Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Ostatni ukłon / Pożegnalny ukłon

OSTATNI UKŁON

 
 

 

Wstęp

 
 

Przyjaciele Sherlocka Holmesa ucieszą się na wieść, że on wciąż żyje i ma się dobrze, choć od czasu do czasu doskwiera mu reumatyzm. Od wielu lat mieszka na niewielkiej farmie na wzgórzach, pięć mil od Eastbourne, gdzie spędza czas, zajmując się filozofią i rolnictwem.

W tym okresie, ciesząc się wypoczynkiem, odrzucał najlepsze oferty, zachęcające go do wyjaśniania rozmaitych spraw, ponieważ umyślił przejść na emeryturę. Jednak gdy zbliżała się wojna z Niemcami, postanowił oddać to swoje niezwykłe połączenie intelektualnych i praktycznych zdolności do dyspozycji rządu. Historyczne rezultaty tej decyzji opisane zostały w książce Ostatni ukłon. Pragnąc uzupełnić i wzbogacić ten tom, zamieściłem w nim również kilka innych historii z przeszłości, które przez długi czas spoczywały w mojej szufladzie.

 

 

Dr John H. Watson

Rozdział pierwszy

 

Przygoda w willi Wisteria

 
 

Część pierwsza: Przedziwne doświadczenia pana Johna Scott Ecclesa

 

Był to ponury wietrzny dzień pod koniec marca 1892 roku. Tak zapisałem w swym notesie. Właśnie jedliśmy lunch, gdy Holmes dostał jakiś telegram i szybko na niego odpisał. Nic nie powiedział, jednak sprawa ta najwyraźniej wciąż zajmowała jego myśli, bo później stał przez jakiś czas przed kominkiem, w zamyśleniu paląc fajkę i od czasu do czasu zerkając na tekst otrzymanej depeszy. Nagle odwrócił się do mnie z psotnym błyskiem w oku.

– Zakładam, Watsonie, że można cię uznać za człowieka pióra – rzekł. – Jak byś zdefiniował słowo „groteskowy”?

– Dziwny... niezwykły – podsunąłem.

Słysząc moją definicję, potrząsnął głową.

– W tym słowie z całą pewnością kryje się coś więcej – powiedział. – Sugestia czegoś tragicznego i strasznego. Jeśli przypomnisz sobie opowieści, którymi obdarzałeś swych cierpliwych czytelników, na pewno zauważysz, jak często to, co wydawało się groteskowe, przeradzało się w zbrodnię. Przypomnij sobie na przykład tę błahą sprawę Rudowłosych. Na początku wydawała się groteskowa, a jednak zakończyła się desperacką próbą rabunku. No i ta nadzwyczaj dziwaczna sprawa pięciu pestek pomarańczy, prowadząca prosto do spisku, którego celem było popełnienie morderstwa. To słowo sprawia, że budzi się we mnie czujność.

– A pojawia się ono w tej wiadomości? – spytałem.

Odczytał mi na głos telegram:

Właśnie przydarzyło mi się coś niewiarygodnego i groteskowego. Czy można prosić pana o radę?

Scott Eccles

urząd pocztowy Charing Cross

 

– Kto to napisał, mężczyzna czy kobieta? – spytałem.

– Och! Oczywiście że mężczyzna. Żadna kobieta nie wysłałaby telegramu z opłatą za odpowiedź. Już raczej sama by tu przyszła.

– Spotkasz się z nim?

– Mój drogi Watsonie, przecież dobrze wiesz, jak bardzo się nudzę, odkąd przymknęliśmy pułkownika Carruthersa. Mój umysł jest niczym silnik pracujący na pełnych obrotach, który rozpada się na kawałki, gdy nie może wykonywać pracy, do której został stworzony. Życie jest takie monotonne. W gazetach nie ma nic ciekawego. Wygląda na to, że zuchwałość i romantyzm na zawsze zniknęły ze świata zbrodni. I w tej sytuacji pytasz mnie, czy jestem gotów zająć się jakąś nową zagadką niezależnie od tego, jak błaha się okaże? Ale, o ile się nie mylę, oto nasz klient.

Usłyszeliśmy miarowe kroki na schodach. W chwilę później do naszego pokoju wprowadzono korpulentnego wysokiego mężczyznę o siwych bokobrodach i poważnym, budzącym szacunek wyglądzie. Historię jego życia można było wyczytać z ciężkich rysów twarzy i pompatycznego zachowania. Getry i okulary w złotych oprawkach wskazywały, że jest konserwatystą i człowiekiem religijnym, przykładnym obywatelem, ortodoksyjnym pod każdym względem. Można było jednak dostrzec, że poruszyło go jakieś niesamowite zdarzenie, pozostawiając po sobie ślady w postaci rozczochranych włosów, gniewnych rumieńców na policzkach oraz ożywienia i podekscytowania. Natychmiast przeszedł do sprawy, która była powodem jego wizyty.

– Miałem bardzo niezwykłe i nieprzyjemne przeżycie, panie Holmes – powiedział. – Jeszcze nigdy w życiu nie znalazłem się w takiej sytuacji. To takie... niestosowne. Skandaliczne! Muszę uzyskać jakieś wyjaśnienie. – Czerwienił się i sapał ze złości.

– Proszę spocząć, panie Eccles – rzekł uspokajająco Holmes. – Po pierwsze, chciałbym pana zapytać, dlaczego zwraca się pan z tym do mnie?

– Odniosłem wrażenie, sir, że nie jest to sprawa, która zainteresowałaby policję, a jednak gdy opowiem panu wszystko, będzie pan musiał przyznać, że nie mogłem tego tak po prostu zostawić. Prywatni detektywi nie są ludźmi, których darzyłbym sympatią, niemniej gdy usłyszałem pańskie nazwisko...

– Rozumiem. Ale po drugie, dlaczego nie przyszedł pan z tym do mnie od razu?

– Co pan ma na myśli?

Holmes zerknął na zegarek.

– Jest kwadrans po drugiej – powiedział. – Pan nadał telegram około pierwszej. Jednak patrząc na pański strój i wygląd, nie sposób nie zauważyć, że to, co pana tak poruszyło, wydarzyło się, zanim się pan przebudził.

Nasz klient przygładził nieuczesane włosy i przesunął dłonią po nieogolonym podbródku.

– Ma pan rację, panie Holmes. Nawet nie pomyślałem o porannej toalecie. Za bardzo mi się śpieszyło, żeby wydostać się z tego domu, ale zanim przyszedłem do pana, zajrzałem tu i tam, starając się dowiedzieć pewnych rzeczy. Poszedłem do agentów nieruchomości, od których dowiedziałem się, że czynsz pana Garcii jest już uregulowany, a z willą Wisteria jest wszystko w porządku.

– Proszę się uspokoić, sir – rzekł Holmes ze śmiechem. – Pan, podobnie jak mój przyjaciel doktor Watson, ma zły nawyk opowiadania historii od końca. Proszę najpierw zebrać myśli i przedstawić mi po kolei, co to były za wydarzenia, które sprawiły, że przyszedł pan tutaj nieuczesany, nieogolony, w butach nie pasujących do reszty pana stroju i w krzywo zapiętej kamizelce, by poprosić mnie o pomoc i radę.

Nasz klient z zażenowaniem skomentował swój dość niekonwencjonalny wygląd:

– Na pewno prezentuję się okropnie, panie Holmes, ale nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek w życiu przytrafiło mi się coś takiego. Opowiem panu o całej tej przedziwnej sprawie, a wówczas pan sam będzie zmuszony przyznać, że to, co się wydarzyło, wystarczy, by usprawiedliwić moje zachowanie.

Jednakże nie było mu dane zacząć swą opowieść. Z zewnątrz dobiegł jakiś hałas, a chwilę później pani Hudson otworzyła drzwi, by wprowadzić dwóch krzepkich mężczyzn o wyglądzie urzędników. Jednym z nich był doskonale nam znany inspektor Gregson ze Scotland Yardu, energiczny, prężny i zdolny policjant, mający wszakże – jak każdy człowiek – pewne wady. Uścisnął dłoń Holmesa i przedstawił swego towarzysza, inspektora Baynesa z Surrey.

– Polujemy razem, panie Holmes, i trop doprowadził nas tutaj – zwrócił swoje oczy buldoga na naszego gościa. – Czy to pan jest John Scott Eccles z Popham House w Lee?

– Tak, to ja.

– Szukaliśmy pana przez cały ranek.

– Bez wątpienia namierzyliście go panowie po telegramie – rzekł Sherlock.

– Właśnie tak, panie Holmes. Wpadliśmy na trop w urzędzie pocztowym w Charing Cross, więc przyszliśmy tutaj.

– Ale dlaczego panowie mnie szukali? Czego ode mnie chcecie?

– Chcemy usłyszeć, co pan ma do powiedzenia, panie Eccles, na temat wydarzeń, które miały miejsce ubiegłej nocy i doprowadziły do śmierci pana Aloysiusa Garcii z willi Wisteria niedaleko Esher.

Nasz klient siedział z szeroko otwartymi oczyma, a jego zdumiona twarz pobladła tak, że przypominała kredę.

– Nie żyje? Powiedział pan, że on nie żyje?

– Tak, sir. Nie żyje.

– Ale jak to się stało? Wypadek?

– Morderstwo. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości.

– Dobry Boże! To okropne! Ale nie chce pan chyba... Nie chce pan chyba powiedzieć, że jestem podejrzany?

– W kieszeni zmarłego znaleziono pański list. Dowiedzieliśmy się z tego listu, że zamierzał pan spędzić ubiegłą noc w jego domu.

– Bo tak było.

– Och, doprawdy? – inspektor wyciągnął swój notes.

– Niech pan chwilę poczeka, panie Gregson – rzekł Sherlock Holmes. – Chodzi panu tylko o zwykłe oświadczenie, prawda?

– I moim obowiązkiem jest ostrzec pana Scott Ecclesa, że może ono zostać wykorzystane przeciwko niemu.

– Kiedy pan wszedł do pokoju, pan Eccles właśnie zamierzał nam o tym wszystkim opowiedzieć. Myślę, Watsonie, że nie zaszkodziłaby mu brandy z wodą sodową. A teraz, sir, proponuję, by nie zwracał pan uwagi na to, że grono jego słuchaczy nieco się powiększyło, i kontynuował swą opowieść tak, jak pan by to uczynił, gdyby nic mu nie przerwało.

Nasz gość łapczywie wypił brandy, i na jego twarz powróciły kolory. Rzuciwszy pełne wątpliwości spojrzenie na notes inspektora, rozpoczął po chwili swą niezwykłą opowieść.

– Jestem kawalerem – powiedział. Z powodu swojego towarzyskiego usposobienia mam bardzo wielu przyjaciół. Należy do nich rodzina pewnego emerytowanego piwowara, pana Melville, mieszkająca w dworku Abermarle w Kensington. To właśnie u niego w domu kilka tygodni temu poznałem pewnego młodego człowieka o nazwisku Garcia. Jak się domyślałem, pochodził z Hiszpanii i był w jakiś sposób związany z ambasadą swojego kraju. Doskonale mówił po angielsku, był bardzo miły w obyciu i należał chyba do najprzystojniejszych mężczyzn, jakich w życiu widziałem.

Na swój sposób nawet się zaprzyjaźniliśmy, ten młody człowiek i ja. Wydawało się, że od początku mnie polubił; dwa dni po tym, jak się poznaliśmy, przyjechał zobaczyć się ze mną w Lee. Wszystko toczyło się dość szybko, bo podczas tej wizyty zaprosił mnie, bym spędził parę dni w jego domu, w willi Wisteria, położonej między Esher i Oxshott. Wczoraj wieczorem pojechałem do Esher, tak jak się umówiliśmy.

Opisał mi w szczegółach swój dom. Mieszkał z wiernym służącym, swoim rodakiem, który mówił po angielsku, prowadził dom i dbał o wszystkie jego potrzeby. Pan Garcia miał też wspaniałego kucharza, mulata, którego przywiózł z jednej ze swych podróży i który potrafił serwować doskonałe potrawy. Pamiętam, jak twierdził, że to przedziwny dom w samym sercu Surrey. Przyznaję mu rację, choć okazał się jeszcze o wiele, wiele dziwniejszy, niż sądziłem.

Położony około dwóch mil na południe od Esher, dom miał dość pokaźne rozmiary i stał w pewnym oddaleniu od drogi. Prowadził do niego kręty podjazd, otoczony zaroślami wysokich wiecznie zielonych krzewów. Był to stary, dość zrujnowany budynek, którego stan wskazywał na to, że bardzo przydałby mu się remont. Kiedy dwukółka zatrzymała się na zarośniętym trawą podjeździe przed poplamionymi i zniszczonymi przez warunki atmosferyczne i upływ czasu drzwiami, zacząłem mieć pewne wątpliwości, czy rzeczywiście mądrze robię, odwiedzając człowieka, którego znam tak krótko. Sam jednak otworzył mi drzwi i wyjątkowo serdecznie mnie powitał. Następnie nakazał służącemu, melancholijnemu smagłemu człowiekowi, aby ten zaprowadził mnie do pokoju i zaniósł mój bagaż. Wnętrze robiło przygnębiające wrażenie. Zjedliśmy obiad tylko we dwóch, i choć gospodarz starał się jak mógł, by mnie zabawić, sprawiał wrażenie, jakby jego myśli biegły w różne strony: mówił tak niejasno i chaotycznie, że ledwo byłem w stanie go zrozumieć. Ciągle bębnił palcami po stole, obgryzał paznokcie i wykazywał wszelkie inne oznaki zdenerwowania i zniecierpliwienia. Obiad sam w sobie nie był ani dobrze podany, ani smaczny, a ponura obecność milczącego służącego bynajmniej nie podnosiła mnie na duchu. Mogę pana zapewnić, że wiele razy podczas tego wieczoru żałowałem, że nie przychodzi mi do głowy żadna wymówka, która pozwoliłaby wrócić do Lee.

Przypominam pewną sprawę, która może wam się, panowie, przydać podczas prowadzenia śledztwa. Wtedy się nad tym nie zastanawiałem. Gdy obiad dobiegał już końca, służący podał mojemu gospodarzowi jakąś kartkę. Zwróciłem uwagę na to, że kiedy ją przeczytał, stał się jeszcze bardziej roztargniony i zaczął zachowywać się coraz dziwniej. Przestał silić się na jakiekolwiek próby podtrzymywania rozmowy i siedział, pogrążony w myślach, odpalając jednego papierosa od drugiego. Nie wspomniał nawet słowem o tym, co było w tym liście. Około jedenastej z radością udałem się wreszcie na spoczynek. Jakiś czas później Garcia zawołał mnie przez drzwi. W pokoju było już ciemno, a on zapytał, czy wzywałem kogoś dzwonkiem. Odpowiedziałem, że nie, wówczas przeprosił za zakłócenie spokoju tak późno w nocy, dodając, że dochodzi już pierwsza. Po tym incydencie zasnąłem i spałem mocno do samego rana.

A teraz zbliżam się do najbardziej zdumiewającej części mojej opowieści. Kiedy się obudziłem, było już całkiem widno. Spojrzałem na zegarek i przekonałem się, że dochodziła dziewiąta. Bardzo wyraźnie prosiłem, by obudzono mnie o ósmej, zdziwiło mnie więc, że gospodarz o tym zapomniał. Zerwałem się na równe nogi i zadzwoniłem na służącego. Żadnej odpowiedzi. Zadzwoniłem jeszcze raz i jeszcze raz, ale z tym samym skutkiem. Wtedy doszedłem do wniosku, że dzwonek nie działa. Szybko się ubrałem i w wyjątkowo złym humorze zszedłem na dół, aby poprosić o przyniesienie mi ciepłej wody. Możecie sobie, panowie, wyobrazić, jak byłem zaskoczony, gdy odkryłem, że w domu nikogo nie ma. Najpierw zawołałem w holu. Żadnej odpowiedzi. Potem sprawdziłem pokoje. Wszędzie było pusto. Ubiegłego wieczoru mój gospodarz pokazał mi, gdzie znajduje się jego sypialnia, więc zapukałem do tych drzwi. Nikt nie odpowiedział. Nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka. Pokój był pusty, a w łóżku nikt nie spał. Garcia zniknął tak samo jak cała jego służba. Mój hiszpański gospodarz, jego hiszpański lokaj i cudzoziemski kucharz – wszyscy gdzieś się podziali w nocy! Tak zakończyła się moja wizyta w willi Wisteria.

Sherlock Holmes zacierał ręce i chichotał pod nosem, ciesząc się na samą myśl o tym, że doda ten dziwaczny incydent do swojej kolekcji niezwykłych spraw.

– O ile wiem, sir, pańskie doświadczenia były całkowicie unikalne – powiedział. – Mogę zapytać, co pan wówczas zrobił?

– Byłem wściekły. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było przekonanie, że padłem ofiarą jakiegoś absurdalnego dowcipu. Spakowałem swoje rzeczy do torby podróżnej, trzasnąłem drzwiami i wyruszyłem do Esher. Zajrzałem do Braci Allan, głównej agencji wynajmu nieruchomości w tej wsi, i dowiedziałem się, że właśnie przez tę firmę wynajęto willę. Nasunęło mi się na myśl, iż w tym wszystkim nie chodziło raczej o zrobienie ze mnie głupca, powodem musiała być pewnie chęć uniknięcia zapłaty czynszu. Marzec ma się już ku końcowi, zbliża się termin kwartalnych opłat. Ale ta teoria się nie sprawdziła: wdzięczny za ostrzeżenie, agent poinformował mnie, że czynsz został opłacony z góry. Udałem się do miasta i poszedłem do hiszpańskiej ambasady. Nikt tam nie słyszał o moim nowym znajomym. Potem pojechałem do Melville’a, u którego poznałem tego Garcię, przekonałem się jednak, że Melville wie o nim jeszcze mniej niż ja. Gdy wreszcie dostałem od pana odpowiedź na swój telegram, przyjechałem do pana, bo jak sądzę, jest pan człowiekiem, który potrafi coś doradzić w trudnych sprawach. A teraz, panie inspektorze, może pan kontynuować opowieść, bo z tego, co pan mówił, zrozumiałem, że wydarzyła się jakaś tragedia. Mogę panów zapewnić, że każde moje słowo było prawdą i że poza tym, o czym mówiłem, nie wiem absolutnie niczego o losach tego człowieka. Moim jedynym pragnieniem jest dopomóc przedstawicielom prawa w każdy możliwy sposób.

– Jestem tego pewien, panie Eccles, jestem tego pewien – rzekł inspektor Gregson wyjątkowo przyjaznym tonem. – Muszę przyznać, że wszystko, co pan powiedział, zgadza się całkowicie ze znanymi nam faktami. Weźmy na przykład tę wiadomość, którą dostarczono podczas obiadu. Może wie pan przypadkiem, co się stało z kartką, na której ona była zapisana?

– Owszem, wiem. Garcia zmiął ją i cisnął do ognia.

– Co pan o tym sądzi, panie Baynes?

Detektyw z prowincji był korpulentnym człowiekiem o czerwonej nalanej twarzy, która nie wydawała się pospolita jedynie dzięki niezwykle bystrym oczom, niemal ukrytym w fałdach tłuszczu. Uśmiechając się, powoli wyciągnął z kieszeni zmięty odbarwiony kawałek papieru.

– Utkwił w ruszcie kominka, panie Holmes. Nie trafił w płomień. Wygrzebałem ten niespalony list.

Holmes uśmiechnął się z aprobatą.

– Musiał pan bardzo starannie przeszukać dom, żeby znaleźć tę jedną kulkę zmiętego papieru.

– Tak zrobiłem, panie Holmes. Zawsze tak robię. Mam to odczytać, panie Gregson?

Londyński detektyw skinął głową.

– Wiadomość została napisana na zwykłym papierze listowym w kolorze kremowym bez znaku wodnego. Na ćwiartce arkusza. Papier został odcięty nożyczkami o krótkich ostrzach. Złożono go trzy razy i zapieczętowano w pośpiechu fioletowym woskiem, który następnie przyciśnięto jakimś płaskim owalnym przedmiotem. List zaadresowano do pana Garcii z willi Wisteria. A oto jego treść:

Nasze własne barwy, zieleń i biel. Zieleń otwarte, biel zamknięte. Główne schody, pierwszy korytarz, siódme po prawej, zielone sukno.

Z Bogiem. D.

 

To pismo kobiety. Użyła pióra o ostro zakończonej stalówce, jednak adres napisano innym piórem, chyba że zrobił to ktoś inny. Jak pan widzi, pismo jest grubsze i odważniejsze.

– To naprawdę niezwykłe – powiedział Holmes, przebiegając wzrokiem list. – Muszę panu pogratulować, panie Baynes. Badając go, zwrócił pan uwagę na szczegóły. Można by jeszcze dołożyć parę błahych drobiazgów. Ta owalna pieczęć to niewątpliwie zwykła gładka spinka do mankietu. Cóż innego mogłoby mieć taki kształt? Użyto zagiętych nożyczek do paznokci. Chociaż oba cięcia były bardzo krótkie, na obu wyraźnie widać taką samą lekką krzywiznę.

Detektyw z prowincji roześmiał się cicho.

– Wydawało mi się, że wycisnąłem już z tego wszystkie soki, ale jak widzę, trochę jeszcze zostało – powiedział. – Muszę przyznać, nic z tej informacji nie rozumiem z wyjątkiem tego, że coś się szykowało i jak zwykle chodziło o jakąś kobietę.

Podczas tej rozmowy pan Scott Eccles wiercił się niecierpliwie na krześle.

– Cieszę się, że znalazł pan ten liścik, ponieważ potwierdza on moją opowieść – powiedział. – Pragnę jednak podkreślić, że jak do tej pory nie usłyszałem jeszcze, co się stało z panem Garcią i jego domem.

– Jeśli chodzi o samego Garcię – odparł Gregson – to mogę z łatwością odpowiedzieć na pańskie pytanie. Dziś rano znaleziono go martwego na błoniach w Oxshott, w dość odludnej okolicy, niecałą milę od domu. Głowę miał roztrzaskaną potężnymi ciosami zadanymi workiem z piaskiem lub czymś podobnym. W pobliżu tego miejsca nie ma żadnego budynku. Najwyraźniej został uderzony najpierw z tyłu, lecz potem napastnik bił go jeszcze długo, gdy Garcia już nie żył. To była wyjątkowo brutalna napaść. Nie ma żadnych śladów ani niczego, co pozwoliłoby wnioskować o tym, kim byli przestępcy.

– Obrabowano go?

– Nie, nic nie przemawia za rabunkiem.

– To bardzo przykre. Bardzo przykre i straszne – powiedział pan Scott Eccles płaczliwym tonem. – Ale dla mnie to prawdziwa tragedia. Nie miałem nic wspólnego z tym, że mój gospodarz wybrał się na nocną wycieczkę i że spotkał go tak smutny koniec. W jaki sposób zostałem wplątany w tę sprawę?

– To bardzo proste, sir – odparł inspektor Baynes. – Jedynym dokumentem znalezionym w kieszeni nieboszczyka był pański list, w którym pisał pan, że będzie u niego tej feralnej nocy. Dzięki kopercie, w której znajdował się list, dowiedzieliśmy się, jak się nazywał zmarły i gdzie mieszkał. Dziś rano po dziewiątej dotarliśmy do jego domu i nie zastaliśmy ani pana, ani nikogo innego. Wysłałem telegram do pana Gregsona, by odnalazł pana w Londynie, kiedy ja przeszukiwałem willę Wisteria. Potem przyjechałem do miasta, dołączyłem do pana Gregsona, i oto jesteśmy.

– Myślę – rzekł Gregson, wstając – że najlepszym posunięciem będzie nadanie tej sprawie oficjalnego charakteru. Uda się pan z nami na posterunek, panie Eccles, i tam spiszemy pańskie zeznania.

– Oczywiście, natychmiast się tam udam. Nadal jednak pragnę skorzystać z pańskich usług, panie Holmes. Chciałbym, żeby nie szczędził pan kosztów ani wysiłków, aby dotrzeć do prawdy.

Mój przyjaciel zwrócił się do inspektora z prowincji.

– Jak zakładam, panie Baynes, nie ma pan nic przeciwko temu, bym z panem współpracował?

– To będzie dla mnie prawdziwy zaszczyt, sir.

– Odnoszę wrażenie, że wszystko, co pan do tej pory zrobił, zostało przeprowadzone bardzo szybko i fachowo. Ciekaw jestem, czy znalazł pan jakąkolwiek wskazówkę, na podstawie której można byłoby odtworzyć dokładną godzinę zgonu tego człowieka?

– Był tam od pierwszej w nocy. Mniej więcej o tej porze padał deszcz, a on z całą pewnością został zabity, zanim zaczęło padać.

– To przecież niemożliwe, panie Baynes! – zawołał nasz klient. – Nie sposób pomylić jego głosu z jakimkolwiek innym. Mogę przysiąc, że to on o tej porze mówił do mnie przez drzwi sypialni.

– To niezwykłe, ale bynajmniej nie niemożliwe – rzekł z uśmiechem Holmes.

– Ma pan jakieś przesłanki? – spytał Gregson.

