Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Apokryfy


Sherlock Holmes. Apokryfy




Sherlock szalbierz

Marceli Szpak


Czy z czterech opowiadań o Sherlocku Holmesie, z których większość opublikowano w okresie, gdy Arthur Conan Doyle zupełnie stracił wiarę w swojego bohatera i odesłał go w zaświaty, by już nigdy — jak się wtedy zdawało — doń nie wrócić, możemy dowiedzieć się o wielkim detektywie czegoś, czego jeszcze nie wiedzielibyśmy dzięki pięćdziesięciu sześciu historiom i czterem powieściom wchodzącym w skład holmesowskiego kanonu?

Oczywiście. Na przykład tego, że Sherlock był szalbierzem.

Uśmierciwszy w grudniu 1893 roku swoją najbardziej znaną kreację, Doyle wrócił do Sherlocka już trzy lata później, nie potrafiąc odmówić prośbie swoich przyjaciół z uniwersytetu w Edynburgu. Kwestia kwesty — pierwsze z opowiadań zamieszczonych w tym zbiorku — została napisana, by wspomóc zbiórkę charytatywną i dała autorowi okazję, by zabawić się nieco wizerunkiem przemądrzałego detektywa, który po raz pierwszy w całej serii przyznaje, co jest faktycznym źródłem jego sukcesów, i nie jest to bynajmniej umiejętność błyskotliwej dedukcji.

Dwa lata później Conan Doyle posuwa się jeszcze dalej, publikując na łamach „Strand Magazine” historię zatytułowaną Zagubiony pociąg, w której pozwala Holmesowi zrobić z siebie błazna. Działa delikatnie, nie przywołując żadnych nazwisk, pozornie jego opowieść o tajemnicy zaginionego pociągu w ogóle nie przynależy do holmesowskiego świata, ale uważni fani serii zwrócą bez wątpienia uwagę na jeden z listów, zawierających możliwe wyjaśnienie zagadki. Kim może być cieszący się sporym autorytetem detektyw-amator, który dedukując na podstawie ulotnych przesłanek, dochodzi do całkowicie absurdalnych wniosków?

Zapewne tym samym detektywem-amatorem, który nie oparł się pokusie zabrania głosu w sprawie Tajemnicy wielbiciela zegarków. Pisząc tę tragiczną historię miłosną, Conan Doyle po raz kolejny sięga po postać anonimowego detektywa-amatora, który w pewnym momencie próbuje rozwikłać tajemnicę, jednak racjonalne wnioskowanie prowadzi go w zupełnie niewłaściwym kierunku. W obu tych historiach, opublikowanych w 1898 roku, Doyle kpi sobie z pomysłów, które przyniosły mu sławę i uznanie, pokazując, że lokator mieszkania przy Baker Street nie jest istotą nadprzyrodzoną, a opisywany z innej perspektywy niż w bałwochwalczych narracjach Watsona, wygląda na kompletnego głupca.

Nieustające żądania masowej publiczności oraz stosy piętrzących się na biurku rachunków sprawiły, że w 1901 roku Conan Doyle odzyskał poważny stosunek do swojej największej kreacji i powrócił do pisania opowiadań o Sherlocku. Musiało minąć ponad dwadzieścia lat, by raz jeszcze zażartował z wymyślonego przez siebie schematu, choć tym razem przedmiotem jego kpin stał się Watson. Dedukcja Watsona, napisana jako miniaturowa książeczka przeznaczona do domu dla lalek królowej Marii, to odwrotność wcześniejszej o ponad ćwierć wieku Kwestii kwesty, króciutki dialog pomiędzy dwójką bohaterów, pokazujący po raz kolejny potęgę holmesowskiego wnioskowania.

Próbując w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku uwolnić się od konieczności pisania kolejnych opowiadań o tematyce detektywistycznej, Doyle nawiązał współpracę z Jamesem Barriem, przyszłym autorem Piotrusia Pana, i obaj postanowili stworzyć operetkę, która miała zapewnić im finansowy sukces i jeszcze większą sławę. Dzieło, zatytułowane Jane Anne okazało się zupełną klapą i przetrwało na teatralnych deskach zaledwie miesiąc, dało jednak początek trwającej całe życie przyjaźni, której wynikiem była między innymi jedna z najlepszych parodii przygód Sherlocka Holmesa. Tajemnica współautorów to prezent Barriego dla Doyle’a, tekst, w którym Sherlock ginie po raz kolejny, tym razem ostatecznie, po to, by jego autor mógł zająć się poważnym pisarstwem, lecz skazując się tym samym na ubóstwo. Wiemy, że zamiar się nie powiódł, a Holmes towarzyszył Doyle’owi do końca życia, nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by uznać króciutką humoreskę Barriego za jedyny właściwy koniec przygód wielkiego detektywa.


Kwestia kwesty

(The Field Baazar)




— Z pewnością bym się zgodził — oznajmił Sherlock Holmes.

Spojrzałem na swego kompana, który spożywał śniadanie i jak dotąd skupiał całą uwagę na gazecie opartej o dzbanek z kawą. Teraz wpatrywał się we mnie z na wpół rozbawionym, na poły zaciekawionym wyrazem twarzy, który oznaczał zazwyczaj, że udało mu się czegoś dowieść.

— Zgodził na co? — zapytałem.

Uśmiechnął się, sięgając po kapciuch spoczywający na obramowaniu kominka i wyciągnął z niego szczyptę tytoniu, wystarczającą do napełnienia starej glinianej fajki, którą nieodmiennie kończył każde śniadanie.

— Cóż, niezwykle typowe pytanie, mój Watsonie — odparł. — Nie obrazisz się, jak mniemam, gdy powiem, że cała reputacja, jaką cieszy się moja domniemana błyskotliwość, wynika z uroczego uwielbienia, jakim mnie obdarzasz. Rzekłbym nawet, iż widzę tutaj pewną analogię do sytuacji salonowych debiutantek, które — jak czasem dobiegają mnie słuchy — domagają się, by ich towarzyszki były proste i skromne.

Długi czas spędzony wspólnie w mieszkaniu przy Baker Street sprawił, że wytworzyła się między nami olbrzymia zażyłość, dzięki której o wielu rzeczach mogliśmy mówić bez ogródek. Mimo tego musiałem przyznać, że jego uwaga mnie dotknęła.

— Być może i jestem matołkiem — powiedziałem — ale przyznam, że zupełnie nie rozumiem, w jaki sposób udało ci się odkryć, że miałem… że chciałem…

— Poprosić o radę w kwestii kwesty na uniwersytecie w Edynburgu.

— W rzeczy samej. Dopiero co otrzymałem list w tej sprawie i na pewno ci o tym nie wspominałem.

— Mimo to — Holmes usiadł z powrotem na krześle i złożył dłonie — ośmielę się zasugerować, że celem tej kwesty jest bez wątpienia powiększenie uniwersyteckiego boiska do krykieta.

Spojrzałem na niego z tak wielkim zdumieniem, że mój towarzysz zatrząsł się od tłumionego śmiechu.

— Ależ drogi Watsonie, jesteś doprawdy wybornym okazem badań — stwierdził. — Nie ma w tobie żadnego zblazowania. Momentalnie reagujesz na wszystkie bodźce zewnętrzne. Twoje procesy myślowe są być może powolne, ale widać je za to jak na dłoni, a podczas dzisiejszego śniadania odkryłem, że odczytuję je z większą łatwością niż nagłówek leżącego przede mną „Timesa”.

— Z radością dowiedziałbym się więc, w jaki sposób doszedłeś do takiego wniosku — odparłem.

— Obawiam się, że dobroduszna skłonność do dawania wyjaśnień mocno zaważyła na mojej reputacji — westchnął Holmes. — Jednak w tym przypadku oparłem swoje rozumowanie na tak ewidentnych przesłankach, że trudno, abym przypisywał sobie jakieś odkrycie. Wszedłeś dziś do pokoju z wielce zafrasowaną miną, wyglądając niczym człowiek, w którego umyśle toczy się jakaś dyskusja. W ręce trzymałeś list. Biorąc pod uwagę, że zeszłego wieczoru udałeś się na spoczynek w doskonałym humorze, jasnym było, to właśnie ów list wpłynął zmianę twego nastroju.

— To oczywiste.

— Jak wszystko, gdy ci to już wytłumaczę. Musiałem rzecz jasna zadać sobie pytanie, cóż takiego mogła zawierać wiadomość, skoro wywołała w tobie tak wielkie wzburzenie. Kiedy podszedłeś bliżej, dostrzegłem rewers koperty, a na niej tę samą tarczę herbową, która zdobi twój stary krykietowy kaszkiet z uczelnianych czasów. List musiał więc pochodzić z uniwersytetu w Edynburgu lub któregoś z powiązanych z nim klubów. Odłożyłeś go na stół tuż obok swojego talerza, kładąc kopertę zaadresowaną stroną do góry i podszedłeś do kominka, by przyjrzeć się oprawionej fotografii stojącej na obramowaniu.

Nie potrafiłem wyjść ze zdumienia nad spostrzegawczością, z jaką zaobserwował wszystkie moje ruchy.

— I co dalej? — dopytywałem.

— Spojrzałem na adres i nawet z odległości dwóch metrów mogłem stwierdzić, że korespondencja miała charakter nieoficjalny. W nagłówku tytułują cię „Doktorem”, do którego to tytułu jako felczer nie masz oficjalnego prawa. Jestem świadom, że uniwersyteccy urzędnicy przykładają niezwykłą wagę do prawidłowego stosowania tytulatury, mogłem więc śmiało założyć, że list dotyczył spraw natury nieoficjalnej. Kiedy wróciłeś do stołu i podniosłeś kopertę, zauważyłem, że treść wiadomości napisano na maszynie i wtedy w mojej głowie zaświtał pomysł z kwestą. Musiałem jedynie odrzucić podejrzenie, że list mógł być jakimś obwieszczeniem politycznym, ale przy obecnej stagnacji na naszej scenie wydało mi się to nieprawdopodobne. Kiedy zająłeś miejsce za stołem, na twarzy wciąż miałeś wyraz zatroskania, co oznaczało, że spojrzenie na fotografię nie odmieniło toku twoich myśli. W takim razie ona również musiała mieć jakiś związek z treścią przesyłki. Skupiłem więc na niej uwagę i zobaczyłem, że przedstawia twoją uniwersytecką jedenastkę krykietową ustawioną na tle pawilonów i boiska. Moje doświadczenie z klubami krykietowymi nie należy może do największych, wiem jednak, że bardziej zadłużone od nich bywają na tym świecie jedynie parafie i kawalerzyści. Gdy zauważyłem, że po powrocie do stołu sięgnąłeś po ołówek i zacząłeś rysować na kopercie, zrozumiałem, że zastanawiasz się nad jakimś pomysłem pozwalającym na zwiększenie wpływów z kwesty. Twoja mina wciąż zdradzała niemożność podjęcia decyzji, dlatego pozwoliłem sobie przerwać ci rozmyślania radą, byś nie wahał się przed zaangażowaniem w ten zbożny cel.

Uśmiechnąłem się, nie mogąc wyjść z zachwytu nad niezwykłą prostotą tego wyjaśnienia.

— Miałeś rację — przyznałem. — To faktycznie było niezmiernie łatwe.

Moja uwaga najwyraźniej nieco go ubodła.

— Dodam tylko — odezwał się — że w liście zostałeś poproszony o napisanie jakiegoś tekstu do uniwersyteckiego albumu, zdążyłeś już również podjąć decyzję, że tematem twojej opowieści będzie niniejsza rozmowa.

— Ale jak to…?! — zakrzyknąłem ze zdumienia.

— To przecież niezmiernie łatwe — stwierdził. — I dlatego rozwiązanie tej zagadki pozostawię twojej pomysłowości. Ja zaś, jeśli pozwolisz, powrócę w międzyczasie do lektury niezwykle frapującego artykułu o drewnie z okolic Cremony i przyczynach jego wszechobecnego zastosowania w budowie skrzypiec. To jeden z tych drobiazgów, którymi czasem lubię zająć swój umysł. — Co powiedziawszy, sięgnął ponownie po gazetę.


Zagadka wielbiciela zegarków

(The Man with the Watches)




Sprawa znana jako „Tajemnica z Rugby”, której niezwykle okoliczności opisano wiosną 1892 roku na łamach wielu gazet, po dziś dzień żyje w pamięci wielu osób. Faktem jest, że do wydarzeń tych doszło w okresie wyjątkowej nudy, historia wzbudziła więc o wiele większe zainteresowanie niż na to zasługiwała, przynosiła jednak ze sobą mieszankę tajemnicy i tragedii, stanowiącą ulubioną podnietę masowej wyobraźni. Po kilku tygodniach bezowocnego dochodzenia zainteresowanie publiki znacznie opadło, a niemożność wyjaśnienia wszystkich zdarzeń sprawiła, że te dramatyczne wydarzenia stały się dla współczesnych jedną z tych spraw, które znalazły swoje miejsce w mrocznym katalogu niewytłumaczonych i nieodpokutowanych zbrodni. Niemniej ostatnio pojawiły się pewne doniesienia (ich wiarygodność zdaje się nie podlegać żadnej kwestii), które rzucają nowe światło na tę historię. Nim jednak przytoczę ich treść, powinienem zapewne odświeżyć odbiorcom pamięć, omawiając pokrótce poszczególne fakty, których dotyczy niniejszy komentarz:

Wspomnianego już roku dnia osiemnastego marca o godzinie siedemnastej z londyńskiego dworca Euston wyruszał pociąg do Manchesteru. Deszcz i nadciągająca burza sprawiły, że tego popołudnia nikt raczej nie wybierał się w podróż, jeśli nie kierowała nim wyższa konieczność. Pociąg jeżdżący na tej trasie docierał do Manchesteru w zaledwie cztery godziny i dwadzieścia minut, zatrzymując się po drodze jedynie trzy razy, więc cieszył się dużą popularnością wśród manchesterskich biznesmenów i dlatego, pomimo niesprzyjającej aury, był tego wieczora prawie pełen. Pieczę nad nimi sprawował John Palmer, zaufany konduktor, mogący pochwalić się dwudziestodwuletnią, nienaganną służbą na kolei.

Wskazówki dworcowego zegara zbliżały się nieuchronnie do godziny siedemnastej, a konduktor dawał właśnie sygnał do odjazdu, gdy na peronie pojawiła się dwójka spóźnionych pasażerów. Pierwszy z nich okazał się niezwykle wysokim mężczyzną, odzianym w długi płaszcz obszyty na kołnierzu i mankietach astrachańską wełną. Jak już wspominałem, pogoda tego dnia nie miała litości, dlatego też mężczyzna chronił szyję, stawiając kołnierz płaszcza. Konduktor przyjrzał mu się przelotnie, ale jego zdaniem był to człowiek pomiędzy pięćdziesiątym a sześćdziesiątym rokiem życia, któremu udało się zachować sporo młodzieńczego wigoru i żywotności. Mimo to z trudem dotrzymywał kroku towarzyszącej mu młodej, wyprostowanej i niezwykle energicznej kobiecie, mającej na sobie płową narzutkę i czarny, doskonale dopasowany toczek, z którego spływał ciemny woal zakrywający jej twarz. Poruszającą się błyskawicznie parę można było wziąć za ojca w towarzystwie córki, a widząc, jak mijają kolejne wagony, zaglądając w okna, Palmer pospieszył im z pomocą.



— Pociąg musi już ruszać — poinformował. — Doradzałbym więc, by państwo wsiedli.

— Szukamy wagonu pierwszej klasy — odpowiedział mężczyzna.

Konduktor otwarł najbliższe drzwi prowadzące do przedziału, w którym ćmił cygaro niewysoki człeczyna. Wywarł on tak duże wrażenie na Palmerze, że ten nie miał później najmniejszych trudności z jego opisaniem. Pasażer ów mógł liczyć sobie około trzydziestu czterech, trzydziestu pięciu lat, nosił szary garnitur, odznaczał się szpiczastym nosem, a jego poczerwieniałą i ogorzałą od wiatru twarz zdobiła niewielka, krótko przystrzyżona czarna bródka. Widząc otwarte drzwi, uniósł wzrok, co spowodowało, że wysoki mężczyzna przystanął na schodkach przedziału.

— To przedział dla palących — zauważył, spoglądając na konduktora. — Dama nie przepada za dymem.

— Oczywiście. Tędy proszę. — Palmer zamknął drzwi i poprowadził ich do sąsiedniego przedziału, który okazał się pusty. Kiedy tylko para zajęła swoje miejsca, Palmer dmuchnął w gwizdek, a koła pociągu zaczęły turkotać po szynach. Mężczyzna z cygarem wychylił się przez okno, mówiąc coś do konduktora, ale jego słowa utonęły w łoskocie ruszającego taboru. John Palmer wskoczył na schodek wagonu obsługi i natychmiast zapomniał o całej sprawie.

Dwanaście minut później pociąg zatrzymał się na chwilę na rozjeździe w Willesden. Przeprowadzono kontrolę biletów, upewniając się, że nikt nie wysiadł ani się nie dosiadł i żaden z pasażerów nie zawieruszył się na peronie. O 17.14 pociąg podjął podróż w kierunku Manchesteru i dotarł do Rugby o 18.50, pięć minut później niż wynikało z rozkładu.



Pracownicy kolejowi na stacji w Rugby zwrócili uwagę na otwarte drzwi wagonu pierwszej klasy. Dokładniejsze oględziny przedziałów doprowadziły do niezwykle zaskakujących odkryć.

Przedział dla palących, w którym widziano uprzednio niskiego mężczyznę z czarną bródką i zaczerwienioną twarzą, okazał się zupełnie pusty. Nie licząc wypalonego do połowy cygara, po pasażerze nie pozostał żaden ślad, a przedział zamknięto od środka. Sąsiedni przedział — to właśnie jego otwarte drzwi zaniepokoiły pracowników — w którym jechał człowiek w płaszczu obszytym futerkiem oraz jego młoda towarzyszka, również był pusty. Cała trójka jakby rozpłynęła się w powietrzu. Na tym jednak nie koniec, bowiem na podłodze przedziału opuszczonego przez spóźnioną parę znaleziono modnie i schludnie odzianego młodzieńca. Jego głowa opierała się o drzwi, a rozpostarte dłonie spoczywały na siedzeniach. Kula, która przeszyła jego serce, musiała spowodować natychmiastową śmierć. Nikt go wcześniej nie widział, mężczyzna nie miał przy sobie biletu ani żadnych dokumentów, nie doszukano się także przedmiotów czy monogramów, które mogłyby pomóc w ustaleniu tożsamości. Kim był, w jaki sposób dostał się do pociągu i dlaczego spotkał go taki koniec stanowiło równie niewyjaśnioną zagadkę, jak to, co przydarzyło się trójce pasażerów, których ledwie półtorej godziny wcześniej widziano na swoich miejscach w Willesden.

Wspomniałem już, że przy zwłokach młodzieńca nie znaleziono żadnych osobistych przedmiotów, które umożliwiłyby jego identyfikację, jedna rzecz wzbudziła jednak olbrzymie zaciekawienie publiczności. W kieszeniach marynarki denata odkryto trzy cenne złote zegarki; kolejny odkryto w kieszonce kamizelki, butonierka ukrywała piąty, a lewy nadgarstek martwego mężczyzny opinał wąski skórzany pasek z najmniejszym, szóstym zegarkiem. Pojawiły się oczywiste w takiej sytuacji podejrzenia, że młodzieniec był kieszonkowcem, który uciekł ze swoim łupem, lecz szybko wykluczono taką możliwość, stwierdzając, że wszystkie czasomierze wyprodukowano w Ameryce i niezmiernie rzadko widywano je w Anglii. Trzy z nich nosiły sygnaturę fabryki zegarów z Rochester; jeden wykonano w zakładzie Masona w Elmirze; kolejny nie miał żadnych oznaczeń, a najmniejszy z nich, bogato grawerowany i zdobiony klejnotami, pochodził z nowojorskiego Tiffany’ego. W kieszeniach ubrania młodzieńca znaleziono również wyposażony w korkociąg scyzoryk z kościaną rękojeścią noszącą znak zakładu Rodgersa z Sheffield; niewielkie okrągłe lusterko o średnicy nieco ponad dwóch centymetrów; wejściówkę do Lyceum Theatre; srebrne pudełeczko z zapałkami; skórzaną cygarnicę z dwoma cygarami oraz dwa funty i czternaście szylingów w gotówce. Jasnym było więc, że młodzieniec nie zginął w wyniku napaści rabunkowej. Jak już wspomniano, bielizna mężczyzny nie nosiła żadnych monogramów i sprawiała wrażenie zupełnie nowej, a jego płaszcz pozbawiony był metki. Gładkolice i delikatne oblicze niewysokiego nieboszczyka zdradzało jego młody wiek, a w jednym z przednich zębów lśniła złota plomba.

