak przypuszczam, twój słynny przyjaciel pan Sherlock Holmes?

Przedstawiłem go w paru słowach, i obaj usiedliśmy. Przysadzisty młody człowiek wyszedł z pokoju, jednak jego siostra została, trzymając dłoń chorego w swoich dłoniach. Była kobietą o uderzającym wyglądzie. Trochę za niska i zbyt korpulentna, lecz o pięknej oliwkowej cerze, wielkich ciemnych oczach Włoszki i gęstych kruczoczarnych włosach. Ciemna karnacja sprawiała, że blada twarz jej towarzysza wydawała się jeszcze bardziej zmęczona i wymizerowana.

– Nie będę marnował waszego czasu – powiedział, unosząc się na sofie. – Może przejdę od razu do sprawy bez żadnych wstępów. Byłem szczęśliwy i odnosiłem sukcesy, panie Holmes, lecz tuż przed moim ślubem spadło na mnie nagle straszliwe nieszczęście, które zrujnowało wszystkie moje życiowe plany.

Być może Watson już panu wspominał, że pracowałem w ministerstwie spraw zagranicznych i dzięki wpływom mojego wuja lorda Holdhursta błyskawicznie awansowałem na odpowiedzialne stanowisko. Za czasów obecnej administracji, gdy mój wuj został ministrem spraw zagranicznych, powierzył mi kilka poufnych misji. A ponieważ zawsze doprowadzałem je z powodzeniem do końca, zaczął doceniać moje zdolności i mój takt, obdarzając mnie dużym zaufaniem.

Niemal dziesięć tygodni temu, dokładniej mówiąc, 23 maja, wezwał mnie do swego prywatnego gabinetu i, pochwaliwszy za dobrą robotę, którą wykonałem, oznajmił, że ma dla mnie nowe poufne zadanie.

– To, co tu widzisz – powiedział, wyjmując ze swego biurka szary rulon papieru – to oryginał tajnego traktatu pomiędzy Anglią a Włochami. Z żalem muszę stwierdzić, że pewne pogłoski na jego temat przedostały się już do prasy. Niezmiernie ważnym jest, by nie doszło do żadnych innych przecieków. Francuska i rosyjska ambasady zapłaciłyby bajońskie sumy, aby poznać treść tych dokumentów. W ogóle nie opuściłyby mojego biurka, gdyby nie to, że absolutnie konieczne jest ich skopiowanie. Masz u siebie własne biurko?

– Tak, sir.

– W takim razie weź ten traktat i zamknij go tam na klucz. Udzielę personelowi instrukcji, byś mógł tu zostać, gdy inni pójdą do domu, i spokojnie go skopiować bez obaw, że ktoś ci zagląda przez ramię. Kiedy już skończysz, ponownie zamknij na klucz oryginał i kopię. Jutro rano osobiście mi je przekażesz.

Wziąłem dokumenty i...

– Przepraszam, że na chwilę panu przerwę – rzekł Holmes. – Czy podczas tej rozmowy byliście sami?

– Całkowicie sami.

– W dużym pomieszczeniu?

– Trzydzieści na trzydzieści stóp.

– Pośrodku?

– Tak, mniej więcej.

– I mówiliście cicho?

– Mój wuj zawsze mówi bardzo cicho. Ja prawie się nie odzywałem.

– Dziękuję – rzekł Holmes, przymykając oczy. – Proszę mówić dalej.

– Zrobiłem dokładnie tak, jak mi powiedział, i odczekałem, aż pozostali pracownicy pójdą do domu. Jeden z nich, Charles Gorot, który pracuje ze mną w tym samym pokoju, miał do nadrobienia zaległości w pracy, zostawiłem go więc i wyszedłem na obiad. Gdy wróciłem, kolegi już nie było. Bardzo mi zależało, by jak najszybciej zabrać się do pracy, bo wiedziałem, że Joseph, czyli pan Harrison, którego dopiero co pan poznał, był akurat w mieście i zamierzał wracać do Woking pociągiem o jedenastej. W miarę możliwości również chciałem zdążyć na ten pociąg.

Gdy przyjrzałem się dokładniej traktatowi, natychmiast zorientowałem się, że faktycznie był tak ważny, iż mój wuj absolutnie nie przesadził w jego ocenie. Nie wdając się w szczegóły, mogę powiedzieć, że określał on stanowisko Wielkiej Brytanii wobec Trójprzymierza i zwiastował politykę, jaką miał prowadzić nasz kraj w przypadku, gdyby flota francuska zdobyła całkowitą dominację nad flotą włoską na Morzu Śródziemnym. Kwestie poruszane w traktacie były czysto morskiej natury. Na końcu znajdowały się podpisy wysokich dygnitarzy, którzy go parafowali. Pospiesznie przejrzałem tekst, a następnie zabrałem się do przepisywania.

Był to długi dokument, sporządzony w języku francuskim i złożony z dwudziestu sześciu paragrafów. Przepisywałem tak szybko, jak mogłem, ale o godzinie dziewiątej ukończyłem dopiero dziewięć paragrafów i nie miałem już szansy zdążyć na pociąg. Czułem się senny i trochę ospały, częściowo z powodu spożytego obiadu, a po części za sprawą przedłużonego dnia pracy. Pomyślałem, że filiżanka kawy rozjaśniłaby mi w głowie. W małym pomieszczeniu na dole przy schodach siedzi przez całą noc dozorca. Ma on w zwyczaju robić kawę na swoim spirytusowym palniku dla wszystkich urzędników, którzy pracują po godzinach. Przywołałem go więc dzwonkiem.

Ku mojemu zaskoczeniu na wezwanie pojawiła się starsza kobieta potężnej budowy o grubych rysach, ubrana w fartuch. Wyjaśniła, że jest żoną dozorcy i że właśnie sprząta, wydałem jej więc polecenie, by zrobiła mi kawę.

Przepisałem jeszcze dwa paragrafy, lecz potem poczułem się tak senny, że musiałem wstać i przejść się po pokoju, żeby rozprostować trochę nogi. Kawy wciąż nie było, i zastanawiałem się, jaka mogła być przyczyna tego opóźnienia. Otworzyłem drzwi i ruszyłem korytarzem, aby się tego dowiedzieć. Korytarz oświetlony przyćmioną lampą prowadził z pokoju, w którym pracowałem, i miał tylko jedno wyjście. Kończyło się ono krętymi schodami, przy których na dole w holu znajdowało się pomieszczenie dozorcy. W połowie tych schodów na półpiętrze jest niewielki podest, od którego pod kątem prostym biegnie inny korytarz. Prowadzi on do kolejnych niewielkich schodów, które kończą się przy bocznym wyjściu. Używają ich służący, lecz przychodzą tamtędy również urzędnicy od strony Charles Street, gdy chcą sobie skrócić drogę. Oto przybliżony plan tego budynku.

 

– Dziękuję. Sądzę, że nadążam za panem – rzekł Sherlock Holmes.

– Proszę zwrócić uwagę na te okoliczności, które mają ogromne znaczenie. Zszedłem w dół po schodach do holu i przekonałem się, że dozorca smacznie śpi w swoim pomieszczeniu, a w czajniku wrze woda. Zestawiłem czajnik, po czym zdmuchnąłem palnik, bo woda pryskała już na podłogę. Następnie wyciągnąłem rękę i już miałem potrząsnąć dozorcą, który sprawiał wrażenie głęboko pogrążonego we śnie, gdy nagle rozległ się głośny dźwięk dzwonka nad jego głową, on zaś wzdrygnął się i obudził.

– Panie Phelps, sir! – powiedział, spoglądając na mnie w osłupieniu.

– Zszedłem na dół, żeby zobaczyć, czy moja kawa jest już gotowa.

– Wstawiłem czajnik i zasnąłem, sir – spojrzał na mnie, a potem w górę, na wciąż jeszcze drgający dzwonek, z rosnącym zdumieniem na twarzy.

– Sir, skoro pan jest tutaj, to w takim razie kto zadzwonił? – zapytał.

– Dzwonek! – zawołałem. – Co to za dzwonek?

– To dzwonek z pokoju, w którym pan pracował.

Nagle wydało mi się, że jakaś zimna dłoń ściska mi serce. A więc ktoś był w pokoju, w którym na stole leżał mój bezcenny traktat! Szaleńczo pognałem po schodach, potem wzdłuż korytarza. W przejściach nie było nikogo, panie Holmes. I nikogo nie było też w pokoju. Wszystko było dokładnie tak, jak zostawiłem, z tym jedynym wyjątkiem, że dokumenty powierzone mojej pieczy zniknęły z biurka, na którym leżały! Kopia została, nie było natomiast oryginału.

Holmes wyprostował się na krześle i zatarł ręce. Widziałem, że sprawa ta zdecydowanie przypadła mu do gustu.

– I co pan wtedy zrobił? – wymruczał pod nosem.

– W jednej chwili zdałem sobie sprawę, że złodziej musiał wejść na górę po schodach od strony bocznych drzwi. Oczywiście, gdyby przyszedł inną drogą, musiałbym się na niego natknąć.

– Był pan pewien, że nie mógł przez cały czas ukrywać się w pokoju lub w tym korytarzu, który był oświetlony przyćmionym światłem?

– To absolutnie niemożliwe. Nawet szczur by się tam nie ukrył, ani w tym pokoju, ani w korytarzu. Tam zupełnie nie ma gdzie się schować.

– Dziękuję. Proszę mówić dalej.

Dozorca, widząc po mojej pobladłej twarzy, że dzieje się coś złego, poszedł za mną na górę. Potem obaj popędziliśmy korytarzem i zbiegliśmy w dół po stromych schodach prowadzących do wyjścia na Charles Street. Drzwi na dole były zamknięte, lecz nie na klucz. Otwarliśmy je na oścież i wybiegliśmy na zewnątrz. Dokładnie pamiętam, że w tamtej chwili kuranty pobliskiego zegara zadzwoniły trzykrotnie. Była za kwadrans dziesiąta.

– To ma ogromne znaczenie – rzekł Holmes, zapisując coś sobie na mankiecie koszuli.

– Noc była bardzo ciemna, siąpił drobny ciepły deszczyk. Na Charles Street nie było nikogo, a na Whitehall jak zwykle panował ogromny ruch. Popędziliśmy chodnikiem z gołymi głowami, na rogu spostrzegliśmy policjanta.

– Popełniono kradzież – wysapałem. – Z ministerstwa spraw zagranicznych skradziono dokument ogromnej wagi. Czy ktoś tędy przechodził?

– Stoję tu już od kwadransa, sir – odparł – przechodziła tędy tylko jedna osoba. Starsza wysoka kobieta z szalem w tureckie wzory.

– Ach, to tylko moja żona – zawołał dozorca. – I nikt inny tędy nie przechodził?

– Nie.

– W takim razie złodziej musiał uciec w drugą stronę – krzyknął, pociągając mnie za rękaw. Nie byłem jednak przekonany, a jego próby, by mnie zniechęcić, wzmocniły tylko moje podejrzenia.

– W którą stronę poszła ta kobieta? – zawołałem.

– Nie wiem, sir. Zauważyłem ją, gdy mnie mijała, ale nie miałem żadnych szczególnych powodów, żeby ją obserwować. Odniosłem wrażenie, że się spieszyła.

– Jak dawno to było?

– Och, kilka minut.

– Nie więcej niż pięć?

– Tak, nie upłynęło więcej niż pięć minut.

– Traci pan tylko swój czas, sir, a teraz każda minuta się liczy! – zawołał dozorca. – Daję słowo, że moja stara nie ma z tym nic wspólnego. Chodźmy już w drugą stronę. Jeśli pan tego nie zrobi, ja to uczynię.

I z tymi słowami rzucił się w przeciwnym kierunku.

Jednak po chwili sam pobiegłem za nim i chwyciłem go za rękaw.

– Gdzie mieszkasz? – spytałem.

– W Brixton, przy Ivy Lane 16 – odparł. – Ale niech pan nie podąża fałszywym tropem, panie Phelps. Idźmy w drugą stronę, tamtą ulicą, i zobaczmy, czy czegoś się tam nie dowiemy.

Stosując się do jego rady, nic nie traciłem. Ruszyliśmy wraz z policjantem, jednak tylko przekonaliśmy się, że na ulicy panuje straszny ruch, wielu ludzi zmierza w różnych kierunkach i wszystkim bardzo się spieszy, by dotrzeć do jakiegoś spokojnego i suchego miejsca w tę deszczową noc. Nie znaleźliśmy żadnego włóczęgi, który byłby nam w stanie powiedzieć, kto tamtędy przechodził.

Powróciliśmy następnie do biura i bezskutecznie przeszukaliśmy schody. Korytarz prowadzący do pokoju wyłożony był kremowym linoleum, na którym bardzo wyraźnie widać wszelkie ślady. Niezwykle uważnie mu się przyjrzeliśmy, lecz nie znaleźliśmy żadnych odcisków stóp.

– Czy przez cały wieczór padał deszcz?

– Mniej więcej od siódmej.

– Jak to więc możliwe, że kobieta, która weszła do pokoju około godziny dziewiątej, nie pozostawiła żadnych śladów swoimi zabłoconymi butami?

– Dobrze, że porusza pan tę kwestię. Mnie też przyszło to wtedy do głowy. Sprzątaczki mają w zwyczaju zdejmować obuwie obok pomieszczenia dozorcy i zakładać robocze pantofle.

– To jasne. A więc nie było śladów, chociaż noc była deszczowa. Ten ciąg wydarzeń jest niezwykle interesujący. Co pan zrobił później?

– Zbadaliśmy również pokój. Nie ma żadnych możliwości, by były tam jakieś tajemne drzwi, a okna znajdują się jakieś trzydzieści stóp nad ziemią. Oba były zamknięte od wewnątrz. Wykładzina uniemożliwia wykorzystanie jakiejkolwiek klapy w podłodze (gdyby nawet taka klapa była), a sufit jest gładki, bielony wapnem. Ręczę moim życiem, że ktokolwiek ukradł moje dokumenty, mógł się tam dostać tylko i wyłącznie przez drzwi.

– A kominek?

– Nie używają kominka. Jest tam piec. Lina od dzwonka zwisa z prawej strony od mojego biurka. Ktoś, kto zadzwonił, musiał podejść do biurka. Ale dlaczego przestępca chciałby używać dzwonka? To dla mnie niewytłumaczalna tajemnica.

– Z całą pewnością ten incydent był dość niezwykły. Jakie kroki podjął pan? Zakładam, że zbadał pan pokój, aby się przekonać, czy intruz nie pozostawił po sobie jakichś śladów, na przykład niedopałka cygara, rękawiczki, spinki do włosów czy innego drobiazgu.

– Nic takiego nie znalazłem.

– A może wyczuł pan jakiś zapach?

– Nie, nawet o tym nie pomyśleliśmy.

– Zapach tytoniu byłby dla nas znaczącą wskazówką w śledztwie.

– Sam nie palę, więc sądzę, że wyczułbym zapach tytoniu. Jedynym oczywistym faktem było to, że żona dozorcy, która nazywa się Tangey, szybko wyszła z budynku. Jej mąż nie był w stanie niczego wytłumaczyć, powiedział jedynie, że zawsze mniej więcej o tej porze udaje się do domu. Policjant i ja byliśmy zgodni co do tego, że najlepiej byłoby schwytać tę kobietę, nim zdoła pozbyć się dokumentów, zakładając, że to ona je zabrała.