– Na pierwszy rzut oka sprawa nie wydaje się skomplikowana, ale pojawiły się pewne nowe interesujące przesłanki. Zanim pozna pan moją ostateczną opinię, muszę dokładniej przeanalizować fakty. A nawiasem mówiąc, panie Baynes, czy przeszukując dom, znalazł pan jeszcze coś niezwykłego oprócz tego listu?

Detektyw rzucił mojemu przyjacielowi dziwne spojrzenie.

– Było tam kilka BARDZO niezwykłych rzeczy – powiedział. – Kiedy już skończymy formalności na posterunku, może zechciałby pan pojechać ze mną i powiedzieć mi, co pan o tym myśli?

– Jestem do pańskiej dyspozycji – odrzekł Holmes i dał sygnał dzwonkiem. – Pani Hudson, proszę odprowadzić dżentelmenów i wysłać z łaski swojej chłopaka z tym telegramem. Ma opłacić pięć szylingów za odpowiedź.

Gdy nasi goście wyszli, siedzieliśmy przez jakiś czas w milczeniu. Holmes, marszcząc brwi, w skupieniu palił fajkę.

– Cóż, Watsonie – zagadnął mnie nagle. – Co o tym sądzisz?

– Nic nie pojmuję z całej tej mistyfikacji, w którą wplątano pana Ecclesa.

– Ale co myślisz o samej zbrodni?

– Biorąc pod uwagę zniknięcie służących tego człowieka, uważam, że byli w jakiś sposób zamieszani w jego zabójstwo i uciekli, by uniknąć sprawiedliwości.

– Z całą pewnością można tak to tłumaczyć. Jednak musisz przyznać, że to bardzo dziwne, by jego służący planowali zabójstwo i zaatakowali go akurat tej nocy, kiedy podejmował gościa. Każdej innej nocy był przecież całkowicie zdany na ich łaskę.

– W takim razie dlaczego uciekli?

– No właśnie, dlaczego uciekli? To ważne pytanie. Kolejnym istotnym faktem są niezwykłe przeżycia naszego klienta Scott Ecclesa. A teraz powiedz, mój drogi Watsonie, czy znalezienie argumentów, które wyjaśniałyby oba te fakty, wykracza poza granice ludzkiej pomysłowości? Gdyby dało się wytłumaczyć również tajemniczy liścik i jego wyjątkowo interesujące słownictwo, wówczas być może warto byłoby go zaakceptować jako naszą roboczą hipotezę. Gdyby wszystkie nowe fakty, o których się dowiemy, pasowały do tego schematu, nasza hipoteza mogłaby stopniowo zmienić się w rozwiązanie tajemnicy.

– Mamy jakąś hipotezę?

Holmes usiadł głębiej w fotelu, oczy miał na wpół przymknięte.

– Musisz przyznać, mój drogi Watsonie, że pomysł, iż był to jakiś żart, jest nie do przyjęcia. Jak się później okazało, doszło do poważnych wydarzeń, a zwabienie Scott Ecclesa do willi Wisteria miało z nimi określony związek.

– Ale jaki mógł to być związek?

– Przyjrzyjmy się temu krok po kroku. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że było coś nienaturalnego w tej dziwnej i tak nagle zawartej przyjaźni pomiędzy owym młodym Hiszpanem a Scott Ecclesem. To ten pierwszy wziął na siebie inicjatywę. Odwiedził Ecclesa na drugim końcu Londynu następnego dnia po tym, jak go poznał, i utrzymywał z nim przez cały czas kontakt, dopóki nie sprowadził go do siebie do Esher. A teraz zastanówmy się, czego mógł chcieć od Ecclesa. Co Eccles mógł mu ofiarować? Nie postrzegam go jako wyjątkowo czarującego człowieka. Nie jest też szczególnie inteligentny, i trudno sobie wyobrazić duchowe pokrewieństwo między nim a bystrym południowcem. To dlaczego właśnie Eccles został wybrany spośród wszystkich ludzi, których Garcia poznał, jako odpowiedni dla jego celów? Czy ma jakąś szczególną cechę? Powiedziałbym, że tak. Jest modelowym przykładem szanowanego Brytyjczyka i dokładnie takim typem człowieka, który jako świadek byłby w stanie przekonać innego Brytyjczyka. Sam widziałeś, że żadnemu z inspektorów nie przyszło nawet do głowy, by kwestionować jego oświadczenie, choć było tak niezwykłe.

– Ale miał być świadkiem czego?

– Tak się złożyło, że niczego, jednak gdyby stało się inaczej, miał być świadkiem wszystkiego. Tak ja widzę tę sprawę.

– Rozumiem. Mógł dostarczyć alibi.

– Właśnie tak, mój drogi Watsonie. Mógł potwierdzić alibi. Załóżmy dla potrzeb naszej dyskusji, że ludzie mieszkający w willi Wisteria byli wspólnikami w realizacji pewnego planu i mieli podjąć jakąś próbę, czegokolwiek by ona miała dotyczyć, przed pierwszą w nocy. Całkiem możliwe, że przestawiając zegary, sprawili, że Scott Eccles poszedł spać wcześniej niż myślał. W każdym razie to prawdopodobne, że gdy Garcia specjalnie przyszedł mu powiedzieć, że jest pierwsza, w rzeczywistości nie było później niż dwunasta. Gdyby Garcia zdołał zrobić to, co zamierzał, cokolwiek to było, i wrócić przed tą wymienioną godziną, ewidentnie miałby mocne alibi w przypadku jakichkolwiek oskarżeń. Miałby zapewnione świadectwo tego Anglika o doskonałej reputacji, gotowego przysiąc w każdym sądzie, że oskarżony przez cały ten czas znajdował się w domu. Był dla niego zabezpieczeniem na wypadek, gdyby doszło do najgorszego.

– Tak, tak. To rozumiem. Ale co ze zniknięciem pozostałych?

– Nie poznałem jeszcze wszystkich faktów, nie sądzę jednak, by czekały nas jakieś trudności nie do przezwyciężenia. Jednak błędem jest wyciąganie wniosków, zanim nie zdobędzie się wszystkich danych. W takim przypadku człowiek zaczyna w nieuzasadniony sposób naginać fakty, by pasowały do jego teorii.

– A ta wiadomość?

– Jak to brzmiało? „Nasze własne barwy, zieleń i biel”. To sformułowano tak, jakby miało związek z jakimiś wyścigami. „Zieleń otwarte, biel zamknięte”. To ewidentnie jakiś sygnał. „Główne schody, pierwszy korytarz, siódme po prawej, zielone sukno”. To miejsce jakiegoś spotkania. Możliwe, że ujawnimy, iż za tym wszystkim kryje się zazdrosny mąż. Najwyraźniej chodzi o jakąś niebezpieczną wyprawę. Gdyby tak nie było, nie dodałaby na końcu: „Z Bogiem. D.”, to powinna być wskazówka.

– Ten człowiek był Hiszpanem. Sugeruję, że „D.” może oznaczać Dolores. To popularne kobiece imię w Hiszpanii.

– Dobrze, Watsonie. Bardzo dobrze. Ale to mało prawdopodobne. Hiszpanka pisałaby do Hiszpana po hiszpańsku. Kobieta, która napisała tę notatkę, z całą pewnością jest Angielką. Cóż, możemy jedynie uzbroić się w cierpliwość, dopóki ten wspaniały inspektor nie wróci do nas. A tymczasem podziękujmy naszemu szczęśliwemu losowi, który na kilka krótkich godzin uratował nas przed nieznośnym wpływem bezczynności.

Nim powrócił inspektor z Surrey, nadeszła odpowiedź na telegram Holmesa. Przeczytał ją i właśnie miał odłożyć do swojego notatnika, gdy dostrzegł moją pełną oczekiwania twarz. Rzucił mi telegram ze śmiechem.

– Obracamy się w wyższych sferach – powiedział.

Telegram zawierał listę nazwisk i adresów:

Lord Harringby, the Dingle; sir George Ffolliott, Oxshott Towers; sędzia Hynes Hynes, Purdley Place; James Baker Williams, Forton Old Hall; Henderson, High Gable; wielebny Joshua Stone, Nether Walsling.

 

– To bardzo oczywisty sposób, by ograniczyć nasz zakres działań – rzekł Holmes. – Bez wątpienia Baynes, będąc bardzo metodycznym człowiekiem, już ma jakiś plan.

– Zupełnie tego nie rozumiem.

– Cóż, mój drogi przyjacielu. Doszliśmy już do wniosku, że wiadomość, którą Garcia otrzymał przy obiedzie, dotyczyła jakiegoś umówionego spotkania. Oznacza to, że jeśli sposób, w jaki ją interpretujemy, jest słuszny, to aby zjawić się na miejscu schadzki, trzeba wejść na górę głównymi schodami i odnaleźć siódme drzwi w korytarzu. A z tego wynika, że dom, o którym mowa, jest wyjątkowo duży. Równie jasne jest to, że nie może być położony dalej niż jedną czy dwie mile od Oxshott, ponieważ Garcia zmierzał w tym kierunku pieszo. Tak jak ja to rozumiem, miał nadzieję, że uda mu się wrócić na czas do willi Wisteria, by móc skorzystać z alibi, które byłoby ważne tylko do godziny pierwszej w nocy. Ponieważ liczba wielkich domów w okolicach Oxshott jest ograniczona, przyjąłem nasuwające się w oczywisty sposób założenie. Wysłałem telegram do agentów nieruchomości, o których wspominał Scott Eccles, i otrzymałem od nich listę takich domów. Zostały wymienione w tym telegramie, i to właśnie wśród nich musi znajdować się koniec nici naszego poplątanego kłębka.

Dochodziła już prawie szósta, gdy w towarzystwie inspektora Baynesa znaleźliśmy się w Esher, ładnej wsi w hrabstwie Surrey.

Obaj z Holmesem zabraliśmy ze sobą trochę rzeczy osobistych; w karczmie „Pod Bykiem” znaleźliśmy wygodną kwaterę. Następnie wyruszyliśmy wraz z detektywem do willi Wisteria. Był zimny ciemny marcowy wieczór, w twarze zacinał drobny, niesiony wiatrem deszcz. Pogoda idealnie pasowała do dzikich opustoszałych błoni, jakimi wiodła nasza droga, i tragicznego celu wędrówki, do którego ta droga nas doprowadziła.

Część druga: Tygrys z San Pedro

 

Po melancholijnym kilkumilowym spacerze w chłodnym powietrzu doszliśmy do wysokiej drewnianej bramy, która otwierała się na ponurą aleję kasztanowców. Kręty zacieniony podjazd doprowadził nas do niskiego ciemnego domu, którego czarny niczym smoła kształt odcinał się od tła, jakie tworzyło niebo koloru ołowiu. Z okna znajdującego się w ścianie frontowej na lewo od drzwi pobłyskiwało słabe światło.

– W domu jest konstabl – poinformował nas Baynes. – Zapukam w okno. – Przeszedł przez trawnik i zastukał. Przez zaparowaną szybę dostrzegłem niewyraźną sylwetkę mężczyzny, który zerwał się z krzesła przy kominku. Usłyszałem ostry krzyk dobiegający z pokoju. Chwilę później drzwi otworzył policjant; oddychał ciężko, a jego twarz była blada. W drżącej dłoni trzymał świecę z rozchwianym płomieniem.

– O co chodzi, Walters? – spytał ostro Baynes.

Mężczyzna otarł czoło chustką i wydał z siebie głębokie westchnienie ulgi.

– Cieszę się, że pan przyjechał, sir. To był długi wieczór, a moje nerwy nie są tak mocne jak kiedyś.

– Twoje nerwy, Walters? Nie sądziłem, że w ogóle jakieś masz.

– Sir, to przez ten opuszczony cichy dom i to dziwactwo, które ujrzałem w oknie. Kiedy zapukał pan w szybę, pomyślałem, że ono znowu przyszło.

– Że co przyszło?!

– Diabeł, sir. Tak mi się wydaje. To coś było w oknie.

– Co było w oknie i kiedy?

– Jakieś dwie godziny temu. Właśnie zapadał zmierzch. Siedziałem na krześle i czytałem. Nie wiem, dlaczego podniosłem wzrok: z zewnątrz patrzyła na mnie przez okno jakaś twarz. Dobry Boże, sir, co to była za twarz! Będzie mi się śniła po nocach.

– Opanuj się, Walters. Konstabl nie powinien wygadywać takich bredni!

– Wiem, sir, wiem. Ale to mną ogromnie wstrząsnęło, i nie ma sensu zaprzeczać. Ta twarz nie była ani czarna, ani biała, ani też w żadnym innym kolorze, jaki znam. To był jakiś dziwny odcień przypominający glinę z domieszką mleka. No i jeszcze jej rozmiary... Była dwa razy większa niż pańska, sir. A jak wyglądała... Wielkie wybałuszone, wlepione we mnie oczy i białe zęby jak u jakiejś głodnej bestii. Mówię panu, sir, nie byłem w stanie poruszyć nawet palcem. Zaparło mi dech w piersiach. A potem w jednej chwili ta twarz znikła. Wybiegłem na zewnątrz, przebiegłem przez te krzaki, ale dzięki Bogu, nikogo tam nie było.

– Gdybym nie wiedział, że dobry z ciebie człowiek, Walters, byłbyś przegrany w moich oczach. Nawet gdyby to był sam diabeł, to konstabl na służbie nie powinien dziękować Bogu, że nie był w stanie go schwytać w swoje ręce. Zakładam, że to wszystko ci się nie przywidziało i było wynikiem zdenerwowania?

– Przynajmniej to można bardzo łatwo ustalić – rzekł Holmes, zapalając swoją małą kieszonkową latarkę. – Tak – odezwał się po krótkim badaniu trawnika. – Mamy tu odcisk buta, powiedziałbym, numer dwanaście. Jeśli wzrost tego człowieka był proporcjonalny do wielkości jego stopy, to z całą pewnością musiał być olbrzymem.

– I co się z nim stało?

– Wygląda na to, że przedarł się przez te krzaki i poszedł w stronę drogi.

– Cóż – powiedział inspektor z poważną zamyśloną twarzą – ktokolwiek to był i czegokolwiek tutaj szukał, teraz go nie ma, a na nas czekają pilniejsze sprawy. Panie Holmes, za pańskim pozwoleniem, chciałbym oprowadzić pana po domu.

Po uważnym przeszukaniu sypialni i salonów okazało się, że nie ma tam nic ciekawego. Najwyraźniej najemcy przywieźli ze sobą niewiele, a wszystkie meble, aż po najmniejsze drobiazgi, przejęli razem z domem. Pozostawili po sobie sporo ubrań marki Marx and Co., High Holborn. Próbowano się już dowiedzieć czegoś telegraficznie, okazało się jednak, że Marx nie wiedział niczego na temat swojego klienta poza tym, że ten dobrze płacił. Trochę drobiazgów, jakieś fajki, parę powieści, z tego dwie po hiszpańsku, oraz staromodny rewolwer na naboje trzpieniowe i gitara były jedynymi przedmiotami osobistymi.

– Niczego tu nie ma – rzekł Baynes, przechodząc ze świecą w ręce z pokoju do pokoju. – Ale teraz, panie Holmes, proszę zwrócić uwagę na kuchnię.

Było to ponure pomieszczenie z wysokim stropem, położone na tyłach domu. W jednym z kątów leżało posłanie ze słomy, na którym najwyraźniej sypiał kucharz. Na stole piętrzyły się talerze z resztkami jedzenia i brudne naczynia z pozostałościami po obiedzie z ubiegłego wieczoru.

– Proszę na to spojrzeć – rzekł Baynes. – Co pan o tym sądzi?

Zbliżył świecę do niezwykłego przedmiotu w głębi kredensu; ten przedmiot był tak pomarszczony i skurczony, że trudno było powiedzieć, co to jest. Można było jedynie stwierdzić, że to czarne i skórzaste przypominało trochę skarlałą ludzką postać. Gdy zacząłem go badać, pomyślałem najpierw, że jest to zmumifikowane murzyńskie dziecko, potem wydało mi się, że to bardzo poskręcana stara małpa. Na koniec miałem wątpliwości, czy było to jakieś zwierzę, czy może człowiek. Pośrodku tego czegoś przywiązany był podwójny sznur białych muszelek.

– Bardzo ciekawe... Doprawdy, bardzo ciekawe – rzekł Holmes, przyglądając się tym mrocznym szczątkom. – Coś jeszcze?

Baynes w milczeniu poprowadził nas do zlewu i oświetlił go świecą. Ujrzeliśmy kończyny i korpus jakiegoś wielkiego białego ptaka, który został bestialsko porozrywany na kawałki, choć nadal pokrywały go pióra. Holmes wskazał na korale na odciętej głowie zwierzęcia.

– To biały kogut – powiedział. – Wyjątkowo interesujące! To naprawdę bardzo ciekawa sprawa.

Najstraszniejszy eksponat pan Baynes zachował na sam koniec. Spod zlewu wyciągnął blaszane wiadro zawierające sporą ilość krwi. Potem wziął ze stołu półmisek, na którym piętrzyła się sterta zwęglonych kawałków kości.

– Jakieś żywe stworzenie zostało tu zabite i spalone. Wygrzebaliśmy wszystkie te kości z pieca. Rano sprowadziliśmy tutaj lekarza. Stwierdził, że nie były to ludzkie szczątki.

Holmes uśmiechnął się i zatarł ręce.

– Muszę panu pogratulować, inspektorze. Doskonale pan prowadzi tę jakże wyjątkową i pouczającą sprawę. Nie chciałbym pana urazić, ale odnoszę wrażenie, że pańskie stanowisko nie pozwala panu w pełni wykazać swoich możliwości.

Małe oczka inspektora Baynesa błysnęły z zadowoleniem.

– Ma pan rację, panie Holmes. Na prowincji popadamy w stagnację. Tego rodzaju sprawa daje człowiekowi szansę, i mam nadzieję, że uda mi się z niej skorzystać. Co pan sądzi o tych kościach?

– Powiedziałbym, że to jagnię albo koźlę.

– A ten biały kogut?

– Ciekawe, panie Baynes. Bardzo ciekawe, niemal niespotykane.

– Tak, sir. W tym domu musieli mieszkać jacyś bardzo dziwni ludzie o niecodziennych upodobaniach. Jeden z nich nie żyje. Czy jego towarzysze poszli za nim i go zabili? Gdyby tak było, powinniśmy ich złapać, każdy port jest obserwowany. Mam jednak inne zdanie na ten temat. Tak, sir, zupełnie inne.

– A więc ma pan jakąś teorię?

– Tak. I sam ją dopracuję, panie Holmes. Tylko w ten sposób mogę zdobyć uznanie. Pańskie imię jest już sławne, ale na to, aby moje stało się także znane, muszę zapracować. Będę się cieszyć później, mogąc powiedzieć, że rozwiązałem tę sprawę bez pańskiej pomocy.

Holmes zaśmiał się wesoło.

– No cóż, inspektorze – powiedział – proszę w takim razie podążać własną ścieżką, a ja pójdę swoją. Wyniki, jakie uzyskam, będą zawsze do pańskiej dyspozycji, o ile tylko pan mnie o to poprosi. Myślę, że zobaczyłem już w tym domu wszystko, co chciałem zobaczyć, i teraz lepiej wykorzystam mój czas gdzie indziej. Au revoir i powodzenia!

Odczytywałem z wielu subtelnych znaków, które były niedostrzegalne dla kogokolwiek innego, że Holmes znalazł jakiś gorący trop. Choć przygodnemu obserwatorowi mógł wydawać się beznamiętny jak zwykle, w błyszczących oczach przyjaciela dostrzegłem zapał i tłumione napięcie, a jego ożywienie upewniło mnie w przekonaniu, że coś się szykuje. Zgodnie ze swoim zwyczajem nic nie powiedział, ja natomiast jak zwykle nie zadawałem żadnych pytań. Wystarczała mi świadomość, że biorę udział w tej sprawie oraz że mogę udzielić skromnej pomocy Sherlockowi przy ujęciu przestępcy, nie angażując bez potrzeby niezwykłych umiejętności jego umysłu. Dowiem się wszystkiego we właściwym czasie.

Tak więc czekałem. Jednakże ku mojemu coraz większemu rozczarowaniu czekałem na próżno. Mijały dni, a mój przyjaciel nie zrobił nawet jednego kroku naprzód. Jeden poranek spędził w mieście: jak się dowiedziałem z rzuconej od niechcenia uwagi, był w British Museum. Poza tym całymi dniami długo i często samotnie spacerował lub rozmawiał z wioskowymi plotkarzami, na znajomości z którymi bardzo mu zależało.

– Jestem pewien, Watsonie, że tydzień na wsi świetnie ci zrobi – zauważył. – Jak przyjemnie znów widzieć pierwsze zielone pąki na żywopłocie i kotki na leszczynie. Mając łopatkę, blaszane pudełko i podstawy wiedzy z botaniki, można tu spędzić parę pouczających dni.

Krążył więc sam po okolicy, wyposażony we wspomniany sprzęt, jednak kolekcja roślin, którą przynosił wieczorami, była niezbyt imponująca.

Podczas naszych wędrówek natykaliśmy się czasami na inspektora Baynesa. Gdy witał się z moim towarzyszem, jego otyła czerwona twarz marszczyła się w uśmiechu, a małe oczka błyszczały. Mówił niewiele na temat sprawy, jednak z tego, co powiedział, wywnioskowaliśmy, że on również był zadowolony z rozwoju wydarzeń. Muszę jednak przyznać, że byłem nieco zaskoczony, gdy pięć dni po popełnieniu zbrodni zajrzałem do porannej gazety i znalazłem ten oto nagłówek, wydrukowany wielkimi literami:

TAJEMNICA Z OXSHOTT

ROZWIĄZANIE

ARESZTOWANIE DOMNIEMANEGO MORDERCY

 

Gdy odczytałem go na głos, Holmes podskoczył na swoim krześle, jakby coś go ukłuło.

– Na Jowisza! – zawołał. – Nie chcesz chyba powiedzieć, że Baynes go złapał?

– Najwyraźniej – odparłem i przeczytałem co następuje:

W Esher i jego okolicach zapanowało wielkie poruszenie, gdy ubiegłej nocy stało się wiadomym, że dokonano aresztowania w związku z morderstwem w Oxshott. Przypominamy, że pan Garcia z willi Wisteria został znaleziony martwy na błoniach Oxshott, a ślady na jego ciele wykazywały brutalną przemoc. Tego samego wieczoru zbiegli jego służący i kucharz, co wydawało się wskazywać na ich udział w tej zbrodni. Sugerowano, lecz nigdy nie udowodniono tego, że zmarły dżentelmen mógł posiadać w domu kosztowności i że motywem tej zbrodni był rabunek. Prowadzący sprawę inspektor Baynes poczynił wszelkie możliwe wysiłki, aby odnaleźć kryjówkę zbiegów. Miał uzasadnione powody, by uważać, iż nie odeszli zbyt daleko, lecz zaczaili się w jakimś wcześniej przygotowanym ukryciu. Od samego początku było wiadomo, że ich ujęcie jest tylko kwestią czasu, ponieważ na podstawie zeznań kilku handlarzy, którzy widzieli kucharza przez okno, ustalono, iż ten człowiek miał bardzo niezwykły wygląd. Był to olbrzymi wstrętny mulat o żółtawej skórze wyraźnie negroidalnego typu. Widziano go po popełnieniu zbrodni. Jeszcze tego samego wieczoru zauważył go i ścigał konstabl Walters, gdy ten miał czelność zjawić się ponownie w willi Wisteria. Inspektor Baynes doszedł do wniosku, że taka wizyta musiała mieć jakiś cel i kucharz prawdopodobnie zjawi się tam ponownie. Dom stał więc opuszczony, w pobliskich krzakach zastawiono jednak pułapkę. Ubiegłej nocy człowiek ten wpadł w zasadzkę i został pojmany po krótkiej walce, podczas której konstabl Downing został poważnie pogryziony przez dzikusa. Zakładamy, że kiedy więzień stanie przed sądem, policja złoży wniosek o zatrzymanie go w areszcie śledczym, i że z jego pojmaniem wiązać można wielkie nadzieje na rozwiązanie sprawy.

 

– Musimy się natychmiast spotkać z Baynesem! – zawołał Holmes, chwytając swój kapelusz. – Powinniśmy go zastać, nim wyjdzie z domu.

Ruszyliśmy pośpiesznie wiejską uliczką i zgodnie z naszymi oczekiwaniami przekonaliśmy się, że inspektor właśnie wychodzi ze swojego mieszkania.

– Widział pan gazetę, panie Holmes? – spytał, podając nam najnowszy numer.

– Tak, Baynes, widziałem. Proszę nie czuć się urażonym, ale chciałbym panu udzielić przyjacielskiego ostrzeżenia.

– Ostrzeżenia, panie Holmes?

– Dość starannie zbadałem tę sprawę i nie jestem przekonany o tym, że jest pan na właściwym tropie. Nie chciałbym, aby posunął się pan zbyt daleko, dopóki nie będzie miał pewności.

– To bardzo uprzejme z pana strony, sir.

– Zapewniam pana, że mówię to dla jego dobra.

Odniosłem wrażenie, że powieka zakrywająca niewielkie oko pana Baynesa drgnęła, jakby chciał do mnie mrugnąć.