Odkrycie to doprowadziło do natychmiastowej kontroli wszystkich biletów i pasażerów, która dowiodła, że brakuje jedynie zaginionej trójki. Pociąg ruszył w dalszą drogę z nowym konduktorem, a John Palmer został zatrzymany w Rugby w charakterze świadka. Wagon, w którym znajdowały się oba przedziały odczepiono od reszty składu i odstawiono na boczny tor. Po przybyciu inspektora Vane’a ze Scotland Yardu oraz pana Hendersona, detektywa zatrudnionego przez kolej, rozpoczęło się intensywne dochodzenie mające na celu wyjaśnienie okoliczności tego zajścia.

Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że w pociągu doszło do zbrodni. Pocisk, pochodzący z pistoletu lub rewolweru niewielkiego kalibru, musiano wystrzelić z pewnej odległości, ponieważ na odzieży nie odkryto śladów prochu. W przedziale nie znaleziono również żadnej broni (co ostatecznie wykluczyło teorię samobójstwa) ani skórzanej brązowej torby, którą wedle słów konduktora niósł wysoki mężczyzna. Na wieszaku pozostała damska parasolka, w wagonie jednak nie znaleziono niczego, co należałoby do trójki pasażerów. To właśnie kwestia, w jaki sposób ci podróżni, w tym kobieta, mogli zniknąć z rozpędzonego pociągu pomiędzy Willesden a Rugby, podczas gdy w ich wagonie pojawił się nikomu nieznany pasażer, stała się źródłem olbrzymiego zainteresowania opinii publicznej i tematem równie licznych spekulacji na łamach londyńskich gazet, co tajemnica samej zbrodni.

W czasie śledztwa konduktor John Palmer podał kilka informacji, które pomogły nieco rozjaśnić tę sprawę. Zgodnie z jego zeznaniem, pociąg musiał zwolnić ze względu na naprawy torów na odcinku pomiędzy Tring a Cheddington i przez kilka minut jechał z prędkością nieprzekraczającą ośmiu czy dziesięciu mil na godzinę. W takich okolicznościach opuszczenie pojazdu nie stanowiłoby większego wyzwania dla żadnego mężczyzny, nie sprawiłoby również problemu nadzwyczaj zwinnej damie. Dróżnicy niczego co prawda nie dostrzegli, pracując jak zwykle pośrodku torowiska i z dala od otwartych drzwi wagonu, więc pasażerowie mogli się wymknąć niezauważeni, korzystając z zapadających ciemności i stromego nasypu po drugiej stronie, który zapewniał natychmiastową osłonę przed wzrokiem robotników.

Konduktor wyjawił również, że podczas postoju na rozjeździe w Willesden panowało spore poruszenie i choć zapewniał, że na pewno nikt wtedy nie wsiadł ani nie wysiadł, być może część pasażerów niepostrzeżenie powędrowała do innych przedziałów. Dość często zdarzało się przecież tak, że mężczyźni po dopaleniu cygar opuszczali wagon dla palaczy i wracali do przedziałów, gdzie mogli cieszyć się czystszym powietrzem. Zakładając, że tak właśnie postąpił w Willesden mężczyzna z czarną brodą (a leżący na podłodze niedopałek zdawał się potwierdzać te domniemania), można było podejrzewać, że udał się do najbliższego wagonu, trafiając na pozostałą dwójkę bohaterów dramatu. W taki oto sposób, nie naruszając zasad prawdopodobieństwa, udało się odtworzyć pierwszy etap tej zagadki. Ani konduktorzy, ani doświadczeni detektywi nie potrafili jednak odgadnąć, jak sprawy potoczyły się dalej, nie znaleziono też odpowiedzi na pytanie, skąd wziął się ostatni pasażer.

Szczegółowe oględziny przeprowadzone na odcinku pomiędzy Willesden i Rugby przyniosły odkrycie, które mogło, choć nie musiało mieć związek z opisywaną tragedią. W pobliżu Tring, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie pociąg musiał zwolnić, znaleziono na nasypie podniszczone, kieszonkowe wydanie Pisma Świętego. Książkę opublikowano w Londynie staraniem Towarzystwa Biblijnego, a na karcie przedtytułowej znajdowała się taka oto dedykacja: „Od Johna dla Alice, 13 stycznia 1856”, pod którą zrobiono dopisek tym samym charakterem pisma: „James, 4 lipca 1859”, jeszcze zaś niżej: „Edward, 1 listopada 1869”. Ale była to jedyna wskazówka — o ile możemy nazwać to wskazówką — jaką udało się zdobyć policji, a koroner musiał zakończyć tę szczególną sprawę, ogłaszając „zgon z ręki niezidentyfikowanej osoby lub osób”; werdykt ten jednakże nikogo nie usatysfakcjonował. Mimo wielu ogłoszeń w prasie, obietnicy nagrody i przeprowadzonego dochodzenia, dalsze poszukiwania okazały się bezowocne i nie przyniosły żadnych odkryć, które mogłyby dać asumpt do rozpoczęcia skutecznego śledztwa.

Myliłby się jednak ten, kto by uwierzył, że to koniec rozważań na temat tej sprawy. Wręcz przeciwnie: prasa po obu stronach Atlantyku nie ustawała w wymyślaniu nowych spekulacji i podejrzeń, większość z nich zakrawała jednak na absurd. Fakt, że zegarki pochodziły z Ameryki, podobnie zresztą jak plomba w zębie nieboszczyka, co udało się stwierdzić dzięki szczególnym właściwościom złotego stopu, zdawał się wskazywać, że był on obywatelem Stanów Zjednoczonych, choć jego bieliznę, odzienie i buty bez wątpienia uszyto w Anglii. Pojawiły się sugestie, że młodzieniec mógł ukrywać się pod siedzeniem, a kiedy z jakichś przyczyn został odkryty i zapewne oskarżony o podsłuchiwanie rozmowy, pozostała dwójka pasażerów pozbawiła go życia. Gdy wzbogacono tę teorię kilkoma ogólnikami o przebiegłości i okrucieństwie anarchistów oraz innych sekretnych stowarzyszeń, brzmiała ona równie prawdopodobnie jak każda inna.

Fakt, że zamordowany nie miał przy sobie biletu zdawał się współgrać z domniemaniem, iż podróżował w ukryciu; wiedziano również, jak wielką rolę w propagowaniu nihilizmu odgrywały kobiety. Z drugiej jednak strony zeznania konduktora nie pozostawały najmniejszych wątpliwości, że mężczyzna musiałby się ukryć przed przybyciem pozostałych pasażerów. To, że spóźniona para spiskowców trafiła do dokładnie tego samego przedziału, w którym czaił się szpieg, wydawało się zbyt wielkim zbiegiem okoliczności. Prócz tego wyjaśnienie to całkowicie ignorowało mężczyznę z przedziału dla palących i w żaden sposób nie tłumaczyło jego zniknięcia. Policja bez trudu mogła wykazać, że te hipotezy nie pokrywają się z faktami, jednak z braku dowodów nie potrafiła podać innego wytłumaczenia.

W owym czasie na łamach „Daily Gazette” opublikowano również list podpisany nazwiskiem doskonale znanego detektywa, który stał się przyczynkiem do ożywionej dyskusji. Przedstawiono w nim hipotezę, której nie sposób odmówić spójności, dlatego też pozwolę sobie przytoczyć go tu słowo po słowie.

„Jakkolwiek wygląda prawda w tej sprawie”, rozpoczynał się ów list, „wynika ona zapewne z niezwykle rzadkiej kombinacji nadzwyczajnych zdarzeń, dlatego też nie będę się wahał sięgać po takie wyjaśnienia. Z braku danych musimy porzucić analityczną i naukową metodę dochodzenia do faktów i przyjrzeć się szczegółom z perspektywy syntetycznej. Innymi słowy — zamiast badania i dowodzenia na podstawie zaistniałych wydarzeń, musimy zbudować teorię, która będzie zgodna ze wszystkim, co o nich wiemy. Później sprawdzimy, czy nasze wnioskowanie doprowadzi do odkrycia nowych faktów i czy można je pogodzić z założeniami roboczej hipotezy. Jeśli uda się je wszystkie dopasować, jesteśmy w stanie założyć, że przypuszczalnie znajdujemy się na właściwym tropie, a każdy nowy dowód sprawi, że prawdopodobieństwo będzie rosnąć w tempie wykładniczym, doprowadzając nas w końcu do ostatecznego rozwiązania zagadki.

Trzeba stwierdzić, że jeden z najbardziej znaczących i sugestywnych aspektów tej tragedii został powszechnie zignorowany. Nikt nie zwrócił uwagi na lokalny pociąg kursujący pomiędzy Harrow a King’s Langley, który przejeżdżał tą trasą dokładnie wtedy, gdy ekspres został zmuszony przez naprawę torów do ograniczenia prędkości. Oba tabory jechały po równoległych torach w tym samym tempie i kierunku. Każdy z nas potrafi sobie chyba wyobrazić, że w podobnych okolicznościach pasażerowie nie mieli żadnych trudności z zajrzeniem do środka wagonów sąsiedniego pociągu. Podczas postoju w Willesden w ekspresie zapalono światła, więc wnętrza przedziałów były doskonale widoczne dla postronnych obserwatorów.

Pozwolę sobie teraz na próbę rekonstrukcji przebiegu wydarzeń w oparciu o te właśnie założenia. Młody człowiek noszący przy sobie niespotykaną liczbę zegarków jechał samotnie w przedziale wolniejszego pociągu. Możemy podejrzewać, że należący do niego bilet, dokumenty, rękawiczki i bagaże musiały się znajdować tuż obok. Domyślamy się, że był on Amerykaninem i człowiekiem niezbyt bystrego intelektu, wszakże podobne obwieszanie się błyskotkami jest jednym z wczesnych symptomów narastającego obłędu.

Przyglądając się wagonom przejeżdżającego ekspresu, który, przypomnijmy, ze względu na stan torowiska jechał w tym samym tempie co jego pociąg, młodzieniec dostrzegł w mijającym go przedziale znajome twarze. Na potrzeby naszej hipotezy załóżmy, że była to kobieta, którą kochał oraz znienawidzony przez niego — z wzajemnością — mężczyzna. Będąc człowiekiem porywczym i impulsywnym, młodzieniec otwarł drzwi wagonu i przeskoczył na stopień sunącego obok ekspresu, po czym wsiadł do przedziału, w którym znajdowali się jego znajomi. Wyczyn ten (zakładając, że oba pociągi jechały z tą samą prędkością) nie był w żadnej mierze aż tak niebezpieczny, jak mógłby się zdawać.

Wiedząc już, w jaki sposób ów pasażer bez biletu znalazł się w przedziale ze starszym mężczyzną i towarzyszącą mu niewiastą, nietrudno sobie wyobrazić pełną przemocy scenę, do której następnie doszło. Istnieje możliwość, że para podróżnych również pochodziła z Ameryki, co wyjaśniałoby, dlaczego mężczyzna miał przy sobie broń — rzecz raczej niespotykaną w Anglii. Jeśli nasze podejrzenia co do narastającego obłędu młodzieńca są słuszne, to najprawdopodobniej on rzucił się do ataku. W wyniku szarpaniny starszy mężczyzna sięgnął po broń i zastrzelił intruza, później zaś opuścił przedział, zabierając ze sobą młodą towarzyszkę. Musimy założyć, że wszystko wydarzyło się błyskawicznie, a pociąg wciąż jechał powoli, więc mogli go bez trudu opuścić. Kobieta jest zdolna do wyskoczenia z pociągu jadącego osiem mil na godzinę. W rzeczy samej możemy być pewni, że ta kobieta tak właśnie zrobiła.

Teraz powinniśmy znaleźć w naszej hipotezie miejsce dla mężczyzny z przedziału dla palących. Zakładając, że do tej pory udało nam się prawidłowo odtworzyć przebieg tragedii, nie odkryjemy w jego zachowaniu niczego, co wymusiłoby zmianę w naszym wnioskowaniu. Zgodnie z moją teorią, mężczyzna ów musiał widzieć młodzieńca przeskakującego pomiędzy pociągami, zobaczył również, jak ten wchodzi do sąsiedniego przedziału, skąd po chwili dobiegł go odgłos wystrzału. Widząc uciekającą parę, domyślił się zapewne, że doszło do zbrodni i sam również salwował się ucieczką. Dlaczego od tej pory nikt o nim nie słyszał: czy spotkała go śmierć w czasie ucieczki, czy też, co bardziej prawdopodobne, zrozumiał, że jest to sprawa, do której nie powinien się wtrącać — tego szczegółu w obecnej chwili nie potrafimy wytłumaczyć. Rozumiem, że moje wyjaśnienie może nastręczyć pewnych trudności. Na pierwszy rzut oka to dość nieprawdopodobne, by morderca w takiej chwili kłopotał się zabraniem swojej brązowej skórzanej torby. Moim zdaniem musiał mieć on świadomość, że pozostawienie bagażu umożliwiłoby jego identyfikację. Dlatego właśnie zabrał ją ze sobą. Moją teorię można potwierdzić lub obalić tylko w jeden sposób, dlatego też domagam się, by władze kolei przeprowadziły skrupulatne dochodzenie w sprawie biletu, który 18 marca musiał zostać porzucony w jednym z przedziałów pociągu kursującego pomiędzy Harrow a King’s Langley. Jeśli uda się go odnaleźć, potwierdzi to hipotezę. Jeśli nie, wciąż pozostaje prawdopodobna, ponieważ bilet zamordowanego młodzieńca mógł się gdzieś zagubić lub też on sam podróżował na gapę.”



Zarówno policja, jak i przedstawiciele kolei zareagowali na tę rozbudowaną i wiarygodną teorię, odpowiadając zgodnie, że po pierwsze nie znaleziono żadnego biletu, po drugie — wolniejszy z pociągów nigdy nie jeździł po torze równoległym do tego, którym poruszał się ekspres i wreszcie po trzecie: do wyminięcia lokalnego składu przez pędzący z prędkością pięćdziesięciu mil na godzinę ekspres doszło podczas postoju tego pierwszego na stacji w King’s Lane. Tak oto runęło jedyne satysfakcjonujące wyjaśnienie tych wydarzeń, a w ciągu kolejnych pięciu lat nie pojawiło się żadne inne. Dopiero teraz mamy dostęp do zeznania zgodnego z faktami, które musimy uznać za wiarygodne. Przyjęło ono postać listu nadanego w Nowym Jorku i zaadresowanego do tego samego detektywa, którego hipotezę cytowałem powyżej. Przytaczam je tu in extenso, opuszczając wszakże dwa pierwsze akapity, zawierające informacje natury osobistej:

„Proszę mi wybaczyć, że nie mogę posługiwać się nazwiskami. Dziś nie jest to już takie istotne jak pięć lat temu, gdy moja matka wciąż żyła, mimo tego wolałbym się zabezpieczyć — na tyle, na ile jest to możliwe. Winien jestem jednak Panu wyjaśnienie, ponieważ pańska hipoteza, choć mylna, była jednocześnie wielce pomysłowa. Aby wszystko dokładnie wyjaśnić, muszę nieco cofnąć się w czasie.

Moja rodzina, pochodząca z angielskiego Bucks, wyemigrowała do Ameryki we wczesnych latach pięćdziesiątych. Osiedlili się w Rochester w stanie Nowy Jork, gdzie ojciec otworzył własną pasmanterię. Miał tylko dwóch synów: mnie, Jamesa, oraz mego brata, Edwarda. Byłem odeń starszy o dziesięć lat i po śmierci ojca, jak przystało na starszego brata, przejąłem nad nim opiekę. Edward był bystry i radosny, należał też do najpiękniejszych istot, jakie kiedykolwiek kroczyły po ziemi. Niestety od zawsze towarzyszyła mu pewna słabość, która z czasem zaczęła się rozrastać niczym pleśń na serze i w żaden sposób nie dało się jej powstrzymać. Oboje z matką doskonale zdawaliśmy sobie z tego sprawę, a mimo to wciąż go rozpieszczała, nie potrafiąc mu niczego odmówić. Ja natomiast robiłem wszystko, by go powstrzymać, za co odwdzięczył mi się nienawiścią.

Wreszcie zupełnie stracił głowę i nie mogliśmy temu nijak zaradzić. Wyjechał do Nowego Jorku, gdzie błyskawicznie się stoczył. Z początku był hulaką, później stał się przestępcą: w dwa lata został jednym z najbardziej osławionych młodych bandytów w mieście. Zaprzyjaźnił się z Wróblem MacCoyem, specem od szulerki, kanciarstwa i pospolitej łobuzerki. Obaj lubowali się w karcianych oszustwach, uprawiając swój proceder w najlepszych hotelach w mieście. Brat mój wykazywał się wybitnym talentem aktorskim (mógłby w tym zawodzie zrobić prawdziwą karierę, gdyby tylko się na to zdecydował), zatem brał na siebie rolę młodego angielskiego arystokraty lub też prostego chłopaka z Zachodu, czasem też, w zależności od planów Wróbla, zdarzało mu się udawać studenta. Pewnego dnia przywdział damskie fatałaszki, a przebranie okazało się tak skuteczne, że od tego czasu nieustannie powracali do tej sztuczki. Dogadywali się zarówno z urzędnikami, jak i z policją, wyglądało więc na to, że nic nie jest w stanie ich powstrzymać, działo się to bowiem przed powołaniem komisji Lexowa i dzięki łapówkom można było robić, co się żywnie komu podobało.



Gdyby pozostali przy nowojorskich karcianych stolikach, wszystko zapewne uszłoby im na sucho, zjawili się jednak w Rochester, gdzie dopuścili się sfałszowania podpisu na wekslu. To mój brat odpowiadał za fałszerstwo, ludzie jednak doskonale wiedzieli, że zrobił to pod wpływem MacCoya. Udało mi się wykupić ów weksel za niebagatelną sumę, po czym spotkałem się z moim bratem i położywszy rzeczony dokument przed nim na stole, postraszyłem Edwarda, że jeśli nie opuści kraju, udam się z tą sprawą do sądu. Odpowiedział mi wybuchem śmiechu, twierdząc, że kierując sprawę do sądu złamię serce naszej matce, czego, jak wiedział, nie mógłbym zrobić. Uświadomiłem mu jednakowoż, że nasza matka i tak będzie cierpieć z jego powodu, po czym dodałem stanowczo, że prędzej wyślę go do aresztu w Rochester, niż pozwolę mu wrócić do nowojorskich hoteli. Musiał się poddać. Złożył mi solenną obietnicę, że zerwie kontakty z Wróblem MacCoyem i wyjedzie do Europy, gdzie dzięki mej pomocy miał się zająć uczciwym handlem. Natychmiast zabrałem go do wiernego przyjaciela naszej rodziny, Joego Wilsona, eksportera amerykańskich czasomierzy i zegarów, który powierzył Edwardowi prowadzenie londyńskiego oddziału firmy, oferując niewielkie wynagrodzenie i piętnastoprocentową prowizję od sprzedaży. Mój brat momentalnie ujął zegarmistrza ogładą i urokiem, więc przed upływem tygodnia został wysłany do Londynu z walizką pełną próbek.