Do tego czasu powiadomiliśmy już Scotland Yard; natychmiast zjawił się detektyw Forbes, który niezwykle energicznie przejął śledztwo. Wynajęliśmy dorożkę i w ciągu pół godziny znaleźliśmy się pod podanym przez dozorcę adresem. Otworzyła nam młoda kobieta, która, jak się okazało, była najstarszą córką pani Tangey. Jej matka jeszcze nie wróciła, zaprowadzono nas więc do pokoju gościnnego, byśmy tam poczekali. Mniej więcej dziesięć minut później rozległo się pukanie do drzwi. I tu popełniliśmy poważny błąd, za który się obwiniam: pozwoliliśmy otworzyć drzwi dziewczynie. Usłyszeliśmy, jak mówi: „Mamo, w domu czeka dwóch mężczyzn, którzy chcą z tobą porozmawiać”; chwilę później usłyszeliśmy tupot nóg pani Tangey, gdy rzuciła się do ucieczki korytarzem. Forbes otworzył drzwi, i obaj pobiegliśmy do pokoju na tyłach mieszkania, a potem do kuchni, kobieta już tam była. Patrzyła na nas wyzywająco, ale gdy mnie rozpoznała, na jej twarzy pojawił się wyraz absolutnego osłupienia.

– Ojej, to przecież pan Phelps z ministerstwa! – zawołała.

– Proszę, proszę! A co pani myślała, gdy próbowała przed nami uciekać? – spytał mój towarzysz.

– Myślałam, że jesteście handlarzami – powiedziała. – Mieliśmy problemy z pewnym sprzedawcą.

– Nie wystarczy nam taka wymówka – odparł Forbes. – Mamy powody sądzić, że zabrała pani z ministerstwa spraw zagranicznych bardzo ważny dokument i przybiegła pani tutaj, aby się go pozbyć. Uda się pani teraz z nami do Scotland Yardu, gdzie zostanie przeszukana!

Na próżno opierała się i protestowała. Sprowadzono powóz, i pojechaliśmy nim we trójkę. Wcześniej przeszukaliśmy jeszcze kuchnię, a zwłaszcza palenisko, by przekonać się, czy nie zdążyła pozbyć się dokumentów przez tę krótką chwilę, kiedy była tam sama. Nie odkryliśmy jednak żadnych śladów popiołu czy strzępów papieru. Gdy dojechaliśmy do Scotland Yardu, natychmiast oddano ją w ręce kobiety, która miała ją przeszukać. Czekałem, udręczony, w napięciu, aż wróci i zda nam raport. Nie znalazła jednak żadnych dokumentów.

Wtedy właśnie po raz pierwszy dotarło do mnie w pełni, w jak przerażającej sytuacji się znalazłem. Do tej pory działałem, i to zajęcie nie pozwoliło mi na zastanawianie się nad skutkami całego wydarzenia. Tak bardzo byłem pewien, że zaraz odzyskam traktat, iż nie ośmieliłem się nawet myśleć o tym, jakie byłyby konsekwencje, gdyby mi się to nie udało. Teraz jednak nie mogłem liczyć już na nic, więc czekając bezczynnie, uświadomiłem sobie moją sytuację. Była straszna. Watson mógłby panu potwierdzić, że w czasach szkolnych byłem dość wrażliwym, nerwowym chłopakiem. Taką już mam naturę. Pomyślałem o moim wuju i jego kolegach z rządu, o wstydzie, jaki sprowadziłem na niego, na siebie i wszystkich tych, z którymi byłem związany. I cóż z tego, że padłem ofiarą niebywałego przypadku? Tam, gdzie w grę wchodzi dyplomacja, na przypadki nie ma miejsca. Moja kariera była skończona. Haniebnie, beznadziejnie zrujnowana. Nie wiedziałem, co czynię. Przypuszczam, że musiałem wtedy zrobić jakąś scenę. Przypominam sobie jak przez mgłę urzędników stłoczonych wokół i usiłujących mnie pocieszać. Jeden z nich pojechał ze mną na Waterloo i wsadził do pociągu jadącego do Woking. Sądzę, że towarzyszyłby mi aż do samego domu, gdyby nie to, że doktor Ferrier, który mieszka w sąsiedztwie, jechał tym samym pociągiem. Doktor troskliwie się mną zaopiekował, już na stacji miałem pierwszy atak, i zanim dojechaliśmy do domu, zdążyłem się praktycznie zamienić w majaczącego szaleńca.

Wyobraża pan sobie pewnie, co tu się działo, gdy domownicy, których zaalarmował doktor, zobaczyli mnie w takim stanie. Biedna Annie i moja matka były zrozpaczone. Doktor Ferrier przekazał im w ogólnych zarysach, co się wydarzyło (a czego dowiedział się od detektywa na stacji), ale jego opowieść wcale nie poprawiła sytuacji. Dla wszystkich było jasne, że poważnie zachorowałem, tak więc Joseph musiał opuścić swoją wygodną sypialnię, którą zamieniono na pokój dla mnie. I tak tu leżę, panie Holmes, od ponad dziewięciu tygodni, nieświadomy, majaczący, z zapaleniem mózgu. Gdyby nie panna Harrison i opieka doktora, nie mógłbym dziś z panem rozmawiać. Annie pielęgnowała mnie w dzień. Wynajęła też pielęgniarkę, która opiekowała się mną w nocy, bo w tych moich napadach szaleństwa byłem zdolny do wszystkiego. Powoli zaczęło rozjaśniać mi się w głowie, jednak pamięć wróciła dopiero w ostatnich trzech dniach. Czasami żałuję, że w ogóle ją odzyskałem. Pierwszą rzeczą, którą zrobiłem, było wysłanie telegramu do pana Forbesa, prowadzącego tę sprawę. Skontaktował się ze mną i zapewnił, że choć zrobiono wszystko, co możliwe, nie znaleziono żadnego tropu. Dozorcę i jego żonę wielokrotnie przesłuchiwano na wszelkie możliwe sposoby, nie rzuciło to jednak żadnego światła na sprawę. Następnie podejrzenia policji padły na młodego Gorota, który, jak pan zapewne pamięta, pracował tamtego wieczora dłużej. To, że został w biurze po godzinach, oraz jego francuskie nazwisko, były w rzeczywistości jedynymi kwestiami mogącymi budzić wobec niego jakiekolwiek podejrzenia. Pozostaje jednak faktem, iż nie rozpocząłem pracy, dopóki nie poszedł do domu, i choć jego rodzina to hugenoci, to pod względem tradycji czy poglądów są takimi samymi Anglikami jak pan czy ja. Nie odkryto niczego, co by w jakikolwiek sposób obciążyło go, więc sprawę zarzucono. Zwracam się do pana, panie Holmes, bo jest pan dla mnie ostatnią nadzieją. Jeśli pan mnie zawiedzie, na zawsze stracę honor i pozycję.

Zmęczony tą długą opowieścią, chory opadł na poduszki, a jego opiekunka nalała mu do szklanki jakiegoś leku pobudzającego. Holmes siedział w milczeniu z odchyloną do tyłu głową i przymkniętymi oczyma w pozycji, która komuś obcemu mogłaby się wydać apatyczna, ja jednak wiedziałem, iż oznacza to, że pogrążył się w wyjątkowo intensywnym rozmyślaniu.

– Pana opowieść była tak szczegółowa – odezwał się wreszcie – że pozostaje bardzo niewiele pytań, jakie powinienem zadać. Jedno z nich ma jednak ogromne znaczenie. Czy mówił pan komuś, że ma wypełnić to szczególne zadanie?

– Nikomu.

– A na przykład obecnej tu pannie Harrison?

– Nie. Nie byłem w Woking od chwili otrzymania tego zadania do rozpoczęcia jego wykonywania.

– I nikt z pańskiej rodziny przypadkiem pana nie odwiedził?

– Nie.

– Czy ktokolwiek z nich znał układ pomieszczeń biura?

– O tak, pokazywałem je wszystkim.

– Oczywiście, jeśli nikomu pan nie wspominał o tym traktacie, te pytania nic tu nie wnoszą.

– Nikomu niczego nie powiedziałem.

– Wie pan coś na temat tego dozorcy?

– Nic poza tym, że jest emerytowanym żołnierzem.

– Z którego pułku?

– Coś o tym słyszałem... Coldstream Guards.

– Dziękuję. Bez wątpienia dalsze szczegóły uzyskam od Forbesa. Policja jest świetna w gromadzeniu faktów, jednak nie zawsze wie, jak później te fakty wykorzystać. Cóż za przepiękna róża!

Minął kanapę, podszedł do otwartego okna i wziął do ręki opadającą gałązkę róży stulistnej. Przez chwilę przyglądał się delikatnemu połączeniu szkarłatu i zieleni. Dla mnie było to zupełną nowością, nigdy bowiem wcześniej nie zauważyłem, by wykazywał jakiekolwiek zainteresowanie przyrodą.

– Dedukcja w niczym nie jest tak niezbędna jak w religii – powiedział, opierając się plecami o okiennicę. – Człowiek posługujący się logicznym myśleniem może ją zaprezentować podobnie jak naukę ścisłą. Wydaje mi się, że nasza największa pewność co do dobroci opatrzności opiera się na kwiatach. Pozostałe rzeczy: nasze zdolności, pragnienia, nasze pożywienie – jest konieczne dla naszego istnienia. Ale ta róża jest czymś więcej. Jej zapach i kolor są ozdobą życia, nie zaś jego warunkiem. Tylko prawdziwa dobroć potrafi dawać coś więcej, tak więc jeszcze raz powiem, że możemy liczyć na wiele ze strony kwiatów.

Percy Phelps i jego opiekunka patrzyli na Holmesa podczas tego wywodu z zaskoczeniem, a na ich na twarzach było wypisane ogromne rozczarowanie. Holmes zaś pogrążył się w zadumie, trzymając różę między palcami. Upłynęło kilka minut, nim młoda kobieta przerwała milczenie.

– Widzi pan jakieś szanse rozwiązania tej zagadki, panie Holmes? – spytała nieco szorstkim tonem.

– Ach tak, zagadka! – odparł, otrząsając się z zadumy i powracając do rzeczywistości. – Cóż, absurdem byłoby zaprzeczać, że sprawa jest zawiła i skomplikowana. Mogę jednak obiecać, że się tym zajmę i powiadomię państwa o wszelkich rezultatach, które wydadzą mi się istotne.

– Dostrzega pan jakiś trop?

– Dostarczyliście mi państwo siedem, ale naturalnie muszę je sprawdzić, nim będę mógł stwierdzić, czy są one czegoś warte.

– Podejrzewa pan kogoś?

– Podejrzewam siebie...

– Co takiego?!

– ...o to, że zbyt szybko wyciągam wnioski.

– W takim razie proszę się udać do Londynu i je sprawdzić.

– Udziela mi pani doskonałej rady, panno Harrison – odparł Holmes, wstając. – Sądzę, Watsonie, że nic lepszego nie możemy zrobić. Niech pan sobie nie pozwala na złudne nadzieje, panie Phelps. To bardzo powikłana sprawa.

– Będę z niecierpliwością czekał na nasze następne spotkanie z panem! – wykrzyknął dyplomata.

– Jutro przyjadę tym samym pociągiem, choć jest bardziej prawdopodobne, że mój raport nie będzie zbyt zachęcający.

– Niech pana Bóg błogosławi za to, że obiecuje pan tu wrócić – zawołał nasz klient. – Teraz, gdy wiem, że coś w tej sprawie zaczęło się dziać, wstępuje we mnie nowe życie. A nawiasem mówiąc, otrzymałem list od lorda Holdhursta.

– Ha! I co było w tym liście?

– Ton był chłodny, ale nie ostry. Ośmielę się stwierdzić, że powstrzymała go przed tym moja ciężka choroba. Powtórzył, że jest to sprawa ogromnej wagi i dodał, że nie zostaną podjęte żadne kroki dotyczące mojej przyszłości (chodzi oczywiście o moje zwolnienie), dopóki nie powrócę do zdrowia i nie będę miał szansy naprawienia szkody, jaką wyrządziłem.

– Cóż, to rozsądne i taktowne – rzekł Holmes. – Chodź, Watsonie. Czeka nas dziś pracowity dzień w mieście.

Pan Joseph Harrison odwiózł mojego przyjaciela i mnie na stację, i wkrótce mknęliśmy pociągiem jadącym z Portsmouth. Holmes pogrążył się głęboko w rozmyślaniach i prawie się nie odzywał, póki nie minęliśmy Clapham Junction.

– Bardzo przyjemnie wraca się do Londynu którąś z tych linii biegnących nad ziemią, skąd można spojrzeć w dół na wszystkie te domy, tak jak teraz.

Pomyślałem, że żartuje, bo widok był dość obskurny, wkrótce jednak wyjaśnił mi, co miał na myśli.

– Spójrz na te wielkie odizolowane skupiska budynków, wznoszące się niczym ceglane wyspy nad ołowianym morzem.

– To szkoły z internatem.

– Latarnie, mój drogi. Światła przyszłości. Kapsułki z setkami małych jasnych nasionek w każdej, z których wyrośnie mądra lepsza Anglia przyszłości. Przypuszczam, że ten Phelps nie pije?

– Nie sądzę.

– Ja też nie. Musimy jednak wziąć pod uwagę każdą możliwość. Ten biedak z pewnością wpadł po uszy w problemy, i pozostaje tylko pytanie, czy uda nam się kiedykolwiek wyprowadzić go na bezpieczny grunt. Jakie wrażenie zrobiła na tobie panna Harrison?

– To dziewczyna z silnym charakterem.

– Tak, ale o ile się nie mylę, ma dobre usposobienie. Ona i jej brat są jedynymi dziećmi właściciela huty stali gdzieś w okolicach Northumberland. Pan Phelps zaręczył się z nią podczas podróży ubiegłej zimy, i zaproszono ją, by zamieszkała ze swoim bratem u rodziny narzeczonego. Potem nadszedł ten cios, i panna Harrison pozostała, by opiekować się swoim ukochanym, podczas gdy jej brat Joseph, który uznał, że mieszka mu się tam miło i przytulnie, również postanowił zostać. Jak widzisz, dowiedziałem się kilku rzeczy na własną rękę. Jednak dzisiejszy dzień musi być dniem dochodzenia.

– Moja praktyka... – zacząłem.

– Och, jeśli uważasz, że twoje przypadki są ciekawsze niż moje... – odrzekł nieco szorstko Holmes.

– Chciałem właśnie powiedzieć, że moja praktyka nie dozna uszczerbku przez dzień czy dwa, bo teraz jest okres największego zastoju w ciągu całego roku.

– Doskonale! – powiedział, błyskawicznie odzyskując dobry humor. – Zgłębimy więc tę sprawę razem. Sądzę, że powinniśmy zacząć od spotkania z Forbesem. Prawdopodobnie będzie w stanie podać nam wszystkie niezbędne szczegóły, my zaś dzięki temu dowiemy się, od której strony trzeba podejść do tej sprawy.

– Wspominałeś, że masz jakiś trop.

– Owszem, mam ich kilka, jednak tylko prowadząc dalsze śledztwo, możemy sprawdzić, ile są warte. Najtrudniejszym do wykrycia przestępstwem jest takie, które nie ma żadnego motywu. To, z którym mamy teraz do czynienia, ma motyw. Kto może na tym skorzystać? Francuski ambasador, rosyjski ambasador, wszyscy, którzy mogą sprzedać ten dokument któremuś z nich, no i jeszcze lord Holdhurst.

– Lord Holdhurst?!

– Cóż, jest możliwe, że mąż stanu znalazł się w sytuacji, w której byłoby mu na rękę, gdyby taki dokument przypadkowo uległ zniszczeniu.

– Ale chyba nie mąż stanu z tak zaszczytnymi osiągnięciami jak lord Holdhurst?

– Istnieje taka możliwość, i nie możemy sobie pozwolić na to, by ją zignorować. Dziś zresztą spotkamy się z lordem i przekonamy się, co nam powie. A tymczasem rozpocząłem już dochodzenie.

– Już?

– Tak. Ze stacji w Woking wysłałem telegramy do wszystkich wieczornych gazet w Londynie. W każdej z nich pojawi się to ogłoszenie.

Podał mi kartkę wyrwaną z notatnika, na której nabazgrano ołówkiem:

Dziesięć funtów nagrody za podanie numeru dorożki, z której wysiadł przy samych drzwiach lub w pobliżu wejścia do ministerstwa spraw zagranicznych przy Charles Street za kwadrans dziesiąta wieczorem 23 maja. Proszę się zgłaszać na Baker Street pod numer 221b.