– Uzgodniliśmy, że każdy z nas będzie pracował po swojemu, panie Holmes. I to właśnie robię.

– Och, oczywiście – rzekł mój przyjaciel. – Tylko proszę mnie później nie winić.

– Ależ skąd, sir. Jestem przekonany, że ma pan dobre intencje. Ale wszyscy mamy własne metody, sir. Pan ma swoje, a ja swoje.

– W takim razie nie mówmy już o tym.

– Zawsze chętnie udzielę panu najświeższych informacji. Ten człowiek to kompletny dzikus, silny jak koń pociągowy i wściekły jak jakiś diabeł. Prawie odgryzł kciuk Downingowi, nim udało się go obezwładnić. Prawie nie mówi po angielsku, nie wydobyliśmy z niego nic prócz jakiegoś bełkotu.

– Ma pan dowody świadczące o tym, że zamordował swojego pana?

– Tego nie powiedziałem, panie Holmes. Tego nie powiedziałem. Wszyscy mamy swoje sposoby. Pan stosuje swoje, a ja spróbuję zastosować moje. Taka jest umowa.

Gdy odchodziliśmy, Holmes wzruszył ramionami.

– Nie pojmuję tego człowieka. Wygląda na to, że zmierza ku klęsce. Ale cóż, tak jak mówi, każdy z nas musi próbować rozwiązać problem po swojemu, i zobaczymy, co z tego wyniknie. Niemniej w inspektorze Baynesie jest coś, czego do końca nie rozumiem.

Gdy wróciliśmy do naszego pokoju w karczmie „Pod Bykiem”, Sherlock rzekł:

– Usiądź na tym krześle, Watsonie, chcę ci wyjaśnić sytuację, ponieważ dziś w nocy mogę potrzebować twojej pomocy. Pozwól, że przedstawię rozwój wypadków w tej sprawie na tyle, na ile udało mi się ją prześledzić. Choć w głównych zarysach wszystko jest proste, pojawiły się nieprzewidziane przeszkody wynikające z aresztowania kucharza. Z tego powodu istnieją pewne luki, które musimy jeszcze wypełnić.

Cofnijmy się do wiadomości, którą wręczono Garcii tego wieczoru, gdy został zamordowany. Możemy odrzucić pomysł Baynesa, że w sprawę byli zamieszani jego służący. Dowodem na to jest fakt, że to właśnie ON tak wszystko zaaranżował, by w jego domu obecny był Scott Eccles, a mógł to zrobić tylko po to, by mieć alibi. W takim razie to Garcia planował jakieś przedsięwzięcie, i najwyraźniej przedsięwzięcie przestępcze, które miał przeprowadzić tamtej nocy i w trakcie którego został zabity. Mówię, że to przedsięwzięcie miało przestępczy charakter, ponieważ tylko człowiek, który planuje coś w tym rodzaju, chce zapewnić sobie alibi. A w takim razie kto najprawdopodobniej odebrał mu życie? Z całą pewnością ktoś, przeciwko komu to zamierzenie było skierowane. Jak sądzę, do tej pory poruszamy się po bezpiecznym gruncie.

Teraz rozumiemy powody zniknięcia służących Garcii. WSZYSCY oni byli wspólnikami w realizacji tej samej, nie znanej nam zbrodni. Gdyby wydała się ona po powrocie Garcii, zeznania Anglika obaliłyby wszelkie możliwe podejrzenia. Jednak przedsięwzięcie to było ryzykowne. Bez wątpienia, gdyby Garcia nie powrócił przed określoną godziną, znaczyłoby, że najprawdopodobniej sam stracił życie. W związku z tym ustalono, że w takiej sytuacji jego dwóch podwładnych uda się do przygotowanego wcześniej miejsca, aby się ukryć przed policją, a później przeprowadzić kolejną próbę zamachu.

To by całkowicie wyjaśniało znane nam fakty, prawda?

Zacząłem nareszcie dostrzegać sens w całej tej pozornie niewytłumaczalnej plątaninie. Tak jak zawsze, zastanawiałem się, dlaczego nie było to dla mnie oczywiste od samego początku.

– Ale dlaczego jeden ze służących wrócił?

– Możemy sobie wyobrazić, że kiedy uciekali, w zamieszaniu zostawili coś cennego, coś, z czym ten człowiek za nic nie chciał się rozstać. To by wyjaśniało jego upór, prawda?

– Cóż... Jaki jest kolejny krok?

– Kolejnym krokiem jest wiadomość otrzymana przez Garcię podczas obiadu. Wskazuje ona na istnienie jakiegoś sojusznika z zewnątrz. A gdzie on może być teraz? Już wspominałem, że może on być tylko w jakimś dużym domu i że liczba takich domów jest ograniczona. Pierwsze dni w tej wiosce poświęciłem na spacery, podczas których zajmowałem się badaniami botanicznymi, a w przerwach przeprowadziłem rekonesans we wszystkich dużych posiadłościach i zapoznałem się z rodzinną historią ich mieszkańców. Moją uwagę przykuł jeden dom, tylko jeden. To słynny stary jakobicki folwark High Gable, położony milę stąd po drugiej stronie Oxshott i niecałe pół mili od miejsca, gdzie rozegrała się tragedia. Pozostałe dworki należały do zwykłych szanowanych ludzi, którzy trzymają się z dala od wszystkiego, co niezwykłe i tajemnicze. Jednak pan Henderson z High Gable jest ze wszech miar ciekawym człowiekiem, któremu jak najbardziej mogłyby się przytrafić niecodzienne przygody. Tak więc skupiłem uwagę na nim i na mieszkańcach jego domu.

Przedziwna zbieranina ludzi, Watsonie. A sam Henderson wyróżnia się spośród nich wszystkich. Udało mi się z nim spotkać pod jakimś wiarygodnym pretekstem, ale odniosłem wrażenie, czytając w jego ciemnych złowrogich oczach, że doskonale wie, co tak naprawdę mnie tam sprowadziło. To pięćdziesięcioletni mężczyzna, silny i sprawny, ma stalowoszare włosy, wielkie krzaczaste czarne brwi, porusza się niczym jeleń i roztacza wokół siebie iście cesarską atmosferę. Jest gwałtownym władczym człowiekiem, pod którego pergaminową skórą skrywa się ognisty temperament. Albo sam jest cudzoziemcem, albo przez długi czas mieszkał w tropikach, bo jest żółty i wysuszony, ale twardy jak rzemień bata. Jego ciemnoskóry przyjaciel i sekretarz pan Lucas niewątpliwie jest cudzoziemcem. Przebiegły, gładki w obyciu i zręczny jak kot, ma miły głos, w którym jednak wyczuwa się jad. Watsonie, natknęliśmy się, jak widzisz, już na dwie grupy cudzoziemców. Jedną w willi Wisteria, a drugą w High Gable. Tak więc elementy naszej układanki zaczynają do siebie pasować.

Ci dwaj opisani przeze mnie ludzie, będący bliskimi i zaufanymi przyjaciółmi, stanowią samo serce tego domu. Istnieje jednak ktoś jeszcze, czyja rola może być nawet ważniejsza w naszych dociekaniach. Henderson ma dwoje dzieci – dziewczynki w wieku jedenastu i trzynastu lat. Ich guwernantką jest niejaka panna Burnet, Angielka w wieku około czterdziestu lat. Mają też jednego zaufanego służącego. Razem tworzą niemal rodzinę. Zawsze podróżują razem, a Henderson jest prawdziwym globtroterem; nieustannie gdzieś wędruje. Ostatnio powrócił do High Gable po rocznej nieobecności. Mogę też dodać, że jest niesamowicie bogaty i z łatwością może zaspokajać wszystkie swoje kaprysy i zachcianki. Co do reszty domowników, w High Gable roi się od kamerdynerów, służących, pokojówek oraz zwyczajnego przekarmionego leniwego personelu, charakterystycznego dla wielkich wiejskich rezydencji.

Tyle się dowiedziałem, po części z wioskowych plotek, a po części z moich własnych obserwacji. Nie ma lepszych informatorów niż zwolnieni służący, mający żal do swych chlebodawców, a mnie szczęśliwie udało się takiego znaleźć. Nazywam to szczęściem, ale na pewno bym na niego nie natrafił, gdybym go nie szukał. Jak mówi Baynes, wszyscy mamy swoje sposoby. Mnie udało się znaleźć Johna Warnera, niegdyś ogrodnika w High Gable, zwolnionego przez swego władczego pracodawcę w przypływie złego humoru. Warner miał z kolei przyjaciół wśród domowej służby, a oni również obawiali się swojego pana i go nie znosili. W ten sposób zdobyłem klucz do tajemnic tej rezydencji.

Mieszkańcami są przedziwni ludzie, Watsonie. Nie próbuję udawać, że już to wszystko rozumiem, ale tak czy inaczej, są naprawdę dziwaczni. Dom ma dwa skrzydła. W jednym z nich mieszkają służący, a w drugim rodzina. Nikomu nie wolno przechodzić z jednego skrzydła do drugiego z wyjątkiem osobistego służącego Hendersona, który serwuje posiłki dla rodziny. Są one przenoszone przez drzwi, które stanowią jedyne przejście pomiędzy dwoma skrzydłami budynku. Guwernantka i dzieci wychodzą rzadko, i tylko do ogrodu. Hendersonowi nigdy nie zdarza się wyjść gdzieś samemu. Ciemnoskóry sekretarz jest niczym jego cień. Służący plotkują, że ich pan czegoś się bardzo obawia. „Sprzedał duszę diabłu za pieniądze – mówi Warner – a teraz boi się, że wierzyciel przyjdzie upomnieć się o swoje”. Nikt ze służących nie ma pojęcia, skąd przyjechali ani kim są. To bardzo gwałtowni i brutalni ludzie. Henderson dwa razy rzucił się na kogoś z batem i tylko dzięki głębokiej kieszeni i niebotycznym odszkodowaniom nie musiał stawić się w sądzie.

Cóż, Watsonie, oceńmy teraz sytuację w świetle naszych nowych informacji. Możemy założyć, że wiadomość wysłano z tej przedziwnej rezydencji. Miała ona zachęcić Garcię, by przeprowadził jakiś zamach, który zaplanowano już wcześniej. Kto mógł napisać ten list? Na pewno ktoś spośród mieszkańców tej cytadeli, i jestem pewien, że była to kobieta. A więc któż inny, jak nie panna Burnet, guwernantka? Wygląda na to, że nasze rozumowanie jednoznacznie do tego prowadzi. W każdym razie możemy przyjąć je jako hipotezę i przekonać się, co z tego wyniknie. Dodam jeszcze, że wiek i charakter panny Burnet całkowicie wykluczają moje pierwsze podejrzenia, że w tej historii chodzi o jakieś sprawy miłosne.

Skoro napisała ten liścik, była prawdopodobnie przyjaciółką i sojuszniczką Garcii. A więc jak zareagowałaby na wieść o jego śmierci? Gdyby został zabity, wykonując jakieś nikczemne przedsięwzięcie, mogłaby milczeć jak grób. Jednak w głębi serca powinna być rozgoryczona i nienawidzić jego morderców. Prawdopodobnie byłaby gotowa pomóc ludziom, którzy umożliwiliby jej zemstę. Czy moglibyśmy się z nią spotkać i spróbować nakłonić do współpracy? Taka była moja pierwsza myśl. Teraz jednak dochodzimy do pewnego ponurego faktu. Panny Burnet nikt nie widział od owej nocy, gdy popełniono morderstwo. Od tego wieczora wszelki ślad po niej zaginął. Czy wciąż żyje? Może spotkała ją śmierć tej samej nocy, gdy zginął przyjaciel, którego wzywała? A może jest tylko więziona? To pytania, na które wciąż nie mamy odpowiedzi.

Na pewno dostrzegasz, Watsonie, jaka to trudna sytuacja. Nie mamy żadnych podstaw, by ubiegać się o nakaz przeszukania. Gdybyśmy przedłożyli cały nasz plan sędziemu, mogłoby mu się to wydać wytworem naszej wyobraźni. Fakt zniknięcia tej kobiety nic nam nie pomoże, ponieważ każdy z mieszkańców tej niezwykłej rezydencji może nie pokazywać się nawet przez tydzień. A jednak w chwili obecnej jej życie może być w niebezpieczeństwie. Wszystko, co mogę zrobić, to postawić przy bramie mojego wartownika Warnera i obserwować ten dom. Nie możemy pozwolić, by taka sytuacja trwała nadal. Skoro prawo na nic się tu nie zda, sami musimy podjąć ryzyko.

– Co proponujesz?

– Wiem, gdzie jest jej pokój. Można się do niego dostać z dachu przybudówki. Sugeruję, żebyśmy udali się tam we dwóch dziś w nocy i przekonali się, czy zdołamy rozwikłać tę tajemnicę.

Muszę przyznać, że nie była to zbyt kusząca perspektywa. Stary dom owiany atmosferą morderstwa, jego osobliwi i nieprzewidywalni mieszkańcy, nieznane niebezpieczeństwa związane z łamaniem zasady nietykalności prywatnego terenu oraz fakt, że mieliśmy naruszyć prawo – wszystko to sprawiło, że mój zapał raptownie przygasł. Jednak w chłodnym metodycznym rozumowaniu Holmesa było coś, co nie pozwalało mi uchylić się przed proponowaną przez niego wyprawą. Czułem, że tylko w ten sposób możemy znaleźć rozwiązanie. W milczeniu uścisnąłem mu dłoń. Kości zostały rzucone.

Nie dane nam było jednak doczekać takiego finału naszego śledztwa. Było około piątej, i właśnie zaczęło zmierzchać, gdy do naszego pokoju wbiegł podekscytowany wieśniak.

– Wyjechali, panie Holmes! Wyjechali ostatnim pociągiem. Ta kobieta się im wyrwała! Mam ją na dole w dorożce.

– Doskonale, Warner! – zawołał Holmes, zrywając się na nogi. – Watsonie, elementy naszej układanki wreszcie błyskawicznie wskakują na swoje miejsca!

W dorożce siedziała kobieta, ledwie żywa ze zdenerwowania i wyczerpania. Jej wymizerowana twarz o ostrych rysach nosiła ślady świeżo przeżytej tragedii. Głowa bezwładnie zwisała na piersi. Gdy skierowała na nas swe otępiałe spojrzenie, ujrzałem, że jej źrenice były niczym czarne punkciki pośrodku szerokiej szarej tęczówki. Znajdowała się pod działaniem opium.

– Stałem i obserwowałem bramę, tak jak pan mi polecił, sir – rzekł nasz pomocnik, ów zwolniony ogrodnik. – Kiedy powóz wyjechał, śledziłem go do stacji. Pasażerka wyglądała tak, jakby chodziła we śnie, ale kiedy spróbowali usadowić ją w pociągu, nagle wróciły jej siły, i zaczęła walczyć. Wepchnęli ją do wagonu, ale udało jej się wyrwać i wydostać z pociągu. Postanowiłem pomóc, umieściłem ją w dorożce, i oto jesteśmy. Nigdy nie zapomnę twarzy w oknie wagonu, kiedy odjeżdżaliśmy. Ten czarnooki wściekły żółty diabeł! Gdyby mu się poszczęściło, długo bym nie pożył...

Zanieśliśmy pannę Burnet na górę i położyliśmy na sofie. Po paru filiżankach bardzo mocnej kawy jej umysł wreszcie się otrząsnął z oparów narkotyku. Holmes wysłał wiadomość do Baynesa, któremu błyskawicznie wyjaśniliśmy całą sytuację.

– No cóż, sir. Zdobył pan dla mnie wszystkie dowody, jakich potrzebowałem – rzekł ciepło inspektor, ściskając dłoń mojego przyjaciela. – Od początku podążałem tym samym tropem co pan.

– Co takiego?! Podejrzewał pan Hendersona?

– Panie Holmes, kiedy pan czołgał się w krzakach przy High Gable, ja siedziałem na jednym z drzew w sadzie i obserwowałem pana z góry. Chodziło jedynie o to, kto pierwszy zdobędzie dowody.

– W takim razie dlaczego aresztował pan tego mulata?

Baynes zachichotał.

– Byłem pewien, że Henderson, bo takim nazwiskiem się posługuje, czuł, iż jest podejrzewany w tej sprawie. Przypuszczałem, że będzie miał się na baczności i nie wykona żadnego ruchu, dopóki będzie uważał, że grozi mu jakieś niebezpieczeństwo. Aresztowałem niewłaściwego człowieka, aby uwierzył, że to nie on jest podejrzanym. Wiedziałem, że wtedy najprawdopodobniej czmychnie, a to da nam szansę dotarcia do panny Burnet.

Holmes położył dłoń na ramieniu inspektora.

– Wysoko pan zajdzie w swojej profesji. Posiada pan instynkt i intuicję – powiedział.

Baynes zarumienił się z zadowolenia.

– Przez cały tydzień ubrany po cywilnemu funkcjonariusz czekał na stacji. Gdziekolwiek pojadą mieszkańcy High Gable, nie straci ich z oczu. Musiał mieć poważny dylemat, kiedy zobaczył, że panna Burnet próbuje się uwolnić. Zabrał ją jednak pański człowiek, i wszystko dobrze się skończyło. Nie możemy nikogo aresztować bez jej zeznań, więc im szybciej je od niej uzyskamy, tym lepiej.

– Z każdą chwilą dochodzi do siebie – rzekł Holmes, spoglądając na guwernantkę. – Ale proszę mi powiedzieć, panie Baynes, kim jest ten cały Henderson?

– Henderson – odparł inspektor – to Don Murillo, niegdyś zwany Tygrysem z San Pedro.

Tygrys z San Pedro! W jednej chwili przez głowę przemknęła mi historia tego człowieka. Zasłynął jako najbardziej lubieżny i krwiożerczy tyran, jaki kiedykolwiek rządził krajem uważanym za cywilizowany. Ten potężny bezwzględny człowiek zdołał na dziesięć czy dwanaście lat narzucić swe ohydne, haniebne rządy przerażonym ludziom. Jego imię budziło grozę w całej Ameryce Środkowej. Na koniec doszło do powszechnego powstania przeciwko niemu. Był jednak równie przebiegły co okrutny. Uprzedzając przewrót, który miał zakończyć jego panowanie, przewiózł potajemnie swoje skarby na statek, którego załogę stanowili jego oddani zwolennicy. Następnego dnia powstańcy wzięli szturmem pusty pałac. Nie dostali w swe ręce dyktatora, jego dwójki dzieci, sekretarza ani jego bogactw. Od tej chwili tyran zniknął, a w europejskiej prasie od czasu do czasu ukazywały się różne spekulacje na temat jego aktualnej tożsamości.

– Tak, tak, sir. Don Murillo, Tygrys z San Pedro – powtórzył Baynes. – Jeśli pan to sprawdzi, panie Holmes, przekona się pan, że barwami San Pedro są zieleń i biel, tak jak w liściku. Przyjął nazwisko Henderson, jednak prześledziłem wstecz jego drogę z Paryża przez Rzym i Madryt aż do Barcelony, gdzie zawinął jego statek w 1886 roku. Przez cały ten czas przeciwnicy szukali go, żeby się zemścić, ale dopiero teraz zaczęli podejrzewać, gdzie się ukrywa.

– Odnaleźli go rok temu – odezwała się panna Burnet, która zdążyła już usiąść na sofie i w skupieniu przysłuchiwała się naszej rozmowie. – Już raz przeprowadzono zamach na jego życie, ale jakiś zły duch go uchronił. Teraz z kolei poległ szlachetny rycerski Garcia, a ten potwór dalej bezpiecznie chodzi po świecie. Ale pojawi się ktoś inny, i jeszcze następny, aż pewnego dnia sprawiedliwości stanie się zadość. To równie pewne jak to, że jutro wzejdzie słońce. – Zacisnęła swoje chude dłonie, a jej umęczona twarz pobladła z nienawiści.

– Ale jak pani wplątała się w tę sprawę, panno Burnet? – spytał Holmes. – Jak angielska dama mogła przyłączyć się do tak podłego przedsięwzięcia?

– Dołączyłam do niego, bo nie było na świecie żadnego innego sposobu, by sprawiedliwości stało się zadość. Cóż obchodzą angielskie prawo rzeki krwi, przelane wiele lat temu w San Pedro, czy statek obładowany skarbami, które ukradł ten niegodziwiec? Dla was to jak zbrodnie popełnione na jakiejś innej planecie. Ale MY o nich wiemy. Poznaliśmy prawdę w bólu i w cierpieniu. Dla nas nawet w piekle nie ma gorszego diabła od Juana Murillo, i nie zaznamy w życiu spokoju, póki jego ofiary nie zostaną pomszczone.

– Nie wątpię – rzekł Holmes – że było tak, jak pani mówi. Słyszałem o jego okrucieństwach. Ale w jaki sposób dotyczy to pani?

– Wszystko panu opowiem. Ten łotr prowadził taką politykę, by pod jakimkolwiek pretekstem mordować każdego, kto wydawał się potencjalnym konkurentem do władzy. Mój mąż (bo naprawdę nazywam się signora Victor Durando) był ambasadorem San Pedro w Londynie. Tam poznaliśmy się i wzięliśmy ślub. Po ziemi nigdy nie chodził nikt szlachetniejszy. Niestety, Murillo usłyszał o tym, jak wybitnym był człowiekiem. Pod byle pretekstem odwołał go z Londynu i kazał zastrzelić. Przeczuwając swój los, mąż nie chciał wziąć mnie ze sobą. Jego majątek został skonfiskowany, a mnie pozostały nędzne grosze i złamane serce.

Potem doszło do upadku tyrana. Zbiegł, tak jak to pan przed chwilą opisał. Jednak zrujnował życie tylu ludziom, których najbliższym i najukochańszym zadawał tortury, a potem skazywał ich na śmierć, że nie możemy tak tego zostawić. Ludzie ci utworzyli stowarzyszenie, które będzie działało, dopóki jego misja nie dobiegnie końca. Gdy odkryliśmy, że Henderson to w rzeczywistości poszukiwany despota, moje zadanie polegało na tym, by trzymać się blisko jego rodziny i na bieżąco informować innych o jego posunięciach. Mogłam tego dokonać, zatrudniając się jako guwernantka jego dzieci. Nie miał pojęcia, że kobieta, która siedziała z nim przy jednym stole podczas każdego posiłku, była tą, której męża wysłał w zaświaty. Uśmiechałam się do niego, wypełniałam obowiązki wobec jego dzieci i czekałam na właściwy moment. W Paryżu dokonano pierwszego nieudanego zamachu na jego życie. Szybko przejechaliśmy okrężnymi drogami przez Europę, aby zgubić pościg, aż wreszcie dotarliśmy do tego domu, który Murillo kupił, gdy po raz pierwszy przyjechał do Anglii.

Wysłannicy sprawiedliwości wiedzieli, że on tu powróci, toteż Garcia, syn wysokiego dygnitarza z San Pedro, czekał wraz z dwoma zaufanymi towarzyszami z niższych warstw. Wszyscy trzej płonęli żądzą zemsty z tych samych powodów. Za dnia niewiele mogli zrobić, bo Murillo był bardzo ostrożny i nigdy nie wychodził na zewnątrz bez swojego nieodłącznego Lucasa, czyli Lopeza, bo tak zwał się w dniach świetności tyrana. W nocy jednak sypiał sam, i mściciel miałby szanse do niego dotrzeć. Pewnego wieczoru, jak ustaliliśmy wcześniej, wysłałam mojemu przyjacielowi ostatnie instrukcje, bo obiekt naszej zemsty nieustannie miał się na baczności i ciągle sypiał w innym pokoju. Miałam się upewnić, że drzwi będą otwarte, i dać sygnał z okna wychodzącego na podjazd. Zielone światło miało oznaczać, że droga wolna, a białe – że lepiej byłoby odłożyć zamach.

Jednak wszystko poszło nie tak. Niespodziewanie wzbudziłam podejrzenia Lopeza, sekretarza. Podkradł się do mnie od tyłu i rzucił się na mnie w chwili, gdy kończyłam pisać ten list. On i jego pan zaciągnęli mnie do mojego pokoju i odbyli nade mną sąd jak nad jakąś zdrajczynią. Już wtedy zadźgaliby mnie nożami, gdyby tylko wiedzieli, jak uniknąć konsekwencji takiego czynu. Wreszcie po długiej dyskusji doszli do wniosku, że zamordowanie mnie byłoby zbyt ryzykowne. Postanowili jednak raz na zawsze pozbyć się Garcii. Zakneblowali mnie, i Murillo wykręcał mi rękę, dopóki nie podałam mu adresu. Przysięgam, że mógłby mi ją nawet ukręcić, gdybym tylko wtedy rozumiała, co to będzie oznaczać dla Garcii. Lopez zaadresował list, który napisałam, zapieczętował go swoją spinką od mankietu i wysłał przez służącego Jose. Nie wiem, w jaki sposób go zamordowali, poza tym, że zrobił to Murillo, bo Lopez został, żeby mnie pilnować. Przypuszczam, że musiał się zaczaić w zaroślach kolcolistu, między którymi wije się ścieżka, i zamordować Garcię, kiedy tamtędy przechodził. Na początku planowali zwabić go do domu i zabić jako włamywacza, potem jednak pomyśleli, że gdyby wplątali się w śledztwo, natychmiast wyszłaby na jaw ich prawdziwa tożsamość, i tym samym naraziliby się na kolejne zamachy. Wraz ze śmiercią Garcii zamachy mogłyby ustać, ponieważ byłaby ona czynnikiem odstraszającym od podejmowania kolejnych misji.