Zdawało się, że historia z wekslem wzbudziła w Edwardzie na tyle duży lęk, że postanowił spoważnieć i rozpocząć uczciwe życie. Matka również przeprowadziła z nim rozmowę, a to, co mu powiedziała, musiało go dogłębnie poruszyć, zawsze bowiem była dlań najlepszą z matek, choć przynosił jej tylko rozczarowania. Świadom olbrzymiego wpływu Wróbla MacCoya na mego brata, wiedziałem, że próbując sprowadzić go na dobrą drogę muszę spowodować, by zerwał wszystkie kontakty z tym bandytą. Skorzystałem w tym celu z pomocy zaprzyjaźnionego nowojorskiego policjanta, który zobowiązał się obserwować MacCoya. W przededniu wyjazdu Edwarda dotarła do mnie informacja, że szuler zarezerwował sobie miejsce na pokładzie „Etrurii”, byłem więc pewien, że on również płynie do Anglii, by tam próbować swoich sztuczek. Uznałem, że jedynie wtedy, gdy sam wybiorę się w podróż do Anglii, zdołam ochronić brata przed tym groźnym wpływem. Podobnie jak nasza matka, zdawałem sobie sprawę, że stoję na przegranej pozycji, ale taki był mój obowiązek. Ostatnią noc spędziliśmy na modłach o moje powodzenie, a matka podarowała mi Biblię, którą dostała z okazji zaślubin od swego ojca jeszcze w Starym Kraju, tak bym zawsze nosił ją na sercu.

Znalazłem się na pokładzie tego samego parowca, którym płynął Wróbel i nie odmówiłem sobie odrobiny satysfakcji z pokrzyżowania jego planów. Już pierwszego wieczoru zajrzałem do palarni i zastałem go u szczytu karcianego stolika w otoczeniu sześciu młodzieńców, transportujących swoje pełne sakiewki i puste głowy do Europy. MacCoy przygotowywał się właśnie do zgarnięcia łupów i przyznać trzeba, że były one obfite. Udało mi się jednak temu błyskawicznie zapobiec.

— Panowie — odezwałem się. — Czy jesteście aby świadomi, przeciw komu gracie?

— A cóż to pana obchodzi? Zajmij się pan własnymi sprawami! — odwarknął MacCoy, okraszając odpowiedź grubym słowem.

— Kimże on jest? — zainteresował się jeden z młodzieńców.

— To Wróbel MacCoy, szuler, cieszący się w Stanach jak najgorszą sławą.

Na te słowa bandyta rzucił się na mnie wymachując butelką, ale wnet się zreflektował, że znajduje się na pokładzie statku płynącego pod banderą zniewieściałego Starego Kraju, gdzie prawo i porządek wciąż działały, a żaden urzędnik nie przyjdzie mu z pomocą. Za przemoc i morderstwo czekały go tam lochy i szubienica, a z pokładu oceanicznego liniowca nie miałby szans się wymknąć.

— Nie jesteś w stanie tego udowodnić… — burknął. — Ty…!

— Jestem! — odparłem bez wahania. — Wystarczy, byś podwinął prawy rękaw aż pod ramię. Wtedy wykażę prawdziwość mych słów lub się nimi zadławię.

Złoczyńca pobladł i zamilkł. Ja zaś, poznawszy wcześniej jego metody, byłem świadom, że podobnie jak wielu szulerów, skrywał nad nadgarstkiem elastyczną opaskę z klamerką. To właśnie z jej pomocą pozbywali się niedogodnych kart, podkładając potajemnie w ich miejsce te, które dawały im korzyść, wyciągnięte z innej skrytki. Domyślałem się, że MacCoy musi z czegoś takiego korzystać i okazało się, że miałem rację. Szuler zaklął, wymknął się z palarni i do końca podróży starał się nikomu nie rzucać w oczy. Przynajmniej tym razem udało mi się zyskać przewagę nad panem Wróblem MacCoyem.



Wkrótce jednak mi się zrewanżował, kiedy bowiem przyszło do wywierania wpływu na Edwarda, przegrywałem na wszystkich frontach. W pierwszych tygodniach pobytu w Londynie brat mój zachowywał się godnie, sprzedając amerykańskie zegarki, ale zbrodniarz szybko odnalazł do niego drogę. Zrobiłem co w mej mocy, ale to nie wystarczyło. Szybko doszły mnie wieści o skandalu w jednym z hoteli przy Northumberland Avenue: pewien podróżny został ograbiony ze sporej sumy pieniędzy przed dwójkę działających wspólnie szulerów, a sprawa stała się przedmiotem dochodzenia Scotland Yardu. Czytając o tym w popołudniówce, w ułamku sekundy zrozumiałem, że mój brat i MacCoy podjęli na nowo swój niecny proceder. Natychmiast pospieszyłem do mieszkania Edwarda. Powiedziano mi, że wyszedł w towarzystwie niezwykle wysokiego mężczyzny (w którym rozpoznałem MacCoya), zabierając ze sobą bagaże i rezygnując z dalszego zakwaterowania. Gospodyni usłyszała jeszcze, jak dają wskazówki dorożkarzowi, każąc się zawieźć na dworzec Euston, udało jej również przypadkowo dosłyszeć, że wyższy mężczyzna wspominał coś o Manchesterze. Jej zdaniem tam właśnie się wybierali.

Rzuciłem okiem na rozkład jazdy i stwierdziłem, że najprawdopodobniej ruszyli pociągiem o siedemnastej, choć mogli złapać też ten o szesnastej czterdzieści pięć. Zdążyłem na późniejszy z nich, jednak ani na dworcu, ani w pociągu nie natknąłem się na żaden ślad brata czy jego towarzysza. Uznawszy, że wsiedli do wcześniejszego pociągu, postanowiłem pojechać do Manchesteru i przeszukać tamtejsze hotele. Nawet w takiej chwili wierzyłem, że powołanie się na to, ile zawdzięcza naszej matce, może zawrócić Edwarda ze złej drogi. Sięgnąłem po cygaro, by ukoić rozkołatane nerwy. Pociąg już ruszał, gdy nagle drzwi do mojego przedziału otwarły się na całą szerokość i zobaczyłem mego brata w towarzystwie MacCoya, stojących na peronie.

Z lęku przed londyńską policją, która znajdowała się na ich tropie, obaj mieli na sobie przebrania. Twarz MacCoya osłaniał wysoki kołnierz z astrachańskiej wełny, tak że widać było tylko oczy i czubek nosa. Oblicze mego brata skrywało się do połowy pod czarnym woalem, nie mógłby mnie jednak zwieść, nawet gdybym wcześniej nie był świadom jego upodobania do damskich fatałaszków. MacCoy dostrzegł moje zdumione spojrzenie i natychmiast mnie rozpoznał. Powiedział coś do konduktora, który zatrzasnął drzwi i poprowadził ich do sąsiedniego wagonu. Chciałem biec za nimi, ale pociąg zaczął toczyć się po szynach i było za późno, by go zatrzymać.

Po przyjeździe do Willesden niepostrzeżenie przesiadłem się do ich wagonu, co przyszło mi z łatwością, gdyż na dworcu roiło się od ludzi. Spodziewając się tego, MacCoy nie zmarnował czasu pomiędzy Euston a miejscem naszego aktualnego postoju i nastawił mojego brata przeciwko mnie. Tak przynajmniej podpowiada mi wyobraźnia, ponieważ Edward nigdy wcześniej nie stawił mi tak wielkiego oporu. Imałem się wszelakich sposobów — próbowałem mu uświadomić, co go czeka w angielskich lochach, opisałem smutek naszej matki, gdy dowie się o jego losie, robiłem wszystko, by do niego dotrzeć, nie przyniosło to jednak żadnych efektów. Jego przystojną twarz wykrzywiał szyderczy uśmieszek, a MacCoy co chwilę przerywał naszą rozmowę, obrzucając mnie szyderstwami i podtrzymując upór mego brata.

— Czemu nie poprowadzisz szkółki niedzielnej? — rzucił w moją stronę i natychmiast zwrócił się do Edwarda. — On myśli, że jesteś bezwolny. Wydaje mu się, że wciąż musisz robić, co ci każe, jak przystało młodszemu bratu. Dopiero zaczyna do niego docierać, że jesteś takim samym mężczyzną jak on.

Jego słowa zmusiły mnie do wygłoszenia gorzkiej przemowy. Pociąg opuścił już Willesden i znajdowaliśmy się od dłuższej chwili w drodze, gdy pozwoliłem, by mój temperament wziął górę nad rozsądkiem i po raz pierwszy w życiu zaprezentowałem bratu najsurowsze oblicze. Być może gdybym zrobił to wcześniej i częściej traktował go w ten sposób, wyszłoby mu to na dobre.

— Mężczyzną! — zakpiłem. — Miło to słyszeć, bo bez zapewnień twojego przyjaciela wziąłbym cię zapewne za panienkę z dobrej szkoły. Nie wiem, czy jest w tym kraju jakiś widok bardziej godny pogardy niźli „mężczyzna” noszący suknie, które przystoją uczennicom.

Słysząc te słowa, brat mój spłonął rumieńcem, był bowiem wielce próżny i nie lubił, gdy z niego szydzono.

— To tylko narzutka — wyjaśnił, zsuwając ją z ramion. — Nie miałem wyjścia, jeśli chciałem zmylić policyjny pościg. — Mówiąc to, pozbył się również toczka z woalem i wpakował go razem z wierzchnim okryciem do brązowej skórzanej torby. — Na razie nie muszę tego nosić, chyba że pojawi się konduktor.

— Wtedy również ci na to nie pozwolę! — wybuchłem. Sięgnąłem po torbę i cisnąłem nią z całej siły przez otwarte okno. — Jeśli mogę temu zaradzić, nie pozwolę, żebyś robił z siebie jakąś Maryśkę! Skoro tylko ten przyodziewek chroni cię przed trafieniem do lochów, tam najwyraźniej jest twoje miejsce.

Tak właśnie należało z nim postępować. Natychmiast poczułem, że zyskuję przewagę. Zniewieściała natura mego brata sprawiała, że łatwiej było doń trafić ostrym słowem niż błaganiami. Jego policzki spłonęły wstydem, a w oczach zalśniły łzy. MacCoy również to dostrzegł i nie chciał dopuścić, bym wykorzystał tę sytuację.

— Nie pozwolę, byś w ten sposób traktował mego przyjaciela! — zagroził.

— Natomiast ja nigdy nie pogodzę z tym, że rujnujesz życie mojemu bratu — odparłem. — Wierzę, że tylko wtrącenie cię do więzienia może go przed tym uchronić i albo sam się tam zgłosisz, albo cię tam doprowadzę.

— Tylko marzysz, żeby nas zakapować, prawda? — warknął MacCoy, sięgając jednocześnie po rewolwer. Natychmiast rzuciłem się na niego, chcąc wyrwać mu broń, zorientowałem się jednak, że nie zdążę, i uskoczyłem na bok. W tej samej sekundzie zbrodniarz pociągnął za spust, a przeznaczona mi kula przeszyła serce mego nieszczęsnego brata.

Przerażeni, przyklękliśmy z MacCoyem nad Edwardem, który osunął się w milczeniu na podłogę przedziału, i próbowaliśmy go przywrócić do życia. Zbrodniarz wciąż trzymał rewolwer, ale pod wpływem tragedii momentalnie zapomniał o swoim wzburzeniu i mojej niechęci wobec niego. To on jako pierwszy zrozumiał sytuację. Pociąg z jakiegoś powodu znacząco zwolnił, w czym MacCoy natychmiast zwietrzył okazję do ucieczki. Zareagowałem błyskawicznie; widząc, jak otwiera drzwi, skoczyłem za nim. Potoczyliśmy się po stromym nasypie, a gdy znaleźliśmy się na samym dole, uderzyłem głową o kamień i straciłem świadomość. Kiedy się ocknąłem, odkryłem, że leżę pośród niskich krzaków nieopodal torowiska. Ktoś ocierał moje czoło wilgotną chusteczką. Okazało się, że był to MacCoy.

— Uznałem, że nie mogę cię tak zostawić — wyjaśnił. — Nie chciałem mieć dwóch osób na sumieniu jednego dnia. Nie wątpię, że darzyłeś brata miłością, jestem jednak pewien, że nie kochałeś go tak bardzo jak ja, choć zdaję sobie sprawę, że mój sposób wyrażania uczuć mógł być dla ciebie zbyt dziwaczny. Bez niego świat zdaje mi się całkowicie pusty, jest mi więc obojętne, czy oddasz mnie katu.

Okazało się, że bandyta podczas upadku zwichnął nogę w kostce. Siedzieliśmy więc — ja z pobolewającą głową, on z unieruchomioną stopą — i rozmawialiśmy tak długo, aż moje rozgoryczenie zaczęło się z wolna przekształcać w nić sympatii dla tego człowieka. Jakiż cel miałaby moja zemsta na kimś równie boleśnie dotkniętym śmiercią mego brata co ja? Gdy odzyskałem z czasem zdolność racjonalnego myślenia, uświadomiłem sobie, że każda próba rewanżu na MacCoyu odbiłaby się boleśnie na mnie i matce. Nie mogliśmy doprowadzić go przed oblicze sądu, nie ujawniając jednocześnie roli odgrywanej przez mojego brata, a tego nade wszystko chciałem uniknąć. W naszym najlepiej pojmowanym interesie leżało zatuszowanie tej sprawy, tak więc zamiast stanąć po stronie Sprawiedliwości, konspirowałem przeciw niej. Po ucieczce z pociągu znaleźliśmy się pośród jakże powszechnych w Starym Kraju łąk pełnych bażantów, a ja, gdyśmy szli z mozołem, przyłapałem się na tym, że rozmawiamy raczej o sposobach wyciszenia tragedii, niż o śmierci Edwarda.

Szybko zrozumiałem, co oznaczały słowa MacCoya, który stwierdził, że jeśli tylko mój brat nie miał przy sobie dokumentów, a o niczym takim nie było nam wiadomo, to policja w żaden sposób nie odkryje, w jaki sposób znalazł się w pociągu ani nie zdoła go zidentyfikować. Jego bilet, wraz z kwitem bagażowym, spoczywał bezpiecznie w kieszeni MacCoya. Odzież i bielizna Edwarda były zupełnie nowe i pozbawione monogramów, gdyż jak większość podróżnych z Ameryki mój brat uznał, że taniej i łatwiej będzie mu się zaopatrzyć w niezbędne rzeczy w Londynie, niż wozić je ze sobą z Nowego Jorku. Wyrzucona przeze mnie torba z narzutką wciąż być może gdzieś leży pośród chaszczy, mogła paść łupem jakiegoś włóczęgi lub trafić w ręce policji, która postanowiła z jakichś powodów zachować tę informację dla siebie. W każdym razie nie znalazłem na jej temat żadnej wzmianki w londyńskich gazetach. Jeśli zaś chodzi o zegarki, Edward nosił przy sobie kilka próbnych egzemplarzy w celach handlowych. Być może chciał je również zaprezentować kontrahentom w Manchesterze, ale tego się już nigdy nie dowiemy.

Policja oczywiście nie ponosi żadnej winy za niepowodzenie w tej sprawie. Nie wyobrażam sobie, jak mogliby ją rozwiązać. Istniała tylko jedna drobna wskazówka, za którą mogliby podążyć, ale trudno było ją zauważyć. W kieszeni mojego brata znaleziono niewielkie okrągłe lusterko. To raczej dość niezwykłe w przypadku młodego mężczyzny, prawda? Każdy szuler mógłby jednak wyjaśnić, do czego służy podobny wynalazek. Odsuwając się odrobinę od karcianego stolika i kładąc lusterko na kolanach, rozdający miał okazję dyskretnie podejrzeć karty trafiające do przeciwników. Znając zawartość ręki drugiego gracza tak dobrze jak swojej własnej, nietrudno odgadnąć, czy należy obstawiać czy też spasować. Lusterka takie stanowiły równie nieodłączną część wyposażenia karcianych oszustów, co elastyczna opaska z klamerką opinająca ramię MacCoya. Gdyby policja wzięła to pod uwagę i połączyła z doniesieniami o szulerach w hotelu, być może udałoby jej się trafić na właściwy trop.

Nie pozostało mi już wiele do opowiedzenia. Dotarliśmy do wioski zwanej Amersham i udając dwóch gentelmanów na pieszej wycieczce, przedostaliśmy się stamtąd dyskretnie do Londynu, skąd MacCoy wypłynął do Kairu, ja zaś wróciłem do Nowego Jorku. Moja matka odeszła z tego świata pół roku po tych wydarzeniach i jestem rad, mogąc napisać, że nigdy się nie dowiedziała, co zaszło. Do samego końca żyła w przekonaniu, że Edward wiedzie uczciwe życie w Londynie, a ja nie odważyłem się wyznać jej prawdy. Brat mój nigdy nie pisał listów, więc brak korespondencji nie wzbudził jej niepokoju. Umarła z jego imieniem na ustach.

W rewanżu za to szczere wyjaśnienie chciałbym jednak — o ile nie sprawi to Panu większego kłopotu — poprosić o jedną rzecz. Pamięta Pan zapewne Biblię znalezioną na miejscu wydarzeń. Nosiłem ją zawsze w kieszonce na piersi, musiała mi jednak wypaść podczas skoku z wagonu. Książka ta ma dla mnie niezwykłą wartość, należała bowiem do mojej rodziny, a na jej karcie tytułowej ojciec wypisał datę moich narodzin oraz dzień urodzin mego brata. Dla nikogo poza mną nie ma ona żadnej wartości. Gdyby udałoby się ją Panu odzyskać i przesłać na adres X, Biblioteka Bassano, Broadway, Nowy Jork, na pewno trafi w moje ręce”.




Zaginiony pociąg

(The Lost Special)




Zeznania oczekującego właśnie na wykonanie kary śmierci w marsylskich lochach Herberta de Lernaca rzuciły zupełnie nowe światło na jedną z największych zagadek stulecia — zbrodnię, która moim zdaniem nie miała precedensu w światowych annałach kryminalistyki. Mimo niechęci oficjalnych kręgów do publicznego omawiania tej sprawy oraz skąpych informacji w prasie, możemy się domyślać, że spowiedź arcyzbrodniarza znalazła potwierdzenie w faktach, a niezwykła tajemnica została ostatecznie rozwikłana. Jako że od wspomnianych wydarzeń upłynęło osiem lat, a uwaga opinii publicznej w tamtych czasach skupiała się głównie na śledzeniu kolejnych etapów kryzysu politycznego, pozwolę sobie przybliżyć znane fakty. Opis wydarzeń powstał na podstawie artykułów z liverpoolskich gazet, akt dochodzenia w sprawie śmierci maszynisty Johna Slatera i dokumentów należących do Spółki Kolejowej London — West Coast, udzielonych mi uprzejmie do wglądu. Pokrótce cała sytuacja wyglądała jak następuje:

3 czerwca 1890 roku na dworcu głównym linii Londyn — West Coast w Liverpoolu pojawił się dżentelmen, który — przedstawiwszy się jako monsieur Louis Caratal, poprosił o możliwość rozmowy z głównym nadzorcą dworca, panem Jamesem Blandem. Monsieur Caratal był drobnym ogorzałym mężczyzną o tak przygarbionej sylwetce, że musiał cierpieć na jakąś deformację kręgosłupa. Towarzyszącego mu zwalistego olbrzyma charakteryzowała niezwykle uniżona postawa i nieustanna czujność, nie ulegało więc wątpliwości, że pełnił rolę jego sługi. Patrząc na jego ciemną twarz można było stwierdzić, że ów wielkolud, którego nazwisko pozostało nieznane, pochodził z obcych stron, najprawdopodobniej z Hiszpanii lub Ameryki Południowej. Jeden z bystrookich kasjerów dworcowych zwrócił uwagę na pewien drobiazg: olbrzym niósł w lewej ręce niewielką czarną walizeczkę umocowaną dodatkowo do nadgarstka za pomocą skórzanego paska. Początkowo nie przywiązywano do tego zbyt wielkiej wagi, ale szczegół ten nabrał pewnego znaczenia wraz z rozwojem wydarzeń. Monsieur Caratal został zaproszony do biura pana Blanda, podczas gdy jego towarzysz pozostał przed drzwiami.

Caratal nie zwlekał z wyjaśnieniem celu swojej wizyty. Tego popołudnia sprawy najwyższej wagi sprowadziły go z Ameryki Środkowej do Liverpoolu i musiał jak najprędzej znaleźć się w Paryżu, nie tracąc zbędnych godzin. Spóźniwszy się na ekspres do Londynu, zdecydował się na wynajęcie pociągu specjalnego. Cena nie miała znaczenia. Liczył się tylko czas. Jeśli władzom spółki udałoby się przyspieszyć jego podróż, mogły zażądać każdej sumy.