 

– Jesteś pewien, że złodziej przyjechał dorożką?

– Jeśli pan Phelps miał rację, mówiąc, że ani w pokoju, ani na korytarzach nie ma żadnej kryjówki, to znaczy, że ten człowiek musiał przyjść z zewnątrz. Skoro przybył z zewnątrz w deszczową noc i nie zostawił żadnych mokrych śladów na linoleum, które badano kilka minut po tym, gdy on przeszedł, to jest nadzwyczaj prawdopodobne, że przyjechał dorożką. Tak. Sądzę, że możemy spokojnie wydedukować, iż właśnie tak mogło być.

– Brzmi przekonująco.

– To jeden z tropów, o których mówiłem. Może nas to dokądś doprowadzi. No i oczywiście jeszcze ten dzwonek, który jest charakterystycznym ogniwem całej sprawy. Po co ktoś miałby dzwonić? Czyżby ten złodziej miał ochotę na jakiś brawurowy popis? A może ktoś, kto był razem ze złodziejem, zrobił to, żeby zapobiec przestępstwu? A może to był przypadek? A może... – i znów zamilkł, popadłszy w ten stan intensywnego zamyślenia, z którego na chwilę tylko się wynurzył. Jednak mnie, przyzwyczajonemu do wszystkich jego nastrojów, wydawało się, że nagle przyszła mu do głowy jakaś zupełnie nowa możliwość.

Dojechaliśmy do końcowej stacji dwadzieścia po trzeciej i po szybkim lunchu w bufecie udaliśmy się prosto do Scotland Yardu. Holmes wysłał telegram do Forbesa już wcześniej, i gdy przyszliśmy, detektyw już czekał na nas. Był to niski człowiek o lisim wyglądzie i bystrych, lecz prawdę mówiąc, niezbyt życzliwych rysach twarzy. Zachowywał się chłodno, zwłaszcza gdy usłyszał, w jakiej sprawie przyszliśmy.

– Słyszeliśmy już wcześniej o pańskich metodach, panie Holmes – powiedział zgryźliwie. – Zawsze jest pan gotów wykorzystać wszystkie informacje, jakie daje panu do dyspozycji policja, a potem próbuje pan sam rozwiązać sprawę, dyskredytując naszych detektywów.

– Wręcz przeciwnie – odparł Holmes. – Spośród ostatnich pięćdziesięciu trzech spraw, które prowadziłem, moje nazwisko pojawiło się publicznie tylko w związku z czterema, natomiast policji przypisano wszystkie zasługi za rozwiązanie czterdziestu dziewięciu. Nie winię pana za to, że pan tego nie wie, bo jest pan młody i niedoświadczony, jednak jeśli chce pan dobrze wypełniać swoje obowiązki, będzie pan pracował ze mną, a nie przeciwko mnie.

– Bardzo bym się ucieszył, gdybym usłyszał jakąś dobrą nowinę – rzekł detektyw, zmieniając ton. – Bo z całą pewnością za uczestniczenie w wyjaśnianiu tej sprawy nie przypisano mi do tej pory żadnych zasług.

– Jakie kroki pan podjął?

– Śledziliśmy Tangeya, tego dozorcę. Wygląda na to, że służba w Guards dobrze ukształtowała jego charakter, i nic nie możemy na niego znaleźć. Przypuszczam jednak, że jego żona nie mówi wszystkiego, a mam wrażenie, że wie na ten temat więcej, niż mogłoby się wydawać.

– Śledziliście ją?

– Nasłaliśmy na nią jedną z naszych kobiet. Pani Tangey lubi wypić, i nasza agentka przysiadła się do niej ze dwa razy, gdy już sobie trochę wypiła. Ale niczego nie udało się z niej wyciągnąć.

– W domu nachodzili ich jacyś handlarze?

– Tak. Ale już im zapłacili.

– Skąd wzięli pieniądze?

– To akurat można wytłumaczyć. Jej mąż dostał wypłatę. Nic nie świadczy o tym, że nagle zaczęło im się lepiej powodzić.

– Jak wyjaśniła to, że była na górze, gdy pan Phelps dzwonił, aby poprosić o kawę?

– Powiedziała, że jej mąż był bardzo zmęczony i chciała mu jakoś pomóc.

– Cóż, to by się zgadzało: niedługo po tym pan Phelps zastał go śpiącego na krześle. Raczej nic na nich nie mamy, ale ten jej pośpiech... Pytał ją pan, dlaczego tej nocy tak jej się spieszyło? Właśnie ten pośpiech zwrócił na nią uwagę konstabla.

– Wyszła później niż zazwyczaj i chciała jak najszybciej wrócić do domu.

– Jak tłumaczyła fakt, że pan razem z panem Phelpsem wyszliście z budynku co najmniej dwadzieścia minut po niej, a dotarliście na miejsce przed nią?

– Wyjaśniła, że jechała autobusem podczas gdy my wynajęliśmy dorożkę.

– Czy pani Tangey wytłumaczyła, dlaczego po powrocie pobiegła do kuchni?

– Trzymała tam pieniądze dla tych handlarzy.

– Przynajmniej ma na wszystko odpowiedź. Zapytał ją pan, czy kiedy wychodziła, widziała kogoś kręcącego się po Charles Street?

– Nie widziała nikogo prócz konstabla.

– Cóż, wygląda na to, że wziął ją pan w krzyżowy ogień pytań. Co jeszcze pan zrobił w tej sprawie?

– Przez te całe dziewięć tygodni śledziliśmy urzędnika Gorota, ale bez żadnych rezultatów. Nie znaleźliśmy niczego, co by go obciążało.

– Coś jeszcze?

– Na niczym więcej nie mogliśmy się oprzeć. Nie było już żadnych dowodów.

– A ma pan jakąś teorię na temat tego, dlaczego zadzwonił dzwonek?

– Muszę przyznać, że to mnie przerasta. Ktokolwiek to był, musiał być bardzo pewny tego, że zdoła uciec, skoro w ten sposób wszczął alarm.

– Tak, to, co zrobił, było dziwne. Bardzo panu dziękuję za to, co mi pan powiedział. Jeśli będę w stanie oddać tego człowieka w pańskie ręce, dam panu znać. Chodźmy, Watsonie.

– Dokąd teraz idziemy? – spytałem, gdy opuściliśmy komisariat.

– Idziemy porozmawiać z lordem Holdhurstem, ministrem obecnego rządu i przyszłym premierem Anglii.

Na szczęście udało nam się jeszcze zastać lorda Holdhursta w jego gabinecie przy Downing Street, i gdy Holmes przesłał mu wizytówkę, natychmiast zostaliśmy do niego wprowadzeni. Mąż stanu przyjął nas z tą tradycyjną uprzejmością, która tak go wyróżniała, i wskazał nam dwa okazałe fotele po obu stronach kominka. Stał przed nami na dywaniku. Jego szczupła wysoka sylwetka, wyraziste rysy, zadumana twarz i kręcone włosy przedwcześnie przyprószone siwizną wydawały się atrybutami tych rzadko spotykanych arystokratów, których rzeczywiście cechuje szlachetność.

– Pańskie nazwisko jest mi dobrze znane, panie Holmes – rzekł z uśmiechem. – I oczywiście nie zamierzam udawać, iż nie jest mi znany cel pańskiej wizyty. W biurze wydarzyła się tylko jedna rzecz, która mogłaby przyciągnąć pańską uwagę. Proszę powiedzieć, w czyim interesie pan działa?

– Pana Percy’ego Phelpsa – odparł Holmes.

– Ach, mój nieszczęsny siostrzeniec. Rozumie pan zapewne, iż nasze pokrewieństwo sprawia, że tym bardziej nie mogę go w żaden sposób chronić. Obawiam się, że ten incydent będzie miał bardzo niekorzystny wpływ na jego karierę.

– A gdyby odnaleziono dokument?

– Wtedy, oczywiście, byłaby to zupełnie inna sprawa.

– Mam kilka pytań, które pragnąłbym panu zadać, lordzie Holdhurst.

– Z chęcią udzielę panu wszelkich informacji, jakie tylko posiadam.

– Czy to w tym pokoju udzielał pan instrukcji dotyczących przepisywania dokumentu?

– Tak.

– A więc można raczej wykluczyć, że ktoś pana podsłuchiwał?

– To nie wchodzi w rachubę.

– Czy wspominał pan kiedyś komukolwiek, że zamierza przekazać ten traktat do przepisania?

– Nie, nigdy.

– Jest pan tego pewien?

– Całkowicie.

– Cóż, skoro nigdy pan o tym nie wspominał i nie wspominał o tym również pan Phelps, a nikt poza wami nie wiedział o tej sprawie, oznacza to, że obecność złodzieja w pokoju pana Phelpsa była czystym zbiegiem okoliczności. Zobaczył swoją szansę i z niej skorzystał.

Mąż stanu uśmiechnął się.

– To już nie jest moją dziedziną – powiedział.

Holmes zastanawiał się przez chwilę.

– Jest jeszcze jedna bardzo istotna kwestia, którą pragnę z panem omówić – powiedział. – Jak rozumiem, obawiał się pan, że gdyby szczegóły tego traktatu zostały ujawnione, mogłoby to mieć bardzo poważne konsekwencje.

Po wyrazistej twarzy ministra przebiegł cień.

– W istocie, bardzo poważne.

– I czy takie konsekwencje już miały miejsce?

– Jeszcze nie.

– Czy gdyby ten traktat trafił, powiedzmy, do francuskiego czy rosyjskiego ministerstwa spraw zagranicznych, spodziewałby się pan, że się o tym dowie?

– Powinienem – odparł lord Holdhurst z grymasem na twarzy.

– Ponieważ upłynęło już niemal dziesięć tygodni, i jak do tej pory nic na ten temat nie słychać, słusznym wydaje się założenie, że traktat ten z jakichś powodów jednak do nich nie dotarł.

Lord Holdhurst wzruszył ramionami.

– Chyba nie możemy oczekiwać, panie Holmes, że ten człowiek zabrał traktat, by oprawić go sobie w ramki i powiesić na ścianie.

– Być może czeka na lepszą cenę.

– Jeśli poczeka jeszcze trochę, w ogóle nic nie dostanie. Za kilka miesięcy traktat przestanie być tajny.

– To niezmiernie ważne – rzekł Holmes. – Oczywiście, można również dopuścić możliwość, że gdyby złodziej nagle zapadł na jakąś chorobę...

– Taką jak na przykład zapalenie mózgu? – spytał mąż stanu, rzucając mu szybkie spojrzenie.

– Ja tego nie powiedziałem – rzekł Holmes z niewzruszonym spokojem. – A teraz, lordzie Holdhurst, sądzę, że zajęliśmy już panu zbyt wiele cennego czasu, tak więc chcielibyśmy życzyć panu dobrego dnia.

– Życzę panu wszelkich sukcesów w tym śledztwie niezależnie od tego, kim okaże się przestępca – odparł arystokrata, kłaniając się nam przy drzwiach.

– To niezwykły człowiek – rzekł Holmes, gdy wyszliśmy na Whitehall. – Robi wszystko, aby utrzymać swoje stanowisko. Nie jest bynajmniej bogaty i ma wiele potrzeb. Zauważyłeś oczywiście, że wymieniono mu podeszwy butów? A teraz, Watsonie, nie będę cię już dłużej zatrzymywał, wracaj do wykonywania swojej właściwej pracy. Dziś nie będę już nic robił w naszej sprawie, chyba że ktoś odpowie na moje ogłoszenie związane z dorożką. Byłbym ci jednak niezwykle zobowiązany, gdybyś pojechał ze mną jutro do Woking tym samym pociągiem co dziś.

Następnego ranka spotkałem się z nim tak, jak ustaliliśmy, i razem udaliśmy się do Woking. Poinformował mnie, że nikt nie odpowiedział na ogłoszenie, i nie wydarzyło się nic, co rzuciłoby nowe światło na sprawę. Kiedy miał na to ochotę, potrafił przybierać kamienny beznamiętny wyraz twarzy, niczym Indianin, i nie potrafiłem wtedy wyczytać z jego wyglądu, czy był zadowolony z tego, jak sprawy stoją, czy też nie. Pamiętam, mówił o systemie pomiarów Bertillona i entuzjastycznie wyrażał swój podziw dla tego francuskiego erudyty.

Nasz klient nadal był otoczony troskliwą opieką jego oddanej opiekunki, wyglądał jednak znacznie lepiej niż wczoraj. Gdy weszliśmy, bez trudu wstał z sofy i przywitał się z nami.

– Jakieś wieści? – spytał skwapliwie.

– Mój raport jest, tak jak się obawiałem, negatywny – rzekł Holmes. – Widziałem się z Forbesem i rozmawiałem z pańskim wujem, zacząłem badać kilka tropów, które mogą do czegoś doprowadzić.

– A więc nie zniechęcił się pan?

– Bynajmniej.

– Niech pana Bóg błogosławi za te słowa! – zawołała panna Harrison. – Jeśli zachowamy odwagę i cierpliwość, prawda musi wyjść na światło dzienne.

– Mamy panu więcej do powiedzenia niż pan nam – rzekł Phelps, ponownie siadając na sofie.

– Miałem nadzieję, że tak się właśnie stanie.

– Ostatniej nocy przeżyliśmy pewną przygodę, i fakt ten może mieć duże znaczenie – gdy to mówił, jego twarz spoważniała, a w oczach pojawiło się coś, co bardzo przypominało lęk. – Wie pan – ciągnął dalej – zaczynam wierzyć, iż jestem nieświadomym przedmiotem jakiegoś monstrualnego spisku, który godzi nie tylko w moje życie, lecz również w mój honor.

– Aha! – zawołał Holmes.

– Brzmi to może niewiarygodnie, bo o ile wiem, nie mam wrogów na tym świecie. Jednak po doświadczeniach z ostatniej nocy nie mogę wyciągnąć innych wniosków.

– Proszę mi o tym opowiedzieć.

– Muszę panu wyznać, że ubiegłej nocy po raz pierwszy spałem w pokoju sam. Czułem się już dużo lepiej, więc doszedłem do wniosku, że się obejdę bez pielęgniarki. Świeciła się lampka nocna. Około drugiej w nocy zapadłem w lekki sen, gdy nagle obudził mnie jakiś cichy dźwięk. To był taki odgłos, jaki wydaje mysz gryząca deskę. Przez jakiś czas leżałem, nasłuchując i mając wrażenie, że takie właśnie musi być jego źródło. Później ten odgłos stał się głośniejszy i nagle od strony okna dobiegło ostre metaliczne kliknięcie. Zdumiony, usiadłem. Nie mogło być żadnych wątpliwości, co ten dźwięk mógł oznaczać. Pierwszy dobiegł wówczas, gdy ktoś wsuwał jakieś narzędzie w szczelinę w ramie okna, natomiast ten drugi był dźwiękiem, który powstaje przy podważaniu zapadki.

Potem przez jakieś dziesięć minut panowała cisza, tak jakby ten człowiek czekał, by się przekonać, czy ten dźwięk mnie obudził. Następnie usłyszałem ciche skrzypienie otwieranego bardzo powoli okna. Nie byłem w stanie dłużej tego znieść, bo moje nerwy nie są już tak mocne jak kiedyś. Wyskoczyłem z łóżka i otworzyłem na oścież okiennice. Pod oknem czaił się jakiś człowiek. Nie widziałem go wyraźnie, bo znikł niczym błyskawica. Był owinięty w coś, co przypominało pelerynę, która zasłaniała też część jego twarzy. Jestem pewien tylko jednej rzeczy, a mianowicie tego, że miał w ręku jakąś broń. Wyglądało mi to na długi nóż. Gdy się rzucił do ucieczki, wyraźnie ujrzałem błysk ostrza.

– To niezwykle interesujące – rzekł Holmes. – I co pan wtedy zrobił?