Wszystko to uszłoby im na sucho, gdyby nie fakt, że wiedziałam o tym, co zrobili. Nie wątpię, że były chwile, kiedy moje życie wisiało na włosku. Byłam zamknięta w moim pokoju, terroryzowana najstraszliwszymi groźbami i brutalnie bita. Zrobili to, by mnie złamać. Zobaczcie, panowie, to ukłucie na moim ramieniu i te siniaki na rękach... W usta wcisnęli mi knebel po tym, gdy spróbowałam zawołać o pomoc przez okno. To było straszne... Przez pięć dni byłam więziona i dostawałam tak mało jedzenia, że ledwie wystarczyło na utrzymanie się przy życiu. Dzisiejszego popołudnia przynieśli mi przyzwoity lunch, ale dopiero kiedy go zjadłam, zorientowałam się, że okrasili go jakimś narkotykiem. Pamiętam jak przez sen, że niemal wnieśli mnie do powozu. W takim samym stanie zaprowadzili do pociągu. Dopiero gdy pociąg już ruszał z miejsca, zdałam sobie sprawę, że moja wolność jest wyłącznie w moich własnych rękach. Zerwałam się i wyskoczyłam na peron. Próbowali wciągnąć mnie z powrotem do pociągu, i gdyby nie pomoc tego dobrego człowieka, który wsadził mnie do dorożki, nigdy nie udałoby mi się uciec. A teraz, dzięki Bogu, jestem już na zawsze bezpieczna, oni mnie nie dosięgną.

Wszyscy przysłuchiwaliśmy się z uwagą tym niecodziennym zwierzeniom. Potem zapadła cisza, którą po chwili przerwał Holmes.

– Nasze problemy na tym się nie kończą – zauważył, potrząsając głową. – Policja już nie ma tu nic do roboty, ale rozpoczyna się postępowanie sądowe.

– Właśnie – powiedziałem. – Dobry prawnik mógłby to przedstawić jako działanie w samoobronie. Choć w przeszłości popełnili setki zbrodni, można ich sądzić tylko za tę jedną.

– Niech pan da spokój – rzekł pogodnie Baynes. – Myślę, że sytuacja nie wygląda aż tak źle. Samoobrona to jedna sprawa, a zwabienie człowieka, aby z zimną krwią go zamordować, to już całkiem co innego, niezależnie od tego, że czuł się zagrożony. Nie, nie! Jestem pewien, że wkrótce ujrzymy dzierżawców High Gable na ławie oskarżonych w sądzie w Guildford.

Historia potoczyła się jednak inaczej. Musiało upłynąć jeszcze trochę czasu, nim Tygrys z San Pedro zapłacił za swe zbrodnie. Przebiegłym i przemyślanym posunięciem on i jego towarzysz pozbyli się śledzącego ich człowieka, wchodząc do pensjonatu przy Edmonton Street i wychodząc stamtąd tylnymi drzwiami na Curzon Square. Od tego dnia nikt ich w Anglii już nie widział. Jakieś sześć miesięcy później markiz Montalva i signor Rulli, jego sekretarz, zostali zamordowani w swoich pokojach w hotelu „Escurial” w Madrycie. Zbrodnię tę przypisano nihilistom, a morderców nigdy nie aresztowano. Inspektor Baynes odwiedził nas na Baker Street i przyniósł rysopisy zabitych: ciemnoskórego sekretarza oraz jego pana o władczych rysach, hipnotycznych czarnych oczach i krzaczastych brwiach. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że – choć z opóźnieniem – sprawiedliwości wreszcie stało się zadość.

– To zagmatwana sprawa, mój drogi Watsonie – rzekł Holmes, paląc wieczorem fajkę. – Nie będziesz mógł jej przedstawić w zwięzłej formie, tak miłej twojemu sercu. Wszak działo się to na dwóch kontynentach i dotyczyło dwóch tajemniczych grup ludzi, a niezwykła obecność naszego szacownego znajomego Scotta Ecclesa jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Jego wplątanie w tę mroczną zagadkę świadczy o tym, że zmarły Garcia był świetnym intrygantem i posiadał doskonale wykształcony instynkt przetrwania. Ale cały ten przypadek jest godny uwagi choćby ze względu na fakt, że w gęstej dżungli wątpliwości my oraz nasz wspaniały inspektor trzymaliśmy się tego, co najważniejsze, dzięki czemu udało nam się zawiłą, krętą ścieżką dotrzeć do rozwiązania zagadki. Czy jest jeszcze coś, co nie byłoby dla ciebie jasne?

– Po co wrócił ten kucharz mulat?

– Myślę, że po to dziwne stworzenie, które odkryliśmy w kuchni, a które musiało być jego totemem. Ten człowiek był prymitywnym dzikusem z lasów San Pedro. Kiedy on i jego towarzysz zbiegli do jakiejś wcześniej przygotowanej kryjówki, w której bez wątpienia ktoś już na nich czekał, ów towarzysz musiał go namówić, aby pozostawił ten jakże kompromitujący przedmiot. Jednak mulat nie potrafił się z nim rozstać i następnego dnia poczuł nieodpartą potrzebę, aby po niego wrócić. Wówczas, zajrzawszy przez okno, odkrył obecność policjanta Waltersa pilnującego rezydencji. Odczekał jeszcze trzy dni, a wtedy jego wiara lub przesądy kazały mu podjąć kolejną próbę. Inspektor Baynes, będąc wyjątkowo sprytnym człowiekiem, przedstawił mi ten incydent jako niewiele znaczący, choć od początku zdawał sobie sprawę z jego prawdziwego znaczenia. Zastawił więc pułapkę. Coś jeszcze, Watsonie?

– A rozszarpany na kawałki ptak, wiadro krwi, zwęglone kości i wszystkie te dziwactwa w kuchni?

Holmes uśmiechnął się, wertując strony swojego notatnika.

– Spędziłem poranek w British Museum, aby czegoś się o tym dowiedzieć. Oto cytat z dzieła Eckermanna „Wudu i religie murzyńskie”:

Prawdziwy wyznawca wudu nie podejmuje żadnego ważnego przedsięwzięcia, nie złożywszy przedtem pewnych ofiar, które mają zjednać mu przychylność jego nieczystych bogów. W skrajnych przypadkach rytuały te przybierają postać ofiar z ludzi, po których następują kanibalskie uczty. Najczęściej jednak w ofierze składa się białego koguta, który zostaje żywcem rozerwany na kawałki, lub czarną kozę, której najpierw podrzyna się gardło, następnie ciało zostaje spalone.

 

Jak widzisz, nasz przyjaciel dzikus fanatycznie przestrzegał swoich rytuałów. To naprawdę groteskowe, Watsonie – dodał Holmes, powoli zamykając swój notes. – Ale jak miałem już okazję zauważyć, od tego co straszliwe groteskę dzieli tylko jeden krok.

Rozdział drugi

 

Tekturowe pudełko

 
 

Wybierając kilka typowych spraw, które najlepiej ilustrowałyby niezwykłe zdolności intelektualne mojego przyjaciela Sherlocka Holmesa, starałem się w miarę możliwości ograniczyć do minimum sensacyjne szczegóły i opisać przypadki najlepiej prezentujące jego wyjątkowe talenty. Niestety, nie sposób jednak całkowicie oddzielić sensację od zbrodni, a kronikarz nieuchronnie staje przed dylematem: albo musi zrezygnować ze szczegółów mających kluczowe znaczenie dla jego opowieści, odbiegając tym samym od prawdy, albo też przedstawić sprawę, którą podsunął mu czysty przypadek, a nie taką, jaką sam wybrał. Po tej krótkiej przedmowie pragnę powrócić do moich notatek związanych z szeregiem pewnych wydarzeń, które okazały się nie tylko niezwykłe, lecz również wyjątkowo ponure i straszne.

Był skwarny sierpniowy dzień. Na Baker Street czuliśmy się jak w rozgrzanym piekarniku, a jaskrawy blask słońca na żółtawych cegłach kamienic po drugiej stronie ulicy raził oczy. Trudno było uwierzyć, że to te same ściany, które tak ponuro majaczyły w zimowej mgle. Mieliśmy na wpół zasunięte zasłony, a Holmes leżał skulony na sofie, po raz kolejny czytając list, który otrzymał poranną pocztą. Jeśli chodzi o mnie, to dzięki służbie w Indiach nauczyłem się lepiej znosić upały niż chłody, i trzydzieści stopni na termometrze nie były dla mnie trudne do wytrzymania. W porannej gazecie nie znalazłem niczego ciekawego. Parlament zakończył obrady, wszyscy poznikali z miasta, a ja tęskniłem za polanami New Forest i kamienistymi plażami w Southsea. Brak pieniędzy na koncie sprawił, że musiałem odłożyć wakacje na później, mojego towarzysza natomiast nie ciągnęło ani do uroków wsi, ani nad morze. Uwielbiał tkwić w samym centrum pięciomilionowego miasta, czekał, przygotowując swe zmysły, gotów natychmiast zareagować na każdą pogłoskę czy podejrzenie dotyczące jakiegoś niewyjaśnionego przestępstwa. Jego charakter nie pozostawiał miejsca na zachwycanie się pięknem natury, chyba że znalazłby na nie czas, śledząc jakiegoś złoczyńcę na wsi, a nie podążając jego tropem w mieście.

Przekonawszy się, że Holmes jest zbyt pochłonięty tym, co robił, i z pewnością nie będzie miał ochoty na rozmowę, odrzuciłem na bok nudną gazetę i, opierając się wygodnie w fotelu, pogrążyłem się w zadumie. Nagle bieg moich myśli przerwał głos Sherlocka.

– Masz rację, Watsonie – powiedział. – Też uważam, że to zupełnie niedorzeczny sposób rozwiązywania sporów.

– Kompletnie niedorzeczny! – zawołałem, a potem, zdając sobie nagle sprawę, że odczytał najgłębsze myśli skrywane w mojej duszy, wyprostowałem się w fotelu i spojrzałem na niego w całkowitym osłupieniu. – Cóż to było, Holmesie?! Tym razem naprawdę twoja uwaga zaskoczyła mnie w niesamowity sposób.

Widząc moją konsternację, roześmiał się serdecznie.

– Pamiętasz może – powiedział – że gdy czytałem ci niedawno fragment jednego z opowiadań Poe, w którym człowiek posługujący się logicznym myśleniem śledził niewypowiedziane myśli swego towarzysza, byłeś raczej skłonny potraktować to wszystko jako czcze wymysły autora? A gdy zauważyłem wówczas, że ja sam nieustannie robię to samo, wyrażałeś swoje niedowierzanie.

– Och nie!

– Być może nie wyraziłeś tego słowami, mój drogi Watsonie, ale z całą pewnością świadczyły o tym twe uniesione brwi. Tak więc gdy zobaczyłem, że odrzucasz gazetę i pogrążasz się w myślach, bardzo się ucieszyłem, że mam oto okazję, aby je odczytać, a następnie opowiedzieć ci o nich jako dowód na to, że nawiązałem z tobą bliski kontakt mentalny.

Nie byłem ani trochę usatysfakcjonowany tymi słowami.

– W tym przykładzie, który mi podałeś – rzekłem – rozumujący człowiek wyciągał wnioski z działań mężczyzny, którego obserwował. O ile dobrze pamiętam, mężczyzna ten potknął się o stos kamieni, potem spojrzał w górę na gwiazdy i tak dalej. Ja natomiast siedziałem sobie spokojnie w fotelu. Jakich więc przesłanek mogłem ci dostarczyć?

– Jesteś niesprawiedliwy wobec samego siebie. Człowiek ma rysy twarzy, aby mogły wyrażać jego emocje, zaś w twoim przypadku wiernie ci one służą.

– Chcesz przez to powiedzieć, że odczytałeś moje myśli z samych rysów mej twarzy?

– Tak, z twoich rysów twarzy, a przede wszystkim z oczu. Może pamiętasz, od czego zaczęły się twoje rozmyślania?

– Nie pamiętam.

– W takim razie ja ci powiem. Po tym, gdy odrzuciłeś gazetę (a ten fakt zwrócił moją uwagę), przez pół minuty siedziałeś z pustym wyrazem twarzy. Później utkwiłeś wzrok w niedawno oprawionym portrecie generała Gordona, a ja spostrzegłem po zmianie twoich rysów, że zacząłeś intensywnie myśleć. Nie trwało to jednak zbyt długo. Skierowałeś oczy na nieoprawiony portret Henry’ego Warda Beechera, stojący na twoich książkach. Później spojrzałeś w górę na ścianę i to, co pomyślałeś, było dla mnie oczywiste. Przyszło ci do głowy, że gdyby ten portret był oprawiony, zasłoniłby to puste miejsce na ścianie i dobrze by pasował do wiszącego już portretu Gordona.

– Świetnie odgadłeś moje myśli! – zawołałem.

– Aż do tamtego punktu raczej nie mogłem pobłądzić. Wtedy jednak twoje myśli powróciły do Beechera, i spojrzałeś na niego twardo, tak jakbyś badał jego charakter na podstawie rysów twarzy. Później wyraz twych oczu złagodniał, lecz nadal na niego patrzyłeś, a twoja twarz wyrażała zamyślenie. Przypominałeś sobie różne epizody z kariery Beechera. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że przy tej okazji nie mogłeś nie pomyśleć o misji, jakiej się podjął dla Północy podczas wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych, pamiętałem bowiem, z jaką pasją wyrażałeś swoje wzburzenie faktem, jak przyjęli go mniej przychylnie nastawieni Anglicy. Wywołuje to w tobie tak silne emocje, iż wiedziałem, że nie możesz myśleć o Beecherze, nie rozważając również tej kwestii. Gdy chwilę później ujrzałem, że twoje oczy zaczynają błądzić i nie wpatrują się już w portret, podejrzewałem, że zwróciłeś myśli ku wojnie secesyjnej. Gdy zauważyłem, jak zaciskasz usta i pięści, a w twoich oczach pojawiają się błyski, byłem już pewien, że rzeczywiście myślisz o męstwie okazanym przez obie strony podczas tego desperackiego konfliktu. Potem jednak twoja twarz posmutniała. Potrząsnąłeś głową. Zadumałeś się nad tym, jak smutny, przerażający i bezużyteczny był ten rozlew krwi. Twoja dłoń bezwiednie powędrowała w miejsce, w które kiedyś cię zraniono, a na twoich ustach pojawił się lekki uśmiech, co przekonało mnie o tym, iż właśnie myślisz, że taka metoda rozwiązywania międzynarodowych sporów jest doprawdy niedorzeczna. W tym właśnie punkcie zgodziłem się z tobą, mówiąc, iż rzeczywiście jest niedorzeczna, i mogłem się z radością przekonać, że cały ten przeprowadzony przeze mnie proces dedukcji był słuszny.

– Całkowicie słuszny! – powiedziałem. – I muszę przyznać, że teraz, kiedy mi to wszystko wyjaśniłeś, wciąż jestem równie zdumiony jak przedtem.

– Mój drogi Watsonie, to naprawdę nic niezwykłego, zapewniam cię. Nie przerywałbym nawet twoich refleksji, gdybyś parę dni temu nie wyrażał swojego niedowierzania, iż jest to możliwe. Mam tu jednak pewną drobną zagadkę, której rozwiązanie może się okazać trudniejsze niż to małe studium nad czytaniem w myślach. Zauważyłeś może w gazecie krótką wzmiankę o tym, że pannie Cushing z Cross Street w Croydon przysłano paczkę o przedziwnej zawartości?

– Nie, nic takiego nie widziałem.

– W takim razie musiałeś to przeoczyć. Rzuć mi gazetę. Jest tu, pod rubryką finansową. Bądź tak dobry i przeczytaj na głos.

Podniosłem gazetę, którą mi odrzucił, i przeczytałem wskazaną przez niego notatkę. Nagłówek brzmiał: „Makabryczna paczka”.

Panna Susan Cushing, zamieszkała przy Cross Street w Croydon, padła ofiarą czegoś, co można by uznać za wyjątkowo odrażający żart, o ile nie okaże się, że z tym incydentem wiążą się jakieś tragiczne wydarzenia. Wczoraj o drugiej po południu listonosz doręczył jej niewielką paczkę owiniętą brązowym papierem. Wewnątrz znajdowało się tekturowe pudełko wypełnione gruboziarnistą solą. Po jego otwarciu panna Cushing z przerażeniem odkryła, że zawiera ono dwoje ludzkich uszu, najwyraźniej odciętych dość niedawno. Przesyłka została nadana poprzedniego ranka z Belfastu. Nie ma żadnych wskazówek dotyczących nadawcy, a sprawa wydaje się tym bardziej tajemnicza, że panna Cushing ma pięćdziesiąt lat, jest niezamężna i prowadziła do tej pory bardzo spokojne życie. Posiada tak niewielu znajomych i przyjaciół, z którymi koresponduje, że otrzymanie jakiegokolwiek listu czy przesyłki pocztowej jest dla niej rzadkim wydarzeniem. Kilka lat temu, gdy mieszkała w Penge, wynajmowała pokoje trzem młodym studentom medycyny, jednak była zmuszona wymówić im kwaterę ze względu na ich hałaśliwe zachowanie i niestosowny tryb życia. Według policji ten wybryk mógł być dziełem wspomnianych trzech młodzieńców, którzy żywili urazę wobec panny Cushing i być może liczyli, że ją przestraszą tymi rekwizytami z prosektorium. Teoria ta wydaje się dość prawdopodobna, biorąc pod uwagę fakt, że jeden ze studentów pochodził z północy Irlandii, jak twierdzi panna Cushing, właśnie z Belfastu. Intensywne śledztwo w tej sprawie prowadzi jeden z naszych najlepszych detektywów pan Lestrade.

 

– Tyle pisze o tym Daily Chronicle – rzekł Holmes, gdy skończyłem czytać. – A jeśli chodzi o naszego przyjaciela Lestrade’a, dziś rano otrzymałem od niego ten oto list. Posłuchaj, co mi napisał:

Mam wrażenie, że ta sprawa bardzo przypadłaby panu do gustu. Żywimy nadzieję, że uda nam się ją wyjaśnić, natknęliśmy się jednak na pewne drobne trudności. Nie możemy znaleźć nic, na czym moglibyśmy się oprzeć. Naturalnie, wysłaliśmy telegram do urzędu pocztowego w Belfaście, jednak tego dnia nadano tam bardzo wiele paczek. Nie mają żadnej możliwości zidentyfikowania tej konkretnej przesyłki ani nie potrafią sobie przypomnieć, kto ją nadał. Jest to półfuntowe pudełko po tytoniu o aromacie rosy miodowej, co w żaden sposób nie jest dla nas pomocne. Nadal sądzę, że najprawdopodobniej zrobił to ten student medycyny, lecz jeśli miałby pan ochotę poświęcić tej sprawie kilka godzin, bardzo chętnie się z panem spotkam. Przez cały dzień będę albo u panny Cushing, albo na posterunku.

 

I co na to powiesz, Watsonie? Potrafiłbyś się przemóc w taki upał i pojechać ze mną do Croydon, licząc, że okaże się to sprawa którą mógłbyś zamieścić w swoich kronikach?

– Miałem nadzieję, że pojawi się jakieś zajęcie.

– W takim razie się pojawiło. Zadzwoń po naszego pucybuta i powiedz mu, żeby zamówił dorożkę. Za chwilę wrócę, muszę się tylko przebrać i napełnić moją papierośnicę.

Gdy siedzieliśmy w pociągu, spadł deszcz, a w Croydon upał był o wiele mniej dotkliwy niż w mieście. Holmes wysłał wcześniej telegram, więc Lestrade czekał na nas na stacji – jak zwykle szczupły, elegancki i jak zawsze przypominający fretkę. Po pięciominutowym spacerze dotarliśmy na Cross Street, przy której mieszkała panna Cushing.

Była to bardzo długa uliczka, zadbana i wymuskana, wzdłuż której ciągnęły się jednopiętrowe ceglane domy z bielonymi kamiennymi schodami. Klimat tworzyły i niewielkie grupki kobiet w fartuchach plotkujące przy drzwiach domów. W połowie ulicy Lestrade zatrzymał się i zapukał do drzwi. Otworzyła nam służąca o drobnej posturze. Panna Cushing siedziała w salonie, do którego nas wprowadzono. Miała spokojną twarz, duże łagodne oczy i siwe włosy opadające na skronie. Na kolanach trzymała małą narzutę, nad którą pracowała, zaś na stołku obok stał kosz z różnokolorowymi kawałkami jedwabiu.

– Te ohydztwa są w przybudówce – powiedziała, gdy wszedł Lestrade. – Chciałabym, żebyście, panowie, zabrali je stąd.

– Tak zrobię, panno Cushing. Trzymałem je tutaj tylko do czasu, gdy mój przyjaciel pan Sherlock Holmes będzie mógł je obejrzeć w pani obecności.

– Dlaczego w mojej obecności, sir?

– Na wypadek gdyby pragnął zadać pani jakieś pytania.

– A jaki jest sens zadawać mi jakieś pytania, skoro mogę panom od razu powiedzieć, że nic o tym nie wiem?

– Tak, proszę pani – rzekł uspokajająco Holmes. – Nie wątpię, że cała ta sprawa i tak już panią za bardzo zdenerwowała.

– To prawda, sir. Jestem spokojną kobietą i prowadzę spokojne życie. Moje nazwisko nigdy nie pojawiło się w żadnej gazecie. Nigdy też nie było u mnie w domu policji. Nie chcę tego tutaj, panie Lestrade. Proszę mi tego tu nie wnosić. Jeśli chce je pan sobie obejrzeć, musi pan iść do przybudówki.

Była to niewielka szopa stojąca w małym ogródku za domem. Lestrade wszedł do środka, a po chwili pojawił się z żółtym tekturowym pudełkiem owiniętym kawałkiem brązowego papieru i obwiązanym jakimś sznurkiem. Przy końcu ścieżki stała ławka, na której wszyscy usiedliśmy, po czym Holmes zbadał jeden po drugim przedmioty podane mu przez Lestrade’a.

– Ten sznurek jest niezwykle interesujący – zauważył, podnosząc go do światła i wąchając. – Co pan o nim sądzi, Lestrade?

– Jest smołowany.

– Dokładnie. To kawałek smołowanego szpagatu. Bez wątpienia zauważył pan również, że panna Cushing przecięła ten sznurek nożyczkami, co widać po wystrzępieniu obu końców. To jest istotne.

– Nie rozumiem, co w tym istotnego – rzekł Lestrade.

– To, że węzeł pozostał nienaruszony, a jest bardzo interesujący.

– Sznurek został wyjątkowo porządnie związany. Już to odnotowałem – rzekł Lestrade, wyraźnie zadowolony z siebie.

– W takim razie skończmy ze sznurkiem – odpowiedział z uśmiechem Holmes. – Zajmijmy się teraz materiałem, którym owinięto pudełko. To brązowy papier z wyraźnym aromatem kawy. Jak to?! Nie zauważył pan tego? Sadzę, że nie może być co do tego żadnych wątpliwości. Adres napisano niechlujnie, drukowanymi rozstrzelonymi literami: „PANNA S. CUSHING, CROSSSTREET, CROYDON”. Użyto pióra o szerokiej końcówce, prawdopodobnie wiecznego pióra ze stalówką, i atramentu bardzo kiepskiej jakości. Słowo „Croydon” napisano najpierw przez „i”, które potem poprawiono na „y”. Paczkę nadał mężczyzna (pismo jest wyraźnie męskie) niezbyt wykształcony, nie znający miasta Croydon. Pudełko to żółte półfuntowe opakowanie po aromatyzowanym tytoniu, w którym nie ma nic szczególnego z wyjątkiem dwóch odcisków kciuka w lewym dolnym rogu. Wypełniono je gruboziarnistą solą, taką, jakiej używa się do konserwacji skór oraz innych celów przemysłowych, natomiast w soli znajdują się te dwa bardzo szczególne przedmioty.

Mówiąc to, wyjął dwoje uszu i, kładąc sobie na kolanie kawałek deski, bardzo dokładnie je zbadał. Lestrade i ja siedzieliśmy pochyleni po jego obu stronach, patrzyliśmy na przemian to na te okropności, to na skupioną, pełną zapału twarz naszego towarzysza. Wreszcie odłożył uszy do pudełka i przez jakiś czas milczał, pogrążony w głębokiej zadumie.

– Zauważył pan oczywiście – odezwał się wreszcie – że te uszy nie są od pary?

– Tak, zauważyłem. Jednak jeśli to faktycznie żart jakichś studentów, w prosektorium nie mieliby problemu ze znalezieniem dwojga różnych uszu.

– Dokładnie. Ale to nie był dowcip.

– Jest pan tego pewien?