Nacisnąwszy guzik elektrycznego dzwonka, pan Bland przywołał dyżurnego ruchu, Pottera Hooda, i po upływie pięciu minut wszystko zostało załatwione. Pociąg miał być gotów do drogi za trzy kwadranse, w tym czasie przygotowano również trasę przejazdu. Potężna lokomotywa Rochdale (numer 247 w dokumentach spółki) ciągnęła dwa wagony pasażerskie i wagon konduktorski. Pierwszy wagon pełnił wyłącznie funkcję obciążającą i zmniejszał chybotanie rozpędzonego pojazdu; drugi, jak zwykle, podzielono na cztery przedziały: pierwszej klasy, pierwszej klasy dla palących, drugiej klasy i drugiej klasy dla palących. Pasażerom przypadło miejsce w pierwszym z nich, znajdującym się najbliżej lokomotywy. Reszta wagonu pozostała pusta. Opiekę nad specjalnym składem powierzono Jamesowi McPhersonowi, konduktorowi z kilkuletnim doświadczeniem. Nowozatrudniony palacz zwał się William Smith.

Po opuszczeniu biura nadzorcy stacji, monsieur Caratal dołączył do swego towarzysza. Obaj nie ukrywali, że nie mogą się doczekać chwili odjazdu. Płacąc według cennika dla pociągów specjalnych, gdzie koszt jednej przejechanej mili to pięć szylingów, zostawili pięćdziesiąt funtów i pięć szylingów, po czym poprosili o zaprowadzenie ich do przedziału, choć dostali zapewnienie, że przygotowanie trasy zajmie jeszcze dobrych kilkanaście minut. Tymczasem w biurze pana Blanda zdarzyło się kilka niespodzianek.

Prośby o wynajęcie pociągu w bogatym ośrodku handlowym nie są niczym nadzwyczajnym, lecz niezwykle rzadko się zdarza, aby tego samego popołudnia dwukrotnie pytano o możliwość skorzystania z tej usługi. Tego dnia to jednak miało miejsce: ledwie zamknęły się drzwi za Caratalem, pan Bland przyjął kolejnego gościa z podobnym żądaniem. Uprzejmy dżentelmen o wojskowym stylu bycia, który przedstawił się jako Horace Moore, wyjaśnił, że choroba żony zmusza go do jak najszybszego wyjazdu do Londynu i nie może sobie pozwolić na zwłokę. Jego niepokój i zniecierpliwienie były tak wielkie, że Bland zrobił wszystko, by spełnić prośbę. Podstawienie kolejnego specjalnego składu nie wchodziło w rachubę, bowiem już pierwszy z nich spowoduje zakłócenia na lokalnych trasach. Ale istniała inna możliwość: pan Moore mógł partycypować w kosztach wynajęcia przygotowywanego składu i — w przypadku, gdyby pan Caratal wyraził obiekcje w kwestii dotrzymywania mu towarzystwa — zająć osobny przedział pierwszej klasy. Zdawać by się mogło, że takie postawienie sprawy nie powinno nastręczyć żadnych trudności, jednak Caratal, słysząc prośbę przekazaną przez Pottera Hooda, wyraził gwałtowny i kategoryczny sprzeciw. Pociąg, jak twierdził, został wynajęty tylko jemu i nalegał, żeby tak pozostało. Jego grubiańska zawziętość okazała się odporna na wszelkie argumenty, należało więc zrezygnować z tego pomysłu. Dowiedziawszy się, że pozostała mu podróż powolnym pociągiem, który wyruszał z Liverpoolu o osiemnastej, pan Horace Moore niezwykle wzburzony opuścił dworzec. Pociąg specjalny wiozący kalekiego Caratala i jego olbrzymiego towarzysza wyjechał z dworca w Liverpoolu o 16.31 i miał przed sobą wolną drogę aż do Manchesteru.



Na tej trasie pociągi spółki Londyn — West Coast aż do samego miasta, w którym skład specjalny miał się znaleźć przed osiemnastą, korzystały z linii należącej do innej kompanii kolejowej. Kwadrans po osiemnastej na dworzec w Liverpoolu dotarł jednak telegram nadany z Manchesteru, informujący, ku olbrzymiemu zaskoczeniu i konsternacji kolejarzy, że pociąg specjalny wciąż nie dotarł na miejsce. Natychmiast wysłano pytanie na stację St. Helens, znajdującą się w jednej trzeciej drogi pomiędzy oboma miastami, skąd przyszła następująca odpowiedź:

Do Jamesa Blanda, nadzorcy dworca L. — W. C., Liverpool

Skład specjalny przejechał dobrze przed czasem, o 16.45

Dowster, St. Helens”.

Telegram dotarł o 18. 40, dziesięć minut później nadeszła zaś kolejna wiadomość z Manchesteru:

Wciąż ani śladu zapowiadanego przez was pociągu”.

Równo o siódmej odczytano trzecią, jeszcze bardziej zaskakującą depeszę:

Zakładamy, że doszło do jakiejś omyłki. Przyjechał wedle rozkładu lokalny pociąg z St. Helens, który nie napotkał po drodze specjalnego składu. Uprzejmie prosimy o odpowiedź.

Manchester”.

Sprawa przybierała coraz bardziej zaskakujące oblicze, jednak trzeci telegram przyniósł kolejarzom z Liverpoolu odrobinę ulgi. Gdyby doszło do jakiejś katastrofy, maszynista prowadzący pociąg tą samą trasą musiałby ją bez wątpienia zauważyć. Ale czy istniało inne wyjaśnienie? Co się stało ze składem specjalnym? Czy mógł zjechać na boczny tor, aby dokonać jakichś drobnych napraw lub przepuścić wolniejszy pociąg pasażerski? Momentalnie rozesłano depesze do wszystkich stacji pomiędzy St. Helens i Manchesterem, a nadzorca liverpoolskiego dworca i dyżurny ruchu nie spuszczali wzroku z telegrafu, oczekując w najwyższym napięciu na odpowiedzi, które pozwoliłyby im zrozumieć, co się stało z zaginionym pociągiem. Depesze zwrotne docierały po kolei, poczynając od stacji znajdujących się najbliżej St. Helens.

Pociąg specjalny przejechał o siedemnastej. Collins Green”.

Pociąg specjalny przejechał sześć po piątej. Earlstown”.

Pociąg specjalny przejechał o 17.10. Newton”.

Pociąg specjalny przejechał o 17.20. Kenyon Junction”.

Nie widziano żadnego pociągu specjalnego. Barton Moss”.

Obaj urzędnicy spojrzeli na siebie z zaskoczeniem.



— Jeszcze nigdy się z czymś takim nie spotkałem — przyznał Bland. — A mam za sobą trzydziestoletnie doświadczenie.

— To całkowicie bezprecedensowa i niewyjaśniona sytuacja — zgodził się Hood. — Pociąg musiał zjechać z trasy pomiędzy Kenyon Junction a Barton Moss.

— O ile się orientuję, na tym odcinku nie ma rozjazdu. Obawiam się, że skład musiał się wykoleić.

— To jak wytłumaczyć, że jadący za kwadrans piąta po tej samej linii pociąg pasażerski nie natrafił na ślady wypadku?

— Nie ma innej możliwości, panie Hood. Tak musiało się zdarzyć. Może obsługa pociągu z St. Helens zauważyła coś, co pozwoliłoby nam zrozumieć tę sprawę. Zadepeszujemy do Manchesteru po nowe informacje i poinstruujemy Kenyon Junction, by sprawdzili cały odcinek aż do Barton Moss.

Po kilku minutach otrzymali odpowiedź z Manchesteru.

Żadnych wieści o zaginionym pociągu. Maszynista i konduktor składu z St. Helens potwierdzają, że nie widzieli śladów katastrofy pomiędzy Kenyon Junction a Barton Moss. Tor był czysty, nie zauważono niczego niezwykłego. Manchester”.

— Trzeba będzie zwolnić konduktora i maszynistę — oznajmił ponuro Bland. — Musieli przegapić wrak. Choć przyznam, że to niepojęte, wynajęty pociąg wykoleił się najwyraźniej w taki sposób, że trasa pozostała przejezdna. Nie ma innego wyjaśnienia i za chwilę dotrze do nas telegram z Kenyon lub Barton Moss, z którego dowiemy się, że skład stoczył się z nasypu.

Ta przepowiednia miała się jednak nie spełnić. Upłynęło trzydzieści minut i do rąk Blanda dotarła następująca wiadomość nadana przez zawiadowcę stacji w Kenyon Junction:

Brak śladów zaginionego pociągu. Jesteśmy całkowicie pewni, że tędy przejeżdżał, ale nie dotarł do Barton Moss. Odłączyliśmy lokomotywę od składu towarowego i osobiście przejechałem cały odcinek, nie dostrzegając niczego, co wskazywałoby na wypadek”.

— To jakiś obłęd! — zakrzyknął zrozpaczony Bland, wyrywając sobie włosy. — Nie mógł się przecież rozpłynąć w powietrzu! W biały dzień? W Anglii? To niedorzeczne! Jak na zupełnie prostym odcinku mogła zniknąć lokomotywa, tender, dwa wagony pasażerskie i konduktorski oraz pięć istot ludzkich? Jeśli w ciągu godziny nie otrzymam żadnych wyjaśnień, sprawdzę to osobiście w towarzystwie inspektora Collinsa.

Wieści nadeszły wcześniej, przybierając postać kolejnego telegramu z Kenyon Junction.

Z żalem informujemy o znalezieniu ciała Johna Slatera, maszynisty pociągu. Zwłoki leżały w krzakach w odległości ponad dwóch mil od Junction. Musiał spaść z lokomotywy, potoczyć się po nasypie i runąć w chaszcze. Przyczyną śmierci były obrażenia głowy spowodowane upadkiem. Rozpoczęliśmy gruntowne przeszukanie terenu, wciąż jednak nie znaleziono ani śladu zaginionego pociągu”.

Jak już nadmieniono, kraj w owym czasie borykał się z poważnym kryzysem politycznym, a uwagę opinii publicznej zaprzątały dodatkowo istotne i sensacyjne wieści z Paryża nękanego skandalem, który zagroził wielu francuskim przywódcom. Gazety wciąż donosiły o tych wydarzeniach, sprawa zaginionego pociągu nie wzbudziła zaś aż takiego zainteresowania, na jakie mogłaby liczyć w spokojniejszych czasach. Prasa z dość dużym sceptycyzmem wspominała o groteskowych szczegółach wydarzeń. Dopiero zarządzona przez koronera sekcja zwłok nieszczęsnego maszynisty (która nie wykazała niczego istotnego) przekonała gazety o prawdziwości tragedii, bowiem wcześniej co najmniej kilka londyńskich dzienników uznało sprawę za zmyślne oszustwo.

Jeszcze tego samego wieczora pan Bland udał się do Kenyon Junction w towarzystwie inspektora Collinsa, detektywa zatrudnionego przez spółkę, i obaj rozpoczęli poszukiwania, które potrwały aż do następnego dnia, ale niczego nie dały. Los zaginionego pociągu pozostawał nieznany i nie dało się rzeczy wyjaśnić. Napisany w tym czasie przez inspektora Collinsa raport (który spoczywa właśnie przede mną) pokazuje natomiast, że istniało co najmniej kilka możliwych wyjaśnień.



„Ten odcinek trasy”, pisał inspektor, „wiedzie przez okolicę pełną hut i kopalń, z których część wciąż funkcjonuje. Co najmniej tuzin z nich korzysta z wąskotorówek, które dojeżdżają do głównej linii, pociąg specjalny nie mógł jednak poruszać się po torach o takim rozstawie osi. Poza nimi pozostaje nam siedem bocznych odcinków o normalnej szerokości torów, dzięki którym urobek z kopalń docierał lub wciąż dociera wprost z szybów do największych punktów dystrybucji znajdujących się przy głównej trasie. Mają najwyżej po kilka mil, a cztery linie prowadzą do wyeksploatowanych kopalń bądź szybów — Redgauntlet, Hero, Slough of Despond, Heartsease. Ostatnia z tych kopalń jeszcze dziesięć lat temu należała do największych w całym Lancashire. Ponieważ tory łączące je z magistralą zostały rozmontowane ze względów bezpieczeństwa, możemy śmiało wykluczyć te cztery trasy z naszych dociekań. Pozostają nam więc trzy odcinki, łączące się z:

A — hutą Carnstock

B — szybem Big Ben

C — kopalnią Perserverance.

Zaledwie ćwierćmilowy odcinek prowadzący do szybu Big Ben blokuje na drugim końcu usypisko węgla czekającego na wywózkę, a na całej długości trasy nie stwierdzono niczego nadzwyczajnego. Pojedynczą linię prowadzącą do huty Carnstock przez cały dzień 3 czerwca zajmowało szesnaście wagonów wypełnionych hematytem, nie było więc żadnej możliwości przejazdu. Ostatni odcinek, ten do kopalni Perserverance, to podwójna linia obsługująca wielkie wyrobisko. Tego dnia ruch na trasie wyglądał jak zwykle: przy ponad dwumilowym przejeździe kolejowym pracowały setki ludzi, w tym grupa dróżników, zajmujących się układaniem podkładów, niemożliwym zdaje się więc, by mógł tamtędy przejechać niezapowiedziany pociąg i nie wzbudzić przy tym zaskoczenia. Warto nadmienić, że zjazd do kopalni znajduje się bliżej St. Helens niż miejsce, w którym odnaleziono zwłoki maszynisty, możemy zatem założyć, że pociąg minął tę odnogę, nim doszło do tragedii.

Co zaś się tyczy samego Johna Slatera, przyczyny jego śmierci pozostają niejasne. Wiemy tylko, że zginął spadając z lokomotywy, nie mamy jednak żadnych informacji, które pozwoliłyby stwierdzić, co było przyczyną upadku ani co stało się z pociągiem”.

W ostatnich słowach raportu inspektor Collins, nękany przez londyńską prasę oskarżeniami o nieudolność, złożył swoją rezygnację.

Upłynął kolejny miesiąc, w trakcie którego policja i władze spółki bez skutku próbowały rozwikłać tajemnicę. Obietnica nagrody, a także ułaskawienia w przypadku przyznania się do winy, nie przyniosły efektów. Czytelnicy gazet sięgali po nie każdego dnia z przekonaniem, że tak groteskowa sprawa musi w końcu znaleźć rozwiązanie, mijały jednak kolejne tygodnie bez żadnych odpowiedzi. Czerwcowym popołudniem, w środku najgęściej zaludnionego obszaru Anglii, pociąg wraz z pasażerami rozpłynął się w powietrzu tak skutecznie, jakby został odparowany przez mistrza subtelnych reakcji chemicznych. W rzeczy samej, ówczesna prasa nie ustawała w publikowaniu artykułów, w świetle których musiał zaistnieć element nadprzyrodzony lub co najmniej nadnaturalny, a kaleki monsieur Caratal był zapewne kimś znanym o wiele lepiej pod zupełnie innym, mniej szlachetnym nazwiskiem. Pojawiły się również spekulacje mówiące o tym, że to jego śniady towarzysz ponosił odpowiedzialność za ten występek, nikt jednak nie potrafił powiedzieć, na czym ów występek właściwie polegał.

Pośród wielu ogłoszonych w tym czasie hipotez, zaledwie kilka zdołało wzbudzić zaciekawienie opinii publicznej. Jedną z nich, podpisaną nazwiskiem cieszącego się pewną sławą detektywa-amatora, który podszedł do całej sprawy w sposób krytyczny i oparł się na paranaukowych metodach, opublikowano na łamach „Timesa”. Pozwolę sobie przytoczyć zaledwie streszczenie tej teorii, odsyłając dociekliwych do numeru gazety z 3 czerwca.

„Jedną z podstawowych zasad prawidłowego wnioskowania”, zauważał autor, „jest założenie, że po wykluczeniu wszelkich niemożliwych rozwiązań, te, które pozostaną, muszą być prawdziwe, choćby zdawały się zupełnie niewiarygodne. Mamy pewność, że pociąg opuścił Kenyon Junction, podobnie jak możemy być pewni, że nigdy nie dotarł do Barton Moss. Możliwość, by zjechał w którąś z siedmiu bocznych odnóg, wydaje się wielce nieprawdopodobna. Wykluczając odcinki, po których skład nie mógł przejechać z braku torów, pozostają nam trzy działające linie: wiodące do huty Carnstock, szybu Big Ben i kopalni Perserverance. Czy istnieje tajne stowarzyszenie węglokopów, swoista górnicza mafia zdolna zniszczyć bez śladu pociąg wraz z pasażerami? Jest to nieprawdopodobne, ale możliwe i muszę przyznać, że trudno jest mi sobie wyobrazić inne rozwiązanie. Doradzałbym tedy, aby władze spółki skupiły swoje wysiłki na uważnej obserwacji tych trzech odcinków oraz pracujących przy nich robotników. Skrupulatne dochodzenie wśród właścicieli okolicznych lombardów również może rzucić odrobinę światła na szczegóły tej zagadki”.

Ta sugestia, wygłoszona przez osobę ciesząca się niemałym autorytetem w swojej dziedzinie, wywołała spore poruszenie i gwałtowny sprzeciw ze strony tych, którzy uznali ją za pełne uprzedzeń pomówienie dotykające uczciwych i godnych szacunku ludzi. Odpowiedzią na nią była prośba o zaprezentowanie bardziej przekonującego wyjaśnienia. Spełniono ją dwukrotnie (listy pojawiły się w „Timesie” 7 i 9 czerwca). Wedle pierwszego, pociąg miał się wykoleić i runąć do kanału łączącego Lancashire ze Staffordshire, który ciągnie się równolegle do torów na odcinku o długości mniej więcej stu jardów. Hipoteza ta została jednak momentalnie obalona, ponieważ opublikowano dane o głębokości kanału, która nie wystarczała, by mógł w nim zatonąć tak potężny pojazd. Drugi z korespondentów zasugerował natomiast skupienie uwagi na jedynym bagażu, jaki mieli przy sobie obaj podróżni, czyli tajemniczej walizeczce, która mogła zawierać eksperymentalny materiał wybuchowy, zdolny do całkowitego zniszczenia pociągu. Odpowiedź tę uznano za żart, nie istniały bowiem takie materiały, które mogłyby zmieść z powierzchni ziemi cały skład, nie niszcząc przy tym torowiska. Dochodzenie ponownie zmierzało w ślepą uliczkę, gdyby nie kolejne zaskakujące wydarzenia.

Przybrały one formę listu wysłanego do pani McPherson i podpisanego przez jej męża, Jamesa McPhersona, konduktora zaginionego pociągu. Przesyłka, którą nadano 5 lipca 1890 roku w Nowym Jorku, dotarła do jej rąk dziewięć dni później. Momentalnie pojawiły się wątpliwości odnośnie autentyczności listu, szybko jednak zostały rozwiane przez adresatkę, która potwierdziła, że charakter pisma bez wątpienia należy do jej męża, a koperta zawierała również sto dolarów w pięciodolarowych banknotach, co ostatecznie rozwiewało podejrzenia o oszustwo. List, którego treść przedstawiam poniżej, nie zawierał adresu zwrotnego.



Najdroższa żono

Rozmyślałem nad tym głęboko i zrozumiałem, że nie potrafię opuścić ani Ciebie, ani Lizzie. Nadaremno próbowałem z tym walczyć. Załączam równowartość dwudziestu funtów, które powinny wam wystarczyć na opłacenie podróży przez Atlantyk. Skorzystajcie ze statku hamburskich linii wypływającego z Southampton, jest on lepszy i tańszy niźli te, które wypływają z Liverpoolu. Kiedy tu dotrzecie, zatrzymajcie się w pensjonacie Johnstona, a ja spróbuję się z wami skontaktować. Moja sytuacja nie należy w tym momencie do najweselszych, a rozłąka z wami jest tym dotkliwsza, dlatego też o wszystkim opowiem ci dopiero na miejscu.

Twój kochający mąż,

James McPherson”.