– Powinienem był wyskoczyć przez otwarte okno i go ścigać. Tak właśnie bym postąpił, gdybym czuł się na siłach. Jednak w moim obecnym stanie po prostu chwyciłem za dzwonek i obudziłem wszystkich w domu. Zajęło mi to trochę czasu, bo dzwonek był w kuchni, a wszyscy służący śpią na górze. Zacząłem jednak krzyczeć, a wtedy Joseph zszedł na dół i obudził wszystkich pozostałych. Joseph i stajenny znaleźli ślady na rabacie pod oknem, jednak ostatnio było tak sucho, że doszli do wniosku, iż śledzenie ich na trawie to beznadziejna sprawa. Powiedzieli mi jednak, że na drewnianym płocie przy drodze jest miejsce, w którym widnieje ślad, jakby ktoś tamtędy przechodził i nadłamał szczyt barierki. Nie mówiłem o tym jeszcze lokalnej policji, bo pomyślałem, że może lepiej będzie, jeśli zapytam najpierw pana, panie Holmes, co pan sądzi o tym zdarzeniu.

Wydawało się, że opowieść naszego klienta wywarła niezwykłe wrażenie na Sherlocku Holmesie. Ogromnie podekscytowany, wstał z krzesła i zaczął przemierzać pokój.

– Nieszczęścia zawsze chodzą parami – rzekł Phelps z uśmiechem, choć było wyraźnie widać, że ta przygoda nieco nim wstrząsnęła.

– Z pewnością sporo spadło na pańską głowę – rzekł Holmes. – Czy zdobędzie się pan na wysiłek, aby przejść się ze mną wokół domu?

– O tak. Bardzo chętnie wyjdę trochę na słońce. Joseph też pójdzie.

– I ja również – rzekła panna Harrison.

– Obawiam się, że nie – rzekł Holmes, potrząsając głową. – Muszę chyba panią prosić, by została pani dokładnie w tym miejscu, w którym jest pani teraz.

Młoda dama ponownie usiadła, wyrażając spojrzeniem swe niezadowolenie. Dołączył do nas za to jej brat, i wyruszyliśmy we czwórkę. Obeszliśmy trawnik, podchodząc od zewnętrznej strony do okna pokoju, w którym spał młody dyplomata. Na rabacie były, tak jak wspominał, ślady, lecz beznadziejnie zamazane i niejasne. Holmes na chwilę się nad nimi pochylił, a potem wstał, wzruszając ramionami.

– Nie sądzę, by ktokolwiek był w stanie coś z nich wywnioskować – rzekł.

– Obejdźmy jednak dom i przekonajmy się, dlaczego ten właśnie pokój został wybrany przez włamywacza. Przypuszczałbym, że większe okna w salonie i jadalni powinny wydawać mu się bardziej atrakcyjne.

– Są bardziej widoczne od strony drogi – zasugerował pan Joseph Harrison.

– Oczywiście. A tutaj mamy drzwi, które też mógł spróbować sforsować. Dokąd prowadzą?

– To boczne wejście dla dostawców. Oczywiście w nocy są zamknięte.

– Czy przydarzyło wam się kiedyś wcześniej coś podobnego?

– Nigdy – odparł nasz klient.

– Trzymacie w domu złotą czy srebrną zastawę albo coś, co mogłoby przyciągnąć włamywaczy?

– Nic wartościowego.

Holmes przechadzał się wokół domu, niedbale trzymając ręce w kieszeniach, co według mnie, było dla niego czymś niezwykłym.

– A właśnie – zwrócił się do Josepha Harrisona. – Znalazł pan jakieś miejsce, gdzie ten człowiek uszkodził płot? Przyjrzyjmy się temu!

Korpulentny młody człowiek poprowadził nas do miejsca, gdzie szczyt jednej z desek był pęknięty. Mały fragment drewna zwisał w dół. Holmes odłupał go i krytycznie mu się przyjrzał.

– Sądzi pan, że zrobiono to zeszłej nocy? Wygląda na dość stare, nieprawdaż?

– Cóż. To możliwe.

– Nie ma żadnych śladów świadczących o tym, że ktoś zeskoczył po drugiej stronie. Nie, sądzę, że tutaj nie uzyskamy żadnych wskazówek. Wróćmy do sypialni i przedyskutujmy tę sprawę.

Percy Phelps szedł bardzo powoli, opierając się na ramieniu swego przyszłego szwagra. Holmes zmierzał natomiast szybkim krokiem przez trawnik. Dotarliśmy do sypialni trochę wcześniej, nim dołączyli do nas Percy i Joseph.

– Panno Harrison – powiedział Holmes, mówiąc z niezwykła powagą – musi pani przez cały dzień pozostać tam, gdzie pani jest. Niech pani nie pozwoli, by cokolwiek pani w tym przeszkodziło. To niezwykle ważne.

– Oczywiście, skoro pan sobie tego życzy, panie Holmes – rzekła zdumiona dziewczyna.

– Gdy będzie pani kładła się spać, proszę zamknąć drzwi tego pokoju od zewnątrz i wziąć ze sobą klucz. Proszę mi obiecać, że pani to zrobi.

– Ale Percy?

– Pojedzie z nami do Londynu.

– A ja mam tutaj zostać?

– To dla jego dobra. Może mu pani naprawdę pomóc. Szybko! Niech mi to pani obieca!

Skinęła głową na znak zgody. Nasi dwaj towarzysze właśnie do nas dotarli.

– Dlaczego tam siedzisz z taką nieszczęśliwą miną, Annie? Wyjdź tutaj do nas na słońce!

– Nie, dziękuję, Josephie. Trochę mnie boli głowa, a w tym pokoju powietrze jest cudownie chłodne i kojące.

– Co pan teraz proponuje, panie Holmes? – spytał nasz klient.

– Cóż, badając każdą pomniejszą kwestię, nie możemy stracić z oczu głównego celu naszego dochodzenia. Niezmiernie by mi pomogło, gdyby udał się pan z nami do Londynu.

– Teraz?

– Najszybciej jak będzie to panu odpowiadało. Powiedzmy, za godzinę?

– Czuję się wystarczająco silny, skoro rzeczywiście mogę się na coś przydać.

– To wielce prawdopodobne.

– Być może chciałby pan, żebym został tam dziś na noc?

– Właśnie miałem to zaproponować.

– W takim razie, jeśli mój nocny przyjaciel zechce ponownie złożyć mi wizytę, przekona się, że ptaszek wyfrunął. Wszyscy zdajemy się na pana, panie Holmes, i musi nam pan dokładnie opisać, co pan chce, abyśmy robili. Być może wolałby pan, żeby Joseph pojechał z nami, aby się mną opiekować?

– Och nie. Mój przyjaciel Watson jest lekarzem i z pewnością będzie w stanie się panem zająć. Zjemy tu lunch, jeśli pan pozwoli, a później wszyscy trzej wyruszymy do miasta.

I tak właśnie zrobiliśmy, choć panna Harrison podała jakąś wymówkę, żeby nie wychodzić z sypialni, zgodnie z tym, co sugerował jej Holmes. Nie miałem pojęcia, jaki cel mogą mieć wszystkie te manewry mojego przyjaciela, może poza tym, że miało to trzymać damę z dala od Phelpsa, który ucieszony poprawą stanu zdrowia i perspektywy działania zjadł z nami lunch. Holmes szykował nam jednak bardziej zdumiewającą niespodziankę: gdy dotarliśmy na stację, wsadził nas do wagonu i ze spokojem oświadczył, że on sam wcale nie zamierza opuszczać Woking.

– Jest kilka szczegółów, które chciałbym wyjaśnić, zanim stąd wyjadę – powiedział. – Pańska nieobecność, panie Phelps, pod pewnymi względami będzie dla mnie raczej pomocna. Watsonie, kiedy już dojedziecie do Londynu, byłbym ci bardzo zobowiązany, gdybyś udał się natychmiast z naszym przyjacielem na Baker Street i pozostał z nim tam aż do naszego kolejnego spotkania. Świetnie się składa, że jesteście dawnymi kolegami ze szkoły, bo pewnie musicie mieć mnóstwo rzeczy do omówienia. Pan Phelps może dzisiaj spać w wolnej sypialni, a ja dołączę do was tak, by zdążyć na śniadanie. Mam pociąg o ósmej, który zawiezie mnie prosto na stację Waterloo.

– Ale co z naszym śledztwem w Londynie? – spytał z żalem Phelps.

– Możemy je przeprowadzić jutro. Sądzę jednak, że w tej chwili bardziej przydam się tutaj.

– Niech pan im powie w Briarbrae, że mam nadzieję wrócić jutro wieczorem – zawołał Phelps, gdy pociąg zaczął ruszać z peronu.

– Nie spodziewam się raczej wracać do Briarbrae – odparł Holmes i wesoło pomachał nam ręką, gdy pociąg, nabierając szybkości, zaczął opuszczać stację.

Phelps i ja rozmawialiśmy o działaniach Holmesa podczas podróży, jednak żaden z nas nie potrafił wymyślić zadowalającego uzasadnienia tego nowego obrotu spraw.

– Przypuszczam, że chce znaleźć jakiś trop związany z włamaniem ubiegłej nocy, o ile faktycznie to było włamanie. Jeśli o mnie chodzi, to nie wierzę, żeby to był jakiś zwykły złodziej.

– A co właściwie ty o tym sądzisz?

– Daję słowo, możesz to zrzucić na karb moich nerwów, ale jestem przekonany, że wokół mnie rozgrywana jest jakaś poważna intryga polityczna i z jakiegoś powodu, którego nie potrafię pojąć, celem tych spiskowców jest odebranie mi życia. Brzmi to górnolotnie i absurdalnie, ale popatrz na fakty! Czemu jakiś złodziej miałby się włamywać przez okno w sypialni, w której nie mógł liczyć na żadne łupy? I czemu miałby przychodzić z długim nożem w ręce?

– Jesteś pewien, że nie miał w ręce łomu?

– Och nie, to na pewno był nóż. Dość wyraźnie widziałem błysk ostrza.

– Ale dlaczego ktoś chciałby cię zabić?

– Oto właśnie jest pytanie.

– Cóż, jeśli Holmes patrzy na to podobnie, to by wyjaśniało jego postępowanie, prawda? Załóżmy, że twoja teoria jest słuszna; jeśli uda mu się dostać w swoje ręce człowieka, który zeszłej nocy zagroził twemu życiu, będzie blisko poznania prawdy o tym, kto ukradł ten traktat morski. Absurdalnym byłoby zakładać, że masz dwóch wrogów, z których jeden cię okrada, a drugi dybie na twoje życie.

– Ale Holmes powiedział, że nie wraca do Briarbrae.

– Znam go już trochę – odrzekłem – ale jak do tej pory jeszcze się nie zdarzyło, by zrobił coś, nie mając ku temu uzasadnionych powodów.

Potem nasza rozmowa zeszła na inne tematy.

Był to jednak męczący dla mnie dzień. Phelps wciąż był słaby po długiej chorobie, a nieszczęście, jakie na niego spadło, sprawiło, że stał się płaczliwy i dość nerwowy. Na próżno próbowałem go zainteresować Afganistanem, Indiami, problemami społecznymi lub czymkolwiek, co mogłoby oderwać jego myśli od własnych problemów. Ciągle powracał do zaginionego traktatu, zastanawiał się, zgadywał i spekulował, co robi Holmes, jakie kroki podejmuje lord Holdhurst i jakież to wieści usłyszymy jutro rano. Wieczorem to jego podekscytowanie stało się dosyć uciążliwe.

– Wierzysz bezgranicznie w zdolności Holmesa? – spytał.

– Widziałem, jak robił naprawdę niezwykłe rzeczy.

– Ale chyba nigdy nie udało mu się wyjaśnić sprawy tak zawiłej jak ta?

– Wręcz przeciwnie, widziałem, jak rozwiązuje problemy, w których było znacznie mniej przesłanek niż teraz.

– Ale chyba nie były to sprawy, które dotyczyły aż tak znaczących zagadnień?

– Tego nie wiem. Ale z pewnością działał w imieniu trzech europejskich domów panujących.

– Ale ty go dobrze znasz, Watsonie. Jest tak enigmatycznym człowiekiem, że nigdy do końca nie wiem, co o nim myśleć. Sądzisz, że jest jakaś nadzieja i że uda mu się tę sprawę rozwiązać?

– Nic mi nie mówił.

– To zły znak.

– Wręcz przeciwnie. Zauważyłem, że gdy straci trop, z reguły o tym mówi. Wtedy natomiast, gdy podąża jakimś śladem i nie jest jeszcze do końca pewien, czy jest on właściwy, staje się małomówny. A teraz posłuchaj, drogi przyjacielu! Nie poprawimy w żaden sposób sytuacji, denerwując się i w kółko o niej rozmawiając, a więc bardzo cię proszę, idź już do łóżka, abyś jutro był świeży i wypoczęty, żeby stawić czoło temu, co być może nas czeka.

W końcu udało mi się namówić mojego towarzysza, by zastosował się do tej rady, ale był tak pobudzony, że nie miał zbyt wielkich szans na szybkie zaśnięcie. Jego nastrój okazał się natomiast zaraźliwy, bo przez pół nocy sam przewracałem się z boku na bok, dumając nad tym dziwnym problemem i wymyślając setki teorii, z których każda była jeszcze bardziej nieprawdopodobna niż poprzednia. Czemu Holmes pozostał w Woking? Dlaczego prosił pannę Harrison, by przez cały dzień nie wychodziła z pokoju, w którym wcześniej leżał chory? Dlaczego tak bardzo uważał, by nie zdradzić rodzinie z Briarbrae, iż zamierza pozostać w okolicy? Łamałem sobie głowę, aż wreszcie, próbując znaleźć jakieś wyjaśnienia tłumaczące wszystkie te fakty, zasnąłem.

Obudziłem się o siódmej i natychmiast poszedłem do pokoju Phelpsa, aby się przekonać, że jest wymizerowany i zmęczony po bezsennej nocy. Jego pierwszym pytaniem było, czy Holmes już przyjechał.

– Będzie tu tak, jak obiecał – powiedziałem. – Ani chwili wcześniej, ani chwili później.

Moje słowa się sprawdziły, ponieważ wkrótce po ósmej przed naszymi drzwiami zatrzymała się dorożka i wysiadł z niej nasz przyjaciel. Stojąc w oknie, spostrzegliśmy, że jego lewa dłoń jest owinięta bandażem, a twarz jest bardzo ponura i blada. Wszedł do domu, lecz minęło trochę czasu, nim przyszedł na górę.

– Wydaje się, że ktoś go pobił! – zawołał Phelps.

Musiałem przyznać mu rację.

– Wygląda na to – powiedziałem – że prawdopodobnie trop, który doprowadzi nas do rozwiązania sprawy, kryje się gdzieś tutaj, w mieście.

Phelps jęknął.

– Nie wiem, jak jest – powiedział – ale tak wiele sobie obiecywałem po jego powrocie. Jednak wczoraj jego dłoń na pewno nie była obandażowana. O co tu chodzi?

– Czy jesteś ranny, Sherlocku? – spytałem, gdy mój przyjaciel wszedł do pokoju.

– E! To tylko draśnięcie, i to z własnej winy – odparł, kiwając nam głową na dzień dobry. – Ta pańska sprawa, panie Phelps, jest z pewnością jedną z najbardziej zawiłych, jakie kiedykolwiek próbowałem rozwiązać.

– Obawiałem się, że dojdzie pan do wniosku, iż przekracza ona pańskie możliwości.

– To było absolutnie niezwykłe doświadczenie.

– Ten bandaż świadczy o tym, że przeżyłeś jakieś przygody – powiedziałem. – Nie opowiesz nam, co się wydarzyło?

– Po śniadaniu, mój drogi Watsonie. Pamiętaj, że jeszcze dziś rano oddychałem powietrzem trzydzieści mil od Surrey. Jak przypuszczam, nie było żadnej odpowiedzi na moje ogłoszenie o dorożkarzu? No cóż, nie możemy oczekiwać, że każde nasze posunięcie okaże się trafne.