– Wiele na to wskazuje. Do ciał w prosektorium wstrzykuje się płyny konserwujące. Po tych uszach tego nie widać. Poza tym są świeże. Zostały odcięte jakimś tępym narzędziem, co raczej nie miałoby miejsca, gdyby zrobił to jeden z tych studentów. Ponadto substancją konserwującą byłby jakiś środek na bazie fenolu lub rektyfikowany spirytus. Zastosowałby je ktoś znający się na medycynie. Takiemu człowiekowi na pewno nie przyszłoby do głowy, by użyć gruboziarnistej soli. Powtarzam, nie mamy tu do czynienia z jakimś dowcipem. Prowadzimy śledztwo w sprawie poważnego przestępstwa.

Gdy usłyszałem słowa mojego towarzysza i ujrzałem surową powagę malującą się na jego twarzy, przeszył mnie dreszcz. Ten brutalny wstęp wydawał się wskazywać, że w całej sprawie kryje się jakaś dziwna niewytłumaczalna groza. Jednak Lestrade, nie do końca przekonany, potrząsnął głową.

– Z pewnością można znaleźć pewne zastrzeżenia do sugestii, że to był dowcip – powiedział. – Jednak zastrzeżenia do tej pańskiej teorii są jeszcze poważniejsze. Wiemy, że przez ostatnich dwadzieścia lat ta kobieta wiodła wyjątkowo spokojne i uczciwe życie w Penge, a później tutaj. Przez ten czas rzadko zdarzały się okresy, by nie było jej w domu dłużej niż przez jeden dzień. Dlaczego jakiś przestępca miałby jej przysyłać dowody swojej zbrodni? Zwłaszcza, jak się wydaje, rozumie z tej sprawy równie mało co my?

– To jest właśnie problem, który musimy rozwiązać – odparł Holmes. – Jeśli chodzi o mnie, to zabiorę się do rozstrzygnięcia tej sprawy, wychodząc z założenia, że moje rozumowanie jest słuszne i że popełniono podwójne morderstwo. Jedno z tych uszu to ucho kobiety, małe, delikatne, z dziurką po kolczyku. Drugie to ucho mężczyzny, opalone, pożółkłe i również z dziurką po kolczyku. Ci ludzie prawdopodobnie nie żyją, bo w przeciwnym razie już byśmy o nich usłyszeli. Dziś mamy piątek. Paczka została nadana w czwartek rano. Tak więc do tej tragedii doszło w środę lub we wtorek albo jeszcze wcześniej. Jeśli tych dwoje ludzi zostało zamordowanych, to któż mógłby wysłać pannie Cushing dowód swoich dokonań, jeśli nie sam morderca? Możemy założyć, że człowiek, którego szukamy, to nadawca tej paczki. Musiał mieć jednak jakiś bardzo ważny powód, żeby wysłać ją pannie Cushing. Ale jaki powód? Zrobił to, by jej przekazać, że popełnił zbrodnię? A może żeby zadać jej ból? Jednak w takim razie musiałaby wiedzieć, kim byli zamordowani. Czy wie? Wątpię. Gdyby wiedziała, po cóż miałaby wzywać policję? Mogła po prostu zakopać te uszy, i nikt by się nawet o tym nie dowiedział. Tak właśnie by postąpiła, gdyby chciała chronić tego zbrodniarza. Jednak skoro nie chce go chronić, podałaby jego nazwisko. Mamy tutaj do czynienia z kłębkiem, który trzeba jakoś rozplątać – mówił szybko podniesionym głosem, patrząc pustym wzrokiem gdzieś ponad płot okalający ogród. Zaraz jednak żwawo zerwał się na nogi i ruszył w stronę domu.

– Chciałbym zadać pannie Cushing kilka pytań – oświadczył.

– W takim razie pozwolę sobie zostawić pana tutaj – rzekł Lestrade – ponieważ muszę się zająć inną drobną sprawą. Nie sądzę, bym mógł się jeszcze czegoś dowiedzieć od panny Cushing. Znajdzie mnie pan na posterunku.

– Zajrzymy do pana w drodze na stację – odparł Holmes.

Chwilę później byliśmy obaj z powrotem w salonie, gdzie starsza pani nadal obojętnie, w milczeniu, pracowała nad swoją narzutą. Gdy weszliśmy, odłożyła ją na kolana i spojrzała na nas swymi szczerymi pytającymi niebieskimi oczyma.

– Jestem przekonana, sir – powiedziała – że cała ta sprawa to jakaś pomyłka i że to nie ja miałam dostać tę paczkę. Mówiłam to parę razy tym dżentelmenom ze Scotland Yardu, ale pan Lestrade po prostu mnie wyśmiał. O ile wiem, nie mam na świecie żadnych wrogów, więc dlaczego ktoś miałby zrobić mi taki okrutny żart?

– Doszedłem do tego samego wniosku, panno Cushing – rzekł Holmes, siadając przy niej. – Myślę, że to więcej niż prawdopodobne... – Nagle przerwał, a gdy na niego spojrzałem, ze zdumieniem spostrzegłem, że z osobliwym skupieniem przypatruje się profilowi starszej pani. Przez moment na jego bystrej twarzy malowały się zaskoczenie i satysfakcja, jednak gdy podniosła wzrok, by znaleźć przyczynę jego nagłego milczenia, jego twarz przybrała już zwykły beznamiętny wyraz. Sam zacząłem się dokładniej przyglądać jej gładko przyczesanym siwym włosom, czepkowi na głowie, drobnym pozłacanym kolczykom i łagodnym rysom. Nie zauważyłem jednak niczego, co mogłoby tłumaczyć wyraźne podekscytowanie mojego towarzysza.

– Jest parę pytań...

– Och! Zmęczyły mnie już te pytania! – zawołała ze zniecierpliwieniem panna Cushing.

– Jak sądzę, ma pani dwie siostry?

– A skąd pan to może wiedzieć?

– Gdy wszedłem do tego pokoju, zauważyłem na kominku portret trzech dam, z których jedną niewątpliwie jest pani, podczas gdy dwie pozostałe są do pani tak bardzo podobne, że nie może być cienia wątpliwości co do łączącego was pokrewieństwa.

– Tak, ma pan rację. To moje siostry, Sarah i Mary.

– A tutaj z boku stoi kolejny portret, zrobiony w Liverpoolu. Przedstawia pani młodszą siostrę w towarzystwie jakiegoś mężczyzny, zapewne stewarda, sądząc po jego uniformie. Jak widzę, była wtedy niezamężna.

– Jest pan bardzo spostrzegawczy.

– Taki mam już zawód.

– Cóż, ma pan rację. Kilka dni później wyszła za mąż za pana Brownera. Kiedy robiono to zdjęcie, pracował na statku kursującym do Ameryki Południowej. Jednak tak bardzo ją kochał, że nie mógł już znieść długich okresów rozłąki. Przeniósł się więc na statek pływający z Liverpoolu do Londynu.

– Może na „Conquerora”?

– Nie, ostatnio kiedy o tym słyszałam, pracował na „May Day”. Jim przyjechał tu kiedyś do mnie w odwiedziny. Wtedy jeszcze nie złamał swojej przysięgi. Ale potem, kiedy był na lądzie, zawsze bardzo dużo pił, odrobina alkoholu wystarczała, by wpadał w furię i tracił panowanie nad sobą. Och, to był zły dzień, kiedy znów sięgnął po kieliszek. Najpierw zerwał kontakt ze mną, potem pokłócił się z Sarah, a teraz, kiedy Mary przestała pisać, nie wiem, jak się im wiedzie.

Było widać, że ten temat budził w pannie Cushing bardzo silne emocje. Jak większość ludzi wiodących samotny tryb życia była z początku bardzo nieśmiała, lecz szybko stała się wyjątkowo rozmowna. Opowiedziała nam wiele szczegółów z życia swego szwagra stewarda, a potem przeszła do tematu byłych lokatorów, studentów medycyny, i długo wyliczała nam ich przewinienia, podając nazwiska oraz nazwy szpitali. Holmes uważnie słuchał tego wszystkiego, od czasu do czasu rzucając jakieś pytanie.

– A jeśli chodzi o pani drugą siostrę, Sarah – powiedział – to zastanawiam się, czemu razem nie mieszkacie. Przecież obie jesteście niezamężne.

– Och! Nie wie pan, jaka ona jest. Gdyby ją pan znał, nie dziwiłby się pan temu. Kiedy sprowadziłam się do Croydon, zamieszkałam z nią. Przebywałyśmy razem jeszcze jakieś dwa miesiące temu, ale musiałyśmy się rozstać. Nie chcę opowiadać złych rzeczy o mojej rodzonej siostrze, ale zawsze była strasznie wścibska, i trudno ją było zadowolić. Taka już jest.

– Wspominała pani, że Sarah pokłóciła się z pani krewnymi z Liverpoolu.

– Tak, a kiedyś byli najlepszymi przyjaciółmi. Zamieszkała tam, aby być bliżej nich. Teraz jednak nie potrafi znaleźć słów, które wystarczająco krytycznie opisałyby Jima Brownera. Przez ostatnie sześć miesięcy, kiedy tutaj mieszkała, nie mówiła o niczym innym prócz tego, jaki z niego pijak, i co jeszcze wyprawia. Podejrzewam, że przyłapał ją na tym, jak się wtrącała w nieswoje sprawy, i wygarnął jej, co o tym myśli. Tak się to właśnie wszystko zaczęło.

– Dziękuję, panno Cushing – rzekł Holmes, kłaniając się jej na pożegnanie. – Wspominała pani, że jej siostra Sarah mieszka przy New Street w Wallington? Żegnam panią, jest mi bardzo przykro, że fatygowano panią w związku ze sprawą, z którą, jak pani mówi, nie ma nic wspólnego.

Gdy wyszliśmy, przejeżdżała akurat dorożka. Holmes ją zatrzymał.

– Jak daleko jest stąd do Wallington? – zapytał.

– Nie więcej niż mila, sir.

– Bardzo dobrze. Wskakuj, Watsonie! Musimy kuć żelazo, póki gorące. Choć to tak prosta sprawa, wiąże się z nią kilka wyjątkowo ciekawych szczegółów. Dorożkarzu, gdy będzie pan mijał biuro telegraficzne, proszę się tam na chwilę zatrzymać.

Holmes wysłał krótką depeszę i przez resztę naszej podróży siedział rozparty w dorożce. Kapelusz miał opuszczony na nos, by osłonić twarz przed słońcem. Nasz pojazd zatrzymał się przed domem bardzo podobnym do tego, który właśnie opuściliśmy. Mój towarzysz kazał dorożkarzowi poczekać i właśnie położył dłoń na kołatce, gdy drzwi się otworzyły, i na progu pojawił się młody, ubrany na czarno dżentelmen o poważnym wyglądzie; na głowie miał bardzo lśniący kapelusz.

– Czy zastałem pannę Cushing? – spytał Holmes.

– Panna Sarah Cushing jest bardzo chora – odparł mężczyzna. – Od wczoraj wykazuje ostre objawy zapalenia mózgu. Jako jej lekarz nie mogę pozwolić, by ktokolwiek teraz się z nią widział. Radzę panu odwiedzić ją ponownie za dziesięć dni. – Włożył rękawiczki, zamknął drzwi i ruszył ulicą.

– Cóż, jak nie możemy, to trudno – rzekł wesoło Holmes.

– Może i tak nie chciałaby ci zbyt wiele powiedzieć albo nie byłaby w stanie tego zrobić.

– Właściwie to wcale nie chciałem, by mi cokolwiek mówiła. Miałem zamiar tylko na nią spojrzeć. Sądzę jednak, że uzyskałem wszystko, czego potrzebowałem. Dorożkarzu, proszę nas zawieźć do jakiegoś przyzwoitego hotelu, gdzie będziemy mogli zjeść lunch. A potem zajrzymy na posterunek do naszego przyjaciela Lestrade’a.

Zjedliśmy niewielki smaczny posiłek, podczas którego Holmes mówił wyłącznie o skrzypcach. Opowiadał mi ze śmiechem o tym, jak za jedyne pięćdziesiąt pięć szylingów kupił Stradivariusa wartego co najmniej pięćset gwinei u pewnego żydowskiego handlarza na Tottenham Court Road. To doprowadziło jego myśli do Paganiniego; przez godzinę siedzieliśmy przy butelce Bordeaux, a on opowiadał kolejne anegdoty o tym niezwykłym muzyku. Nim znaleźliśmy się na posterunku, było już późne popołudnie, a lejący się z nieba skwar złagodniał do przyjemnego ciepła. Lestrade czekał na nas przy drzwiach.

– Telegram do pana, panie Holmes – powiedział.

– Ha! Oto i odpowiedź! – otworzył go szybkim ruchem i przebiegł oczyma, a potem zmiął i schował do kieszeni. – W porządku – powiedział.

– Dowiedział się pan czegoś?

– Dowiedziałem się wszystkiego!

– Co takiego?! – Lestrade patrzył na niego osłupiałym wzrokiem – Chyba pan żartuje?!

– Nigdy w życiu nie mówiłem poważniej. Popełniono szokującą zbrodnię, i jak sądzę, udało mi się teraz wyjaśnić wszystkie jej szczegóły.

– A przestępca?

Holmes nabazgrał parę słów na odwrocie jednej ze swych wizytówek i podał ją Lestrade’owi.

– To jego nazwisko – powiedział. – Będzie go pan mógł aresztować najwcześniej jutro wieczorem. Wolałbym, żeby pan w ogóle nie wspominał o mnie w związku z tą sprawą. Chcę być kojarzony wyłącznie ze zbrodniami, których rozwiązanie nastręcza pewne trudności. Chodźmy, Watsonie. – Razem ruszyliśmy na stację, pozostawiając Lestrade’a wciąż wpatrzonego z zachwytem w wizytówkę, którą dał mu Holmes.

– Ta sprawa – rzekł mój przyjaciel, gdy tego wieczora gawędziliśmy sobie, popalając cygara w naszym mieszkaniu na Baker Street – to jedna z takich, w których, podobnie jak w przypadku śledztw opisanych przez ciebie w Studium w szkarłacie oraz w Znaku czterech, byliśmy zmuszeni rozumować, cofając się od skutków do przyczyn. Napisałem list do Lestrade’a, prosząc go, by powiadomił nas o szczegółach, których w tej chwili nam brakuje, a które on pozna dopiero po aresztowaniu tego człowieka. Możemy założyć, że to mu się uda, bo choć nie posiada ani krzty zdrowego rozsądku, kiedy już pojmuje, co ma zrobić, staje się nieustępliwy niczym buldog. To właśnie tylko dzięki tej nieustępliwości dotarł na same szczyty w Scotland Yardzie.

– A więc nie zakończyłeś jeszcze tej sprawy? – spytałem.

– Znam już dość dobrze jej ogólne zarysy. Wiem już, kto jest odpowiedzialny za tę odrażającą zbrodnię, choć wciąż nie mam pewności co do jednej z ofiar. Oczywiście, doszedłeś do własnych wniosków.

– Zakładam, że człowiekiem, którego podejrzewasz, jest ten Jim Browner, steward na statku pływającym do Liverpoolu?

– Och! To coś więcej niż tylko podejrzenia.

– A jednak nie widzę tu niczego prócz jakichś bardzo niejasnych przesłanek.

– Wręcz przeciwnie, sądzę, że to jasne jak słońce. Pozwól, że omówię to krok po kroku. Jak pamiętasz, podeszliśmy do tej sprawy, nie zakładając niczego z góry, a to zawsze jest korzystne. Nie sformułowaliśmy żadnych teorii. Po prostu byliśmy na miejscu i obserwowaliśmy wydarzenia, aby móc wyciągnąć z nich wnioski. Cóż takiego zobaczyliśmy najpierw? Wyjątkowo łagodną szanowaną kobietę, która sprawiała wrażenie całkowicie niewinnej i nie posiadającej żadnych sekretów, oraz portret, który mi podpowiedział, że ma dwie młodsze siostry. Natychmiast przez głowę przebiegła mi myśl, że być może to jedna z nich miała otrzymać tę przesyłkę. Odsunąłem jednak tę hipotezę jako taką, którą można bez wielkiego wysiłku obalić lub potwierdzić. Potem, jak pamiętasz, udaliśmy się do ogrodu i obejrzeliśmy bardzo osobliwą zawartość tej małej żółtej paczuszki.

Obwiązana była sznurkiem, jakiego używają żaglomistrze na statkach, i natychmiast w naszym śledztwie pojawił się zapach morza. Gdy zauważyłem, że węzeł, którym związano sznurek, jest często stosowany przez marynarzy, paczkę nadano w mieście portowym, a w uchu mężczyzny była dziurka po kolczyku, co jest o wiele częściej spotykane wśród ludzi morza niż wśród szczurów lądowych, byłem już pewien, że bohaterowie tego dramatu muszą być związani z morzem.

Gdy przyjrzałem się adresowi, na który wysłano tę paczkę, zauważyłem, że nadano ją do panny S. Cushing. Cóż, najstarsza z sióstr to oczywiście panna Cushing, lecz choć jej imię rozpoczyna się literą „S”, mogło chodzić również o inną z sióstr. W tym przypadku powinniśmy rozpocząć nasze śledztwo, opierając się na zupełnie nowych podstawach. Tak więc wszedłem do domu z zamiarem wyjaśnienia tej kwestii. Miałem właśnie zapewnić pannę Cushing, iż jestem przekonany, że to jakaś pomyłka, gdy, jak pamiętasz, nagle zamilkłem. Właśnie zauważyłem coś, co mnie bardzo zaskoczyło, a równocześnie niesamowicie zawęziło krąg naszych poszukiwań.

Jako lekarz, Watsonie, zdajesz sobie sprawę, że nie istnieje żadna inna część ludzkiego ciała, która wykazywałaby tak wiele cech indywidualnych jak ucho. Z reguły każde ucho jest charakterystyczne i różni się od wszystkich innych. W „Dziennikach antropologicznych” z ubiegłego roku znajdziesz dwie moje krótkie monografie poświęcone tej kwestii. W związku z tym zbadałem uszy w pudełku okiem eksperta i starannie odnotowałem ich anatomiczne osobliwości. Wyobraź sobie wobec tego moje zaskoczenie, gdy spojrzawszy na pannę Cushing, zauważyłem, że jej ucho jest bardzo podobne do kobiecego ucha z pudełka, które dopiero co oglądałem. To z całą pewnością nie mógł być zbieg okoliczności: to samo skrócenie małżowiny usznej, ta sama szeroka krzywizna górnej części płatka małżowiny i to samo zawinięcie chrząstki. Pod względem budowy te uszy były identyczne.

Siostra naszej gospodyni ma na imię Sarah, jeszcze do niedawna mieszkała pod tym samym adresem. Wydawało się więc całkiem oczywistym, że doszło do pomyłki co do tego, kto miał otrzymać tę paczkę. Potem usłyszeliśmy o stewardzie, który ożenił się z trzecią z sióstr, i dowiedzieliśmy się, że jakiś czas temu był tak blisko z panną Sarah, iż ta nawet wyjechała do Liverpoolu, by być niedaleko państwa Brownerów. Później jednak doszło pomiędzy nimi do kłótni, która sprawiła, że przez kilka miesięcy w ogóle nie kontaktowali się ze sobą, tak więc jeśli Browner miałby zaadresować jakąś paczkę do panny Sarah, niewątpliwie użyłby jej starego adresu.

I w tym właśnie punkcie sprawa zaczęła się cudownie wyjaśniać. Dowiedzieliśmy się o istnieniu tego stewarda, człowieka impulsywnego i targanego namiętnościami (jak pamiętasz, odrzucił znacznie lepszą posadę, aby tylko móc być bliżej swojej żony). Usłyszeliśmy też, że od czasu do czasu sporo pił. Mieliśmy powody, by sądzić, że zamordowano jego żonę i że równocześnie zabity został jakiś mężczyzna, prawdopodobnie marynarz. Oczywiście, jako motyw tej zbrodni nasuwa się zazdrość. A dlaczegóż to dowody winy miałyby zostać przesłane pannie Sarah Cushing? Prawdopodobnie dlatego, że w czasie gdy mieszkała w Liverpoolu, w jakiś sposób przyczyniła się do wydarzeń, które doprowadziły do tej tragedii. Zauważ także, że ta linia żeglugowa wiedzie przez Belfast, Dublin i Waterford. Tak więc zakładając, że Browner popełnił to przestępstwo, a potem wszedł na pokład swego parowca „May Day”, pierwszym miejscem, z którego mógłby wysłać tę koszmarną paczkę, byłby Belfast.

Na tym etapie możliwe było oczywiście jeszcze drugie rozwiązanie, i choć uznałem je za niezwykle mało prawdopodobne, postanowiłem wyjaśnić tę okoliczność, nim posunę się dalej. Jakiś odtrącony kochanek mógł zabić zarówno pana, jak i panią Browner, a ucho mężczyzny w paczce mogło być uchem jej męża. Do tej teorii miałem wiele poważnych zastrzeżeń, potencjalnie była jednak możliwa. Tak więc wysłałem telegram do mojego przyjaciela Algara z liverpoolskiej policji i poprosiłem, by sprawdził, czy pani Browner jest w domu i czy pan Browner odpłynął na pokładzie „May Day”. Następnie udaliśmy się do Wallington, aby odwiedzić pannę Sarah.

Byłem bardzo ciekaw, w jakim stopniu można stwierdzić rodzinne podobieństwo na podstawie cech uszu rodzeństwa. Poza tym, oczywiście, mogła udzielić nam bardzo istotnych informacji, choć na to zbytnio nie liczyłem. Musiała usłyszeć o tym fakcie dzień wcześniej, bo w całym Croydon było głośno o zawartości dostarczonej paczki, a tylko ona mogła zrozumieć, do kogo była w rzeczywistości adresowana. Gdyby chciała pomóc policjantom w ujęciu przestępcy, prawdopodobnie już by się z nimi skontaktowała. Naszym obowiązkiem było oczywiście spotkać się z nią, więc poszliśmy do niej do domu. Dowiedzieliśmy się, że wieści o pojawieniu się tej paczki wywołały u panny Cushing zapalenie mózgu, bo zachorowała właśnie w tym czasie. Stało się dla mnie oczywistym, że dokładnie rozumiała, co to oznacza, lecz równie jasne było to, iż na jakąkolwiek pomoc z jej strony będziemy musieli trochę poczekać.

W rzeczywistości jednak nie potrzebowaliśmy od niej żadnej pomocy. Poprosiłem Algara, żeby wysłał odpowiedź na posterunek policji; jak wiesz, już tam na mnie czekała. Nic nie mogło być bardziej rozstrzygające w tej sprawie. Dom pani Browner stał zamknięty od ponad trzech dni, sąsiedzi sądzili, że wyjechała na południe, by spotkać się z krewnymi. W biurze linii morskich potwierdzono, że Browner odpłynął na pokładzie „May Day”; według moich obliczeń, statek powinien wpłynąć jutro wieczorem na wody Tamizy. Gdy tylko Browner się tu pojawi, na spotkanie wyjdzie mu dość tępy, lecz nieustępliwy Lestrade, i nie wątpię, że wtedy poznamy wszystkie szczegóły.

Sherlock Holmes nie zawiódł się w swych oczekiwaniach. Dwa dni później otrzymał grubą kopertę zawierającą krótki list od detektywa oraz napisany na maszynie dokument, obejmujący kilka stron papieru kancelaryjnego.

– Lestrade go złapał – powiedział Holmes, spoglądając na mnie. – Może zainteresuje cię, co pisze?

Mój drogi Panie Holmes!

Zgodnie z planem, mającym sprawdzić nasze teorie (to „nasze” jest niezłe, nie sądzisz, Watsonie?), wczoraj o szóstej po południu udałem się do doków Albert i wszedłem na pokład SS „May Day”, będącego własnością Liverpool, Dublin and London Steam Packet Company. Zasięgnąwszy informacji, dowiedziałem się, że na pokładzie jest steward o nazwisku James Browner, który podczas podróży zachowywał się w tak niezwykły sposób, iż kapitan musiał zwolnić go z obowiązków. Gdy zszedłem na dół, gdzie znajdowała się koja Brownera, zastałem go siedzącego na skrzyni, z twarzą schowaną w dłoniach, kiwającego się w przód i w tył. To potężny, silny mężczyzna, gładko ogolony, o bardzo smaglej cerze, trochę jak Aldridge, który dopomógł nam w sprawie z pralnią. Gdy usłyszał, z czym przyszedłem, zerwał się na równe nogi, lecz ja trzymałem już w ustach gwizdek, by móc w każdej chwili przywołać paru ludzi z policji rzecznej, czekających tuż za rogiem. Wydawało się jednak, że był całkiem zrezygnowany, bo po prostu spokojnie wyciągnął ręce, żebym założył mu kajdanki. Zabraliśmy go do celi, wzięliśmy też jego bagaż, bo myśleliśmy, że może znajdziemy tam coś, co mogłoby go obciążyć. Jednak prócz wielkiego ostrego noża, jaki posiada prawie każdy marynarz, nic ciekawego w bagażu nie było. Przekonaliśmy się natomiast, że nie będziemy potrzebowali więcej dowodów. Gdy tylko stanął przed inspektorem na posterunku, sam zapytał, czy może złożyć zeznania, które oczywiście zostały dokładnie spisane przez stenografa. Kazaliśmy je przepisać na maszynie w trzech egzemplarzach, z których jeden załączam. Tak jak od samego początku sądziłem, sprawa okazała się niezwykle prosta, jestem panu jednak wdzięczny za pomoc w śledztwie.