List ów stał się źródłem nowej nadziei na rozwikłanie całej sprawy, zwłaszcza że dochodzenie przeprowadzone w porcie Southampton potwierdziło, że siódmego czerwca na pokładzie statku „Vistula”, płynącego z Hamburga do Nowego Jorku, zaokrętował nowy pasażer nazwiskiem Summers, niezwykle podobny z wyglądu do zaginionego konduktora. Pani McPherson i jej siostra, Lizzie Dolton, postąpiły zgodnie ze wskazówkami, a po dotarciu do Nowego Jorku pozostawały przez trzy tygodnie w pensjonacie, lecz nie doczekały się kolejnych instrukcji. Prasa nie potrafiła się powstrzymać przed szerzeniem aluzji, z których dało się wyczytać, że kobiety zostały wykorzystane przez policję w charakterze przynęty i być może to właśnie stało się przyczyną braku prób nawiązania kontaktu. Niezależnie od tego, co stało za decyzją McPhersona, kobiety nie spotkawszy się i nie zamieniwszy ani słowa z zaginionym mężczyzną, powróciły do Liverpoolu.

Sprawy ponownie utknęły i stały w martwym punkcie aż do chwili obecnej, to jest roku 1898. Choć wydaje się to niesamowite, w ciągu tych ośmiu lat nie wyszło na jaw zupełnie nic, co mogłoby wyjaśnić los zaginionego pociągu oraz monsieur Caratala i jego towarzysza. Dyskretne dochodzenie w sprawie obu podróżników ujawniło tylko tyle, że Caratal był doskonale znanym środkowoamerykańskim rekinem finansjery i człowiekiem wysoce wpływowym w kręgach politycznych, a podczas rejsu do Europy zdradzał ogromną niecierpliwość, twierdząc, że musi jak najszybciej dotrzeć do Paryża. Jego towarzysz, którego wpisano na listę pasażerów pod nazwiskiem Eduarda Gomeza, miał za sobą brutalną przeszłość i cieszył się reputacją zuchwałego bandziora, wszystko jednak wskazywało na to, że był szczerze oddany Caratalowi, który — będąc człekiem nikczemnej postury — zatrudniał go jako swego ochroniarza i opiekuna. Należy również dodać, że nikt w Paryżu nie wiedział, co zmusiło finansistę do tak niezwłocznego wyjazdu.

Tak oto prezentują się znane fakty w sprawie, którą udało się rozwikłać dopiero teraz, dzięki opublikowanym w marsylskiej prasie zeznaniom Herberta de Lernaca, skazanego na karę śmierci za zabójstwo kupca Bonvalota. Pozwolę sobie przytoczyć dosłowne tłumaczenie słów jego spowiedzi:

„Informację tę ujawniam nie dlatego, że kieruje mną szczególna duma lub chełpliwość, w tym celu mógłbym bowiem sięgnąć po tuzin opowieści o znacznie bardziej niesamowitych wyczynach, jakich udało mi się dokonać, chciałbym jednak powiadomić pewne paryskie osobistości, że ja, człowiek doskonale świadom tego, co przytrafiło się monsieurowi Caratalowi, równie dobrze mogę zdradzić z czyjego poduszczenia i dla czyjej korzyści zaangażowałem się w tę sprawę i uczynię to bezzwłocznie, jeśli nie doczekam się natychmiastowego ułaskawienia. Radziłbym wam, panowie, potraktować ostrzeżenie poważnie nim będzie zbyt późno, wiecie zresztą doskonale, że Herbert de Lernac nie zwykł rzucać słów na wiatr. Pospieszcie się tedy lub czeka was zguba!

Na razie powstrzymam się przed ujawnianiem nazwisk — choć mogę przysiąc, że bylibyście wielce zaskoczeni! — i wyjaśnię, w jak sprytny sposób udało mi się tego dokonać. Tak uważali wtedy moi mocodawcy i nie ulega wątpliwości, że po dziś dzień tak uważają. Taką mam przynajmniej nadzieję i dopóki nie uznam, że zostałem przez nich zdradzony, ich tożsamość, której odkrycie mogłoby wywołać wzburzenie w całej Europie, pozostanie zatajona. Jeśli wszakże nadejdzie taki dzień… cóż, nie muszę chyba niczego więcej dodawać.

Mówiąc w skrócie, w 1890 roku rozpoczął się Paryżu pewien tęgo nagłośniony proces dotyczący skandalu, który wstrząsnął światem polityki i finansjery. W rzeczy samej skandal ów był tak gigantyczny, że jedynie najbardziej zaufane osoby, do których mogę zaliczyć samego siebie, miały świadomość jego skali. Na szali spoczął honor i życie najważniejszych osobistości we Francji. Każdy zapewne widział kręgle, które stoją dumne, wyprostowane i nieugięte do czasu, aż trafia w nie kula i obala całą dziewiątkę. Proszę sobie teraz wyobrazić, że rolę kręgli w tej sprawie pełnili najważniejsi ludzie w kraju, a kulą okazał się nie kto inny, jak monsieur Caratal. Gdyby udało mu się dotrzeć do Paryża, każdy z nich — łup, łup, łup — by się wywrócił, dlatego też postanowiono, że pod żadnym pozorem nie może mu się to udać.

Nie twierdzę, że wszyscy moi mocodawcy w pełni rozumieli, w co się wpakowali. Jak już wspominałem, gra toczyła się o najwyższe stawki, zarówno finansowe, jak i polityczne, dlatego też zawiązano syndykat, który miał się zająć rozwiązaniem problemu. Część sygnatariuszy paktu przejawiała mglistą świadomość jego ustaleń, byli jednak wśród nich też tacy, którzy o wszystkim doskonale wiedzieli, a ja mogę przysiąc, że nie zapomniałem ich nazwisk. Informacja o planowanej podróży Caratala dotarła do nich z dużym wyprzedzeniem, wiedziano również, że wiezie ze sobą Ameryki Środkowej dowody, które mogły ich zrujnować. Istotny jest również fakt, że syndykat dysponował dosłownie nieograniczonymi funduszami. Natychmiast rozpoczęto poszukiwania człowieka zdolnego wykorzystać tak wielką potęgę. Musiał on być rzutki, pomysłowy i przebiegły — po prostu wyjątkowy. Ostatecznie ich wybór padł na Herberta de Lernaca i nie waham się przyznać, że nie mogli trafić lepiej.

Do moich obowiązków należało zarządzanie powierzonymi mi pieniędzmi, znalezienie odpowiednich współpracowników oraz upewnienie się, że Caratal nigdy nie dotrze do Paryża. Zabrałem się do rzeczy z właściwą sobie energią i w godzinę po otrzymaniu wstępnych instrukcji podjąłem pierwsze kroki, które obmyśliłem w celu jak najskuteczniejszego zrealizowania planu.

Zacząłem od wysłania do Ameryki Środkowej zaufanego człowieka, który miał się wybrać w podróż wraz z Caratalem. Gdyby udało mu się zdążyć, statek, którym płynął finansista, nigdy nie dotarłby do Liverpoolu; niestety mój agent przybył na miejsce, gdy liniowiec opuścił port. Udało mi się zorganizować niewielki, uzbrojony bryg, który miał dogonić statek, ale i tu fortuna również mi nie sprzyjała. Szczęśliwie, wzorem wielkich organizatorów, byłem gotów na wszelkie ewentualności i miałem w zanadrzu kilka innych rozwiązań. Któreś z nich musiało w końcu przynieść oczekiwany skutek. Sprawa była o tyle skomplikowana, że należało się pozbyć zarówno Caratala, jak i dokumentów, a jeśli tylko cokolwiek wskazywałoby na fakt, że jego towarzysz także jest świadom, w jakim celu wyruszyli w podróż, on także musiał zniknąć. Pospolite morderstwo nie wchodziło więc w rachubę. Należy także pamiętać, że obaj się spodziewali, że ktoś spróbuje im przeszkodzić, i zachowywali nadzwyczajną czujność. Innymi słowy — było to dla mnie wymarzone zadanie, lubowałem się bowiem w załatwianiu spraw, których inni obawiali się podjąć.

Słysząc pogłoski, że Caratal zdołał sobie zapewnić solidną ochronę, która miała dołączyć do niego w Londynie, przygotowałem się skwapliwie na jego przybycie do Liverpoolu. Wszystko musiało się rozstrzygnąć pomiędzy nabrzeżem portu a londyńskim dworcem linii spółki London — West Coast. Mieliśmy na podorędziu sześć przemyślnych planów, każdy z nich bardziej skomplikowany od poprzedniego, to zaś, który z nich zostanie wykorzystany, uzależnione było od kolejnych posunięć naszego celu. Bez względu na to, co zamierzał zrobić — wyruszyć w dalszą podróż zwyczajnym pociągiem, ekspresem czy też wynajętym składem specjalnym — zdołaliśmy wszystko przewidzieć i przygotować odpowiednie rozwiązanie.

Jak łatwo sobie wyobrazić, nie mogłem tego wszystkiego dokonać samodzielnie. Nie znam się przecież na angielskim kolejnictwie. Powierzone mi fundusze wystarczyły jednak w zupełności na sprowadzenie współpracowników ze wszystkich stron świata i już wkrótce miałem do dyspozycji jeden z najbystrzejszych umysłów w całej Anglii. Nie zamierzam oczywiście zdradzić jego nazwiska, lecz nieuczciwością byłoby przypisywanie zasług tylko sobie. Mój brytyjski sprzymierzeniec okazał się doskonale zaznajomiony z angielskim kolejnictwem, dysponował również grupą inteligentnych i godnych zaufania współpracowników. To on obmyślił plan, pozostawiając mojemu osądowi tylko kilka szczegółów. Przekupiliśmy kilku kolejarzy, z których najważniejszym okazał się James McPherson, i upewniliśmy się, że to właśnie jemu powierzona zostanie opieka nad pociągiem specjalnym. Palacz nazwiskiem Smith również był naszym człowiekiem. Podchodziliśmy również maszynistę, Johna Slatera, natrafiliśmy jednak na upartego i niebezpiecznego człowieka, więc musieliśmy tego poniechać. Nie mogliśmy oczywiście wiedzieć, czy Caratal faktycznie zdecyduje się na wynajęcie pociągu, ale biorąc pod uwagę, że zależało mu na jak najszybszym dotarciu do Paryża, wydawało się to najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem. Przygotowaliśmy się na tę ewentualność na długo przed tym, nim załoga parowca ujrzała angielskie wybrzeże i zapewne rozbawi was informacja, że rolę pilota, który wprowadził statek do portu, pełnił jeden z moich ludzi.

Od chwili przybycia Caratala do Liverpoolu jasnym się stało, że nasz cel jest świadom grożących mu niebezpieczeństw i bacznie się wszystkiemu przygląda. Wziął ze sobą zwalistego ochroniarza nazwiskiem Gomez, który nie zawahałby się przed sięgnięciem po broń. To właśnie on trzymał pieczę nad poufnymi dokumentami i był gotów ich bronić równie zawzięcie co swego chlebodawcy. Istniało duże ryzyko, że Gomez był zaznajomiony ze szczegółami sprawy, więc wyeliminowanie samego Caratala nie rozwiązywało naszego problemu. Obu musiał spotkać ten sam los, oni zaś ułatwili nam życie, podejmując decyzję o wynajęciu pociągu. Z trójki czekających na nich pracowników kolei, dwóch było opłaconych przez nas, a suma zaoferowanych im pieniędzy pozwalała zachować niezależność finansową do końca życia. Nie chcę tu oczywiście twierdzić, że Anglicy są uczciwsi niż większość pozostałych nacji, odkryłem jednak, że potrafią się bardzo wysoko cenić.



Wspominałem już o moim angielskim sprzymierzeńcu, człowieku, którego czeka wspaniała przyszłość, o ile ktoś wcześniej nie poderżnie mu gardła. Pozostawiwszy mu pieczę nad realizacją planu w Liverpoolu, zameldowałem się w gospodzie w Kenyon, gdzie czekałem na umówiony sygnał. Kiedy tylko zgodzono się wynająć Caratalowi pociąg, agent wysłał do mnie depeszę i podał spodziewaną godzinę przyjazdu, po czym, wcielając się w niejakiego Horace’a Moore’a, również poprosił o wynajęcie specjalnego składu, z nadzieją, że zdobędzie miejsce w wagonie Caratala, co mogłoby się w pewnych okolicznościach okazać korzystne. Gdyby nasz plan nie wypalił, zadaniem mojego sprzymierzeńca było zastrzelenie obu mężczyzn i pozbycie się dokumentów. Niestety, czujny finansista nie zgodził się na zabranie dodatkowych pasażerów. Usłyszawszy o odmowie, agent opuścił dworzec, po czym wśliznął się z powrotem innym wejściem i przekradł do wagonu konduktorskiego, wyruszając w drogę w towarzystwie konduktora McPhersona.

Interesuje was zapewne, co w tym czasie działo się ze mną. Przygotowania trwały od wielu dni, więc pozostało mi do załatwienia tylko kilka drobiazgów. Upatrzyliśmy sobie boczną linię, która łączyła się swego czasu z magistralą, ale została rozebrana. By przyłączyć ją na nowo, wystarczyło położyć zaledwie kilka jardów torów. Udało nam się to zrobić bez zwracania niczyjej uwagi, pozostało przyłączyć tory do głównej linii dokładnie w tym samym miejscu, skąd niegdyś odchodziły. Podkłady wciąż leżały na swoich miejscach, a szyny, nakładki i nity zabraliśmy z opuszczonej bocznicy. Z pomocą mojej niewielkiej, ale skutecznej grupki pracowników, udało się to załatwić na długo przed przyjazdem pociągu. Kiedy się wreszcie pojawił, połączenie okazało się tak doskonałe, że obaj pasażerowie nawet nie zauważyli, że pojazd odbił z trasy.

Zakładaliśmy, że maszynista zostanie uśpiony chloroformem przez opłaconego przez nas palacza Smitha, po czym zniknie wraz z pozostałymi. Był to jedyny — powtarzam: jedyny — moment, w którym nasz plan zawiódł, jeśli nie liczyć późniejszej karygodnej głupoty McPhersona, który postanowił napisać do żony. Atak palacza okazał się tak niezdarny, że Slater runął z lokomotywy i chociaż dopisało nam szczęście, ponieważ przetrącił sobie kark podczas upadku, jego śmierć zbrukała prawdziwe arcydzieło, które miano podziwiać w milczeniu przez wiele następnych lat. Specjaliści od spraw kryminalnych potwierdzą zapewne, że John Slater stanowił wyłączną skazę w naszych planach, a ja, jako człowiek, który odniósł w życiu wiele sukcesów i potrafi zdobyć się na szczerość, również muszę przyznać, że jego śmierć okazała się naszym niedopatrzeniem.

Musiałem jednak zająć się pociągiem, który pokonał kolejną milę po torach przed laty prowadzących do opuszczonej dziś kopalni Heartsease, jednej z największych w całej Anglii. Zapytacie zapewne, jak to się stało, że nikt nie zauważył pociągu jadącego od dawna nieużywaną trasą. Moja odpowiedź jest zaś taka, że linię poprowadzono dnem głębokiego wąwozu i tylko człowiek stojący na jego krawędzi mógł zauważyć, co się dzieje poniżej. W owej chwili jedyną osobą, jaka znajdowała się w tym miejscu byłem ja i zaraz wam opowiem, co widziałem.

Mój asystent wciąż czekał na posterunku, z którego nadzorował przekierowanie pociągu. Towarzyszyło mu czterech uzbrojonych mężczyzn — nasze zabezpieczenie na wypadek, gdyby pojazd wykoleił się w czasie zmiany trasy, co zdało nam się całkiem prawdopodobne, zważywszy na stan zardzewiałych śrub. Kiedy tylko zobaczył, że skład zmierza bezpiecznie w stronę kopalni, przekazał mi dowodzenie nad resztą operacji. Ustawiłem się wraz z dwoma uzbrojonymi kompanami nad wjazdem do kopalni. Jak zdążyliście się już pewnie zorientować, byłem gotów na wszystko.



Pociąg pokonał już spory odcinek bocznej linii, gdy palacz odrobinę przyhamował, by chwilę później znów rozpędzić lokomotywę, z której wyskoczył razem z McPhersonem oraz naszym brytyjskim sprzymierzeńcem, nim pojazd maksymalnie się rozpędził. Manewr hamowania mógł wzbudzić w pasażerach podejrzenia, ale nie zdążyli nawet wystawić głów przez okna, gdy pociąg znów pognał przed siebie, nabierając prędkości. Myśl o ich zaskoczeniu nawet dziś wywołuje we mnie uśmiech. Wyobraźcie sobie tylko, co byście czuli, widząc z okien waszego luksusowego wagonu pordzewiałe, popękane szyny, pokryte żółcią i czerwienią korozji oraz rozkładu! Jakiż lęk musiał ich ogarnąć, gdy zrozumieli, że śmierć, a nie Manchester, będzie końcową stacją na tej złowieszczej trasie. Pociąg, kolebiąc się na zardzewiałych szynach, sunął przed siebie z fantastyczną szybkością, a spod jego kół dobywał się przeraźliwy wizg. Stałem na tyle blisko, że widziałem twarze pasażerów. Zdawało mi się, że Caratal pogrążył się w modlitwie, zaciskając dłoń na czymś w rodzaju różańca. Z gardła jego towarzysza wydobywały się zwierzęce ryki, był niczym rozjuszony byk, który wyczuł, że prowadzą go na rzeź. Kiedy dostrzegł nas na skraju wąwozu, zaczął się miotać jak skończony szaleniec. Szarpnąwszy za pasek przy nadgarstku, pozbył się wiszącej na nim walizeczki i cisnął ją przez okno w naszą stronę. Znaczenie tego gestu było nader jasne: chcieli przekazać nam dowody i obiecywali milczenie, jeśli tylko nie odbierzemy im życia. Trudno to uznać za złą ofertę i z pewnością moglibyśmy się dogadać, ale umowa to umowa, poza tym rozpędzony pociąg znajdował się poza wszelką kontrolą.

Wycie olbrzyma ucichło dopiero wtedy, gdy pojazd z łoskotem pokonał zakręt i przed ich oczami rozpostarła się mroczna czeluść kopalni. Już wcześniej oczyściliśmy przejazd i pozbyliśmy się blokujących go desek. Aby ułatwić załadunek węgla, linię poprowadzono prawie do samego wylotu szybu, wystarczyło więc dołożyć kilka metrów torów, by dotarły do samej krawędzi. Choć prawdę mówiąc, jako że nie mieliśmy odpowiednio wymierzonych szyn, nasza trasa kończyła się dopiero metr za krawędzią szybu. Caratal i Gomez przyciskali twarze do okien, przyglądając się w milczeniu swojemu przeznaczeniu. Widok ten musiał wywołać w nich paraliżujący lęk, bowiem nie odwrócili wzroku aż do końca.

Zastanawiałem się oczywiście, jak może wyglądać zaplanowany przeze mnie upadek rozpędzonego pociągu i byłem zaintrygowany nadchodzącym finałem. Jeden z moich towarzyszy zasugerował, że pojazd zdoła przeskoczyć nad ziejącą otchłanią i w rzeczy samej, niewiele się pomylił. Na szczęście skok okazał się zbyt krótki i lokomotywa z potwornym hukiem zawadziła zderzakiem o przeciwległą krawędź ściany, a jej odłamany komin poszybował w powietrzu. Tender i wagony zbiły się w jednolitą masę, która tkwiła przez jakąś minutę lub dwie w wylocie szybu wraz z resztkami lokomotywy, po czym w środku wraku coś się przełamało i cały ten ogrom zielonej stali, płonącego węgla, miedzianych okuć, kół, boazerii i tapicerek runął w głąb kopalni. Jego resztki odbijały się od ścian szybu z dudniącym łoskotem, a po długiej chwili dobiegł nas odległy odgłos potężnego uderzenia, oznaczający, że pociąg osiągnął swoje przeznaczenie. Kilka sekund później usłyszeliśmy wybuch kotła, a z czarnej czeluści uniosła się gęsta chmura dymu i pary, która zmoczyła nas niczym ulewa. Po jakimś czasie wyziewy zaczęły się przerzedzać, aż w końcu zupełnie się rozwiały, przepuszczając promienie letniego słońca. W kopalni Heartsease ponownie zapanowała cisza.