Stół był już nakryty, i właśnie gdy miałem sięgnąć po dzwonek, weszła pani Hudson z herbatą i kawą. Chwilę później przyniosła trzy półmiski z przykrywkami, i wszyscy zasiedliśmy do stołu: Holmes z wilczym apetytem, ja zaciekawiony, a Phelps w czarnym nastroju.

– Ho, ho! Pani Hudson stanęła dziś na wysokości zadania – rzekł Holmes, zdejmując przykrywkę, pod którą znalazł kurczaka z curry. – Jej inwencja kulinarna jest co prawda nieco ograniczona, lecz jako Szkotka ma doskonałe pojęcie o tym, jak powinno wyglądać porządne śniadanie. A ty co tam masz, Watsonie?

– Jajka na szynce – odparłem.

– Świetnie! A czym pan się poczęstuje, panie Phelps? Drobiem z curry czy jajkami? Sam pan sobie nałoży?

– Dziękuję, nie jestem w stanie nic przełknąć – rzekł Phelps.

– Och, niechże pan da spokój! Proszę spróbować tego dania, które stoi przed panem.

– Dziękuję bardzo, ale wolałbym nie.

– No cóż – rzekł Holmes z szelmowskim błyskiem w oku. – W takim razie nie ma pan pewnie nic przeciwko temu, żeby się ze mną podzielić. Mogę prosić?

Phelps uniósł przykrywkę, i w tej samej chwili z jego gardła wyrwał się krzyk. Siedział tak, wpatrując się w to, co zobaczył, z twarzą równie białą jak talerz stojący przed nim na stole. Pośrodku półmiska leżała niewielka tuba z niebieskoszarego papieru. Schwycił ją, pożerając oczami, i puścił się w pląsy po całym pokoju. Przyciskał tubę do piersi i krzyczał dziko z radości. W końcu bezwładnie osunął się na fotel, tak wyczerpany swymi emocjami, że musieliśmy wlać mu do gardła trochę brandy, żeby nie zemdlał.

– No już, już – powiedział uspokajająco Holmes, klepiąc go po ramieniu. – To nieładnie z mojej strony, że tak pana zaskoczyłem, ale nie potrafię się oprzeć pokusie wprowadzenia odrobiny dramatyzmu. Watson to potwierdzi.

Phelps chwycił rękę mojego przyjaciela i pocałował ją.

– Niech pana Bóg błogosławi! – zawołał. – Ocalił pan mój honor.

– Cóż, gra toczyła się również o mój honor, rozumie pan – rzekł Holmes. – Zapewniam pana, że podobnie jak panu trudno jest znieść niewypełnienie powierzonego mu zadania, tak mnie jest ciężko pogodzić się z porażką.

Phelps wepchnął cenny dokument w najgłębszą wewnętrzną kieszeń swojej kamizelki.

– Nie mam serca przeszkadzać panu spożywać śniadanie, lecz umieram z ciekawości, aby się dowiedzieć, jak go pan odnalazł i gdzie on był.

Sherlock Holmes wypił łyk kawy i poświęcił całą uwagę jajkom na szynce. Potem wstał z krzesła, zapalił fajkę i rozsiadł się wygodnie w swoim fotelu.

– Opowiem panu, jakie kroki poczyniłem i co mi się udało ustalić – odparł. – Po tym, jak zostawiłem was na stacji, wybrałem się na cudowny spacer, podziwiając wspaniałe krajobrazy Surrey. Dotarłem do uroczej małej wioski Ripley, gdzie wypiłem herbatę w gospodzie, a następnie napełniłem flaszeczkę i włożyłem do kieszeni kilka kanapek. Pozostałem tam aż do wieczora, a potem wyruszyłem do Woking i tuż po zachodzie słońca znalazłem się na głównej drodze przy Briarbrae.

Czekałem, aż droga opustoszeje, choć, jak sądzę, nigdy nie ma na niej zbyt wielkiego ruchu. Następnie przeszedłem przez ogrodzenie otaczające teren wokół domu.

– Ależ brama na pewno była otwarta! – zawołał Phelps.

– Owszem, tylko że mam w tych sprawach dość specyficzny gust. Wybrałem sobie miejsce, gdzie rosną jodły, i przeszedłem pod ich osłoną, nie narażając się na najmniejsze nawet ryzyko, by ktoś z domu mógł mnie zobaczyć. Przyczaiłem się wśród krzewów po drugiej stronie i czołgałem się od jednego do drugiego, co może potwierdzić okropny stan moich spodni na kolanach, dopóki nie dotarłem do kępy rododendronów naprzeciwko okien pańskiej sypialni. Tam się zaczaiłem i czekałem na rozwój wydarzeń. Zasłona w pańskim pokoju nie była opuszczona i widziałem, że panna Harrison siedzi przy stole i czyta. Kwadrans po dziesiątej odłożyła książkę, zamknęła okiennice i poszła spać. Usłyszałem jeszcze, jak zamyka drzwi, i byłem pewien, że przekręciła również klucz w zamku.

– Klucz?! – zawołał Phelps.

– Tak. Poinstruowałem pannę Harrison, by zamknęła drzwi od zewnątrz i wzięła ze sobą klucz, gdy będzie szła spać. Wypełniła wszystkie moje zalecenia co do joty, a zapewniam pana, że bez jej współpracy nie miałby pan teraz swojego dokumentu w kieszeni kamizelki. Następnie poszła do swej sypialni, i światła zgasły, ja natomiast dalej czekałem przyczajony między krzewami rododendronu.

Noc była piękna, ale całe to czuwanie było dla mnie niezwykle nużące. Oczywiście jest w tym też coś podniecającego, coś takiego, co czuje myśliwy, gdy czeka przy wodopoju na grubą zwierzynę. A jednak strasznie mi się dłużyło. Niemal tak bardzo, Watsonie, jak wówczas, gdy razem czekaliśmy w tym dziwacznym pokoju, zajmując się zagadką nakrapianej przepaski. W Woking na kościelnej wieży jest zegar, który bije co kwadrans, i nieraz przychodziło mi do głowy, że chyba musiał się zatrzymać. Jednak wreszcie, około drugiej w nocy, usłyszałem delikatny dźwięk przesuwanego rygla i zgrzyt klucza. Chwilę później otworzyły się drzwi dla służby, i w świetle księżyca stanął pan Joseph Harrison.

– Joseph! – zawołał Phelps.

– Nie miał żadnego nakrycia głowy, na ramieniu trzymał jednak czarną pelerynę, tak by w razie konieczności mógł ukryć swoją twarz. Przeszedł na palcach w cieniu muru, a kiedy dotarł do okna, wsunął w szczelinę ramy okiennej nóż o długim ostrzu i wypchnął zapadkę. Następnie otworzył okno na oścież i, wsuwając nóż przez szczelinę w okiennicach, odryglował je i otworzył. Z miejsca, w którym leżałem, miałem doskonały widok na wnętrze pokoju i mogłem obserwować każdy jego ruch. Zapalił te dwie świece, które stały na półce nad kominkiem, a następnie odwinął róg dywanu przy drzwiach i wyjął z podłogi kwadratowy kawałek deski, taki, jak zazwyczaj pozostawia się, aby monterzy mieli dostęp do złączek rur gazowych. Ten fragment deski, jak się okazało, rzeczywiście zakrywał złącze w kształcie litery T, od którego odchodziła rura doprowadzająca gaz do kuchni położonej poniżej. Wyjął ze swojej kryjówki tubę z dokumentem, odłożył na miejsce deskę, wyprostował dywan, zdmuchnął świece i... wkroczył wprost w me ramiona, gdy stałem, czekając na niego pod oknem.

Cóż, ten panicz Joseph jest brutalniejszy, niż mogłem podejrzewać. Rzucił się na mnie z tym swoim nożem, więc musiałem dwukrotnie go powalić. Skaleczyłem przy tym sobie kostki ręki, nim udało się go pokonać. Patrzył na mnie z nienawiścią tym okiem, którym był w stanie jeszcze widzieć, kiedy już ze sobą skończyliśmy; posłuchał jednak głosu rozsądku i oddał mi dokument. Gdy już miałem go w rękach, puściłem Harrisona; wszystkie szczegóły przesłałem telegramem do Forbesa. Jeśli będzie na tyle szybki, żeby złapać tego ptaszka, to wspaniale. Jednak jeśli, jak w swej przenikliwości przypuszczam, dotrze tam i odkryje, że gniazdko jest puste, to cóż... tym lepiej dla rządu. Sądzę, że lord Holdhurst, a także pan Percy Phelps naprawdę woleliby, by ta sprawa nigdy nie wyszła poza mury budynku policji.

– Mój Boże – westchnął nasz klient. – Mówi mi pan, że w ciągu tych długich dziesięciu tygodni męczarni skradziony dokument przez cały czas był w tym samym pokoju, w którym leżałem?

– Tak właśnie było.

– A Joseph?! Łotr i złodziej!

– Obawiam się, że charakter Josepha jest bardziej złożony i niebezpieczny, niż można by sądzić po jego wyglądzie. Z tego, co dziś w nocy od niego usłyszałem, wnioskuję, że poniósł ogromne straty, grając na giełdzie, i jest gotów na wszystko, aby tylko poprawić swoją kondycję finansową. Ponieważ jest człowiekiem w ogromnym stopniu egoistycznym, to gdy nadarzyła się okazja, nie zastanawiał się, że kradzież dokumentu może stać na przeszkodzie szczęściu własnej siostry czy podważyć pańską reputację.

Percy Phelps opadł na krzesło.

– W głowie mi się kręci – powiedział. – Pańskie słowa całkowicie mnie zszokowały.

– Główna trudność w tej naszej sprawie – zauważył Holmes swym mentorskim tonem – polegała na tym, że było za dużo dowodów. Na kwestie o kluczowym znaczeniu nałożyły się rzeczy nieistotne, zaciemniając je. Spośród wszystkich faktów, jakie nam przedstawiono, musieliśmy wybrać te, które uznaliśmy za kluczowe, a następnie poukładać je po kolei, aby zrekonstruować ten niezwykły przebieg wydarzeń. Zacząłem podejrzewać Josepha już na podstawie informacji o tym, że zamierzał pan wracać z nim do domu tego wieczoru. Istniało w związku z tym spore prawdopodobieństwo, że po drodze zajrzy po pana, zwłaszcza że dobrze znał budynek ministerstwa. Gdy tylko dowiedziałem się o tym, że ktoś chciał się dostać do sypialni, w której nikt poza Josephem nie mógł niczego ukryć (bo jak wspomniał pan w swojej opowieści, gdy przyjechał pan chory w towarzystwie lekarza, Joseph musiał ten pokój opuścić) moje podejrzenia zmieniły się w pewność. Zwłaszcza że próby tej dokonano w pierwszą noc, gdy nie czuwała przy panu pielęgniarka, co wskazywało na to, że intruz doskonale wiedział o wszystkim, co dzieje się w domu.

– Jakim byłem ślepcem!

– Fakty związane z tą sprawą, na tyle, na ile udało mi się je rozpracować, przedstawiały się następująco. Joseph wszedł do budynku ministerstwa przez drzwi od Charles Street i, znając drogę, udał się prosto do pańskiego biura akurat w chwili, gdy pan z niego wyszedł. Zorientowawszy się, że nikogo tam nie ma, zadzwonił, jednak w tej samej chwili jego wzrok padł na leżące na stole papiery. Jedno spojrzenie wystarczyło, by zrozumiał, że los dał mu do rąk dokument wagi państwowej o ogromnej wartości. Tak więc w jednej chwili wepchnął go do kieszeni i wyszedł. Jak pan pamięta, minęło kilka minut, nim zaspany dozorca zwrócił panu uwagę na dzwonek, więc złodziej miał wystarczająco dużo czasu, żeby uciec. Pojechał do Woking pierwszym pociągiem i, przejrzawszy swój łup, upewnił się, że rzeczywiście posiada on ogromną wartość. Ukrył go w miejscu, które według niego było bardzo bezpieczne, mając zamiar odnieść go za dzień czy dwa do francuskiej ambasady lub gdziekolwiek tam, gdzie, jak uważał, dostanie za niego wysoką cenę. Potem nagle pan powrócił. Joseph, z pewnością zaskoczony takim obrotem spraw, musiał zabrać swoje rzeczy z pokoju; od tego czasu zawsze były tam co najmniej dwie osoby, nie mógł więc odzyskać swego łupu. Sytuacja ta musiała być dla niego nie do zniesienia. Jednak w końcu wydało mu się, że pojawiła się szansa. Spróbował się tam zakraść, ale udaremnił mu pan to, budząc się tej nocy. Przypomina pan sobie, że tego wieczoru nie wypił pan, tak jak zazwyczaj, swojego lekarstwa?

– Rzeczywiście.

– Przypuszczam, że podjął odpowiednie kroki, by pańskie lekarstwo było skuteczne, i był pewien, że będzie pan nieprzytomny. Oczywiście, było dla mnie jasne, że spróbuje ponownie, gdy tylko uzna, że jest to bezpieczne. Kiedy opuścił pan pokój, znowu pojawiła się szansa, na którą tak długo czekał. Ja jednak poprosiłem pannę Harrison, by siedziała tam przez cały dzień, żeby nie mógł nas ubiec. Gdy uzyskał pewność, że droga jest wolna, dostał się do pomieszczenia, a ja czatowałem pod oknem, tak jak opisałem. Wiedziałem już, że dokumenty są w pokoju, nie miałem jednak ochoty odrywać wszystkich desek i listew, żeby je odnaleźć. Tak więc pozwoliłem mu wyjąć je z kryjówki i w ten sposób oszczędziłem sobie trudu. Czy jest jeszcze jakaś inna kwestia, którą mógłbym wyjaśnić?

– Czemu za pierwszym razem próbował wejść przez okno, skoro mógł wejść drzwiami?

– Żeby dojść do tych drzwi, musiałby przejść obok siedmiu sypialni. Z drugiej strony, mógł z łatwością przejść do okna przez trawnik. Coś jeszcze?

– Ale nie sądzi pan chyba – spytał Phelps – że miał jakieś mordercze zamiary? Czy ten nóż miał być tylko narzędziem?

– Możliwe – odparł Holmes, wzruszając ramionami. – Mogę tylko powiedzieć, że pan Joseph Harrison jest z pewnością dżentelmenem, na którego łaskę nie chciałbym być zdany i któremu niezwykle trudno byłoby mi zaufać.

Rozdział jedenasty

 

Ostatnia zagadka

 
 

Z ciężkim sercem biorę do ręki pióro, aby opisać po raz ostatni osobliwe zdolności, wyróżniające mojego przyjaciela Sherlocka Holmesa. Spróbowałem w niespójny i – jestem głęboko przeświadczony – zupełnie nieadekwatny sposób zdać relację z moich dziwnych przygód przeżytych u jego boku, od czasu gdy po raz pierwszy połączył nas los w czasie rozwiązywania problemu „Studium w szkarłacie” aż do jego udziału w sprawie traktatu morskiego, kiedy to bez wątpienia zapobiegł poważnym międzynarodowym komplikacjom. Zamierzałem na tym poprzestać i nic nie wspominać o wydarzeniu, które pozostawiło w moim życiu pustkę, jakiej nie udało mi się wypełnić mimo upływu dwóch lat. Zostałem jednak zmuszony do opisania tych zdarzeń z powodu niedawno opublikowanego listu, w którym pułkownik James Moriarty broni pamięci swego brata. Nie mam więc innego wyboru, jak tylko przedstawić czytelnikom wszystkie wydarzenia, które wówczas mialy miejsce. Znam całą prawdę o tej sprawie i cieszę się, że nadszedł taki moment, gdy dalsze jej przemilczanie nie służy żadnym celom. O ile mi wiadomo, w prasie pojawiły się tylko trzy informacje: artykuł w „Journal de Genève” z 6 maja 1891 roku, depesza Reutera w angielskich gazetach z 7 maja i opublikowany niedawno list, o którym już wspomniałem. Dwie pierwsze spośród nich były niezwykle zwięzłe, podczas gdy ostatnia publikacja, jak zaraz udowodnię, całkowicie wypaczała fakty. Moim zadaniem jest opowiedzieć po raz pierwszy o tym, co się naprawdę wydarzyło pomiędzy profesorem Moriartym a Sherlockiem Holmesem.