 

 

Z wyrazami szacunku,

oddany Panu

G. Lestrade

 

– Hm, to śledztwo rzeczywiście było wyjątkowo proste – zauważył Holmes. – Nie sądzę jednak, by tak uważał, kiedy prosił nas o pomoc. Ale teraz zobaczmy, co ma do powiedzenia Jim Browner. Oto jego zeznanie złożone przed inspektorem Montgomerym na posterunku Shadwell. Ma ten plus, że zostało spisane słowo w słowo.

Czy mam coś do powiedzenia? Tak, mam, i to bardzo dużo. Muszę się do tego wszystkiego przyznać. Możecie mnie powiesić albo zostawić w spokoju. Ni cholery mnie nie obchodzi, co zrobicie. Mówię wam, odkąd to zrobiłem, nie zmrużyłem oka i nie wierzę, żebym kiedykolwiek jeszcze mógł je zmrużyć, póki żyję. Czasami widzę jego twarz, ale najczęściej widzę ją. Zawsze któreś z nich stoi przede mną. On patrzy na mnie gniewnie i ponuro, ale na jej twarzy widzę coś jak zaskoczenie. O tak, ta niewinna owieczka! Musiała być zaskoczona, gdy wyczytała śmierć z oczu, które do tej por y spoglądały na nią tylko z miłością.

Ale to była wina Sarah! Niech dosięgnie ją klątwa złamanego człowieka! Niech krew zgnije jej w żyłach! Nie chodzi o to, że próbuję oczyścić siebie. Wiem, że znów zacząłem pić jak bydlę, którym zresztą byłem. Ale ona by mi to wybaczyła. Stałaby przy moim boku, gdyby tylko ta przeklęta kobieta nigdy nie przekroczyła naszego progu. Bo Sarah Cushing mnie kochała! To jest właśnie sedno całej tej spraw y. Kochała mnie, póki cała jej miłość nie zmieniła się w jadowitą nienawiść, gdy przekonała się, że bardziej sobie cenię ślad stopy mojej żony, niż ją z jej ciałem i duszą.

W sumie były trzy siostry. Najstarsza była po prostu dobrą kobietą, druga wcielonym diabłem, a trzecia aniołem. Gdy ożeniłem się z Mary, miała dwadzieścia dziewięć lat, a Sarah trzydzieści trzy. Kiedy zakładaliśmy razem dom, byliśmy bardzo szczęśliwi. W całym Liverpoolu nie było wspanialszej kobiety niż moja Mar y. Potem na tydzień zaprosiliśmy do siebie Sarah, tydzień przeciągnął się w miesiąc, i tak krok po kroku stała się dla nas niczym członek rodziny.

Wtedy w ogóle nie piłem, odłożyliśmy trochę pieniędzy, i wszystko zdawało się tak jasne i wspaniałe jak nowy dolar. Dobry Boże, któż by pomyślał, że może dojść do czegoś takiego? Komu by coś takiego w ogóle przyszło do głowy?

Bardzo często spędzałem niedziele w domu, a czasami zdarzało się, że gdy statek zatrzymywano na załadunek, miałem cały tydzień wolnego. W ten sposób często widy wałem moją szwagierkę Sarah. Była ładną wysoką kobietą o ciemnych włosach, szybką i gwałtowną. Chodziła z dumnie uniesioną głowa i takim błyskiem w oczach, jak iskry wykrzesane z krzemienia. Ale kiedy obok mnie była moja mała Mar y, nigdy nawet o niej nie pomyślałem. Przysięgam to, jak pragnę litości od Boga. Czasami miałem wrażenie, że lubi zostawać ze mną sam na sam albo kusi mnie, bym poszedł z nią na spacer. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Jednak pewnego wieczoru oczy mi się otworzyły. Wróciłem dopiero co z rejsu, a w domu przekonałem się, że nie ma mojej żony. Była za to Sarah. „Gdzie jest Mar y?” – spytałem. „Poszła zapłacić jakieś rachunki” – odpowiedziała. Byłem zniecierpliwiony i chodziłem tam i z powrotem po pokoju. „Nie potrafisz nawet przez pięć minut być szczęśliwy bez Mar y, Jim? – zapytała. – Nie możesz choćby przez chwilę cieszyć się z mojego towarzystwa?”. „Już dobrze, dziewczyno” – powiedziałem, po przyjacielsku wyciągając do niej rękę, ale ona natychmiast schwyciła ją w obie dłonie. Były tak rozpalone, jakby miała gorączkę. Spojrzałem w jej oczy i wszystko z nich wyczytałem. Nie musiała nic mówić. Popatrzyłem na nią groźnie i cofnąłem dłoń. Przez chwilę stała obok, milcząc, a potem poklepała mnie po ramieniu. „Dobry star y Jim!” – powiedziała z kpiną w głosie i wybiegła z pokoju.

Od tego czasu Sarah znienawidziła mnie z całego serca. A jest kobietą, która potrafi nienawidzić. Byłem głupcem, ślepym głupcem, że pozwoliłem jej u nas zamieszkać. Nigdy jednak nie wspomniałem o tym Mary ani słowa, bo wiedziałem, że to by ją zasmuciło. Sprawy toczyły się właściwie tak jak przedtem, jednak po jakimś czasie zacząłem odkrywać, że sama Mary się trochę zmieniła. Zawsze do tej pory była taka ufna i niewinna. Teraz stała się jakaś dziwna i podejrzliwa, zaczęła się dopytywać, gdzie byłem, co robiłem, od kogo dostałem list, co miałem w kieszeniach i mnóstwo tego typu rzeczy. Z dnia na dzień stawała się coraz dziwniejsza, ciągle była rozdrażniona. Nieustannie kłóciliśmy się bez powodu. Byłem tym wszystkim bardzo zaskoczony. Sarah mnie teraz unikała, ale ona i Mary stały się po prostu nierozłączne. Teraz widzę, jak cały czas knuła i spiskowała, żeby zatruć serce mojej żonie i zrazić ją do mnie. A ja byłem takim ślepym głupcem, nie rozumiałem tego. Wtedy złamałem przyrzeczenie i znów zacząłem pić, ale myślę, że nigdy bym tego nie zrobił, gdyby Mary się tak nie zmieniła. Teraz miała powód, by się mną brzydzić; dzieląca nas otchłań stawała się coraz głębsza. A potem pojawił się ten Alec Fairbairn, i wszystko stało się jeszcze tysiąc razy bardziej ponure.

Najpierw zjawił się w moim domu, żeby zobaczyć się z Sarah, ale wkrótce zaczął przychodzić również do nas. Był czarującym człowiekiem, i wszędzie, gdzie się pojawił, pozyskiwał przyjaciół. To był energiczny, bystry dumny mężczyzna o kręconych włosach, taki, co to zwiedził pół świata i potrafił opowiadać o tym, co widział. Nie przeczę, że był wspaniałym towarzyszem i zachowywał się niezwykle uprzejmie i miło, choć był marynarzem. Myślę, że kiedyś częściej przebywał wśród oficerów niż w kubryku ze zwykłymi marynarzami. Cały miesiąc przychodził do mnie do domu, i nawet nie przyszło mi do głowy, że z tej jego podstępnej uprzejmości mogą wyniknąć nieprzyjemności. A potem w końcu coś wzbudziło moje podejrzenia, i od tego dnia nie zaznałem już nawet chwili spokoju.

To była zwykła drobnostka. Niespodziewanie wszedłem do salonu i, stając w drzwiach, ujrzałem, jak twarz mojej żony rozjaśnia się na powitanie. Gdy jednak zobaczyła, że to ja, radość znikła z jej twarzy, i z rozczarowaniem odwróciła wzrok. To mi wystarczyło. Przecież odgłosu moich kroków nie można było pomylić z żadnymi innymi, prócz kroków Aleca Fairbairna. Gdybym go wtedy zobaczył, to bym go zabił, bo gdy wpadam w gniew, staję się szaleńcem. Mary zobaczyła ten diabelski błysk w moich oczach i natychmiast do mnie podbiegła, wyciągając ręce. „Nie rób tego, Jim! Nie rób tego!” – zawołała. „Gdzie jest Sarah?” – spytałem. „W kuchni” – odparła. „Sarah – powiedziałem, gdy tam wszedłem – ten człowiek, Fairbairn, nie ma już wstępu do mojego domu”. „Dlaczego nie?” – spytała. „Bo ja tak każę” – byłem bardzo stanowczy. „Och! – powiedziała – skoro moi przyjaciele nie są mile widziani w tym domu, to, rozumiem, mnie też tu nie chcą”. „Rób, co uważasz – odpowiedziałem. – Ale jeśli tylko ten Fairbairn znów się tu pokaże, przyślę ci jego ucho na pamiątkę”. Chyba przeraził ją mój wyraz twarzy, bo nie powiedziała ani słowa i tego samego wieczora opuściła nasz dom.

Nie wiem, czy była to czysta złośliwość tej kobiety, czy też może wydawało jej się, że może zwrócić mnie przeciwko mojej żonie, zachęcając ją, by się źle zachowywała wobec mnie. Tak czy inaczej znalazła sobie dom dwie ulice dalej i wynajmowała kwatery marynarzom. Fairbairn zatrzymał się u niej, a Mary często wychodziła na herbatę do swojej siostry i do niego. Jak często tam bywała, tego nie wiem, ale pewnego dnia poszedłem za nią. Gdy zacząłem dobijać się do drzwi, Fairbairn uciekł przez płot na tyłach ogrodu niczym jakiś tchórzliwy skunks, którym zresztą był. Poprzysiągłem żonie, że ją zabiję, jeśli jeszcze raz zobaczę ich razem, i zaprowadziłem ją do domu szlochającą, drżącą i bladą jak płótno. Nie było już pomiędzy nami ani śladu miłości. Widziałem, że się mnie boi i nienawidzi, a ponieważ sama ta myśl sprawiała, że sięgałem po butelkę, zaczęła mną również gardzić.

Sarah wkrótce przekonała się, że nie utrzyma się w Liverpoolu, wróciła więc do Croydon i, jak sądzę, zamieszkała ze swą siostrą, a moje sprawy toczyły się zwykłym torem. Potem nadszedł tydzień, kiedy wydarzyła się ta potworna katastrofa.

Było to tak. Wypłynęliśmy na pokładzie „May Day” w siedmiodniowy rejs. Gdy jedna beczka się obluzowała i spowodowała uszkodzenia, musieliśmy na dwanaście godzin zawinąć do portu. Zszedłem na ląd i wróciłem do domu, myśląc o tym, jak zaskoczona będzie moja żona. Miałem nadzieję, że może się ucieszy z tego, że tak szybko wróciłem. O tym właśnie myślałem, gdy skręcałem w moją ulicę. W tej samej chwili minęła mnie dorożka. Siedziała w niej Mary obok tego Fairbairna. Rozmawiali sobie, śmiali się i nie mieli pojęcia, że stoję tuż obok, obserwując ich z chodnika.

Mówię panu, mogę dać słowo, że od tej chwili nie panowałem już nad sobą. Kiedy teraz o tym myślę, wszystko to wydaje mi się jak jakiś mglisty sen. Ostatnio bardzo dużo piłem, i te dwie rzeczy wyłączyły mi mózg. Nawet teraz czuję, jak coś pulsuje mi w głowie, wali niczym młot dokera, lecz tego ranka wydawało mi się, że w uszach gwiżdże mi i huczy cała Niagara. Rzuciłem się biegiem za tą dorożką. W ręce miałem ciężką dębową laskę. Mówię panu, od początku miałem mordercze myśli, ale kiedy tak za nimi biegłem, do głowy przyszedł mi pewien pomysł. Trzymałem się trochę z tyłu, tak, żeby ich obserwować, samemu nie będąc widzianym. Wkrótce zatrzymali się przy stacji kolejowej. Przy kasie był spory tłum, podszedłem więc do nich dość blisko, uważając, by mnie nie spostrzegli. Kupili bilety do New Brighton. Zrobiłem to samo, ale wsiadłem trzy wagony za nimi. Gdy dojechaliśmy na miejsce, oni wysiedli i ruszyli wzdłuż promenady, a ja przez cały czas trzymałem się niecałe sto jardów za nimi. W końcu zobaczyłem, że wynajmują sobie łódź i odpływają od brzegu. Dzień był bardzo gorący, i na pewno sobie myśleli, że może na wodzie będzie im chłodniej.

To było tak, jakby sami oddali się w moje ręce. Nad wodą wisiała lekka mgiełka, i nie sposób było niczego zobaczyć dalej niż na kilkaset jardów. Wynająłem łódź i popłynąłem za nimi. Widziałem rozmyte kontury ich łodzi, ale płynęli niemal tak szybko jak ja, i nim się z nimi zrównałem, musieliśmy już być ponad milę od brzegu. Mgła otoczyła nas jak kurtyna, odcinając naszą trójkę od całego świata. Mój Boże, czy kiedykolwiek zapomnę wyraz ich twarzy, kiedy zobaczyli, kto siedzi w zbliżającej się do nich łodzi? Mary krzyknęła. On zaczął przeklinać jak szaleniec i zamachnął się w moją stronę wiosłem, bo musiał dostrzec w moich oczach śmierć. Uchyliłem się i walnąłem go moją laską, która zmiażdżyła mu głowę, jakby to było jajko. Może bym ją oszczędził, mimo całego mojego szaleństwa, ale oplotła go ramionami, wołając do niego i powtarzając jego imię: „Alec!, Alec!”. Uderzyłem jeszcze raz, i po chwili leżała wyciągnięta obok niego. Byłem jak dzika bestia, która posmakowała kr wi. Gdyby Sarah tam była, to, klnę się na Boga, dołączyłaby do nich. Wyjąłem nóż i... Cóż, powiedziałem już wszystko. Ogarnęła mnie jakaś dzika radość na myśl, jak poczuje się Sarah, kiedy zobaczy ten znak i zrozumie, co wynikło z jej wtrącania się w nasze sprawy. Potem przywiązałem ciała do łodzi, wybiłem dziurę w dnie i czekałem, aż pójdzie na dno. Doskonale wiedziałem, że właściciel łodzi pomyśli, że stracili w tej mgle orientację i zniosło ich na pełne morze. Doprowadziłem się do porządku, wróciłem na ląd, a potem udałem się na mój statek, tak że nikt nie miał pojęcia o tym, co się wydarzyło. Tej nocy przygotowałem paczkę dla Sarah Cushing, a następnego dnia wysłałem ją z Belfastu.

I taka jest cała prawda. Możecie mnie powiesić albo zrobić ze mną, co wam się podoba. Ale nie możecie mnie ukarać, bo już zostałem ukarany. Za każdym razem, kiedy zamykam oczy, widzę te dwie wpatrzone we mnie twarze. Widzę, jak patrzyli na mnie, gdy moja łódź wyłoniła się z mgły. Zabiłem ich szybko, ale oni zabijają mnie powoli. Jeśli będę musiał przeżyć jeszcze jedną taką noc, to oszaleję albo umrę, zanim nadejdzie ranek. Nie wsadzi mnie pan samego do celi, prawda, sir? Niech się pan zlituje i tego nie robi. I niech w dniu śmierci zostanie pan osądzony, tak jak dzisiaj mnie pan osądzi.

 

– I co to oznacza, Watsonie? – rzekł z powagą Holmes, odkładając dokument. – Jaki sens ma ten zamknięty krąg bólu, przemocy i lęku? To musi służyć jakiemuś celowi, bo w przeciwnym razie naszym wszechświatem rządzi przypadek, a to jest nie do pomyślenia. Ale jaki to cel? To wielkie i odwieczne pytanie, na które ludzki umysł do dziś nie potrafi znaleźć odpowiedzi.

Rozdział trzeci

 

Czerwony krąg

 
 

Część pierwsza

 

– Cóż, pani Warren, nie sądzę, żeby miała pani jakieś szczególne powody do obaw. Nie rozumiem, dlaczego ja, człowiek, którego czas ma bądź co bądź jakąś wartość, miałbym się zajmować tą sprawą. Naprawdę mam inne zajęcia, które pochłaniają moją uwagę – powiedział Sherlock Holmes i znów pochylił się nad swoim wielkim notesem z wycinkami z gazet, w którym układał i zapisywał materiały do prowadzonych przez siebie spraw.

Jednakże gospodyni obdarzona była uporem i sprytem typowym dla swojej płci. Stanowczo trwała przy swoim.

– W ubiegłym roku pomógł pan mojemu lokatorowi rozwiązać pewną sprawę – powiedziała. – Chodzi o pana Fairdale’a Hobbsa.

– Aha... tak. To była prosta sprawa.

– Ale on przez cały czas o tym mówi. O tym, jaki pan był dobry i uprzejmy, sir, i jak rozjaśnił pan ciemności. Przypomniałam sobie jego słowa, kiedy mnie samą ogarnęły wątpliwości i zaczęłam błądzić po omacku. Wiem, że mógłby pan się tym zająć, gdyby tylko pan zechciał.

Holmesa można było podejść odpowiednim pochlebstwem, ale trzeba mu również oddać sprawiedliwość, że nie brakowało mu życzliwości ani dobroci. Te dwie cechy sprawiły teraz, że westchnął, odłożył z rezygnacją pędzel do kleju i odsunął krzesło od biurka.

– No dobrze, pani Warren. Proszę mi w takim razie opowiedzieć, co panią sprowadza. Mam nadzieję, że nie przeszkadza pani dym tytoniowy? Watsonie, podaj mi zapałki. Dziękuję. Jak rozumiem, ma pani pewne obawy, bo jej nowy lokator cały czas siedzi u siebie w pokoju, i pani go nie widuje. Moja droga pani Warren, gdybym to ja był pani lokatorem, często nie widywałaby mnie pani przez całe tygodnie.

– Nie wątpię, sir. Ale to coś innego. To mnie przeraża, panie Holmes. Nie mogę spać ze strachu. Słyszę te jego szybkie kroki, to tu, to tam, od wczesnego ranka aż do późna w nocy, a jednak ani razu nawet przez chwilę go nie widziałam. To więcej niż jestem w stanie znieść. Mój mąż jest podenerwowany całą tą sprawą podobnie jak ja, ale on całe dnie spędza w pracy, a ja w ogóle nie mam ani chwili, żeby od tego odpocząć. Po co on się ukrywa? Co zrobił? Poza jedną służącą jestem z nim w domu zupełnie sama, i moje nerwy nie są już w stanie dłużej tego znieść.

Holmes pochylił się i położył swoje długie chude palce na ramieniu kobiety. Kiedy chciał, posiadał niemal hipnotyczną moc uspokajania ludzi. Z jej oczu zniknęło przerażenie, a podekscytowana twarz wygładziła się, przyjmując normalny wyraz. Usiadła na krześle, które jej wskazał.

– Jeśli mam się podjąć tej sprawy, to muszę poznać każdy szczegół – powiedział. – Proszę się nie śpieszyć i dobrze się nad tym zastanowić. Nawet najdrobniejsze, pozornie nieważne informacje mogą mieć kluczowe znaczenie. Twierdzi pani, że ten mężczyzna zjawił się dziesięć dni temu i zapłacił pani z góry za dwa tygodnie pobytu z wyżywieniem?

– Zapytał o moje warunki, sir. Powiedziałam mu, że chcę pięćdziesiąt szylingów na tydzień. Do jego dyspozycji miał pozostawać mały salonik, sypialnia i wszystko inne na piętrze naszego domu.

– No i?

– Odparł: „Zapłacę pani pięć funtów za tydzień, jeśli będę mógł wynająć od pani tę kwaterę na moich warunkach”. Jestem biedną kobietą, sir, a pan Warren też niewiele zarabia, więc takie pieniądze dużo dla mnie znaczą. Wtedy wyjął dziesięciofuntowy banknot i od razu mi go dał. „Może pani tyle dostawać co dwa tygodnie jeszcze przez długi czas, jeśli będzie pani przestrzegała warunków – powiedział. – W przeciwnym razie nie będę chciał mieć już z panią do czynienia”.

– Jakie to były warunki?

– No cóż, sir... Chciał dostać klucz od drzwi wejściowych. To było w porządku. Lokatorzy często dostają klucze. Poza tym chciał, żeby całkowicie zostawić go samemu sobie i żeby nigdy, pod żadnym pretekstem absolutnie mu nie przeszkadzać.

– Ale chyba nie ma w tym nic dziwnego?

– Na zdrowy rozsądek nic, sir. Ale tu naprawdę wszystko jest dziwne. Mieszka tam już od dziesięciu dni, i ani pan Warren, ani ja, ani służąca nie widzieliśmy go. Słyszymy te jego szybkie kroki, jak chodzi tam i z powrotem, nocą, rano i w południe. Jednak z wyjątkiem pierwszej nocy nigdy nie wyszedł z domu.

– O, więc pierwszej nocy jednak wyszedł, prawda?

– Tak, sir. I wrócił bardzo późno, kiedy wszyscy już dawno położyliśmy się spać. Kiedy wynajęłam mu to mieszkanie, uprzedzał mnie, że tak będzie robił, i prosił, żebym nie ryglowała drzwi. Po północy usłyszałam, jak wchodzi po schodach.

– A posiłki?

– Udzielił mi szczególnej wskazówki, że zawsze, kiedy zadzwoni, mamy postawić mu posiłek na krześle przed jego drzwiami. Potem zadzwoni jeszcze raz, gdy już skończy jeść, a my zabieramy naczynia z tego samego krzesła. Jeśli chce czegoś jeszcze, pisze to na kawałku papieru i zostawia nam wiadomość.

– Pisze?

– Tak, sir. Pisze wielkimi literami, ołówkiem. Tylko jedno słowo, nic więcej. Przyniosłam parę takich liścików, żeby panu pokazać... MYDŁO. A tu inny... ZAPAŁKA. A ten zostawił pierwszego ranka... DAILY GAZETTE. Przynoszę mu teraz gazetę każdego ranka, razem ze śniadaniem.

– O rany, Watsonie! – powiedział Holmes, wpatrując się z ogromnym zaciekawieniem w kawałki papieru kancelaryjnego podane mu przez gospodynię. – To z całą pewnością trochę niezwykłe. Potrafię zrozumieć jego odosobnienie, ale czemu miałby pisać wielkimi literami? To przecież niewygodne i uciążliwe. Czemu po prostu nie napisze normalnie? Co ci to nasuwa, Watsonie?

– Że ten człowiek chce ukryć swój charakter pisma.

– Ale dlaczego? Jakie to może mieć dla niego znaczenie, że kobieta, od której wynajmuje kwaterę, zobaczy jeden wyraz napisany jego pismem? Chociaż może być tak, jak mówisz. Z drugiej jednak strony, dlaczego miałby pisać tak lakoniczne wiadomości?

– Nie mam pojęcia.

– Stwarza nam to swobodne pole dla inteligentnych spekulacji. Słowa są pisane raczej tępym zwykłym fioletowym ołówkiem. Zauważ, że kawałek papieru został oderwany tutaj z boku, kiedy już napisał cały wyraz, bo nie ma fragmentu litery M w słowie MYDŁO. To znaczące, Watsonie, nieprawdaż?

– Myślisz, że świadczy o jego ostrożności?

– Dokładnie. Najwyraźniej musiał tam być jakiś znak, na przykład odcisk kciuka, który mógłby dostarczyć jakichś wskazówek co do tożsamości tej osoby. Pani Warren, wspominała pani, że ten człowiek jest średniego wzrostu, smagły i nosi brodę. W jakim może być wieku?

– Dość młody, sir. Nie ma więcej niż trzydzieści lat.

– Czy nie może mi pani podać jakichś szczegółów?

– Dobrze mówił po angielsku, sir, a jednak, słysząc jego akcent, pomyślałam, że jest cudzoziemcem.

– I był dobrze ubrany?

– Bardzo elegancko, sir. Prawdziwy dżentelmen. Ciemne ubranie... Nic, co zwracałoby uwagę.

– Nie podał żadnego nazwiska?

– Nie, sir.

– Czy dostawał jakieś listy? Czy go ktoś odwiedzał?

– Nie.

– Ale na pewno pani albo służąca wchodzicie rano do jego pokoju?

– Nie, sir. Sam dba o wszystko.

– O rany! To z całą pewnością niezwykłe. A co z jego bagażem?

– Miał ze sobą jedną dużą brązową torbę. Nic poza tym.

– Cóż, nie wygląda na to, byśmy mieli wiele informacji, które mogłyby nam pomóc. Twierdzi pani, że nic nie wynoszono z tego pokoju? Absolutnie nic?

Gospodyni wyciągnęła ze swojej torebki kopertę, z której wytrząsnęła na stół dwie spalone zapałki i niedopałek papierosa.

– Zostawił na tacy dziś rano. Przyniosłam to, bo słyszałam, że potrafi pan wyczytać ważne rzeczy z różnych drobiazgów.

Holmes wzruszył ramionami.

– Nic tu nie ma – powiedział. – Zapałki zostały oczywiście użyte, by zapalić papierosa. Świadczy o tym to, jak krótki jest nadpalony fragment. Przy zapalaniu fajki lub cygara wypala się połowa zapałki. Ale proszę, proszę! Niedopałek papierosa jest z całą pewnością wyjątkowy. Wspominała pani, że ten dżentelmen miał brodę i wąsy, prawda?