Po wykonaniu planu musieliśmy zatrzeć ostatnie ślady naszej obecności. Nasi robotnicy zdążyli rozebrać tory łączące zjazd do kopalni z magistralą, pozostawiając wszystko w takim stanie, w jakim było uprzednio, my zaś mieliśmy pełne ręce roboty w kopalni. Oderwany komin i pozostałe resztki pociągu trafiły do szybu, zabezpieczyliśmy ponownie jego wlot i zdemontowaliśmy dodatkowe tory. Po wszystkim rozproszyliśmy się, nie okazując nadmiernego pośpiechu ani też nie zwlekając zbyt długo. Z większością moich kompanów udałem się do Paryża, nasz angielski sprzymierzeniec skierował się do Manchesteru, podczas gdy McPherson dotarł do Southampton, skąd odpłynął do Ameryki. Angielskie gazety z tego czasu dobitnie poświadczają, jak doskonale wykonaliśmy naszą robotę, wyprowadzając w pole najsprytniejszych detektywów.

Pamiętacie zapewne o walizeczce z dokumentami, którą Gomez wyrzucił z pędzącego pociągu — nie muszę więc chyba mówić, że trafiła ona w moje ręce, a następnie została przekazana moim mocodawcom. Tym ostatnim chciałbym przekazać, że na pamiątkę wspomnianych wydarzeń pozwoliłem sobie zatrzymać kilka dokumentów. Nie mam oczywiście zamiaru ich upubliczniać, cóż jednak mogę zrobić, wiedząc, że nikt nie stanie w mojej obronie i nie mam co liczyć na pomoc ze strony przyjaciół? Mogę was zapewnić, drodzy panowie, że Herbert de Larnac potrafi być równie bezwzględnym wrogiem co oddanym sojusznikiem i nie pozwoli zaprowadzić się na gilotynę, nim wcześniej nie sprawi, że wszyscy odpowiedzialni za to ludzie trafią do kolonii karnej w Nowej Kaledonii. Dlatego też nalegam, panie de…, generale… i baronie…, abyście dla własnego dobra pospieszyli mi z pomocą (zostawiam puste miejsca, które możecie sobie sami wypełnić w trakcie lektury). W przeciwnym wypadku w kolejnym zeznaniu nie będzie już ani jednej białej plamy.

PS Czytając swoje zeznania zauważyłem drobne przeoczenie dotyczące tego nieszczęsnego głupca McPhersona, który napisał do żony, próbując umówić się na spotkanie w Nowym Jorku. Zważywszy o jak wielką stawkę toczyła się gra, nie mogliśmy tego oczywiście tak pozostawić, bez względu na to, czy ktoś pokroju McPhersona byłby skłonny zdradzić swoje tajemnice kobiecie. Po tym, jak nawiązał z nią kontakt, łamiąc tym samym naszą przysięgę, nie mogliśmy dłużej mu ufać, przedsięwzięliśmy więc odpowiednie kroki, by się upewnić, że nigdy już nie spotka swojej małżonki. Jako że chodziło mi to już po głowie od pewnego czasu, chciałbym z tego miejsca uprzejmie zapewnić panią McPherson, że nie ma żadnych przeszkód, by znalazła sobie nowego męża”.


Dedukcja Watsona

(How Watson Learned the Trick)




Opowiastka holmesowska, ręką Arthura Conan Doyle’a spisana.


Od kiedy zasiedli przy stole do śniadania, Watson nie spuszczał wzroku ze swego kompana. Wreszcie Holmes spojrzał mu prosto w oczy.

— Nad czym się tak zastanawiasz, Watsonie? — zapytał.

— Nad tobą.

— Nade mną?

— Tak, mój Holmesie. Rozmyślałem właśnie nad tym, jak miałkie są wszystkie twoje sztuczki i jakie to wspaniałe, że publika wciąż okazuje nimi tak wielkie zainteresowanie.

— Zgadzam się — odparł Holmes. — Jeśli się nie mylę, sam niegdyś poczyniłem podobną uwagę.

— Twoich metod można się bez trudu nauczyć — dodał zgryźliwie Watson.

— Bez wątpienia — uśmiechnął się Sherlock. — Być może sam zechcesz zaprezentować jakiś przykład dedukcji.

— Z rozkoszą — zgodził się Watson. — Mogę na przykład stwierdzić, że dzisiejszego poranka byłeś czymś niezwykle zaaferowany.

— Doskonale! — ucieszył się Holmes. — W jaki sposób do tego doszedłeś?

— Ponieważ zazwyczaj jesteś bardzo schludny, a dziś zapomniałeś się ogolić.

— Niewiarygodne! Cóż za spostrzegawczość! — wykrzyknął Holmes. — Nie domyślałem się, że jesteś aż tak pojętnym uczniem, Watsonie. Czy twój sokoli wzrok doprowadził cię do jeszcze jakichś odkryć?

— Oczywiście. Masz klienta nazwiskiem Barlow, ale sprawa nie zakończyła się sukcesem.

— Jakim cudem zdołałeś to odgadnąć?

— Zauważyłem jego nazwisko na kopercie. Jęknąłeś, widząc treść listu, i wepchnąłeś go do kieszeni, marszcząc przy tym brwi.

— Zachwycające! Jesteś niezwykle uważny. Coś jeszcze?

— Obawiam się, Holmesie, że zabrałeś się za spekulacje finansowe.

— Jakże udało ci się to odkryć?

— Sięgnąłeś po gazetę, otwarłeś ją na dziale finansowym i wyraźnie się ożywiłeś.

— Cóż za spryt, Watsonie! To nie koniec twoich odkryć?

— Nie. Zauważyłem również, że zamiast zwyczajowego szlafroka, włożyłeś dziś czarny płaszcz, co oznacza, że spodziewasz się niezwykle ważnych odwiedzin o poranku.

— To wszystko?

— Mógłbym oczywiście podać jeszcze kilka przykładów, mój Holmesie, myślę jednak, że tyle wystarczy, by udowodnić, że są na tym świecie ludzie, którzy potrafią dorównać ci przenikliwością.

— Oraz ci, którym przenikliwość jest zupełnie obca — zauważył Holmes. — Przyznaję, nie ma ich zbyt wielu, obawiam się jednak, drogi Watsonie, że powinienem cię zaliczyć w ich poczet.

— Jakże to, Holmesie?

— Mój przyjacielu, muszę przyznać, że twoje zdolności dedukcyjne nie okazały się tak wielkie, jak mógłbyś sobie tego życzyć.

— Próbujesz powiedzieć, że się pomyliłem?

— Może odrobinę, ale tak. Zacznijmy od początku: nie ogoliłem się, ponieważ oddałem brzytwę do ostrzenia. Włożyłem płaszcz, ponieważ, ku mojemu utrapieniu, miałem dziś rano umówioną wizytę u dentysty. Nazywa się Barlow, a zauważony przez ciebie list potwierdzał godzinę naszego spotkania. W gazecie zaś, tuż obok działu finansowego, znajdują się informacje sportowe, z których dowiedziałem się, że krykieciści z Surrey podejmują u siebie drużynę z Kentu. Ale nie zrażaj się, drogi Watsonie! To naprawdę miałkie sztuczki i bez wątpienia kiedyś uda ci się je opanować.


Tajemnica współautorów

J. M. Barrie

(The Adventure of the Two Collaborators)




Zbliżając się do końca omawiania przygód Sherlocka Holmesa, siłą rzeczy przypomniałem sobie, że nie licząc jednego przypadku, który stał się finałem jego niezwykłej kariery i o którym zaraz usłyszycie, mój przyjaciel nigdy nie angażował się w rozwiązywanie spraw dotyczących ludzi pióra.

— Nie jestem szczególnie wybredny w doborze klientów — zwykł mawiać w takich sytuacjach. — Ale literaci to dla mnie zbyt wiele.

Pewnego wieczoru przebywaliśmy w naszym mieszkanku przy Baker Street. Siedziałem (jak pamiętam) przy stole, spisując Tajemnicę człowieka bez nogi (która wywołała tak wielkie poruszenie wśród członków Królewskiego Towarzystwa Naukowego i innych stowarzyszeń badawczych w całej Europie), Holmes natomiast zabawiał się trenowaniem umiejętności strzeleckich. Było to jego ulubione zajęcie w letnie wieczory, a kule świstały wokół mojej twarzy tak długo, aż udało mu się stworzyć wierne odbicie mojego oblicza na przeciwległej ścianie. Urocze podobieństwo tych portretów do oryginału było doskonałym dowodem jego umiejętności.

Wyjrzawszy tego dnia przez okno i spostrzegłszy dwóch mężczyzn spieszących po Baker Street, zapytałem Sherlocka, czy nie domyśla się, kim są. Mój przyjaciel momentalnie zwinął się na fotelu przybierając postać ósemki i zapalił fajkę.

— Obaj są współautorami operetki, której nie udało się odnieść sukcesu.

Jego odpowiedź była tak zaskakująca, że zerwałem się z krzesła i podskoczyłem, uderzając głową o sufit (naznaczony dziesiątkami wgnieceń).

— To przecież oczywiste, mój drogi Watsonie, że są to ludzie, których powołanie zaciągnęło do rynsztoka — wyjaśnił. — Nawet ty powinieneś umieć to wyczytać z ich twarzy. Unoszące się wokół nich skrawki niebieskiego papieru pochodzą bez wątpienia z Agencji Prasowej Durranta. Mają ich przy sobie setki (wystarczy spojrzeć na te wypchane kieszenie). Nie rozrzucaliby ich wokół siebie, gdyby zawierały pochlebne recenzje.

— To zdumiewające! — wykrzyknąłem. — Skądże jednak masz pewność, że nie są to skromni powieściopisarze?

— Niemożliwe — odparł Holmes. — O skromnych powieściopisarzach wspomina się w prasie nie częściej niż raz na tydzień. Jedynie zbrodniarze, dramaturdzy i aktorzy mogą liczyć na setki recenzji.

— Może to więc aktorzy?

— Aktorzy przybyliby powozem.

— Możesz powiedzieć o nich coś jeszcze?

— Mnóstwo. Z błota oblepiającego trzewiki pierwszego z nich bez trudu wnioskuję, iż pochodzi z South Norwood. Jego towarzysz jest oczywiście szkockim pisarzem.

— Jak to odkryłeś?

— W kieszeni jego płaszcza tkwi książka zatytułowana (co widać doskonale) Auld Licht Coś Tam. Któż, jak nie szkocki pisarz, nosiłby przy sobie księgę pod podobnym tytułem?

Muszę przyznać, że jego przenikliwość zdała mi się w tym momencie czymś wielce niezrozumiałym.

W międzyczasie jasnym się stało, że obaj mężczyźni (o ile zechcemy ich określić tym mianem) podążają ku naszemu domowi. Zwykłem powtarzać, nader często, jakoby mój przyjaciel Holmes z rzadka się poddawał gwałtownym emocjom, teraz jednak aż posiniał z przejęcia. Chwilę później na jego obliczu zakwitł tajemniczy wyraz tryumfu.

— Watsonie! — wykrzyknął. — Przecież ten rosły mężczyzna to człowiek, który od lat przypisywał sobie moje największe osiągnięcia! W końcu go dopadłem!

Znów uderzyłem głową o sufit, a kiedy opadłem na podłogę, nasi goście już stali w progu.

— Domyślam się, moi panowie — powitał ich pan Holmes — że sprowadziła was tu sprawa niecierpiąca zwłoki?

Przystojniejszy z tajemniczych nieznajomych spojrzał nań z wyraźnym podziwem, zapytując, jak udało mu się to odgadnąć; wielkolud jednak tylko skrzywił się z niesmakiem.

— Zapomniał pan o obrączce na swoim palcu serdecznym — odpowiedział ze spokojem Holmes.

Moja głowa znów zbliżyła się do sufitu, wtedy jednak rosły gbur postanowił włączyć się do rozmowy.

— Zachowaj pan te bzdury dla gawiedzi, Holmes — warknął. — Mnie pan nie zamydlisz oczu. A jeśli pan, panie Watson, jeszcze raz huknie głową o powałę, to postaram się, żebyś już na zawsze pan tam pozostał.

W tej sekundzie rozegrało się przed nami zadziwiające zjawisko. Mój przyjaciel Sherlock Holmes się skurczył. Zmalał na moich oczach. Omiotłem sufit tęsknym wzrokiem, ale nie ośmieliłem się podskoczyć.

— Pierwsze cztery strony możemy sobie darować — kontynuował grubianin. — Przejdźmy do rzeczy. Chcę wiedzieć, dlaczego…

— Pan pozwoli — przerwał mu Holmes, odzyskując dawny kuraż. — Chciałby pan wiedzieć, dlaczego publiczność ignoruje pańską operetkę.

— W rzeczy samej — odparł tamten z przekąsem. — Da się to wywnioskować ze spinek w mojej koszuli. — Nagle w jego głosie pojawiła grobowa nuta. — Ale tak naprawdę może się pan tego dowiedzieć w jeden tylko sposób, dlatego jestem zmuszony nalegać, by zobaczył pan całą sztukę.

Narastający we mnie niepokój sprawił, że zadrżałem. Bałem się, że jeśli Holmes się na to zgodzi, będę musiał mu towarzyszyć. Mój przyjaciel jednak wykazał się złotym sercem.

— Nigdy! — załkał histerycznie. — Zrobię wszystko, ale do tego pan mnie nie zmusi!

— Odmowa może kosztować pana życie — poinformował z wyraźną groźbą w głosie osiłek.

— Wolałbym raczej rozpłynąć się w powietrzu — stwierdził Holmes, sadowiąc się z dumą na krześle. — Nie muszę oglądać pańskiej sztuki, aby powiedzieć dlaczego publiczność zbyła ją milczeniem.

— Czemuż to?

— Ponieważ — Holmes zmierzył go spokojnym wzrokiem — woli się trzymać od niej z daleka.

Po tej zdumiewającej uwadze zapadła kompletna cisza. Obaj nieznajomi przez długą chwilę nie spuszczali zdumionych spojrzeń z człowieka, który w tak cudowny sposób rozwikłał zagadkę ich niepowodzenia. A potem sięgnęli po noże...

Holmes wciąż się kurczył i kurczył, aż w końcu pozostał po nim ledwie obłoczek dymu, który uniósł się pod sufit.

Ostatnie słowa wypowiedziane przez wielkich ludzi bywają zwykle godne uwagi. Oto ostatnie słowa Sherlocka Holmesa: „Głupcze! Przez całe lata zapewniałem ci dobrobyt! To dzięki mnie woziłeś się powozami, docierając tam, gdzie żaden pisarz nigdy nie dotarł! Od tej pory będziesz skazany na transport miejski!”.

Osłupiały gbur osunął się na krzesło.

Drugi z pisarzy nie okazał najmniejszego nawet zaskoczenia.


Dla A. Conan Doyle’a  

Od przyjaciela  

J.M. Barriego  

 


Zagadka Mary Jane

Marceli Szpak


Opublikowane w 1909 roku pierwsze, anonimowe tłumaczenie Zagadki wielbiciela zegarków, które ukazało się w dziewięciu odcinkach na łamach „Gazety Kieleckiej” pod tytułem Człowiek z zegarkami, prócz tego, że pozwala się przyjrzeć zaginionemu w ciągu ostatnich stu lat bogactwu słownictwa kolejowego, jest także świetnym przykładem zabiegów, do jakich posuwali się tłumacze, cenzurując lub łagodząc wątki homoseksualne w prozie popularnej. W swojej podstawowej warstwie fabularnej Zagadka wielbiciela zegarków jest opowieścią o tragicznej miłości dwóch mężczyzn, których nieakceptowane wówczas skłonności, zmusiły do życia na marginesie społeczeństwa. Conan Doyle dość jasno daje do zrozumienia, że „niewieście szatki” Edwarda to nie tylko kamuflaż, przydatny w szulerskiej profesji, ale także oznaka niezdrowych słabości, które toczą bohatera niczym pleśń, w jednej z końcowych scen zaś porzuca zabawę w homofobiczne aluzje, wkładając w usta zdenerwowanego Jamesa jedną z typowych slangowych obelg, jakimi w epoce wiktoriańskiej określano homoseksualistów — Mary Jane. W tłumaczeniu sprzed stu lat elementy te giną, zatuszowane przez wielosłowie i kwiecistość nieznanego tłumacza, który postanowił dodać nieco blasku suchemu, przesyconemu zjadliwą ironią stylowi Conan Doyle’a, a tragiczny związek dwóch kochanków pod jego wpływem przerodził się w akceptowaną społecznie bandycką przyjaźń między mężczyznami. Wersja ta wciąż jednak pozostaje ciekawym znakiem swoich czasów, interesującym nie tylko dla fanów Sherlocka Holmesa.


Człowiek z zegarkami

(The Man with the Watches)




Niejeden zapewne pamięta jeszcze zagadkową sprawę, o której pod tytułem: „Tajemnica w Rugby”, rozpisywały się dzienniki na wiosnę roku 1901. Ponieważ zdarzenie to przypadło w okresie wyjątkowej posuchy pod względem wiadomości politycznych i bieżących, więc może więcej ściągnęło uwagi, niż nawet było warto i silnie pobudziło wyobraźnię ogółu. Zainteresowanie zmniejszyło się jednakże, gdy po całych tygodniach daremnych dochodzeń nie znaleziono ostatecznego rozwiązania faktów tak, że wypadek ten musiano zaliczyć do rzędu zbrodni niewytłumaczonych i nieukaranych. W ostatnich czasach nadesłano jednak, z niewątpliwie wiarygodnego źródła wyjaśnienie tajemnicy, której podstawowe fakta dobrze będzie dla przypomnienia powtórzyć.

Dnia 18 marca r. 1901 o godzinie piątej po południu wyruszał pociąg ze stacji Euston do Manchster. Był to wietrzny, dżdżysty dzień; ku wieczorowi pogoda pogorszyła się jeszcze, tak, że już chyba ten tylko wybierał się w podróż, kto koniecznie jechać musiał. A jednak był to ulubiony pociąg mieszkańców Manchesteru, dojeżdżających do Londynu za interesami, gdyż szedł tylko cztery godziny i dwadzieścia minut, a zatrzymywał się tylko trzy razy. Toteż pomimo okropnej pogody, dosyć stosunkowo był zapełniony owego wieczora. Konduktor tego pociągu był to zaufany dawny urzędnik Towarzystwa, mający za sobą dwadzieścia dwa lata nieposzlakowanej służby. Nazywał się John Palmer.

Zegar stacyjny wskazywał punkt piątą i konduktor miał właśnie dać maszyniście zwykły sygnał do odjazdu, gdy zauważył biegnących wzdłuż peronu dwóch spóźnionych podróżnych. Jednym z nich był mężczyzna, wyjątkowo wysokiego wzrostu, ubrany w długi płaszcz z barankowym kołnierzem i barankowymi wyłogami przy rękawach. Wieczór był przejmująco zimny, toteż wysoki podróżny z wysoko podniesionym, ciepłym kołnierzem osłaniał gardło przed marcowym wiatrem. Konduktorowi, na szybki rzut oka, wydał się człowiekiem w wieku między pięćdziesiątką a sześćdziesiątką, który zachował sporo młodzieńczej rześkości i żywości w ruchach. W ręku niósł brunatną, skórzaną, ręczną walizkę. Towarzyszką jego była kobieta wysoka i prosta, idąca elastycznym i szybkim krokiem tak, że wyprzedzała nawet swego towarzysza. Miała na sobie długi, popielaty płaszcz podróżny, czarny, przystający do głowy toczek i ciemną woalkę, która zakrywała większą część jej twarzy. Można ich było wziąć za ojca i córkę. Szli pospiesznie wzdłuż rzędu wagonów i zaglądali do okien, dopóki ich John Palmer, konduktor, nie dogonił.

— Niech państwo wsiadają prędko, pociąg odchodzi! — upomniał.

— Pierwsza klasa — odpowiedział mężczyzna.

Konduktor nacisnął klamkę najbliższego przedziału. W przedziale tym siedział drobny mężczyzna z cygarem w ustach. Wygląd jego upamiętnił się widocznie w umyśle konduktora, gdyż później gotów był opisać go i stwierdzić tożsamość osoby. Mógł mieć lat około trzydziestu czterech lub pięciu, miał na sobie ubranie popielate, twarz czerstwą, ogorzałą; i małą, czarną, krótko przystrzyżoną bródkę. Podniósł oczy, gdy się drzwi otworzyły. Wysoki mężczyzna, z nogą już na stopniu wagonu, przystanął.