Niektórzy być może pamiętają, że po moim ślubie i rozpoczęciu prywatnej praktyki bardzo bliskie relacje, jakie istniały pomiędzy Holmesem a mną, uległy osłabieniu. Wciąż zjawiał się u mnie od czasu do czasu, gdy zapragnął mieć towarzysza podczas prowadzonego śledztwa, jednak okazje te stawały się coraz rzadsze, aż wreszcie, jak to teraz widzę, w roku 1890 były już tylko trzy sprawy, o których cokolwiek mi wiadomo. Zimą tego roku i wczesną wiosną 1891 wyczytałem z gazet, że został zaangażowany przez francuski rząd w jakąś sprawę o niezwykle doniosłym znaczeniu. Otrzymałem też dwa listy od Holmesa, wysłane z Narbonne i Nîmes, z których wywnioskowałem, że jego pobyt we Francji prawdopodobnie znacznie się przeciągnie. Byłem więc bardzo zaskoczony, gdy wieczorem 24 kwietnia ujrzałem, jak wchodzi do mojego gabinetu. Uderzył mnie jego wygląd. Był jeszcze bledszy i bardziej wychudzony niż zazwyczaj.

– Masz rację! Chyba zbyt swobodnie wykorzystywałem swoje siły – zauważył w odpowiedzi na moje spojrzenie, choć nie odezwałem się ani słowem. – Ostatnio żyłem pod dużą presją. Masz coś przeciwko temu, żebym zamknął okiennice?

Jedynym źródłem światła w pokoju była lampka stojąca na stole, przy którym czytałem. Holmes przemknął się wzdłuż ściany, a następnie zamknął okiennice i porządnie je zaryglował.

– Obawiasz się czegoś? – spytałem.

– Owszem.

– Czego?

– Strzału z wiatrówki.

– Mój drogi Holmesie, co masz na myśli?!

– Watsonie, znasz mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie jestem nerwowym człowiekiem. Jednak z drugiej strony, gdy zbliża się niebezpieczeństwo, zaprzeczanie temu jest raczej głupotą niż odwagą. Byłbyś tak miły i podał mi zapałki? – zaciągnął się dymem z papierosa i przez chwilę cieszył się jego kojącym wpływem.

– Muszę cię przeprosić za to, że przyszedłem tak późno – powiedział – i za to, że muszę cię jeszcze prosić o to, byś pozwolił mi opuścić twój dom przez płot ogrodu na jego tyłach.

– Ale co to wszystko znaczy? – spytałem.

Wyciągnął dłoń, i zobaczyłem w świetle lampki, że dwie otarte kostki krwawią.

– Jak widzisz, to nie jest takie zupełne nic – powiedział z uśmiechem. – Wręcz przeciwnie, jest na tyle rzeczywiste, że można sobie na tym złamać rękę. Pani Watson jest w domu?

– Wyjechała z wizytą.

– Naprawdę! Jesteś sam?

– Na to wygląda.

– W takim razie łatwiej mi będzie złożyć ci propozycję, abyś wyjechał ze mną na tydzień na kontynent.

– Dokąd?

– Och, gdziekolwiek. Wszystko mi jedno.

Było w tym wszystkim coś bardzo dziwnego. W naturze Holmesa nie leżało urządzanie sobie beztroskich wakacji, a coś w jego bladej przemęczonej twarzy mówiło mi, że nerwy ma napięte do granic możliwości. Zauważył moje pytające spojrzenie. Zetknął czubki palców i, opierając łokcie na kolanach, zaczął wyjaśniać całą sytuację.

– Prawdopodobnie nigdy nie słyszałeś o profesorze Moriartym? – zapytał.

– Nie.

– No właśnie. I na tym polega jego geniusz, a także niecodzienność całej sprawy! – zawołał. – Macki tego człowieka oplatają cały Londyn, a nikt nawet o nim nie słyszał. To sprawia, że jego działalność jest ukoronowaniem historii zbrodni. Mówię ci, Watsonie, z całą powagą, że gdybym mógł go pokonać i uwolnić społeczeństwo od tego człowieka, czułbym, że moja kariera osiągnęła apogeum, i byłbym gotów znaleźć sobie w życiu jakieś spokojniejsze zajęcie. Między nami mówiąc, moje ostatnie sprawy, które umożliwiły mi wyświadczyć przysługę rodzinie królewskiej ze Skandynawii oraz rządowi Republiki Francuskiej, dały mi taką pozycję, że mogę żyć sobie spokojnie w sposób, jaki najbardziej mi odpowiada, i skupić całą uwagę na moich badaniach chemicznych. Nie mógłbym jednak odpoczywać, Watsonie, nie byłbym w stanie spokojnie usiedzieć na miejscu, wiedząc, że ktoś taki jak profesor Moriarty bezkarnie spaceruje po ulicach Londynu.

– A co on takiego zrobił?

– Jest człowiekiem dobrze urodzonym, posiada doskonałe wykształcenie, a natura obdarzyła go fenomenalnymi zdolnościami matematycznymi. Przebieg jego kariery był dość niezwykły. W wieku dwudziestu jeden lat napisał traktat o dwumianie Newtona; ta rozprawa stała się głośna w całej Europie. Dzięki temu dostał katedrę matematyki na jednym z mniejszych uniwersytetów, i wszystko wskazywało na to, że czeka go błyskotliwa kariera. Jednak ten człowiek obciążony był pewnymi dziedzicznymi skłonnościami, i to skłonnościami wręcz diabolicznej natury. Można by powiedzieć, że zbrodnię miał we krwi. Zamiast jednak zagłuszyć odziedziczone cechy, dodatkowo jeszcze je wzmocnił, stając się wysoce niebezpiecznym dzięki niezwykłym zdolnościom swego intelektu. W miasteczku uniwersyteckim krążyły o Moriartym ponure pogłoski, aż w końcu był zmuszony zrezygnować z prowadzenia katedry i przyjechał do Londynu, gdzie podjął pracę jako nauczyciel w szkole wojskowej. Tyle wiadomo światu na jego temat, jednak to, co ci teraz powiem, odkryłem sam.

Jak dobrze wiesz, Watsonie, nie ma człowieka, który znałby najwyższe kręgi przestępcze tak dobrze jak ja. W ciągu minionych lat nieustannie byłem świadomy istnienia siły kryjącej złoczyńców, ukrytej głęboko struktury organizacyjnej, która zawsze stawała na drodze prawu i osłaniała swą tarczą przestępcę. W najróżniejszych sprawach, związanych z fałszerstwami, rabunkami, morderstwami, nieustannie wyczuwałem obecność tej siły. Wydedukowałem jej wpływ w wielu z tych nierozwiązanych przestępstw, w których nie poproszono mnie osobiście o pomoc. Przez wiele lat próbowałem przebić się przez zasłonę, która ją otaczała. Aż w końcu nadszedł czas, gdy wpadłem na trop, który po niezliczonych zakrętach doprowadził mnie do byłego profesora Moriarty’ego, słynnego matematyka.

To Napoleon zbrodni, Watsonie! To on organizuje połowę wszystkich przestępstw i niemal wszystkie te, które w tym ogromnym mieście pozostają niewykryte. Jest geniuszem, filozofem, człowiekiem myślącym abstrakcyjnie. Ma pierwszorzędny mózg. Siedzi bez ruchu niczym pająk pośrodku swej sieci, jednak ta sieć ma tysiące odgałęzień, a on doskonale wyczuwa każde jej drżenie. Sam robi niewiele. Tylko planuje. Ma jednak licznych doskonale zorganizowanych agentów. Gdy trzeba popełnić przestępstwo, powiedzmy, wykraść dokumenty, splądrować czyjś dom albo się kogoś pozbyć, zadanie zostaje przekazane profesorowi, a on czuwa nad jego zorganizowaniem i wykonaniem. Sprawca może zostać ujęty, wówczas zawsze znajdą się pieniądze na kaucję lub opłacenie adwokata. Jednak „mózg” posługujący się agentami nigdy nie zostaje schwytany. Nikt nawet nie podejrzewa o jego istnieniu. Watsonie, wydedukowałem fakt istnienie takiej organizacji i poświęciłem całą swą energię na jej ujawnienie i rozbicie.

Profesor jednak tak sprytnie się zabezpieczył, że niezależnie od tego, co robiłem, zdobycie dowodów, na których podstawie sąd mógłby go skazać, wydawało się niemożliwe. Znasz moje zdolności, mój drogi Watsonie. Upłynęły jednak trzy miesiące, i ja byłem zmuszony przyznać, iż w końcu spotkałem przeciwnika równego mi intelektem. Grozę, jaką czułem na myśl o jego zbrodniach, przyćmił podziw dla jego zdolności. Jednak w końcu popełnił błąd. Było to tylko drobne potknięcie, lecz nie mógł sobie na nie pozwolić w sytuacji, kiedy już deptałem mu po piętach. Dostałem więc szansę od losu i od tamtej chwili snułem wokół niego swą sieć. Pułapka jest gotowa, wystarczy tylko zapędzić go w tę sieć. Za trzy dni, czyli w poniedziałek, przygotowania zostaną zakończone, a profesor oraz wszyscy główni członkowie jego organizacji znajdą się w rękach policji. Potem dojdzie do największego procesu w tym stuleciu i wyjaśnienia ponad czterdziestu nierozwiązanych spraw, a wszyscy winni zawisną. Jednak jeśli przedwcześnie wykonamy jakiś ruch, mogą wymknąć nam się z rąk nawet w ostatniej chwili.

Gdybym mógł tego wszystkiego dokonać bez wiedzy profesora Moriarty’ego, wszystko byłoby dobrze. On jednak był na to zbyt przebiegły. Gdy zastawiałem na niego sidła, śledził każdy mój krok. Niejednokrotnie próbował się z nich wyrwać, lecz ja za każdym razem odcinałem mu drogę. Mówię ci, przyjacielu, że gdyby spisać relację z tej cichej walki, zostałaby uznana za najbardziej błyskotliwą wymianę ciosów i uników w historii ścigania zbrodni. Nigdy jeszcze nie wzniosłem się na takie wyżyny i nigdy wcześniej mój przeciwnik tak bardzo nie przyparł mnie do muru. On ciął mocno, ja zaś nieustannie te jego ciosy parowałem. Ostatnie kroki podjąłem dziś rano i potrzebowałem tylko trzech dni, aby zakończyć całą sprawę. Siedziałem u siebie w pokoju, zastanawiając się nad tym wszystkim, gdy drzwi się otworzyły i stanął przede mną sam profesor Moriarty.

Mam dość mocne nerwy, Watsonie, ale muszę przyznać, że przeszył mnie dreszcz, gdy zobaczyłem tego człowieka na progu mojego domu. Wiedziałem, jak wygląda. Jest bardzo wysoki i chudy, z wysklepionym wysokim czołem i głęboko osadzonymi oczyma. Gładko ogolony, blady, wręcz ascetyczny, zachował w swoich rysach coś z typowego naukowca. Plecy ma przygarbione po wielu latach studiów i badań, głowę wysuniętą do przodu. Nieustannie kołysze się lekko z boku na bok w jakiś dziwaczny gadzi sposób. Patrzył na mnie spod zmarszczonych brwi z ogromnym zaciekawieniem.

– Ma pan mniej wysklepione czoło, niż się spodziewałem – powiedział wreszcie. – To chyba dość niebezpieczny nawyk nosić naładowaną broń w kieszeni szlafroka?

Faktem jest, że gdy tylko do mnie wszedł, natychmiast zdałem sobie sprawę, że znalazłem się w straszliwym niebezpieczeństwie. Jedyną możliwą drogą ucieczki, jaką mógł sobie zapewnić, było uciszenie mnie na zawsze. W jednej chwili chwyciłem rewolwer z szuflady, wsunąłem go do kieszeni i trzymałem tak przez tkaninę. Słysząc jego uwagę, wyciągnąłem broń i położyłem, odbezpieczoną, na stole. Nadal się uśmiechał i wciąż mrugał, ale w jego oczach było coś takiego, że bardzo się cieszyłem, mając pod ręką rewolwer.

– Najwyraźniej pan mnie nie zna – powiedział.

– Wręcz przeciwnie – odparłem. – Oczywistym jest, że pana znam. Ale proszę usiąść. Mogę poświęcić panu pięć minut, jeśli ma mi pan coś do powiedzenia.

– Wszystko, co mam do powiedzenia, przeszło już panu przez myśl – powiedział.

– A więc być może panu przeszła przez myśl moja odpowiedź – odparłem.

– Upiera się pan przy swoim?

– Jak najbardziej.

Wsunął rękę do kieszeni, ja zaś chwyciłem pistolet ze stołu. Wyciągnął jednak tylko jakiś notes, w którym miał zapisane daty.

– Wszedł mi pan w drogę 4 stycznia – oznajmił. – 23 stycznia udało się panu przeszkodzić mi. Już w pierwszej połowie lutego był pan dla mnie poważnym utrapieniem. Pod koniec marca całkowicie pokrzyżował mi pan plany, a teraz, pod koniec kwietnia, za sprawą pańskich nieustannych prześladowań wisi nade mną poważna groźba pozbawienia wolności. Ta sytuacja staje się nie do zniesienia.

– Chce pan coś zasugerować? – spytałem.

– Musi pan zostawić mnie w spokoju, panie Holmes – rzekł, kiwając powoli głową. – Naprawdę musi pan to zrobić. Wie pan o tym.

– Po poniedziałku – odparłem.

– No, no – powiedział. – Jestem pewien, że człowiek o pańskiej inteligencji musi wiedzieć, że z tej sytuacji może wyniknąć tylko jedno. Powinien się pan wycofać. Tak pan namieszał, że teraz pozostaje nam tylko jedna możliwość. Było dla mnie wspaniałą intelektualną rozrywką przyglądać się panu, gdy zmagał się on z tą sprawą, i muszę szczerze przyznać, że byłoby mi bardzo przykro, gdybym był zmuszony posunąć się do jakichś skrajnych rozwiązań. Uśmiecha się pan, sir, ale zapewniam pana, że mówię szczerze.

– Niebezpieczeństwo jest częścią mojego zawodu – zauważyłem.

– To nie niebezpieczeństwo – odparł. – To nieuchronne zniszczenie. Nie stanął pan na drodze jednemu człowiekowi, lecz potężnej organizacji, z której ogromnego zasięgu, mimo całego pańskiego sprytu i inteligencji, nie zdaje pan sobie nawet sprawy. Musi się pan usunąć z drogi, panie Holmes, albo zostanie pan zmiażdżony.

– Obawiam się – odparłem, wstając – że z powodu naszej miłej rozmowy zaniedbałem pewną ważną sprawę, która czeka na mnie gdzie indziej.

Również wstał i spojrzał na mnie bez słowa, smutno potrząsając głową.

– No cóż – odezwał się w końcu. – Szkoda, ale zrobiłem co mogłem. Znam każdy pański ruch. Przed poniedziałkiem nie jest mi pan w stanie w żaden sposób zaszkodzić. To był pojedynek pomiędzy panem a mną, panie Holmes. Ma pan nadzieję wsadzić mnie za kratki, ale proszę mi wierzyć, ja nigdy tam nie trafię. Ma pan nadzieję mnie pokonać. Zapewniam pana, że to się panu nigdy nie uda. Jeśli jest pan na tyle przebiegły, by doprowadzić mnie do zguby, to proszę mi wierzyć, zginie pan razem ze mną.

– Jestem zaszczycony pańskimi komplementami, panie Moriarty – odparłem. – Pozwoli pan, że też panu coś powiem. Dla dobra publicznego z radością zgodziłbym się na to drugie, gdybym był przekonanym o tym pierwszym.

– Mogę obiecać panu to drugie. Pierwsze – nie – warknął w odpowiedzi, po czym odwrócił się do mnie zgarbionymi plecami i wyszedł, rozglądając się i mrugając oczyma.