– Tak, sir.

– Nie pojmuję tego. Powiedziałbym, że tego papierosa mógł spalić tylko gładko ogolony mężczyzna. Spójrz, Watsonie. Nawet twoje dość skromne wąsy by się przypaliły.

– Może używa fifki? – podsunąłem.

– Nie, nie. Widać, że trzymał go w ustach. Zakładam, że w tym pokoju nie może mieszkać dwóch ludzi, prawda, pani Warren?

– Nie, sir. Je tak niewiele, że często się zastanawiam, jak ten człowiek potrafi na tym wyżyć.

– Cóż, myślę, że musimy poczekać, aż będziemy mieli trochę więcej informacji. Nie ma pani powodów do narzekań. Dostała pani swój czynsz, a on nie jest kłopotliwym lokatorem, choć, muszę przyznać, z całą pewnością dość niezwykły. Dobrze płaci i jeśli chce się tak ukrywać, nie jest to bezpośrednio pani problem. Nie mamy prawa naruszać jego prywatności, póki nie będziemy mieli powodów, by sądzić, że coś jest nie tak, jak być powinno. Podjąłem się wyjaśnienia tej sprawy i nie będę jej tracił z pola widzenia. Proszę mnie zawiadomić, jeśli wydarzy się coś nowego. I może pani liczyć na moją pomoc, o ile okaże się to konieczne.

– Z pewnością są w tej sprawie pewne ciekawe cechy, Watsonie – zauważył Holmes po wyjściu gospodyni. – Oczywiście, może się okazać trywialna, bo ten człowiek może być po prostu ekscentrykiem, ale może się też okazać bardziej złożona, niż to się z pozoru wydaje. Pierwszą rzeczą, która się nasuwa, jest oczywista możliwość, że człowiek, który teraz przebywa w tym mieszkaniu, może być kimś zupełnie innym niż ten, kto je wynajął.

– Dlaczego tak sądzisz?

– Pomijając ten niedopałek papierosa, nie wydaje ci się znaczącym, że lokator wyszedł tylko raz, i to bezpośrednio po tym, jak wynajął mieszkanie? Wrócił, kiedy nie stał mu na drodze żaden świadek, więc równie dobrze mógł to być ktoś inny. Nie mamy żadnego dowodu na to, że człowiek, który wrócił w nocy, był tym samym, który wyszedł. No a poza tym człowiek, który wynajął tę kwaterę, dobrze mówił po angielsku. Tymczasem ten drugi pisze wielkimi literami słowo ZAPAŁKA, choć powinien był napisać „zapałki”. Potrafię sobie wyobrazić, że znalazł to słowo w słowniku, w którym podany był tylko rzeczownik w liczbie pojedynczej, bez liczby mnogiej. Ten lakoniczny styl może ukrywać brak znajomości języka angielskiego. Tak, Watsonie, mamy solidne podstawy, by podejrzewać, że lokatorzy się zamienili.

– Ale w jakim celu mieliby to robić?

– Ach! W tym właśnie tkwi nasz problem. Istnieje tylko jeden, dość oczywisty sposób prowadzenia tego śledztwa. – Zdjął z półki gruby brulion, do którego codziennie wklejał wycinki z rubryki towarzyskiej różnych londyńskich dzienników. – O! – powiedział, wertując kolejne strony. – Cóż za chór jęków, płaczu i biadolenia! Groch z kapustą. I to same osobliwości. Ale z całą pewnością jest to najcenniejszy obszar łowów, jaki kiedykolwiek mieli badacze rzeczy niezwykłych. Ten człowiek jest sam, i nie można mu przekazać żadnego listu, nie wyjawiając w ten sposób tajemnicy, która jest pożądana w danej sytuacji. To jak ma do niego dotrzeć jakakolwiek wiadomość czy nowina z zewnątrz? Oczywiście, poprzez ogłoszenie w gazecie. Wygląda na to, że nie ma innej możliwości. Na szczęście musimy się zająć tylko jedną gazetą. Tu mamy wycinki z „Daily Gazette” z ostatnich dwóch tygodni. „Dama w czarnym boa w książęcym klubie łyżwiarskim”. To możemy sobie darować. „Z pewnością Jimmy nie złamie serca swej matce...”. To nie pasuje do naszej sprawy. „Jeśli dama, która zemdlała w autobusie do Brixton...”. Ona mnie nie interesuje. „Co dzień moje serce tęskni...”. Biadolenie, Watsonie, co za biadolenie! O, a to już trochę bardziej sensowne. Posłuchaj: „Cierpliwości. Znajdziemy jakiś bezpieczny sposób komunikacji. Tymczasem ta rubryka. G.”. To się ukazało dwa dni po tym, jak zjawił się lokator pani Warren. Brzmi sensownie, prawda? Ten tajemniczy człowiek rozumie język angielski, nawet jeśli nie umie posługiwać się nim w piśmie. Zobaczmy, czy znów trafimy na jego trop. No i proszę! Trzy dni później... „Udało mi się coś zaaranżować. Cierpliwość i roztropność. Chmury się rozwieją. G.”. A potem nic przez cały tydzień. A tutaj mamy coś bardziej konkretnego. „Droga staje się wolna. Jeśli trafi mi się okazja, wiadomość sygnałowa. Pamiętaj uzgodniony kod, jeden A, dwa B itd. Wkrótce usłyszysz. G.”. To było we wczorajszej gazecie, w dzisiejszej nic nie ma. Wszystko to świetnie pasuje do lokatora pani Warren. Jeśli trochę poczekamy, Watsonie, bez wątpienia coś się wyklaruje.

I tak się stało. Rano zastałem mojego przyjaciela stojącego na dywaniku przed kominkiem plecami do ognia, a na jego twarzy malował się błogi uśmiech zadowolenia.

– A co powiesz na to, Watsonie? – zawołał, biorąc ze stołu gazetę: – „Wysoki czerwony dom. Trzecie piętro. Drugie okno od lewej. Po zmierzchu. G.”. To już jest dość konkretne. Myślę, że po śniadaniu powinniśmy przeprowadzić mały rekonesans w okolicy, w której mieszka pani Warren. Och, a oto i ona we własnej osobie! Jakie wieści przynosi nam pani dziś rano?

Nasza klientka nagle wtargnęła do pokoju niczym burza, co musiało świadczyć o nowym i bardzo doniosłym rozwoju wydarzeń.

– To sprawa dla policji, panie Holmes! – zawołała. – Dłużej już tego nie zniosę! Ma się stamtąd wynieść z całym tym swoim bagażem. Poszłabym prosto do niego na górę i tak mu powiedziała, ale pomyślałam sobie, że nie byłabym w porządku wobec pana, gdybym nie zapytała go najpierw o zdanie. Ale kończy mi się już cierpliwość, a jeśli chodzi o poniewieranie mojego staruszka...

– Poniewieranie pana Warrena?

– W każdym razie użyli wobec niego przemocy.

– Ale kto użył wobec niego przemocy?

– Och, tego właśnie chcemy się dowiedzieć. To się stało dziś rano, sir. Pan Warren jest dyspozytorem w „Morton and Waylight’s” przy Tottenham Court Road. Musi wychodzić z domu przed siódmą. Tego ranka nie uszedł nawet dziesięciu kroków od domu, kiedy nagle zaszło go od tyłu jakichś dwóch jegomości: zarzucili mu płaszcz na głowę i wepchnęli do dorożki stojącej przy krawężniku. Wozili go tak przez godzinę, a potem otworzyli drzwi i go wyrzucili. Stał na środku drogi, był tak wstrząśnięty, że nie zwrócił nawet uwagi na to, co się stało z dorożką. Kiedy doszedł do siebie, odkrył, że znajduje się na Hampstead Heath, wrócił więc do domu autobusem, a teraz leży tam biedak na sofie. Przyszłam prosto do pana, żeby powiedzieć o tym, co się stało.

– Wyjątkowo interesujące – rzekł Holmes. – Zauważył pojawienie się tych mężczyzn? Słyszał, jak ze sobą rozmawiali?

– Nie, jest zupełnie oszołomiony. Wie tylko tyle, że go złapano, jakby za sprawą jakichś czarów, a potem nagle wyrzucono. Musiało to zrobić co najmniej dwóch ludzi, a może trzech.

– Wiąże pani ten atak z pani lokatorem?

– Mieszkamy tam od piętnastu lat, i nigdy wcześniej nic podobnego nas nie spotkało. Mam już dość tego lokatora. Pieniądze to nie wszystko. Nim ten dzień się skończy, wyniesie się z mojego domu!

– Niech pani chwilę poczeka, pani Warren. Proszę niczego nie robić pochopnie. Zaczynam sądzić, że ta sprawa może być o wiele ważniejsza, niż wydawała się na pierwszy rzut oka. Jest oczywistym, że pani lokatorowi zagraża jakieś niebezpieczeństwo. Równie jasnym jest, że jego wrogowie, którzy zaczaili się na niego niedaleko pani domu, pomylili z nim pani męża w mglistym porannym świetle. Kiedy odkryli swój błąd, wypuścili go. Możemy się tylko domyślać, co by zrobili, gdyby to nie była pomyłka.

– No to co ja mam robić, panie Holmes?

– Mam ogromną ochotę zobaczyć tego pani lokatora, pani Warren.

– Nie wiem, jak to można zrobić, chyba że wyważy pan drzwi. Gdy schodzę w dół po schodach, zostawiwszy mu pod drzwiami tacę, zawsze słyszę, jak przekręca klucz i je otwiera.

– Musi zabierać tę tacę do środka. Na pewno moglibyśmy się gdzieś ukryć i zobaczyć go, kiedy to robi.

Gospodyni zastanawiała się przez chwilę.

– Wie pan, sir, naprzeciwko jego drzwi jest mała komórka. Może mogłabym wstawić tam lustro, a wy, panowie, stojąc za drzwiami...

– Doskonale – powiedział Holmes. – Kiedy jada lunch?

– Koło pierwszej, sir.

– W takim razie doktor Watson i ja zjawimy się w odpowiednim czasie. A na razie żegnam panią, pani Warren.

O wpół do pierwszej znaleźliśmy się na schodach domu pani Warren. Był to wysoki wąski budynek z żółtej cegły przy Great Orme Street, małej uliczce na północny wschód od British Museum. Dom stał blisko skrzyżowania, skąd otwierał się widok na okazałe kamienice przy Howe Street. Holmes parsknął i wskazał na jedną z nich. Piętrowy budynek wyróżniał się tak bardzo, że nie sposób było go przeoczyć.

– Spójrz, Watsonie – powiedział – „Wysoki czerwony dom”. To na pewno stamtąd będzie nadawał sygnały. Znamy miejsce i kod, więc nasze zadanie z całą pewnością powinno okazać się proste. W oknie wisi kartka z napisem: „Do wynajęcia”. To najwyraźniej pusta kamienica, do której jego wspólnik ma dostęp. I co teraz, pani Warren?

– Wszystko dla panów przygotowałam. Wejdźcie, proszę, na górę i zostawcie buty na półpiętrze. Zaraz tam panów zaprowadzę.

Przygotowała nam doskonałą kryjówkę. Lustro zostało ustawione w taki sposób, że siedząc w ciemności, doskonale widzieliśmy drzwi naprzeciwko. Ledwie gospodyni się oddaliła, gdy nagle odległy dźwięk dzwonka oznajmił nam, że nasz tajemniczy sąsiad właśnie nadał sygnał. Po chwili pojawiła się pani Warren, niosąc tacę. Postawiła ją na krześle przy zamkniętych drzwiach, a następnie, głośno stąpając, odeszła. Skuleni za drzwiami, wbijaliśmy wzrok w lustro. Nagle, gdy kroki gospodyni ucichły, rozległ się zgrzyt przekręcanego klucza, klamka opadła, a zza drzwi wysunęły się dwie szczupłe dłonie, które błyskawicznie zabrały tacę z krzesła. Chwilę później taca została w pośpiechu odstawiona na miejsce, a ja ujrzałem przez moment piękną smagłą przerażoną twarz, wpatrzoną w wąski otwór drzwi naszej komórki. Następnie drzwi z hukiem się zatrzasnęły, znów zgrzytnął klucz i zapadła cisza. Holmes szarpnął mnie za rękaw i razem po cichu zeszliśmy na dół.

– Zajrzę do pani jeszcze raz wieczorem – rzekł do pełnej oczekiwania gospodyni. – Myślę, Watsonie, że możemy spokojniej omówić tę sprawę w naszym mieszkaniu.

– Jak widzisz, moje przypuszczenia okazały się słuszne – odezwał się Holmes z głębi swego fotela. – Lokatorzy się zamienili. Nie przewidzieliśmy natomiast tego, że zastaniemy tam kobietę. I to nie jakąś zwykłą kobietę, Watsonie.

– Widziała nas.

– Cóż, widziała coś, co ją zaalarmowało. To pewne. Ogólny bieg wydarzeń jest dość oczywisty, prawda? Pewna para chroni się w Londynie przed jakimś grożącym jej straszliwym niebezpieczeństwem. Bezwzględną koniecznością jest przestrzeganie wszelkich środków ostrożności. Mężczyzna, który musi coś zrobić, pragnie, by kobieta w tym czasie była absolutnie bezpieczna. Nie jest łatwo to uczynić, on jednak rozwiązuje problem tak skutecznie, że o obecności kobiety nie wie nawet gospodyni, która przynosi jej jedzenie. Wiadomości pisane drukowanymi literami, jest oczywistym sposobem na to, by nie rozpoznano jej płci na podstawie pisma. Mężczyzna nie może zbliżyć się do kobiety, bo wtedy naprowadzi wrogów na jej trop. Ponieważ nie może się z nią bezpośrednio kontaktować, ucieka się do zamieszczania ogłoszeń w rubryce towarzyskiej. Jak do tej pory, wszystko jest jasne.

– Ale co się za tym wszystkim kryje?

– Tak, tak, Watsonie, jesteś bezlitośnie praktyczny, jak zwykle! Co się za tym wszystkim kryje? W miarę jak się w to zagłębiamy, zabawny problem pani Warren staje się dużo poważniejszy i przybiera o wiele bardziej ponure kształty. Na razie możemy powiedzieć tylko tyle, że nie jest to jakaś zwykła ucieczka kochanków. Widziałeś twarz tej kobiety, gdy pomyślała, że coś jej zagraża? Słyszeliśmy też o ataku na pana domu, który bez wątpienia był zamachem na lokatora. Wszystkie ostrzeżenia oraz desperacka potrzeba zachowania tajemnicy świadczą o tym, że jest to kwestia życia i śmierci. Napad na pana Warrena pokazuje również, że wrogowie, niezależnie od tego, kim są, nie wiedzą, że lokatora zastąpiła lokatorka. To bardzo dziwna i złożona sprawa, Watsonie.

– Czemu chcesz to dalej drążyć? Co możesz na tym zyskać?

– No właśnie, Watsonie. To sztuka dla sztuki. Jak przypuszczam, gdy wykonywałeś zawód lekarza, studiowałeś różne przypadki, nie myśląc przy tym o wynagrodzeniu.

– Robiłem to dla mojego wykształcenia, Holmesie.

– Nauka nigdy nie dobiega końca, Watsonie. Jedna lekcja następuje po drugiej, a ostatnia z nich będzie najważniejsza. To pouczająca sprawa. Nie wiążą się z nią ani pieniądze, ani jakieś wielkie zasługi, a jednak mam ochotę ją rozwiązać. Kiedy zapadnie zmierzch, posuniemy się w naszym śledztwie o krok naprzód.

Gdy powróciliśmy do mieszkania pani Warren, ponury zimowy londyński wieczór zagęścił się, tworząc jedną szarą kurtynę o martwej monotonnej barwie, przerywanej jedynie jaskrawożółtymi kwadratami okien i zamazanymi świetlistymi aureolami otaczającymi lampy gazowe. Gdy wyjrzeliśmy z okna pogrążonego w mroku salonu zobaczyliśmy, że przez ciemność przebija się jedno przyćmione światło wysoko w górze.

– Ktoś się porusza w tamtym pokoju – szepnął Holmes, przysuwając swą bystrą chudą twarz do szyby. – Tak, widzę jego cień. I znów jest! Trzyma w dłoni świecę. Wygląda teraz na zewnątrz. Patrzy w tę stronę. Chce się upewnić, że ona go widzi. Zaczyna dawać sygnały świecą. Ty też zapisuj tę wiadomość, Watsonie, byśmy mogli ją razem sprawdzić. Pojedynczy błysk. To z całą pewnością A. No a teraz? Ile naliczyłeś? Dwadzieścia? Ja też. To powinno być T. AT. To przynajmniej jest zrozumiałe! Kolejne T. To na pewno jest początek drugiego wyrazu. Teraz TENTA. I nic więcej. To przecież nie może być wszystko, Watsonie? AT TENTA nie ma żadnego sensu. AT TEN TA też nie jest o wiele lepsze, chyba że T.A. to inicjały jakiejś osoby1. No i znowu wysyła sygnały! A co to? ATTE... No cóż, to znów ta sama wiadomość. Dziwne, Watsonie. Bardzo dziwne! I znów wysyła sygnał! AT... Powtarza to samo po raz trzeci. Trzy razy ATTENTA! Ile razy zamierza to powtórzyć? Nie. Wygląda na to, że to już koniec. Odszedł od okna. Co o tym sądzisz, Watsonie?

– Zaszyfrowana wiadomość, Holmesie.

Nagle mój towarzysz się roześmiał, pojąwszy treść wiadomości.

– Nie jest to jakiś tajemniczy szyfr, Watsonie – powiedział. – No oczywiście! To po włosku! „A” na końcu oznacza, że było adresowane do kobiety. „Uważaj! Uważaj! Uważaj!”. I co powiesz, Watsonie?

– Chyba trafiłeś w sedno.

– Bez wątpienia. To bardzo pilna wiadomość, powtórzona trzykrotnie, by nadać jej tym pilniejszy charakter. Ale „uważaj” na co? Poczekaj chwilę. Znów podchodzi do okna.

Ponownie ujrzeliśmy niewyraźną sylwetkę skulonego mężczyzny i błysk małego płomyczka w oknie po drugiej stronie ulicy, gdy jeszcze raz zaczął nadawać swój sygnał. Tym razem robił to szybciej, tak szybko, że trudno było za nim nadążyć.

– PERICOLO, pericolo. Eh, co to znaczyło, Watsonie? Niebezpieczeństwo, prawda? Tak, na Jowisza. To ostrzeżenie o niebezpieczeństwie. I znów nadaje! PERI. Hola! Co u diabła... Nagle światło zgasło, lśniący kwadrat okna znikł, a trzecie piętro znów stało się jednolitą ciemną bryłą z szeregiem połyskujących szyb. Ten ostatni ostrzegawczy sygnał został nagle przerwany. W jaki sposób i przez kogo? W jednej chwili obaj pomyśleliśmy o tym samym. Holmes, do tej pory skulony przy oknie, zerwał się na równe nogi.

– To poważna sprawa, Watsonie! – zawołał. – Dzieje się coś złego. Czemu miałby nagle w taki sposób przerwać nadawanie wiadomości? Poinformuję o tej sprawie Scotland Yard... Ale to zbyt pilna sprawa, żebyśmy teraz stąd odeszli.

– Czy mam iść na policję?

– Musimy najpierw trochę lepiej zrozumieć sytuację. Wciąż istnieje możliwość, e jest to jakaś błaha sprawa. Chodź, Watsonie! Pójdziemy tam i spróbujemy sami zorientować się, o co w tym wszystkim chodzi.

Część druga

 

Gdy przemierzaliśmy szybkim krokiem Howe Street, odwróciłem się, by spojrzeć na budynek, z którego wyszliśmy. W oknie dostrzegłem niejasne kontury głowy; kobieta intensywnie wpatrywała się w noc, czekając w napięciu, ze wstrzymanym oddechem, czy ta przerwana wiadomość będzie kontynuowana. W bramie kamienicy przy Howe Street stał, opierając się o płot, jakiś człowiek w grubym płaszczu opatulony w fularowy szal. Wzdrygnął się, gdy światło przy drzwiach padło na nasze twarze.

– Holmes! – zawołał.

– O, Gregson! – powiedział mój towarzysz, ściskając dłoń detektywowi ze Scotland Yardu. – „Podróże kończą się spotkaniami kochanków”2. Co pana tu sprowadza?

– To samo co pana, jak sądzę – rzekł Gregson. – Nie mam pojęcia, jak pan wpadł na ten trop.

– Inna nić, ale doprowadziła do tego samego kłębka. Zapisywałem sygnały.

– Sygnały?

– Tak, z tamtego okna. Urwały się nagle w połowie. Przyszliśmy tutaj, żeby zobaczyć dlaczego. Ale ponieważ sprawa jest w pańskich rękach, nie widzę sensu jej kontynuować.

– Proszę chwilę poczekać! – zawołał z zapałem Gregson. – Muszę oddać panu sprawiedliwość, panie Holmes. Jeszcze nigdy nie zajmowałem się sprawą, w której nie czułbym się silniejszy, mając pana u swego boku. Z tych mieszkań jest tylko jedno wyjście, więc na pewno go złapiemy.

– Kim on jest?

– O, jak widzę, choć raz mamy nad panem przewagę. Musi pan przyznać, że tym razem byliśmy lepsi. – Ostro stuknął swoją laską o ziemię, co było sygnałem dla dorożkarza, który, trzymając w dłoni bat, wysiadł ze swojego pojazdu i podszedł do nas. – Czy mogę przedstawić pana panu Sherlockowi Holmesowi? – spytał Gregson dorożkarza. – Pan Leverton z amerykańskiej agencji Pinkertona.

– Bohater tajemnicy jaskini na Long Island?

– Miło mi pana poznać, sir.

Amerykanin, spokojny rzeczowy młody człowiek o gładko ogolonej twarzy i ostrych rysach, zarumienił się, słysząc te słowa uznania.

– Teraz jestem na tropie sprawy mojego życia, panie Holmes – powiedział. – Jeśli uda mi się dopaść Gorgiano...

– Co takiego?! Gorgiano z „Czerwonego kręgu”?

– O, jak widzę zasłynął również w Europie, prawda? W Ameryce dowiedzieliśmy się o nim wszystkiego. Wiemy, że to on stał za pięćdziesięcioma morderstwami, a jednak nie mamy żadnych konkretnych podstaw, by go aresztować. Śledzę go od Nowego Jorku, przez tydzień w Londynie deptałem już mu po piętach, czekając tylko na jakiś pretekst, by złapać go za kołnierz. Razem z panem Gregsonem zapędziliśmy go do tej dużej kamienicy, a tu są tylko jedne drzwi, więc nam nie ucieknie. Odkąd wszedł do środka, wyszły stąd trzy osoby, ale jestem gotów przysiąc, że nie było go wśród nich.

– Pan Holmes mówił o jakichś sygnałach – rzekł Gregson. – Spodziewam się, że jak zwykle wie sporo więcej niż my.

W kilku prostych słowach Holmes wyjaśnił im sytuację, tak jak my ją rozumieliśmy.

Amerykanin, rozdrażniony, klasnął w dłonie.

– Zorientował się, że go śledzimy! – zawołał.

– Czemu pan tak sądzi?

– Wszystko na to wskazuje! Jest tam, wysyła jakieś wiadomości swojej wspólniczce... W Londynie przebywa kilka osób z jego gangu. A potem nagle, właśnie w chwili, kiedy, jak sam pan mówi, przekazuje ostrzeżenie o jakimś niebezpieczeństwie, wiadomość raptem się urywa. Cóż to może znaczyć? Albo zobaczył przez okno któregoś z nas, albo w jakiś sposób wyczuł, że niebezpieczeństwo jest blisko i musi natychmiast coś zrobić, aby przed nim uciec. Co pan proponuje, panie Holmes?

– Wejdźmy na górę i sami wszystko sprawdzimy.

– Ale nie mamy nakazu aresztowania.

– Wtargnął do niezamieszkanego lokalu, i to w podejrzanych okolicznościach – powiedział Gregson. – To na razie musi wystarczyć. Kiedy już złapiemy Gorgiano, przekonamy się, czy Nowy Jork pomoże nam utrzymać go za kratami. Biorę na siebie odpowiedzialność za aresztowanie go teraz.

Być może nasi policyjni detektywi nie są najinteligentniejsi, ale na pewno nie brakuje im odwagi. Gregson wspinał się po schodach, by aresztować gotowego na wszystko mordercę, i robił to z takim samym niewzruszonym spokojem, z jakim wchodziłby do swojego gabinetu w Scotland Yardzie. Detektyw z agencji Pinkertona próbował go wyprzedzić, lecz Gregson stanowczo nie chciał go przepuścić. Jego zdaniem, walka z niebezpieczeństwem, jakie czyhało na ulicach Londynu, była przywilejem londyńskiej policji.