— To przedział dla palących. Ta pani nie znosi dymu — rzekł i obejrzał się na konduktora.

— I owszem! Proszę tutaj! — rzekł John Palmer. Zatrzasnął drzwi przedziału dla palących, otworzył następny, który był pusty i wskazał miejsca podróżnym. W tej samej chwili gwizdnął i pociąg ruszył z miejsca. Pan z cygarem w ustach stał w oknie swojego coupé i przemówił coś do konduktora, w chwili, gdy go mijał, słowa te jednak zagłuszył hałas i turkot odjazdu. Palmer wskoczył do brankardu, gdy ten podjechał blisko i więcej już o całym tym zajściu nie myślał.

— W dwanaście minut po wyruszeniu pociąg zatrzymał się na stacji Willesden; stał tam krótką chwilę. Przegląd biletów stwierdził z pewnością, że nikt tam wtedy nie wsiadł ani nie wysiadł; nie widziano też żadnego podróżnego, wychodzącego na peron. O 5.14 pociąg stanął w Manchester, a w Rugby o 6.50, ponieważ ekspres spóźnił się o pięć minut.

— W Rugby uwagę urzędników stacyjnych zwróciła okoliczność, że drzwi jednego z przedziałów pierwszej klasy były otwarte. Zbadanie tego przedziału i sąsiedniego wykazało rzeczy dziwne.

Przedział dla palących, w którym widziano niskiego, rumianego pana z czarną bródką, był pusty. Oprócz do połowy upalonego cygara, nie pozostało żadnego śladu po znikłym podróżnym. Drzwi przedziału były zamknięte. W sąsiednim przedziale, na który najpierw zwrócono uwagę, nie było również ani śladu pana w barankowym kołnierzu, ani młodej damy, która mu towarzyszyła. Wszyscy trzej podróżni zniknęli. Zamiast nich znaleziono na podłodze tego przedziału, którym jechał wysoki pan z młodą damą — młodego człowieka, modnie ubranego i eleganckiej powierzchowności. Leżał, z podciągniętymi kolanami, z głową opartą o dalsze drzwi, z łokciami na obu siedzeniach. Kula przebiła mu serce; śmierć musiała nastąpić natychmiastowo. Nikt nie widział, aby podróżny taki wsiadał do pociągu, żadnego też biletu kolejowego nie znaleziono w jego kieszeni; na bieliźnie jego nie było żadnych znaków, nie miał przy sobie ani papierów, ani niczego takiego, co mogłoby wskazać kim był. To też kim on był, skąd przybył i jakim sposobem śmierć znalazł — wszystko to było równie zagadkowym, jak to, co się stać mogło z trojgiem ludzi, którzy półtorej godziny temu w tych dwóch przedziałach wyruszyli z Willesden.

Powiedziałem, że nie było przy nim żadnej osobistej własności, która by mogła dopomóc do rozpoznania, kim był; to nie jest zupełnie ścisłe, co prawda. Zauważono bowiem u tego młodego człowieka pewną osobliwość, o której wiele w swoim czasie mówiono. W kieszeniach jego znaleziono nie mniej jak sześć cennych złotych zegarków: trzy w rozmaitych kieszonkach kamizelki, jeden w kieszonce do biletów, jeden w kieszeni na piersiach, a jeden mały, oprawiony w skórzany pasek, ujmujący lewą rękę w kostce. Nasuwającemu się na pierwszą myśl tłumaczeniu, że ten człowiek był złodziejem kieszonkowym i że to był jego łup — przeczyła ta okoliczność, że wszystkie te zegarki były fabryki amerykańskiej i typu bardzo w Anglii rzadkiego. Dalsza zawartość jego kieszeni składa się ze scyzoryka z korkociągiem, oprawnego w kość słoniową z małego, okrągłego lusterka o calu średnicy, z biletu do teatru w Lyceum, srebrnego pudełka do zapałek z zapałkami, brązowej skórzanej cygarnicy i dwóch funtów czternastu szylingów monety. Jasnym było przeto, że jakiekolwiek były motywy jego zabójstwa, rabunek nie był tu celem. Jak już wspomniałem, znaków na bieliźnie nie było, bielizna wydawała się nową, także i na paltocie nie było firmy krawca. Z powierzchowności zabity był młody, niewysoki, o gładkich policzkach i delikatnych rysach. W jednym z jego przednich zębów świeciła złota plomba.

Skoro tylko odkryto tę tragedię, zrobiono natychmiast przegląd biletów wszystkich podróżnych i ilość także podróżnych zliczono. Znaleziono, że tylko trzech biletów doliczyć się nie było można, odpowiednio do trzech podróżnych, którzy zniknęli. Puszczono wtedy ekspres w dalszą drogę, dając mu innego konduktora, a Johna Palmer, jako świadka zatrzymano w Rugby. Wagon, mający te dwa przedziały, odczepiono i usunięto na tor zapasowy. Po przybyciu zaś inspektora Vane ze Scotland Yardu i Mr. Hendersona, detektywa na usługach Towarzystwa kolejowego, zabrano się do wyczerpującego śledztwa i badania wszelkich, towarzyszących wypadkowi okoliczności.

Że tu stała się zbrodnia, to zdawało się być pewnym. Kulę, która, jak się okazało, pochodziła z małego pistoletu albo z rewolweru — wystrzelono z pewnej odległości, gdyż na ubraniu nie było przysmolenia. W coupé nie znaleziono żadnej broni (co ostatecznie dowiodło, że tu o samobójstwie nie mogło być mowy) — zniknęła też brązowa, ręczna, skórzana torba, którą konduktor widział w ręku wysokiego pana. Znaleziono jedynie damski parasol na półce, poza tym żadnych śladów po znikłych podróżnych.

Nie tylko sama zbrodnia, ale pytanie — jakim sposobem trzech podróżnych (w tym jedna kobieta) mogło wysiąść w ciągu nieprzerwanej jazdy między Willesden a Rugby — zaprzątało w najwyższym stopniu ciekawość publiczności i dało też powód londyńskiej prasie do snucia rozmaitych domysłów i kombinacji.

John Palmer, konduktor, dostarczył na sądzie śledczym pewnych szczegółów, objaśniając w pewnej mierze sytuację. Wedle jego zeznania, było jedno miejsce pomiędzy Tring a Cheddington, gdzie z powodu naprawy toru pociąg na parę minut zwolnił biegu, tak dalece, że szedł w tempie czternastu do szesnastu kilometrów na godzinę. Wtedy to mógł mężczyzna — a nawet wyjątkowo zręczna kobieta — wyskoczyć, nie narażając się na poważne niebezpieczeństwo. To prawda, że była tam gromadka robotników, układających relsy, i że ci nie widzieli niczego. Mają oni jednak zwyczaj stawać pomiędzy jednym torem, a drugim, a ponieważ otwarte drzwi przedziału znajdowały się po zewnętrznej stronie, więc ostatecznie mogłoby się zdarzyć, że ktoś wysiadł niewidziany, zwłaszcza, że było to pod wieczór. Wysoki wał nasypu zakryłby zresztą każdego, kto wyskoczywszy, chciałby się ukryć.

Konduktor zeznał także, że wielki był ruch na peronie w Willesden Junction i że jakkolwiek było pewnym, iż nikt wtedy nie wysiadł, to jednak mógł się był jakiś podróżny, niezauważony, przesiąść z jednego przedziału do drugiego. Nieraz się przecież zdarza, że jakiś podróżny dopala cygaro swoje w przedziale dla palących, a potem przesiada się do innego, gdzie lepsze powietrze. Przypuszczając, że ten pan z czarną brodą uczynił to w Willesden (a niedopalone cygaro na podłodze zdawało się to potwierdzać) wtedy naturalnie wszedłby do najbliższego przedziału i zeszedłby się z dwoma drugimi aktorami dramatu. Tak to, bez wielkiego nieprawdopodobieństwa, można sobie było wytłumaczyć pierwsze stadium sprawy. Ale jakim mogło być drugie, a zwłaszcza jak doszło do końcowego, tego ani konduktor, ani doświadczeni detektywowie odgadnąć nie umieli.

Przy starannym zbadaniu toru pomiędzy Willesden a Rugby zrobiono odkrycie, które mogło mieć poważne znaczenie — a może też i nie. Znaleziono mianowicie blisko Tring, w miejscu właśnie, gdzie pociąg zwolnił, mały kieszonkowy egzemplarz Starego i Nowego Testamentu, zniszczony bardzo i używany. Znaleziono go u samego dołu nasypu. Książeczka wydana była przez Towarzystwo Biblijne w Londynie i na pierwszej stronnicy miała napis: „Alicji od Jana. 13 stycznia 1856”. Dalej zaś poniżej: „James 1 listopada 1859” — a pod tym: „Edward 4 czerwca 1869”; wszystkie te zapiski pisane były jedną ręką.

To był jedyny ślad, jeśli to śladem nazwać; niczego więcej policja nie znalazła, a wyrok sądu „Morderstwo, popełnione przez osobę nieznaną” niewystarczająco zakończył tę dziwną historię. Robiono ogłoszenia, obiecywano nagrody, poszukiwano — wszystko daremnie — nie znaleziono żadnej podstawy do skutecznego śledztwa.

Nie przeszkadzało to jednak ludziom snuć domysły, przypuszczenia, hipotezy. Prasa, tak angielska, jak amerykańska, roiła się od kombinacji, przeważnie niedorzecznych. To, że zegarki były amerykańskiej fabryki, oraz pewne właściwości złotej plomby w zębach zdawały się wskazywać, że denat był obywatelem Stanów Zjednoczonych, jakkolwiek bielizna, ubranie, buty najwyraźniej pochodziły z Anglii. Niektórzy przypuszczali, że jechał ukryty pod siedzeniem i że towarzysze podróży odkrywszy go tam, zamordowali, dla jakichś tam niewiadomych powodów, może dlatego, iż podsłuchiwał zdrożne ich tajemnice. Ponieważ wiele słyszano o srogości i przebiegłości anarchistycznych i innych tajnych towarzystw, wiec przypuszczenie to brzmiało dość prawdopodobnie.

Fakt, że nie miał biletu, godził się z przypuszczeniem, że jechał ukryty — wiedziano też, że kobiety grały wybitną rolę w propagandzie nihilistycznej. Z drugiej strony jasnym było z zeznania konduktora, że człowiek ten musiał się chyba tam ukryć zanim weszli tamci drudzy — jakżeż więc nieprawdopodobnym było przypuszczać, że spiskowcy trafią prosto do tego przedziału właśnie, w którym już szpieg czekał ukryty! A zresztą to tłumaczenie nie zajmowało się wcale mężczyzną w przedziale dla palących i zupełnie nie odpowiadało na pytanie, dlaczego i tamten równocześnie zniknął? Policja wykazała z łatwością, że to przypuszczenie nie liczyło się z faktami, sama jednak w braku wszelkich dowodów, nie umiała dać żadnego wyjaśnienia.

W „Daily Gazette” ukazał się list, podpisany imieniem bardzo znanego kryminalistycznego badacza, który w swoim czasie dał pole do wielu dyskusji.

„Cokolwiek może być prawdą — pisał on — w każdym razie to, co się stało, opiera się na dziwacznym i wyjątkowym zbiegu wypadków; toteż w naszym wytłumaczeniu faktu nie potrzebujemy się wahać i śmiało przyjąć można wszelakie wyjątkowe i niezwykłe kombinacje. W braku danych, musimy porzucić analityczną i naukową metodę badania i musimy posługiwać się metodą syntetyczną. Jednym słowem, zamiast brać za podstawę wiadome wydarzenia i z nich wysnuwać, co się stać mogło — musimy zbudować dowolne przypuszczenie, o ile się ono tylko z tym, co wiadomo, zgadza. Probierzem tego, dowolnego wytłumaczenie będą następne świeże dowody, które się znaleźć mogą. Jeżeli te dostosują się we właściwych miejscach, okaże się, że prawdopodobnie trafiliśmy na właściwą drogę i w miarę każdego nowo odkrytego, a stosującego się faktu, prawdopodobieństwo wzrastać będzie w geometrycznej progresji, dopóki oczywistość nie stanie się w końcu przekonywująca.

Otóż zachodzi tu okoliczność ważna i dająca do myślenia, która w tym stopniu jak na to zasługuje, nie zwróciła dotąd uwagi. Istnieje pociąg lokalny, kursujący pomiędzy Harrow a King’s Langley, który tak idzie, że ekspres musiał go dogonić w tym czasie mniej więcej, gdy z powodu reparacji na linii, zwalniał bieg do szesnastu kilometrów. Te dwa pociągi musiały w tym czasie iść w tym samym kierunku i w tym samym tempie na równoległych liniach relsów. Każdy to wie doświadczenia, jak w tego rodzaju warunkach podróżni widzą dokładnie podróżnych w wagonach drugiego pociągu. Lampy w ekspresie zapalono w Willesden, tak, że wszystkie przedziały były jasno oświetlone i widoczne dla widza z zewnątrz.

Otóż następstwa wypadków, tak jak one mnie się wydają były następujące: Młody człowiek z nadmierną ilością zegarków siedział sam w jednym z przedziałów powolnego lokalnego pociągu. Bilet jego, rękawiczki i inne rzeczy, przypuśćmy, leżały na siedzeniu obok niego. Prawdopodobnie był też Amerykaninem, a prawdopodobnie też człowiekiem słabej inteligencji. Noszenie nadmiernej ilości biżuterii jest jednym z pierwszych symptomatów niektórych form obłąkania.

Przyglądając się wnętrzu wagonów ekspresu, który z powodu złego stanu toru w tym miejscu, posuwał się w tej chwili równie powolnie, jak jego własny pociąg, ujrzał tam nagle znajomych. Dla podtrzymania naszej teorii przypuścimy, że ci znajomi była to kobieta, którą kochał i mężczyzna, którego nienawidził — i był przezeń nienawidzony wzajemnie. Młody człowiek był skłonny do unoszenia się, był popędliwy. Otworzył drzwi od wagonu, przeskoczył ze stopnia lokalnego pociągu na stopień ekspresu, otworzył drzwi i stanął w obecności tamtych dwojga. Tego rodzaju skok (przypuśćmy, że oba pociągi szły jednakową szybkością) nie jest wcale tak niebezpiecznym, jakby się zdawać mogło.

Mając teraz naszego młodzieńca bez biletu w jednym przedziale ze starszym panem i młodą kobietą, bez trudności wyobrazić sobie możemy, że nastąpiła scena gwałtowna. Bardzo być może, że i tamci dwoje byli to także Amerykanie, zwłaszcza, że mężczyzna nosi broń przy sobie — co w Anglii jest rzeczą niezwykłą. Jeżeli trafnie przypuszczamy, że młodzieniec miał początki choroby umysłowej łatwo być mogło, że rzucił się na tamtego. W następstwie kłótni czy walki starszy mężczyzna zastrzelił intruza, a potem uciekł z wagonu wraz z młodą kobietą. Przypuszczamy, że wszystko to stało się bardzo szybko i że pociąg wciąż jeszcze szedł zwolnionym biegiem tak, że nietrudno było z niego wyskoczyć. Kobieta może wyskoczyć z pociągu robiącego szesnaście kilometrów na godzinę. W każdym razie wiemy, że ta kobieta tak zrobiła.

A teraz należy nam jeszcze uwzględnić człowieka, który jechał przedziałem dla palących. Przyjmując, że jak dotąd trafnie odtworzyliśmy całą tę tragedię, udział jego w niczym wniosków naszych nie obala. Zgodnie z moim wytłumaczeniem, ten człowiek widział, że młodzieniec przeskakuje z pociągu do pociągu, widział, że drzwi otwiera, posłyszał wystrzał z pistoletu, ujrzał dwóch zbiegów, wyskakujących na tor, zrozumiał, że popełniono morderstwo i sam także wyskoczył, chcąc ścigać tamtych. Dlaczego odtąd nie słyszeliśmy o nim, czy śmierć znalazł w tym pościgu, albo czy co jeszcze prawdopodobniejsze — przekonał się, że tu nie było powodu do wtrącania się — to jest szczegół, którego nie umiemy na razie wyjaśnić.

Przyznaję, że w całej tej sprawie są niektóre okoliczności, na które trudno znaleźć odpowiedź. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się mało prawdopodobnym, by w takiej chwili morderca obciążał się w ucieczce brązową skórzaną torbą. Odpowiem na to, że dobrze on wiedział, iż jeśli torbę znajdą, odkryją jego tożsamość. Było więc dla niego absolutną koniecznością zabrać tę torbę ze sobą. Cała moja teoria opiera się na tym przypuszczeniu — toteż proszę Towarzystwo kolei o dokładne śledztwo, czy dnia 18 marca, w pociągu lokalnym, idącym od Harrow do King’s Langley, znaleziono bilet kolejowy bez właściciela? Jeżeli nie, może ona pomimo to być trafną, gdyż można sobie wyobrazić, że albo podróżował bez biletu, albo że bilet swój zgubił.”

Tak brzmiała ta kombinacja, pracowicie obmyślana, a wielce prawdopodobna. Policja i towarzystwo kolei dały na to odpowiedź: primo, że takiego biletu nie znaleziono; secundo, że powolny pociąg nigdy nie mógł iść równolegle z ekspresem; tertio wreszcie, że pociąg lokalny stał właśnie na stacji King’s Langley w chwili, gdy ekspres w tempie stu kilometrów na godzinę przebiegł tuż koło niego.

Tak straciło wartość jedyne zadowalające wyjaśnienie i w ciągu pięciu lat nie mógł się nikt zdobyć na nic innego. Teraz dopiero wreszcie, doszło nas zeznanie, które tłumaczy wszystkie okoliczności i które musimy uznać za prawdziwe. Otrzymaliśmy je w formie listu, datowanego z Nowego Jorku i zaadresowanego do tego samego kryminalistycznego badacza, który wysnuł i ogłosił wzwyż przytoczoną teorię. List ten podajemy w całości z wyjątkiem wstępu, który w treści swej jest osobistym:

„Niech pan wybaczy, że moje nazwisko pozostawię w ukryciu. Mniej mam do tego powodu teraz, niż przed pięciu laty, gdy jeszcze żyła moja matka. W każdym razie wolę o ile możności ślady nasze zacierać. Chcę jednak dać panu zupełne wyjaśnienie, bo choć pomysł pański był mylny, zawsze był on wielce dowcipny.

Muszę się trochę cofnąć wstecz, ażeby pan to wszystko dobrze mógł zrozumieć. Rodzice moi pochodzili z Bucks w Anglii, a wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych po roku pięćdziesiątym. Osiedlili się w Rochester, w Stanie New York, gdzie mój ojciec założył duży sklep kolonialny. Dwóch nas tylko było synów: ja, James i mój brat Edward. Byłem o dziesięć lat starszy od brata i po śmierci ojca jego opiekunem. Edward był to miły, pełen życia chłopak, a przy tym wielkiej urody. Ale miał w charakterze jakąś słabość, pewne lekkomyślne i niedobre skłonności i wielką podatność na złe wpływy. Wady te zwiększały się z wiekiem i coraz trudniej było je wytępić. Matka widziała to równie jasno, jak ja, ale pomimo to psuła go dalej, gdyż chłopak w obejściu miał coś takiego, co chwytało za serce i trudno mu było w czymkolwiek odmówić. Ja z mej strony robiłem co mogłem, byle go od złego powstrzymać, ale on mnie tylko znienawidził za to.

Nareszcie zaczął żyć zupełnie po swojemu i niczym go już teraz powstrzymać nie mogliśmy. Gdy dostał się do Nowego Jorku i szybko to poszło, coraz gorzej i coraz gorzej. Z początku był tylko lekkomyślnym, wkrótce wpadł w złe nałogi. Po paru latach należał do najwięcej znanych urwisów i nie bardzo tęgą miał opinię w mieście na swoją zgubę. Zawarł przyjaźń z niejakim Sparrowem Mac Coy, kupcem z zawodu, a skończonym łotrem. Obaj razem wzięli się do szulerki i odtąd grasowali w kilku pierwszorzędnych hotelach stolicy.