Taka była moja dziwna rozmowa z profesorem Moriartym. Muszę przyznać, że pozostało mi po niej wyjątkowo przykre wrażenie. Ten jego cichy spokojny ton zawierał w sobie takie poczucie pewności, że ktoś, kto próbowałby mnie po prostu brutalnie zastraszyć, nigdy nie osiągnąłby podobnego efektu. Oczywiście zapytasz mnie: „Czemu nie poprosić policji o ochronę?”. Otóż dlatego, że jestem pewien, iż cios spadnie z rąk jego agentów. Mam bardzo mocne dowody na to, że właśnie tak się stanie.

– Nastawano już na twoje życie?

– Mój drogi Watsonie, profesor Moriarty jest typem człowieka, który nie zasypia gruszek w popiele. Wyszedłem z domu około południa, aby załatwić pewną sprawę na Oxford Street. Gdy skręciłem za róg i skierowałem się Bentinck Street w stronę skrzyżowania z Welbeck Street, spostrzegłem zbliżający się z zawrotną prędkością dwukonny powóz, który tylko mignął mi przed oczyma. W ostatniej chwili uskoczyłem na chodnik: uratowały mnie ułamki sekund. Powóz skręcił w Marylebone Lane i w jednej chwili zniknął. Po tym wydarzeniu, Watsonie, trzymałem się już chodnika, jednak gdy szedłem Vere Street, z dachu jednego z domów spadła cegła i roztrzaskała się na kawałki tuż pod moimi stopami. Wezwałem policję, przeszukano tę okolicę. Na dachu była sterta kamieni i cegieł przygotowanych do wykorzystania podczas remontu, a oni próbowali mi wmówić, że wiatr strącił jedną z nich. Oczywiście wiedziałem, że jest inaczej, niczego jednak nie byłem w stanie udowodnić. Po tym wydarzeniu wziąłem dorożkę i pojechałem do mieszkania mojego brata na Pall Mall, gdzie spędziłem resztę dnia. Następnie chciałem zajrzeć do ciebie, ale po drodze zaatakował mnie jakiś zbir z pałką. Powaliłem go i oddałem w ręce policji. Mogę ci jednak zagwarantować, że nigdy nie zostanie wykryty żaden związek pomiędzy tym dżentelmenem, o którego przednie zęby otarłem sobie kostki u ręki, a przechodzącym wkrótce na emeryturę nauczycielem matematyki, który, jak przypuszczam, rozwiązuje właśnie na tablicy jakieś zadania dziesięć mil stąd. Nie dziw się więc, Watsonie, że pierwsze, co zrobiłem po wejściu do twojego mieszkania, to zamknąłem okiennice; teraz pozwól mi, proszę, opuścić twój dom jakimś mniej rzucającym się w oczy wyjściem niż frontowe drzwi.

Często podziwiałem odwagę mojego towarzysza, jednak nigdy tak bardzo jak teraz, gdy siedział, spokojnie wyliczając serię incydentów, które musiały sprawić, że jego dzień zmienił się w istny koszmar.

– Przenocujesz tutaj? – spytałem.

– Nie, przyjacielu. Mógłbyś się przekonać, że jestem bardzo niebezpiecznym gościem. Mam swoje plany, i wszystko będzie dobrze. Sprawy zaszły już tak daleko, że będą posuwać się naprzód bez mojej pomocy, przynajmniej jeśli chodzi o samo aresztowanie. Moja obecność będzie jednak konieczna, aby go skazać. Jest zatem oczywiste, że nie mogę zrobić nic lepszego, niż wyjechać gdzieś na te kilka dni, jakie muszą jeszcze upłynąć, nim policja będzie w stanie swobodnie działać. Tak więc zrobiłbyś mi ogromną przyjemność, gdybyś zechciał wybrać się ze mną na kontynent.

– Nie mam ostatnio zbyt wielu pacjentów – odparłem. – No i mam sąsiada, który chętnie mnie zastąpi. Chętnie z tobą pojadę.

– I byłbyś gotów wyjechać jutro rano?

– Jeśli to będzie konieczne.

– O tak, bezwzględnie. W takim razie, mój drogi Watsonie, przekażę ci pewne instrukcje. Bardzo cię proszę, zastosuj się do nich co do joty, bo teraz jesteś po mojej stronie w grze przeciwko najbystrzejszemu łotrowi i najpotężniejszemu syndykatowi przestępców w całej Europie. A teraz słuchaj! Cały bagaż, jaki zamierzasz zabrać, wyślesz dziś w nocy przez zaufanego posłańca na Victoria Station. Nie podawaj na nim adresu. Rano poślesz po dorożkę, wyraźnie zaznaczając swojemu posłańcowi, by nie brał ani pierwszej, ani drugiej, która się nawinie. Wskoczysz do tej dorożki i pojedziesz na Strand, wysiądziesz przy bazarze Lowther Arcade. Podasz dorożkarzowi adres na kartce papieru i poprosisz, aby jej nie wyrzucał. Przygotuj wcześniej pieniądze dla niego. Gdy tylko dorożka się zatrzyma, pobiegnij przez Arcade, tak wyliczając czas, byś dotarł na druga stronę piętnaście po dziewiątej. Znajdziesz tam niewielki powozik czekający przy krawężniku. Stangretem będzie jegomość w ciężkiej czarnej pelerynie z obszytym na czerwono kołnierzykiem. Wsiądziesz do tego powozu i dotrzesz do Victoria Station w takim czasie, by zdążyć na Continental Express.

– Gdzie się spotkamy?

– Na stacji. Drugi wagon pierwszej klasy od przodu, przedział będzie zarezerwowany tylko dla nas.

– W takim razie zobaczymy się w pociągu?

– Tak.

Na próżno prosiłem Holmesa, by został na noc. Było dla mnie oczywistym, iż uważa, że może sprowadzić kłopoty na dom, pod którego dachem się znajduje, i że to właśnie przeświadczenie skłoniło go do wyjścia. Pospiesznie wypowiadając kilka słów co do naszych jutrzejszych planów, podniósł się i wyszedł ze mną do ogrodu, po czym przeskoczył przez mur na Mortimer Street, natychmiast zagwizdał na dorożkę i usłyszałem, jak odjeżdża.

Rano zastosowałem się do instrukcji Holmesa. Zamówiłem dorożkę, zachowując wszelkie środki ostrożności, aby nie wybrać podstawionej przez naszych wrogów, i natychmiast po śniadaniu udałem się na Lowther Arcade. Przebiegłem rynek najszybciej jak potrafiłem i odnalazłem czekający na mnie jednokonny powóz z niezwykle masywnym stangretem, owiniętym ciemną peleryną. Gdy tylko wskoczyłem do środka, zaciął konia batem i ruszyliśmy w kierunku Victoria Station. Kiedy wysiadłem, woźnica zawrócił powóz i pomknął ulicą, nawet na mnie nie spojrzawszy.

Do tej pory wszystko szło jak po maśle. Mój bagaż już czekał na mnie, i nie miałem żadnych problemów z odnalezieniem wagonu, o którym wspominał mi Holmes, tym bardziej że był to jedyny w pociągu wagon z miejscami rezerwowanymi. Moim jedynym powodem do niepokoju była teraz nieobecność Holmesa. Zegar na stacji wskazywał, że zostało już tylko siedem minut do odjazdu pociągu. Na próżno wypatrywałem wśród podróżnych i żegnających się szczupłej sylwetki mojego przyjaciela. Nie było po nim ani śladu. Spędziłem kilka minut, pomagając starszemu włoskiemu księdzu, który swym łamanym angielskim próbował wytłumaczyć bagażowemu, że jego rzeczy mają zostać przesłane do Paryża. Później jeszcze raz rozejrzałem się i powróciłem do wagonu, gdzie odkryłem, że zawiadowca, mimo rezerwacji, przydzielił mi tego zniedołężniałego Włocha jako towarzysza podróży. Nie było sensu, bym mu tłumaczył, że jego obecność nie jest mi miła, ponieważ robił na mnie wrażenie jeszcze bardziej ograniczonego niż jego znajomość angielskiego. Tak więc z rezygnacją wzruszyłem ramionami i nadal niespokojnie rozglądałem się za moim przyjacielem. Przeszył mnie zimny dreszcz na myśl o tym, że jego nieobecność może oznaczać, iż w nocy doszło do jakiejś tragedii. Gdy zamknięto już wszystkie drzwi, i rozległ się gwizdek zawiadowcy, nagle usłyszałem głos:

– Mój drogi Watsonie, nie raczyłeś mi nawet powiedzieć: „Dzień dobry”.

Odwróciłem się z bezgranicznym zdumieniem. Sędziwy duchowny zwrócił ku mnie swoją twarz. Na chwilę zmarszczki się wygładziły, nos odsunął się od podbródka, dolna warga przestała wystawać, a usta mamrotać, otępiałe oczy odzyskały swój dawny blask, a przygarbiona sylwetka wyprostowała się. W chwilę później cała postać znów zapadła się w sobie, a Holmes znikł równie szybko, jak się pojawił.

– Wielkie nieba! – zawołałem. – Ależ mnie przestraszyłeś!

– Wciąż musimy zachowywać wszystkie środki ostrożności – wyszeptał. – Mam powody sądzić, że nadal depczą nam po piętach. Ach, oto i Moriarty we własnej osobie!

Gdy Holmes wypowiedział te słowa, pociąg już ruszał. Spoglądając do tyłu, zobaczyłem wysokiego mężczyznę, wściekle przepychającego się przez tłum i machającego ręką, tak jakby chciał zatrzymać pociąg. Było już jednak za późno, bo pociąg błyskawicznie nabierał prędkości, i po chwili, rozpędzony, wytoczył się z dworca.

– Zabezpieczyliśmy się na tyle dobrze, że jak widzisz, całkiem nieźle nam poszło – rzekł Holmes ze śmiechem.

Wstał i, zrzuciwszy czarną sutannę i kapelusz, stanowiące jego przebranie, zapakował je do podręcznej torby.

– Widziałeś poranną gazetę, Watsonie?

– Nie.

– A więc nie wiesz, co się stało na Baker Street?

– Na Baker Street?

– Zeszłej nocy podłożyli ogień w moim mieszkaniu. Na szczęście nie wyrządzili wielkich zniszczeń.

– Wielkie nieba, Holmesie! To przekracza wszelkie granice!

– Musieli zupełnie zgubić mój trop po aresztowaniu tego ich zbira z pałką. W przeciwnym razie nie mogłoby im przyjść do głowy, że wróciłem do swojego mieszkania. Najwyraźniej jednak na wszelki wypadek obserwowali ciebie, i właśnie to sprowadziło Moriarty’ego na Victoria Station. Nie popełniłeś żadnego błędu, stawiając się na spotkanie?

– Zrobiłem dokładnie tak, jak mi poradziłeś.

– Znalazłeś swój powóz?

– Tak, czekał na mnie.

– A rozpoznałeś woźnicę?

– Nie.

– To był mój brat Mycroft. W takich sytuacjach jak ta bardzo cenna okazuje się możliwość niewtajemniczania we własne sprawy kogoś obcego. Teraz jednak musimy zaplanować, co zrobimy z Moriartym.

– Ten pociąg to ekspres, a godzina odpłynięcia statku jest uzależniona od jego przyjazdu, myślę więc, że skutecznie się go pozbyliśmy.

– Mój drogi Watsonie, najwyraźniej nie zdajesz sobie sprawy, co miałem na myśli, mówiąc, że pod względem intelektu ten człowiek dorównuje mi. Chyba nie sądzisz, że gdybym to ja go ścigał, pozwoliłbym sobie na to, by tak błahe niepowodzenie zbiło mnie z tropu. Dlaczego tak nisko oceniasz jego możliwości?

– Co w takim razie zrobi?

– A co ja bym zrobił?

– No dobrze, co ty byś zrobił?

– Wynająłbym specjalistę.

– Chyba jest na to trochę za późno?

– Ależ bynajmniej. Ten pociąg zatrzymuje się w Canterbury, a statek zawsze odpływa z opóźnieniem co najmniej piętnastu minut. Tam nas dopadnie.

– Można by pomyśleć, że to my jesteśmy przestępcami. Spróbujmy powiadomić policję, i niech go aresztują, jak tylko się zjawi.

– To oznaczałoby, że trzy miesiące pracy poszłyby na marne. Złapalibyśmy grubą rybę, ale mniejsze wymknęłyby się z naszej sieci. W poniedziałek będziemy mieli ich wszystkich. Nie, aresztowanie nie wchodzi w rachubę.

– Co w takim razie zrobimy?

– Wysiądziemy w Canterbury.

– A później?

– Pojedziemy do Newhaven i stamtąd przeprawimy się do Dieppe. Moriarty znów zrobi to, co ja zrobiłbym na jego miejscu. Pojedzie do Paryża, namierzy nasz bagaż, a jego ludzie będą czekali przez dwa dni w pobliżu przechowalni. Tymczasem my zorganizujemy sobie kilka nowych toreb podróżnych, wspierając producentów walizek z krajów, przez które będziemy przejeżdżali, i spokojnie dotrzemy przez Luksemburg i Bazyleę do Szwajcarii.

Wysiedliśmy w Canterbury tylko po to, by się przekonać, że musimy czekać godzinę na pociąg do Newhaven.

Wciąż z żalem spoglądałem w stronę, gdzie przed chwilą zniknął wózek z bagażami, zawierającymi moją garderobę, gdy Holmes pociągnął mnie za rękaw, żeby coś mi pokazać.

– Widzisz, już jest – powiedział.

W dali wśród lasów Kentu wznosił się słaby obłok dymu. Po chwili zobaczyliśmy lokomotywę z wagonem, pędzącą szerokim łukiem torów prowadzących do stacji. Ledwie mieliśmy czas ukryć się za stertą bagażu, gdy pociąg minął nas z głośnym turkotem, dmuchając nam w twarz gorącym powietrzem.

– Jest tam – rzekł Holmes, gdy patrzyliśmy na przejeżdżający obok nas rozkołysany wagon. – Jak widzisz, inteligencja naszego przyjaciela ma swoje granice. To byłby doprawdy coup de maître, gdyby wydedukował to, co ja i zadziałał odpowiednio do tego.

– A co by zrobił, gdyby nas dogonił?

– Nie mam ani cienia wątpliwości, że spróbowałby mnie zabić. Na szczęście jest to gra, w którą możemy grać we dwóch. Teraz jednak stoimy przed pytaniem, czy zjeść tutaj wczesny lunch, czy też może narazić się na ryzyko śmierci głodowej, nim dotrzemy do baru w Newhaven.

Tego wieczoru dotarliśmy do Brukseli, gdzie spędziliśmy kolejne dwa dni, trzeciego dojechaliśmy aż do Strasburga. W poniedziałek rano Holmes wysłał telegram do londyńskiej policji, a wieczorem odkryliśmy, że w hotelu czeka na nas odpowiedź. Holmes przeczytał wiadomość, a następnie z gorzkim przekleństwem cisnął ją w palenisko.

– Mogłem się tego domyślić! – jęknął. – Wymknął się!

– Moriarty?

– Aresztowali wszystkich z wyjątkiem jego. Uciekł im. Oczywiście, gdy opuściłem kraj, nie został tam nikt, kto byłby w stanie poradzić sobie z nim. Jednak naprawdę byłem przekonany, że wystawiłem im zwierzynę pod sam nos. Myślę, że lepiej by było, gdybyś wrócił do Anglii, Watsonie.

– Dlaczego?

– Ponieważ od teraz będę dla ciebie niebezpiecznym towarzyszem. Ten człowiek stracił wszystko, co stworzył. Jeśli wróci do Londynu, będzie po nim. O ile właściwie oceniam jego charakter, teraz całą swą energię poświęci na to, aby się na mnie zemścić. Powiedział mi to zresztą podczas naszej krótkiej rozmowy, i sądzę, że mówił poważnie. Zdecydowanie radziłbym ci, byś wrócił do swojej praktyki.