Brat mój miał wielki talent aktorski (gdyby był chciał, mógł był piękne imię wyrobić sobie na scenie), więc też odgrywał role: to młodego utytułowanego Anglika, to skromnego chłopaka, przybyłego z Zachodnich Stanów, to młodego uczonego ze stopniami uniwersyteckimi, wszystko stosownie do tego, jak Mac Coyowi było dogodnie. A nawet raz przebrał się za pannę i tak dobrze rolę tę odegrał, tak się przy tym suto obłowili — że odtąd była to ich gra ulubiona. Porozumieli się z policją i zdawało się, że nic ich już teraz powstrzymać nie zdoła, bo to były owe czasy, gdzie, kupiwszy sobie plecy, można było robić, co tylko kto chciał.

I nie byliby też znaleźli przeszkody, gdyby tylko byli pozostali przy kartach i Nowym Yorku; ale zachciało im się przybyć do Rochester i sfałszować podpis na wekslu. Zrobił to mój brat, chociaż wszyscy wiedzieli, że zrobił to pod wpływem Mac Coya. Wykupiłem ten weksel, choć kosztowało mnie to porządnie, a potem poszedłem do brata, położyłem przed nim weksel na stole i przysiągłem, że będę fałszerstwa dochodził sądownie, jeżeli on się nie wyniesie z kraju. Z początku śmiał się tylko. Był przekonany, że go nie oskarżę, bo tym zraniłbym srodze serce matki naszej, a wiedział, że tego nie zechcę uczynić. Wytłumaczyłem mu jednak, że tak czy tak ucierpi serce matki, ja zaś stanowczo wolę widzieć go raczej w więzieniu w Rochester, niż w hotelach nowojorskich. Uległ ostatecznie — przyrzekł mi uroczyście, że już Sparrowa Mac Coya na oczy nie zobaczy, że pojedzie do Europy i zabierze się do jakiegokolwiek uczciwego zawodu, jeżeli ja mu coś takiego znajdę. Zaprowadziłem go tedy prosto do starego przyjaciela naszej rodziny, Joe Wilsona, który trudni się eksportem amerykańskich zegarków do Europy; ten na moją prośbę dał mu ajencję w Londynie, przeznaczając małą pensyjkę i prowizję 15 procent od sprzedanego towaru. Obejście i powierzchowność Edwarda tak były ujmujące, że od razu pozyskał sobie starego; w tydzień później wysłany został do Londynu z pudłem pełnym prób.

Zdawało mi się, że ta sprawa z wekslem istotnie przestraszyła mego brata i że może już teraz uspokoi się, rozpocznie nowe, uczciwe życie. Wiedziałem jednak, że ten łotr Mac Coy miał wielki wpływ na Edwarda i o tyle tylko upilnuję chłopca, o ile nie dopuszczę do żadnych z nim stosunków. Miałem znajomego wśród nowojorskich detektywów, za jego też pośrednictwem czuwałem nad Mac Coyem. Gdy w dwa tygodnie po odjeździe mojego brata posłyszałem, że Mac Coy zakupił bilet na statek „Etruria”, pewien byłem, tak, jak gdyby mi to sam powiedział, że jedzie do Anglii, by znowu Edwarda ściągnąć na złe drogi. Toteż w jednej chwili postanowiłem puścić się również w podróż i swój wpływ przeciwstawić wpływowi Mac Coya. Czułem, że to gra, która grozi przegraną. Ale sądziłem i matka moja również sądziła, że tak powinienem postąpić. Spędziliśmy wspólnie z matką ostatnią noc, modląc się o powodzenie; na wyjezdnym dała mi ona swoją własną biblię, tę, którą w dzień ślubu w starej ojczyźnie od ojca otrzymała i poleciła mi nosić ją zawsze na sercu.

Byłem na parostatku współpodróżnym Mac Coya i tam przynajmniej udało mi się pokrzyżować jego plany. Zaraz pierwszego wieczora, wszedłszy do fumoiru zastałem go przy stoliku z talią w ręku na czele kilku młodzieniaszków, którzy pełne swe portfele i puste mózgownice wieźli do Europy. Gotował się zbierać żniwo, a byłoby ono obfite. Ale ja mu prędko pomieszałem szyki.

— Panowie — przemówiłem — czy wiecie z kim gracie?

— Co panu do tego? Pilnuj pan swoich spraw! — odpowiedział i dorzucił brzydkie przekleństwo.

— A któż to jest? Niechże on mówi! — odezwał się jeden z młodzików.

— To Sparrow Mac Coy, najsławniejszy na całe Stany Zjednoczone szuler.

Skoczył z butelką w ręku, ale przypomniał sobie, że znajduje się pod flagą starej ojczyzny, gdzie panuje prawo i porządek i gdzie przekupstwo nie pomoże. Więzienie i szubienica grożą za gwałt i za morderstwo, a nie ma się gdzie uciec, gdy się jest na statku i na pełnym morzu.

— Dowiedź swoich słów, ty...! — krzyknął.

— Dowiodę! — odpowiedziałem. — Podnieś pan tylko prawy rękaw od koszuli wysoko aż do ramienia, a wtedy, jeśli nie dowiodę moich słów, gotów je jestem odszczekać.

Pobladł i nie odpowiedział. Jak pan widzi, wiedziałem ja coś o jego sposobach, wiedziałem też, że pomiędzy innymi sztuczkami on i tacy jak on szulerzy używają gumki, założonej od ramienia, a zakończonej rodzajem szczypców tuż powyżej kostki. Przy pomocy tych szczypców usuwają z rąk karty, które im są niedogodne, a podsuwając w to miejsce inne, z innej znów kryjówki. Rachowałem, że musi tam być ta gumka, jako też i była. Przyłapany, rzucił za mną przekleństwem, uciekł z salonu i do końca podróży prawie się nie pokazywał. Tak to raz wziąłem górę nad panem Mac Coyem.

Lecz niebawem pomścił się on na mnie: skoro bowiem przyszło walczyć o wpływ na mojego brata, zwyciężał mnie za każdym razem. Edward w Londynie trzymał się dzielnie przez pierwszych kilka tygodni; nawet załatwił parę interesów dotyczących amerykańskich zegarków; ale to trwało dopóty tylko, dopóki ten gałgan nie wszedł mu znowu w drogę. Robiłem, co mogłem, ale na niewiele się to przydało. Niebawem posłyszałem o skandalu, który zdarzył się w jednym z wielkich hoteli; pewnego podróżnego ograbiło z wielkiej sumy pieniężnej dwóch szulerów, będących w spółce; sprawa była już w rękach policji. Skoro tylko przeczytałem o tym w wieczornej gazecie, od razu byłem pewien, że to mój brat i Mac Coy powrócili do dawnych swych sztuczek. Pospieszyłem natychmiast do mieszkania Edwarda. Powiedziano mi, że on i pewien rosyjski pan (domyśliłem się, że to Mac Coy) wyszli razem, że brat mój wypowiedział mieszkanie i zabrał swoje rzeczy. Gospodyni słyszała, że kazali dorożkarzowi jechać w różne miejsca, a ostatecznie na stację Euston; przypadkiem też posłyszała, jak wysoki pan mówił coś o Manchesterze. Zdawało jej się, że oni tam pewnie mieli zamiar jechać.

Spojrzawszy w rozkład kolejowy, przekonałem się, że pociąg odchodzi o piątej; był wprawdzie i taki, który odchodził o 4. 35, na który oni mogli zdążyć. Ja już tylko mogłem zdążyć na ten późniejszy; na stacji, na peronie, w pociągu — nigdzie nie było ich widać — musieli oczywiście wyjechać wcześniej. Postanowiłem pojechać za nimi do Manchester i poszukiwać ich w tamtejszych hotelach.

Myślałem, że może, gdy jeszcze po raz ostatni gorąco przemówię do brata — gdy mu przypomnę, co jest winien matce — że może przecież zdołam go ocalić. Byłem w najwyższym stopniu rozdrażniony — zapaliłem cygaro, by nerwy uspokoić. W tej chwili — właśnie, gdy pociąg miał ruszyć — otworzyły się drzwi mojego przedziału i oto ujrzałem, że brat mój i Mac Coy stoją na peronie.

Obaj byli w przebraniu — i to zupełnie naturalne — bo wiedzieli, że policja ich ściga. Mac Coy podniósł do góry wielki kołnierz barankowy, tak, że mu tylko nos i oczy było widać. Brat mój przebrany był za kobietę, miał czarną woalkę zapuszczoną na twarz; mnie naturalnie nie zwiodło to ani na chwilę i nie byłoby zwiodło, choćbym nie wiedział, że często już dawniej przebierał się w suknie kobiece. Drgnąłem zdziwiony — a wtedy Mac Coy mnie poznał. Powiedział coś, konduktor drzwi zatrzasnął i wpuścił ich do następnego przedziału. Chciałem zatrzymać pociąg, by wsiąść tam, gdzie i oni, ale pociąg już ruszył, już było za późno.

Przesiadłem się natychmiast, skoro tylko pociąg stanął. Było to w Willesden. Zdaje się, że nikt tego mego przesiadania się nie zauważył; nic dziwnego, bo pełno ludzi było na stacji.

Mac Coy oczekiwał mnie naturalnie i przez cały ten czas używał wpływu swego na Edwarda, by go zbuntować i przeciw mnie usposobić. Domyślam się tego, gdyż nigdy jeszcze nie widziałem brata tak upartym i tak zaciętym, jak wtedy. Próbowałem z nim różnego tonu; przedstawiałem mu, jaka go przyszłość czeka w więzieniu angielskim; wystawiałem rozpacz matki, gdy jej tę wiadomość przywiozę; zdobyłem się na wszystko, by serce jego poruszyć, ale wszystko, wszystko było daremne. Siedział, milcząc, z szyderczym uśmiechem na ładnej swej twarzy, a Sparrow Mac Coy wtrącał od czasu do czasu to słówko złośliwe, skierowane do mnie, to jakieś słowo zachęty, mając brata mojego w postanowieniu jego utwierdzić.

— Dlaczego pan szkółki niedzielnej nie założysz? — drwił np. ze mnie, a zaraz potem zwracał się do brata:

— On myśli, że ty nie masz własnej woli. Wyobraża sobie, żeś ty zawsze ten mały braciszek i że może cię poprowadzić, gdzie mu się podoba. Dopiero teraz przekona się, żeś ty taki sam mężczyzna, pełnoletni, jak on!

Te słowa jego poruszyły we mnie gniew. Zacząłem mówić ostro. Byliśmy już daleko za Willesden, bo to wszystko zabrało sporą chwilę czasu. Uniosłem się i po raz pierwszy w życiu brat mój przekonał się, że potrafię być surowym. Może byłoby lepiej, gdybym był się z nim wcześniej i częściej surowo obchodził!

— Mężczyzna! — rzekłem. — Dobrze, że świadczy o tym twój przyjaciel, bo inaczej nikt by się tego nie domyślił chyba, widząc cię o to w ubraniu pensjonarki! Co za marna i śmieszna z ciebie kreatura w tych twoich niewieścich szatkach!

Zaczerwienił się na te słowa, bo próżny to był człowiek i śmieszność go zawsze bolała.

— To tylko płaszczyk podróżny — odpowiedział i zdjął go za siebie. — Trzeba było ślad za sobą zatrzeć, a innego sposobu nie miałem na razie.

Zdjął toczek z przypiętą do niego woalką i włożył to razem z płaszczykiem do skórzanej torby.

— Nie potrzebuję mieć tego na sobie — tłumaczył się — dopóki nie nadejdzie konduktor.

— Ani potem także — rzekłem i pochwyciwszy torbę, z całej siły wyrzuciłem za okno.

— Odtąd — rzekłem — już ty mi nigdy nie będziesz udawał Kasi albo Marysi, dopóki ja jeszcze coś znaczę. Jeżeli tylko to przebranie ma stać pomiędzy tobą a więzieniem, to idźże sobie raczej do więzienia.

To był właściwy sposób obchodzenia się ze słabym charakterem nieszczęsnego chłopca. Poczułem od razu, że biorę nad nim górę. Jego chwiejna natura ulegała raczej groźbom aniżeli prośbom. Zarumienił się ze wstydu, oczy nabiegły mu łzami. Ale i Mac Coy spostrzegł, że wygrywam i postanowił temu przeszkodzić.

— To mój przyjaciel — wtrącił się — nie pozwalam panu traktować go z taką bezwzględnością.

— To mój brat i ja go panu zgubić nie pozwalam — odpowiedziałem. — Ja myślę, że celka więzienna to najradykalniejszy sposób, żeby was obu rozłączyć i ja w tym, że będziesz pan siedział!

— Tak?! Myślisz pan denuncjować, tak? — krzyknął i w jednej chwili wyciągnął rewolwer. Skoczyłem, chcąc go za rękę pochwycić, ale spostrzegłszy, że już za późno, odskoczyłem na bok. W tejże chwili wypalił i kula, która była dla mnie przeznaczona, przebiła mojego nieszczęsnego brata. Trafiła go w samo serce.

Zesunął się, nie jęknąwszy nawet, na podłogę wagonu, a Mac Coy i ja, również przerażeni, klękliśmy po obu jego stronach i staraliśmy się jakiś ślad życia przywołać. Mac Coy wciąż jeszcze w ręku trzymał nabity rewolwer, ale gniew jego na mnie, jak również uraza moja do niego — wszystko to przycichło na razie wobec tego niespodziewanego nieszczęścia. On pierwszy jednak zorientował się w sytuacji.

Pociąg w tej chwili szedł bardzo wolno; dostrzegł w tym możność ucieczki i spiesznie otworzył drzwi. Wtedy ja, niewiele myśląc, równie spiesznie rzuciłem się za nim — i obaj, potknąwszy się o stopień, stoczyliśmy się, jeden przez drugiego, ze stromej wyżyny nasypu. Padając, uderzyłem głową o kamień i straciłem przytomność. Przyszedłszy do siebie zmiarkowałem, że leżę w pośród niskich krzaków i że ktoś zwilżoną chustką obmywa mi głowę. Był to Sparrow Mac Coy.

— Nie mogłem tak pana zostawić — odezwał się widząc, że otwieram oczy. — Nie chcę krwi was obu braci mieć na swym sumieniu... czy nie dość tej jednej niewinnej, którą splamiłem ręce? Biedny Edward, biedny Edward!

Siedział, bezradnie, patrząc przed siebie; na zgnębionej twarzy nie było teraz ani dawnej buty, ani zuchwałości. Milczałem. Co tu było długo gadać? Po chwili odezwał się znowu:

— Jestem przekonany o głębi smutku pańskiego, bo bardzo kochałeś brata. Ale i moja dola nie do pozazdroszczenia — wierzaj mi pan. Rozmaicie się żyło — to prawda — nie zawsze w zgodzie z prawem i kodeksem, ale przecież widzę, że nie urodziłem się mordercą. Pamiętaj co się stało, jak dalej żyć będę — sam nie wiem. Biedny Edward! Biedny chłopak!...

— Żałuj go pan! Żałuj szczerze, jak przyjaciel przyjaciela! — sarknąłem z goryczą.

— Niech pan nie urąga mojemu żalowi — odpowiedział jakoś głucho i pokornie — Widzi Bóg, że mi życie obrzydło, odkąd zrozumiałem, że przeze mnie zmarniał i zginął ten chłopak... Już mi teraz i wszystko jedno, czy mnie pan oddasz, czy nie oddasz w ręce kata!

Ot i siedzieliśmy, on z okaleczałą nogą, gdyż wykręcił ją w kostce, padając — ja z rozbolałą głową i gadaliśmy — aż gorycz we mnie i uraza znikła, zamieniając się prawie w rodzaj sympatii. Dlaczegóż miałem za śmierć brata mścić się na człowieku, którego ta śmierć tak samo dotknęła, jak mnie? A przy tym, w miarę, jak powracała mi zdolność myślenia, zaczynałem także pojmować, że każdy krok, uczyniony przeciw Mac Coyowi, zwróciłby się z konieczności przeciwko matce mej i przeciw mnie. Nie można by ściągnąć na niego kary, nie rozgłaszając publicznie przeszłości mego brata — a tego uniknąć pragnęliśmy przede wszystkim. Zataić wszystko leżało zarówno w naszym, jak w jego interesie; toteż z mściciela zbrodni przemieniłem się zwolna w spiskowca przeciw wymiarowi sprawiedliwości. Miejsce, w którym się znajdowaliśmy, była to ochronka dla bażantów — spotyka się to często gęsto tam, w naszej starej ojczyźnie; szukając po omacku drogi wyjścia stamtąd, złapałem się na tym, że naradzam się wspólnie z zabójcą mego brata nad sposobami, jakby najlepiej rzecz całą zatuszować.

Zrozumiałem z opowiadania Mac Coya, że o ile przypadkiem (czego nie wiedzieliśmy) brat nie miał w kieszeni jakich osobistych papierów — to skądinąd niepodobieństwem będzie dla policji stwierdzić, kim on jest, lub skąd się tam znalazł. Bilet jego był w kieszeni Mac Coya, to samo recepis na rzeczy nieodebrane z kolei. Jak wielu Amerykanów, uważał, że łatwiej i taniej ubrać się w Londynie, niż wszystko ze sobą wieźć z Nowego Yorku — toteż i bieliznę i ubranie miał na sobie nowe, nie znaczone. Torba, zawierająca płaszczyk podróżny, a którą wyrzuciłem oknem, może leży gdzie w kępie przydrożnych krzaków, a może ją podniósł jaki przechodzień, lub też policja znalazła, nic o tym nie mówiąc nikomu. W każdym razie nic o tym nie wyczytałem w londyńskich gazetach. Co do zegarków, był to wybór z tych, które mu, celem nawiązania interesów, powierzono. Może to właśnie dla tych interesów wiózł je do Manchester, ale... zresztą za późno już dziś mówić o tym.

Nie robię z tego zarzutu policji, że nie wykryła niczego. Bo przecież wykryć nie mogła. Był co prawda maleńki ślad, za którym mogli byli pójść, ale to była wątła i mała wskazówka. Mam na myśli małe okrągłe lusterko, które w kieszeni brata znaleziono. To nie jest taka zwyczajna rzecz, którą wszyscy ludzie miewają w kieszeni — wszak prawda? Ale gracz mógłby wytłumaczyć, czym dla szulera jest takie lusterko. Odsunąwszy się trochę od stolika i położywszy je na kolanach, widzi się, dając karty, każdą kartę, którą przeciwnik otrzymuje. To jedno z narzędzi szulera, tak jak ta guma zakończona szczypczykami, którą miał pod rękawem Sparrow Mac Coy. Policja gdyby się nad tym była zastanowiła, zważywszy na świeżo dokonane oszustwa po hotelach — byłaby natrafiła na wątek.

Wytłumaczyłem już chyba wszystko... Dotarliśmy tej nocy do wioski Amersham w charakterze dwóch panów z miasta, odbywających pieszą wycieczkę po kraju, a później spokojnie dostaliśmy się do Londynu, stąd Mac Coy pojechał do Kairu, a ja wróciłem do Nowego Jorku.

Matka moja umarła w pół roku później i szczęśliwie do końca nie dowiedziała się o niczym. Cieszyła się złudzeniem, że Edward w Londynie uczciwie pracuje, ja zaś nie miałem serca odsłaniać jej prawdy. Edward nie pisał — ale ponieważ nigdy nie pisywał, więc to nie zwróciło uwagi. Umarła z jego imieniem na ustach.

Jest jedna rzecz, o którą chciałbym pana prosić, łaskawy panie, i gdyby pan mógł uczynić to dla mnie, uważałbym to za uprzejmy odwet w zamian za moje wyznanie. Pamięta pan tę małą biblię, którą znaleziono? Ja ją zawsze nosiłem w wewnątrz kieszeni; jakoś przy moim upadku musiała się stamtąd wysunąć. Przywiązuję wielką wartość do tej książeczki, gdyż to rodzinna pamiątka, a ojciec własną ręką zapisał tam na pierwszej stronnicy datę urodzenia mego i mego brata. Prosiłbym bardzo, by pan zwrócił się tam, gdzie należy i polecił mi ja przysłać. Nikomu przecież zależeć na tym, gdzie należy i polecił mi ją przysłać. Nikomu przecież zależeć na tym nie może. Jeśli pan zaadresuje: X, Księgarnia Bassano, Broadway, Nowy Jork, na pewno dojdzie rąk moich.”