Ten apel nie mógł być skierowany do tego, kto jednocześnie był starym wiarusem i starym przyjacielem. Przez pół godziny siedzieliśmy w salle à manger w Strasburgu, sprzeczając się o to. Jednak jeszcze tej samej nocy wyruszyliśmy w dalszą podróż i znaleźliśmy się w drodze do Genewy.

Spędziliśmy uroczy tydzień, wędrując doliną Rodanu, a później, skręcając w Leuk, pokonaliśmy przełęcz Gemmi, wciąż pokrytą głębokim śniegiem, i przez Interlaken dotarliśmy do Meiringen. To była piękna podróż w czasie pomiędzy delikatną zielenią wiosny niżej w dolinach a dziewiczą bielą zimy wysoko w górach. Dla mnie było jednak jasne, że Holmes nawet przez chwilę nie zapomniał o ścigającym go cieniu. W przytulnych alpejskich wioskach i na odludnych górskich przełęczach widziałem po jego szybkich, ukradkowych spojrzeniach i wnikliwym przypatrywaniu się każdej napotkanej twarzy, że był całkowicie przekonany, iż niezależnie od tego, dokąd się udamy, nie uwolnimy się od zagrażającego nam niebezpieczeństwa.

Pamiętam, pewnego razu, gdy zdobyliśmy przełęcz Gemmi i szliśmy brzegiem melancholijnego jeziora Daubensee, z grani powyżej obluzowała się wielka skała i, z łoskotem tocząc się w dół, wpadła do jeziora za nami. Holmes natychmiast pobiegł na grań i, stanąwszy na wysokim skalnym występie, wyciągając szyję, rozglądał się na wszystkie strony. Na próżno nasz przewodnik zapewniał go, że wiosną spadające w tym miejscu kamienie nie są niczym nadzwyczajnym. Nic na to nie odpowiedział, uśmiechnął się jednak do mnie z miną człowieka, który dostrzega spełnienie własnej przepowiedni.

A jednak mimo całej swej czujności nigdy nie był przygnębiony. Wręcz przeciwnie, nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek widział go tak tryskającego energią i w równie wspaniałym nastroju. Wielokrotnie powtarzał, że gdyby tylko mógł mieć pewność, iż uwolnił społeczeństwo od profesora Moriarty’ego, z radością zakończyłby swą karierę.

– Myślę, Watsonie, że wówczas mógłbym nawet powiedzieć, że nie żyłem całkowicie na próżno – zauważył. – Gdyby dziś w nocy cała moja kariera miała dobiec końca, mógłbym znieść to ze spokojem. Dzięki mnie atmosfera w Londynie stała się przyjemniejsza. Spośród ponad tysiąca spraw, jakie prowadziłem, nic mi nie wiadomo o żadnej, w której wykorzystałbym swoje zdolności, stając po niewłaściwej stronie. W ostatnich czasach odczuwałem pokusę, by zająć się badaniem problemów przyrodniczych, nie zaś tych bardziej przyziemnych, za które odpowiedzialny jest sztuczny twór, jakim jest społeczeństwo. Kronika, którą uwieczniasz moje czyny, dobiegnie końca w dniu, gdy ukoronowaniem mej kariery będzie ujęcie lub unicestwienie najbardziej niebezpiecznego i najzdolniejszego przestępcy w Europie.

Pozostało mi już niewiele do opowiedzenia, i opiszę to zwięźle. Nie jest to temat, nad którym z przyjemnością bym się rozwodził, jestem jednak świadom faktu, że spoczywa na mnie obowiązek przedstawienia każdego szczegółu.

Wydarzyło się to 3 maja. Dotarliśmy tego dnia do małej wioski Meiringen i zatrzymaliśmy się w pensjonacie „Englischer Hof”, prowadzonym przez niejakiego Petera Steilera. Nasz gospodarz był bystrym człowiekiem, doskonale mówiącym po angielsku, ponieważ przez trzy lata pracował jako kelner w hotelu „Grosvenor” w Londynie. Za jego namową 4 maja po południu wyruszyliśmy na wycieczkę z zamiarem przejścia przez wzgórza i spędzenia nocy w wiosce Rosenlaui. Zachęcał nas bardzo, byśmy po drodze koniecznie obejrzeli wodospady Reichenbach, znajdujące się mniej więcej w połowie zbocza, i przekonywał, że naprawdę warto zboczyć trochę ze szlaku, by je zobaczyć.

To miejsce rzeczywiście napawa człowieka przerażeniem. Wartki strumień, wezbrany od nieustannie topniejących śniegów, spada w straszliwą przepaść, z której mgła wodna wzbija się w górę niczym dym z płonącego domu. Rozpadlina, którą pędzi rzeka, jest nieskończoną otchłanią, po której obu stronach wznoszą się błyszczące, czarne niczym węgiel skały. Dalej koryto zwęża się do bulgoczącego spienionego kotła o nieokreślonej głębokości, z którego woda przelewa się, opadając w dół nad jego postrzępioną krawędzią. Te zielone masy wody spadające w dół z ogromnej wysokości i gęsta migocząca kurtyna mgły wodnej, która z sykiem wznosi się w górę, sprawiają, że w obliczu tego nieustającego spektaklu, pełnego zawirowań i huku, człowiekowi zaczyna się kręcić w głowie. Staliśmy przy samej krawędzi, spoglądając na połyskujące wzburzone wody, roztrzaskujące się o czarne skały w dole pod nami, wsłuchani w ten na wpół ludzki krzyk, dobiegający zza kłębów mgły wodnej na dnie otchłani.

Wąską ścieżkę w skale, prowadzącą do punktu, skąd odsłaniał się jeszcze wspanialszy widok, wykuto w połowie drogi wiodącej na górę, do progu wodospadów. Urywa się ona jednak gwałtownie i podróżny musi zawrócić i iść tą samą drogą, którą przyszedł. Właśnie zawracaliśmy, gdy ujrzeliśmy szwajcarskiego chłopaka biegnącego ku nam z listem w ręce. Widniała na nim pieczęć hotelu, który dopiero co opuściliśmy, adresowany był do mnie, a nadał ten list nasz gospodarz. Jak się okazało, kilka minut po tym, jak wyruszyliśmy na szlak, do pensjonatu przybyła pewna Angielka, która miała ostatnie stadium gruźlicy. Spędziła zimę w Davos Platz i teraz jechała spotkać się ze swymi przyjaciółmi w Lucernie. Wkrótce po tym, jak przybyła, dostała silnego krwotoku. Sądzono, że nie przeżyje kolejnych kilku godzin, byłoby dla niej jednak ogromną pociechą, gdyby czuwał nad nią angielski lekarz, i jeśli tylko zechciałbym zawrócić... I tak dalej, i tak dalej. Nasz dobry Steiler zapewniał mnie w postscriptum, że byłby mi bardzo wdzięczny za tę wielką przysługę, ponieważ kobieta absolutnie nie chciała dać się zbadać szwajcarskiemu lekarzowi, i nic nie może poradzić na to, że czuje się odpowiedzialny za zaistniałą sytuację.

Była to prośba, której nie mogłem zignorować. Nie sposób było odmówić rodaczce umierającej w obcym kraju. Miałem jednak wyrzuty sumienia, zostawiając Holmesa samego. W końcu uzgodniliśmy, że zostanie w towarzystwie młodego szwajcarskiego posłańca, podczas gdy ja powrócę do Meiringen. Mój przyjaciel oznajmił, że chce jeszcze trochę zostać przy wodospadzie, a następnie przejdzie powoli na drugą stronę wzgórza do Rosenlaui, gdzie wieczorem do niego dołączę. Kiedy się odwróciłem, ujrzałem Holmesa z założonymi rękoma, opartego plecami o skałę i patrzącego w dół, w rwące, spienione wody. To właśnie wtedy było mi pisane widzieć go na tym świecie po raz ostatni.

W połowie drogi, która schodziła w dół, obejrzałem się za siebie. Z miejsca, w którym zatrzymałem się, nie można było dostrzec wodospadu, widziałem natomiast prowadzącą do niego ścieżkę, wijącą się po zboczu wzgórza. Pamiętam, że tą ścieżką szybkim krokiem szedł jakiś człowiek. Jego czarna postać wyraźnie odcinała się na tle zieleni. Na chwilę przykuł moją uwagę, i zauważyłem, jak energicznie zmierza pod górę, zaraz jednak wyleciało mi to z głowy, i pospieszyłem zająć się sprawą, w jakiej mnie wezwano.

Droga do Meiringen zajęła mi ponad godzinę. Stary Steiler stał na ganku swego pensjonatu.

– No i jak? – rzekłem, podchodząc do niego pospiesznie. – Mam nadzieję, że jej się nie pogorszyło?

Po jego twarzy przemknął wyraz zdumienia, i już w chwili, gdy zaczął unosić brwi, moje serce zamieniło się w ołów.

– Nie napisał pan tego?! – spytałem, wyciągając list z kieszeni. – Nie ma w hotelu żadnej chorej Angielki?

– Z całą pewnością nie! – zawołał. – Ale przecież na tym liście jest pieczęć mojego hotelu! Ha! Musiał to napisać ten wysoki Anglik, który przybył tu wkrótce po tym, jak wyruszyliście w drogę. Mówił...

Nie czekałem jednak na wyjaśnienia mojego gospodarza. Z sercem przepełnionym lękiem biegłem przez wioskę, kierując się ku ścieżce, którą dopiero co szedłem. Zejście na dół zajęło mi godzinę. Mimo wysiłków dopiero po dwóch godzinach znalazłem się przy wodospadzie Reichenbach. Góralska laska Holmesa wciąż stała oparta o skałę, przy której go zostawiłem. Po samym Holmesie nie było jednak śladu, i na próżno go wołałem. Jedyną odpowiedzią był mój własny głos, zwielokrotniony potężnym echem, odbijającym się od otaczających mnie skał.

To właśnie widok tej laski sprawił, że przebiegł mnie zimny dreszcz, i poczułem, że robi mi się niedobrze. A więc nie poszedł do Rosenlaui! Pozostał na tej ścieżce, szerokiej na trzy stopy, ze ścianą skalną po jednej stronie i ziejącą przepaścią po drugiej. Czekał tam aż do chwili, gdy doścignął go jego wróg. Młody Szwajcar również przepadł bez śladu. Prawdopodobnie był opłacony przez Moriarty’ego, i zostawił ich tutaj sam na sam. A co się wydarzyło potem? Kto mógł mi powiedzieć, co się potem wydarzyło? Przez parę minut stałem tam, oszołomiony tym straszliwym ciosem i niezdolny zapanować nad własnymi emocjami. Potem przypomniałem sobie o metodach Holmesa i spróbowałem sam je zastosować, chcąc rozwiązać zagadkę tej tragedii. Niestety, było to banalnie proste. Podczas naszej rozmowy nie doszliśmy do końca ścieżki, a laska stała dokładnie tam, gdzie się ostatnio zatrzymaliśmy. Czarna ziemia w tym miejscu jest zawsze miękka, bo nieustannie unosi się mgła wodna, i nawet ptak odcisnąłby w niej swoje ślady. W stronę końca ścieżki biegły wyraźne ślady dwóch osób, oddalające się ode mnie. Nie było natomiast żadnych śladów, które wracałyby w moją stronę. Kilka jardów przed końcem ścieżki ziemia była zryta tak, że zmieniła się w błoto, a gałęzie i paprocie zwisające nad otchłanią były zdeptane i połamane. Położyłem się na brzuchu, próbując przeniknąć wzrokiem wzbijające się wokół mnie tumany wodnego pyłu. Słońce stało już znacznie niżej, i mogłem dostrzec jedynie czarne połyskujące od wilgoci skały i migoczącą wzburzoną wodę w dali, w głębokim korycie potoku. Wołałem, jednak do moich uszu powracał jedynie ten sam, na wpół ludzki krzyk.

Było mi jednak pisane odnaleźć ostatnie słowa pożegnania mojego przyjaciela i towarzysza. Wspominałem już, że jego góralska laska wciąż stała oparta o skałę przylegającą do ścieżki. Gdy spojrzałem na szczyt głazu, mój wzrok przykuł blask słonecznego światła, odbitego od jakiegoś przedmiotu. Sięgnąłem ręką i przekonałem się, że była to srebrna papierośnica, którą Holmes zwykle ze sobą nosił. Gdy wziąłem ją do ręki, na ziemię sfrunął mały kwadratowy świstek papieru, który dotychczas przyciskała. Gdy go rozłożyłem, okazało się, że trzymam w ręku trzy strony z notesu Holmesa, adresowane do mnie. List ten cechował się jakże charakterystyczną dla niego precyzją, a pismo było tak czytelne, jakby pisał te słowa, siedząc przy biurku we własnym gabinecie.

Oto jego treść:

Mój drogi Watsonie!

Piszę tych kilka linijek dzięki uprzejmości pana Moriarty’ego, który czeka, aż będę gotów ostatecznie omówić z nim pewne kwestie. Przedstawił mi pokrótce, w jaki sposób udało mu się uniknąć schwytania przez angielską policję i śledzić na bieżąco nasze posunięcia. Z całą pewnością potwierdzają one moje wyjątkowo wysokie mniemanie o jego umiejętnościach. Z przyjemnością myślę o tym, że będę mógł uwolnić społeczeństwo od wszelkich dalszych skutków jego istnienia, choć obawiam się, że dokonam tego kosztem, bolesnym dla moich przyjaciół, a zwłaszcza dla ciebie, mój drogi Watsonie. W każdym razie, jak ci już wyjaśniałem, moja kariera osiągnęła swe apogeum, i żadne inne jej zakończenie nie mogłoby dać mi takiej satysfakcji. W rzeczywistości, jeśli mam ci wyznać całą prawdę, byłem pewien, że ten list z Meiringen to podstęp. Pozwoliłem ci odejść i zająć się tą sprawą w przekonaniu, że wydarzenia przybiorą taki właśnie obrót. Powiedz inspektorowi Pattersonowi, że dokumenty, na podstawie których będzie mógł doprowadzić do skazania całej szajki, znajdzie w przegródce pod literą M w niebieskiej kopercie z napisem „Moriarty”. Przed opuszczeniem Anglii wydałem wszelkie dyspozycje odnośnie mojego majątku i przekazałem je mojemu bratu Mycroftowi. Proszę, pozdrów ode mnie Panią Watson.

Twój, uwierz mi, szczerze Ci oddany

Sherlock Holmes

 

Wystarczy kilka słów, aby opowiedzieć o tym, co jeszcze zostało do opowiedzenia. Badanie przeprowadzone przez specjalistów pozostawia niewiele wątpliwości, że walka wręcz pomiędzy dwoma mężczyznami zakończyła się tak, jak było to w tych okolicznościach raczej nieuniknione – mianowicie tym, że spadli ze ścieżki w przepaść, spleceni w śmiertelnym uścisku. Jakiekolwiek próby odnalezienia ich ciał były z góry skazane na niepowodzenie. To właśnie tam, w tym przerażającym kotle wirującej wody i buchającej piany będzie spoczywał po wsze czasy najniebezpieczniejszy przestępca i najwybitniejszy obrońca prawa naszego pokolenia. Młodego Szwajcara nigdy nie odnaleziono, i nie ma wątpliwości, że był jednym z licznych agentów zatrudnianych przez Moriarty’ego. Jeśli zaś chodzi o jego przestępczą organizację, ludzie będą pamiętać, że dowody zgromadzone przez Holmesa całkowicie ją zdemaskowały. Jego ręka zawisła nad nimi nawet po śmierci. Podczas dochodzenia wyszło na jaw niewiele szczegółów o ich straszliwym przywódcy, co zmusiło mnie do przejrzystego opisania jego przestępczej kariery. Czynię to tylko ze względu na działania nierozważnych obrońców, którzy próbują oczyścić jego pamięć, oczerniając przy tym kogoś, kogo zawsze będę uważał za najlepszego i najmądrzejszego człowieka, jakiego kiedykolwiek znałem.