Drzwi mieszkania na trzecim piętrze po lewej stronie były uchylone. Gregson otworzył je jednym pchnięciem. Wewnątrz panowały absolutna cisza i ciemność. Wyciągnąłem zapałki, by zaświecić latarnię, którą miał Gregson. Gdy migocząca lampka zapłonęła wreszcie stabilniejszym światłem, wydaliśmy z siebie okrzyk zaskoczenia. Na miękkich drewnianych deskach podłogi, na której nie było dywanu, widniały świeże ślady krwi, wiodące w naszą stronę od położonego w głębi pomieszczenia, którego drzwi pozostawały zamknięte. Gregson pchnął je z impetem i wyciągnął przed siebie płonącą latarnię, a my wszyscy niecierpliwie zajrzeliśmy mu przez ramię.

Na podłodze pośrodku pustego pokoju leżał, skulony, olbrzymi mężczyzna. Jego gładko ogolona smagła twarz była wykrzywiona w straszliwym groteskowym grymasie, a głowę otaczała upiorna szkarłatna aureola krwi rozlanej szerokim kręgiem na białych deskach podłogi. Jego kolana były podciągnięte, ręce szeroko rozrzucone, gruba szyba wygięta, a w gardle tkwił biały trzonek noża wbitego na całą długość. Choć był prawdziwym olbrzymem, pod tym straszliwym ciosem musiał paść niczym ogłuszony wół. Na podłodze, tuż przy jego prawej ręce, leżał przerażający obosieczny sztylet z rogową rączką, a przy nim czarna rękawica z koźlej skóry.

– Na Boga! To Czarny Gorgiano we własnej osobie! – zawołał amerykański detektyw. – Tym razem ktoś nas ubiegł.

– W oknie stoi świeca, panie Holmes – rzekł Gregson. – Ale co pan robi?

Holmes podszedł do okna, zapalił świecę i przesuwał ją w przód i w tył przy szybie. Potem wyjrzał w ciemność, zdmuchnął płomyk i rzucił świecę na podłogę.

– Wydaje mi się, że to będzie pomocne – powiedział. Stał, pogrążony w myślach, kiedy dwóch detektywów badało ciało. – Twierdzi pan, że gdy czekaliście tam na dole, z tych mieszkań wyszło trzech ludzi – powiedział w końcu. – Przyjrzał im się pan dokładnie?

– Owszem.

– Czy był wśród nich smagły mężczyzna około trzydziestki, średniego wzrostu, z czarną brodą?

– Tak. Mijał mnie jako ostatni.

– Sądzę, że to nasz człowiek. Mogę panu podać jego rysopis, mamy też wyraźny odcisk jego buta. To powinno panu wystarczyć.

– Nie bardzo, panie Holmes, biorąc pod uwagę te miliony ludzi, które mieszkają w Londynie.

– Ma pan rację, dlatego właśnie doszedłem do wniosku, że najlepiej będzie wezwać na pomoc tę damę.

Odwróciliśmy się wszyscy, słysząc te słowa. W drzwiach stała wysoka piękna kobieta, tajemnicza lokatorka z Bloomsbury. Podeszła do nas powoli. Jej twarz była blada i wystraszona, a oczy z przerażeniem patrzyły na wyciągniętą na podłodze ciemną sylwetke.

– Zabiliście go! – wyszeptała. – Och, Dio mio, zabiliście go! – Usłyszałem, jak gwałtownie wciąga powietrze. Potem podskoczyła w górę z radosnym okrzykiem. Zaczęła tańczyć po pokoju, klaszcząc w dłonie, jej ciemne oczy lśniły z radości, a z ust padały jedne po drugich wesołe włoskie okrzyki. Był to straszliwy i zdumiewający widok; ta ponura scena najwyraźniej ogromnie ją uradowała. Nagle zatrzymała się i spojrzała pytająco na nas wszystkich.

– Ale wy?! Jesteście z policji, prawda? Zabiliście Giuseppe Gorgiano. Tak?

– Jesteśmy z policji, proszę pani.

Rozejrzała się wokół, patrząc w okryte cieniem kąty pokoju.

– Ale w takim razie, gdzie jest Gennaro? – spytała. – Mój mąż, Gennaro Lucca. Jestem Emilia Lucca. Oboje jesteśmy z Nowego Jorku. Gdzie Gennaro? Przed chwilą wzywał mnie z tego okna, przybiegłam ile sił w nogach.

– To ja panią wzywałem – rzekł Holmes.

– Pan?! Jak pan mógł mnie wezwać?

– Wasz szyfr nie był trudny, proszę pani. Pani obecność tutaj była bardzo pożądana. Wiedziałem, że wystarczy nadać kodem „Vieni”, a na pewno pani przyjdzie.

Piękna Włoszka spojrzała z podziwem na mojego towarzysza.

– Nie rozumiem, skąd pan wie takie rzeczy – powiedziała. – Giuseppe Gorgiano... Jak on... – przerwała na chwilę, a potem nagle jej twarz rozpromieniła się dumą i radością. – Teraz rozumiem! Mój Gennaro! Mój wspaniały piękny Gennaro, który ochronił mnie przed wszystkimi niebezpieczeństwami! On to zrobił. Własną silną ręką zabił tego potwora! Och Gennaro, jaki jesteś cudowny! Jakaż kobieta zasługiwałaby na takiego mężczyznę?

– Cóż, pani Lucca – rzekł rzeczowo Gregson, kładąc dłoń na ramieniu damy równie bezceremonialnie, jakby była jakimś chuliganem z Notting Hill. – Nie rozumiem jeszcze do końca, kim pani jest ani czym się pani zajmuje, ale powiedziała już pani wystarczająco dużo, by zainteresował się nią Scotland Yard. Musi pani udać się ze mną.

– Chwileczkę, panie Gregson – rzekł Holmes. – Sądzę, że ta dama równie chętnie udzieli nam informacji, jak pilnie my ich wysłuchamy. Czy rozumie pani, że jej mąż zostanie aresztowany i stanie przed sądem za zamordowanie tego człowieka? To, co pani powie, może zostać potraktowane jako dowód w sprawie. Jeśli sądzi pani, że nie kierowały nim przestępcze motywy i że on sam chciałby, abyśmy je poznali, nie może mu pani wyświadczyć lepszej przysługi, niż opowiedzieć nam całą tę historię.

– Teraz, gdy Gorgiano nie żyje, nie boimy się już niczego – powiedziała kobieta. – Był diabłem, potworem, i nie ma takiego sędziego na świecie, który ukarałby mojego męża za to, że go zabił.

– W tej sytuacji – rzekł Holmes – proponowałbym, żebyśmy zamknęli ten pokój, pozostawili wszystko tak, jak zastaliśmy, i udali się z tą damą do jej pokoju, aby wysłuchać, co ma do powiedzenia. Wtedy będziemy mogli wyrobić sobie zdanie na ten temat.

Pół godziny później siedzieliśmy wszyscy czworo w niewielkim salonie signory Lucca, słuchając jej niezwykłej opowieści o tych ponurych wydarzeniach, których zakończenia byliśmy świadkami. Mówiła szybko, płynnym, lecz bardzo niekonwencjonalnym angielskim, do którego dla jasności postanowiłem wprowadzić poprawki gramatyczne.

– Urodziłam się w Posilippo, niedaleko Neapolu – powiedziała. – Jestem córką Augusto Barelliego, znanego prawnika, który przez jakiś czas był też deputowanym z tego regionu. Gennaro pracował dla mojego ojca, a ja się w nim zakochałam. Każda kobieta musiałaby się w nim zakochać. Nie miał ani pieniędzy, ani pozycji, niczego prócz urody, siły i energii, nic więc dziwnego, że mój ojciec nie zgodził się na ten związek. Razem uciekliśmy, pobraliśmy się w Bari, a ja sprzedałam swoje klejnoty, by zdobyć pieniądze na podróż do Ameryki. To było cztery lata temu. Od tego czasu mieszkaliśmy w Nowym Jorku.

Na początku los bardzo nam sprzyjał. Gennaro wyświadczył przysługę pewnemu włoskiemu dżentelmenowi, uratował go od jakichś zbirów w miejscu zwanym Bowery i w ten sposób zyskał wpływowego przyjaciela. Ten człowiek nazywał się Tito Castalotte i był starszym wspólnikiem w wielkiej firmie „Castalotte and Zamba”, która jest największym w Nowym Jorku importerem owoców. Signor Zamba jest inwalidą, a nasz nowy przyjaciel pan Castalotte w rzeczywistości zarządza firmą dającą pracę ponad trzystu osobom. Zatrudnił też mojego męża, dał mu stanowisko szefa wydziału i na wszelkie możliwe sposoby okazywał mu swe względy. Signor Castalotte był kawalerem, i wydaje mi się, że Gennaro był dla niego jak syn. Oboje z mężem kochaliśmy go jak ojca. Wynajęliśmy i urządziliśmy mały domek na Brooklynie i wyglądało na to, że czeka nas spokojna przyszłość. Ale wtedy nadciągnęła ta czarna chmura, która wkrótce zasłoniła całe niebo.

Pewnego wieczoru, gdy Gennaro wrócił z pracy, przyprowadził ze sobą jakiegoś rodaka. Nazywał się Gorgiano i również pochodził z Posilippo. Był potężnym człowiekiem, widzieliście, panowie, jego zwłoki. Zresztą nie tylko ciało miał olbrzymie; wszystko w nim było jakieś groteskowe, ogromne i przerażające. Jego głos niósł się niczym grom w naszym małym domku. Ledwie starczało miejsca, gdy mówiąc, wymachiwał swymi wielkimi rękoma. Jego myśli, uczucia, namiętności – wszystko było przesadne i monstrualne. Mówił, a raczej ryczał, z taką energią, że inni musieli po prostu siedzieć i słuchać, przytłoczeni potężną rzeką słów. Jego oczy płonęły, a człowiek, na którego patrzył, czuł się tak, jakby był zdany na jego łaskę. Był straszny i niesamowity. Dziękuję Bogu, że już nie żyje!

Potem znów się pojawił i znów. Zdawałam sobie sprawę, że Gennaro, podobnie jak i ja, nie był zachwycony jego obecnością. Mój biedny mąż, blady i apatyczny, słuchał tych niekończących się wywodów o polityce i sprawach społecznych, zachowując milczenie, znałam go jednak doskonale i potrafiłam wyczytać z jego twarzy to uczucie, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Na początku myślałam, że to antypatia. Potem zrozumiałam, że to coś więcej. To był strach. Głęboki, utajony paraliżujący strach. Tamtej nocy wyczytałam z twarzy mojego męża, że on boi się Gorgiano. Objęłam go i zaklinałam na naszą miłość i na wszystko, co było mu drogie, by niczego przede mną nie zatajał i wyjawił mi, dlaczego znosi obecność tego olbrzyma i się go boi.

Odpowiedział mi, a gdy go wysłuchałam, moje serce sparaliżował potworny lęk. Mój biedny Gennaro w dniach swych dzikich szaleństw, kiedy wydawało mu się, że nie zazna w życiu sprawiedliwości i że cały świat jest przeciwko niemu, przyłączył się do neapolitańskiego stowarzyszenia „Czerwony krąg”, które było powiązane z dawnymi carbonari. Sekrety tego bractwa, przysięgi jego członków są straszliwe, a według obowiązujących zasad opuszczenie jego szeregów jest niemożliwe. Gdy udaliśmy się do Ameryki, Gennaro sądził, że na zawsze się od niego uwolnił. Jakież było jego przerażenie, gdy pewnego wieczoru spotkał na ulicy przewodniczącego ceremonii jego inicjacji w Neapolu. To był Gorgiano, który w południowych Włoszech zdążył już zasłużyć sobie na przydomek „Śmierć”, bo mówiono, że jego ręce czerwone są od krwi aż po łokcie! Przybył do Nowego Jorku, uciekając przed włoską policją, i w swej nowej ojczyźnie zdążył już założyć filię tego strasznego stowarzyszenia. Gennaro wszystko mi opowiedział i pokazał wezwanie, które otrzymał tamtego dnia. U góry widniał znak „Czerwonego kręgu”, poniżej była informacja, że loża zbiera się w określonym dniu, a on musi się stawić na to zebranie.

Samo to było już wystarczająco straszne, ale miało być jeszcze gorzej. Już od jakiegoś czasu zauważyłam, że kiedy Gorgiano do nas przychodził, a robił to coraz częściej, dużo ze mną rozmawiał. Nawet wówczas, gdy zwracał się do mojego męża, te jego straszne płonące oczy dzikiej bestii zawsze utkwione były we mnie. Pewnej nocy zdradził mi swój sekret. Wzbudziłam w nim coś, co nazywał „miłością”... Miłością bestii... dzikusa. Pewnego razu przyszedł, gdy Gennaro nie było jeszcze w domu. Wprosił się do środka, złapał mnie w te swoje potężne ramiona, objął w niedźwiedzim uścisku, obsypał pocałunkami i błagał, żebym z nim uciekła. Wyrywałam mu się i wołałam o pomoc. Wtedy wszedł Gennaro, a on go zaatakował. Uderzył mojego męża tak, że ten stracił przytomność. Potem uciekł z naszego domu, do którego już nigdy nie miał wstępu. Tego wieczoru zyskaliśmy w nim straszliwego wroga.

Kilka dni później miało miejsce zapowiedziane wcześniej zebranie. Gennaro wrócił ze spotkania z takim wyrazem twarzy, że od razu wiedziałam, iż stało się coś strasznego. Było jeszcze gorzej, niż mogliśmy sobie wyobrazić. Stowarzyszenie zbierało pieniądze, szantażując bogatych Włochów i grożąc im zemstą, jeśli nie zechcą zapłacić. Wyglądało na to, że to właśnie spotkało pana Castalotte, naszego przyjaciela i dobroczyńcę. Nie chciał ugiąć się przed ich groźbami i oddał sprawę w ręce policji. Teraz postanowiono, że trzeba go potraktować w przykładny sposób, by zastraszyć inne ofiary, które mogłyby się zbuntować. Na spotkaniu ustalono, że wysadzą jego dom w powietrze. Ciągnęli losy, aby ustalić, kto ma przeprowadzić ten zamach. Gdy Gennaro wkładał rękę do worka, widział nad sobą okrutną uśmiechniętą twarz naszego wroga. Bez wątpienia zostało to w jakiś sposób ukartowane, bo to on wylosował ten fatalny żeton ze znakiem „Czerwonego kręgu” – zobowiązanie do popełnienia morderstwa. Musiał zabić swego najlepszego przyjaciela, bo inaczej naraziłby nas oboje na zemstę swych towarzyszy. To była jedna z tych ich piekielnych metod. Karali ludzi, których nienawidzili lub których się bali, krzywdząc nie tylko ich samych, ale również ich najbliższych. Właśnie świadomość tego tak przeraziła mojego biednego Gennaro i niemal doprowadziła go do szaleństwa.

Przez całą noc siedzieliśmy razem, objęci, dodając sobie nawzajem sił przed tym, co nas czekało. Zamach miał się odbyć następnego wieczoru, a już tego samego dnia (dnia egzekucji), nim nadeszło południe, mój mąż i ja byliśmy już w drodze do Londynu. Przedtem jednak Gennaro ostrzegł naszego dobroczyńcę i poinformował o całej sprawie policję, by w przyszłości czuwała nad jego bezpieczeństwem.

Resztę już, panowie, znacie. Byliśmy pewni, że nasi wrogowie podążą za nami niczym cienie. Gorgiano miał osobiste powody do zemsty, ale nawet bez tego zdawaliśmy sobie sprawę, jaki był bezlitosny, przebiegły i zaciekły. Zarówno we Włoszech, jak i w Ameryce można było usłyszeć wiele historii o jego straszliwych czynach. Mój ukochany wykorzystał tych kilka dni spokoju, gdy wciąż mieliśmy nad nimi przewagę, aby zapewnić mi bezpieczną kryjówkę, w której nie dosięgłaby mnie zemsta. Sam chciał się swobodnie poruszać, by móc się kontaktować z amerykańską i włoską policją. Sama nie wiem, gdzie mieszkał ani co robił. Wszystkiego dowiadywałam się z rubryki ogłoszeń w gazecie. Jednak pewnego razu, gdy wyjrzałam przez okno, zobaczyłam, że dom jest obserwowany przez dwóch Włochów, i zrozumiałam, że Gorgiano w jakiś sposób musiał odkryć naszą kryjówkę. Wreszcie dowiedziałam się z ogłoszenia w gazecie, że Gennaro będzie mi wysyłał sygnały z tamtego okna. Kiedy jednak odebrałam tę wiadomość, okazało się nią ostrzeżenie, które nagle zostało przerwane. Teraz jest dla mnie całkowicie oczywistym, że mój mąż wiedział, iż Gorgiano depcze mu już po piętach, i był, dzięki Bogu, przygotowany na spotkanie z nim. A teraz, panowie, chciałabym was zapytać, czy mamy się czego obawiać ze strony prawa. Czy jakikolwiek sędzia na świecie potępiłby mojego Gennaro za to, co zrobił?

– Cóż, panie Gregson – powiedział Amerykanin, patrząc na londyńskiego detektywa – nie wiem, jak to wygląda w świetle waszego brytyjskiego prawa, ale wydaje mi się, że w Nowym Jorku mąż tej damy otrzymałby raczej podziękowania.

– Będzie pani musiała udać się ze mną i porozmawiać z głównym inspektorem – odparł Gregson. – Jeśli to, co pani mówi, potwierdzi się, nie sądzę, by pani czy jej mąż mieli powody do obaw. Nijak jednak nie potrafię zrozumieć, jakim cudem pan się wplątał w tę sprawę, panie Holmes.

– Dążenie do wiedzy, dążenie do wiedzy... Wciąż jeszcze pragnę się uczyć na starym uniwersytecie. Cóż, Watsonie, masz kolejny przykład tragicznych i groteskowych wydarzeń, które możesz dodać do swojej kolekcji. A nawiasem mówiąc, nie ma jeszcze ósmej, a dziś jest wieczór wagnerowski w Covent Garden. Jeśli się pośpieszymy, możemy jeszcze zdążyć na drugi akt.

1 AT TEN T.A. mogłoby oznaczać „O dziesiątej” oraz inicjały „T.A.”

2 W. Szekspir, Wieczór Trzech Króli

Rozdział czwarty

 

Plany łodzi Bruce-Partington

 
 

W trzecim tygodniu listopada 1895 roku nad Londynem zawisła gęsta żółta mgła. Od poniedziałku aż do czwartku z naszych okien przy Baker Street nie było widać nawet zarysów majaczących naprzeciwko domów. Pierwszy dzień Holmes spędził, opracowując system odsyłaczy w swoim ogromnym zbiorze materiałów. Drugiego i trzeciego dnia cierpliwie zajmował się tematem, który ostatnio stał się jego hobby, a mianowicie średniowieczną muzyką. Jednak gdy po raz czwarty po śniadaniu ujrzeliśmy nieprzeniknione bure kłęby mgły przesuwające się za naszym oknem i osiadające oleistymi kroplami na szybach, niecierpliwa dynamiczna natura mojego towarzysza nie była już dłużej w stanie znieść tej ponurej monotonnej egzystencji. Rozpierała go tłumiona energia. Poirytowany, chodził tam i z powrotem po salonie, ogryzał paznokcie, stukał w meble i narzekał na bezczynność.

– Nie ma nic ciekawego w gazecie, Watsonie? – spytał.

Wiedziałem, że pytając o coś ciekawego, Holmes mógł mieć na myśli tylko ciekawe sprawy kryminalne. W gazecie pisano o rewolucji, o groźbie zbliżającej się wojny i o mającej wkrótce nastąpić zmianie rządu, to jednak mojego towarzysza nie interesowało. Jeśli zaś chodzi o przestępstwa, nie byłem w stanie znaleźć niczego, co nie wydawałoby się pospolite i jałowe. Holmes jęknął i znów zaczął niespokojnie miotać się po pokoju.

– Londyńscy przestępcy to z pewnością nieciekawi ludzie – odezwał się płaczliwym tonem sportowca, który doznał zawodu podczas meczu. – Wyjrzyj przez okno, Watsonie. Spójrz, jak pojawiają się tam jakieś zamazane postacie, majaczą we mgle, a potem znów się z nią stapiają. W taki dzień złodziej czy morderca mógłby panoszyć się po Londynie niczym tygrys w dżungli, niewidzialny, póki nie uderzy, a i wtedy zobaczyłaby go tylko jego ofiara.

– Dokonano wielu drobnych kradzieży – powiedziałem.

Holmes prychnął z pogardą.

– Tą wielką złowrogą scenę przygotowano na coś lepszego – stwierdził. – Ci ludzie wokół mają szczęście, że nie jestem przestępcą.

– Tak, to prawda! – powiedziałem z przekonaniem.

– Załóżmy, że byłbym Brooksem czy Woodhouse’em, czy kimkolwiek z tych pięćdziesięciu ludzi, którzy mają uzasadnione powody, by mnie zabić. Jak długo udałoby mi się uciekać przed sobą samym? Jakieś wezwanie, zaaranżowane spotkanie, i byłoby po wszystkim. Dobrze, że nie mają takich mglistych dni w krajach latynoskich... W krajach zamachów... Na Jowisza! Nareszcie nadchodzi coś, co przerwie tę nużącą monotonię.

Tym czymś była pokojówka niosąca telegram. Holmes otworzył go i wybuchnął śmiechem.

– No, no! Ciekawe, co będzie dalej – powiedział. – Zajrzy do nas mój brat Mycroft.

– A co w tym niezwykłego? – spytałem.

– Niezwykłego? To tak, jakbyś spotkał tramwaj na wiejskiej drodze. Mycroft ma swoje szyny i po nich się porusza. Mieszkanie przy Pall Mall, klub „Diogenes”, Whitehall; to jest jego trasa. Był tutaj jeden jedyny raz. Jakiż to wstrząs mógł go wykoleić?

– Czy niczego nie wyjaśnił?

Holmes podał mi telegram od swojego brata.

Muszę się z tobą spotkać w sprawie Cadogana Westa. Zaraz przyjdę. Mycroft

– Cadogan West? Słyszałem to nazwisko.

– Z niczym mi się nie kojarzy. Ale żeby Mycroft zachowywał się w tak spontaniczny sposób! Chyba łatwiej byłoby wytrącić z orbity planetę. Nawiasem mówiąc, wiesz, kim jest Mycroft?

Pamiętałem niejasno parę szczegółów z czasów naszej przygody z greckim tłumaczem.

– Mówiłeś mi, że prowadzi niewielkie biuro podległe brytyjskiemu rządowi – powiedziałem.

Holmes zachichotał.

– W tamtych czasach nie znałem cię jeszcze tak dobrze jak teraz. Mówiąc o sprawach wagi państwowej, trzeba być dyskretnym. Masz rację, twierdząc, że pracuje dla brytyjskiego rządu. Jednak w pewnym sensie miałbyś również rację, mówiąc, że od czasu do czasu on jest brytyjskim rządem.

– Ależ mój drogi Holmesie!

– Wiedziałem, że cię to może zaskoczyć. Mycroft zarabia czterysta pięćdziesiąt funtów rocznie, zawsze był podwładnym, nie ma żadnych ambicji, nie otrzymał żadnych zaszczytnych tytułów, ale nie zmienia to faktu, że jest najbardziej niezastąpionym człowiekiem w tym kraju.

– Ale w jaki sposób?

– Cóż, jego stanowisko jest jedyne w swoim rodzaju. Sam je dla siebie stworzył. Nigdy przedtem czegoś takiego nie było i nigdy już nie będzie. Spośród wszystkich ludzi chodzących po ziemi ma najbardziej uporządkowany, usystematyzowany mózg. Te same ogromne zdolności, które ja ukierunkowałem na to, aby wykrywać przestępców, mój brat wykorzystuje na innym szczególnym polu. On jest centralną agencją informacyjną i rachubą, która bilansuje informacje otrzymane z każdego ministerstwa. Wszyscy inni ludzie są specjalistami, ale on specjalizuje się w wyciąganiu wniosków z posiadanej wiedzy. Załóżmy, że jakiś minister potrzebuje informacji w sprawie dotyczącej marynarki, Indii, Kanady oraz bimetali. Mógłby dostać odrębne porady z różnych ministerstw w odniesieniu do każdego z tych zagadnień, ale tylko Mycroft potrafi ogarnąć je wszystkie i powiedzieć na poczekaniu, jak każdy z czynników wpłynie na pozostałe. Zaczęli wykorzystywać go jak drogę na skróty, dla wygody; teraz jednak stał się niezastąpiony. W tym jego potężnym mózgu wszystko znajduje się w odpowiednich szufladkach i natychmiast może być wyciągnięte i podane. Już wielokrotnie jedno jego słowo decydowało o polityce całej Anglii. Tym żyje. Nie myśli o niczym innym prócz krótkich chwil, kiedy ma trochę wolnego czasu i odpoczywa, a ja, korzystając z okazji, zwracam się do niego o radę dotyczącą jednej z moich niewiele znaczących zagadek. Traktuje to jako ćwiczenie intelektualne. Ale dziś Jowisz schodzi do nas z nieba. Cóż to może oznaczać? Kto to jest Cadogan West, i co on może znaczyć dla Mycrofta?

– Już mam! – zawołałem, nurkując w stertę papierów leżących na sofie. – Tak, tak, to na pewno on! Cadogan West to ten młody człowiek, którego ciało znaleziono w metrze we wtorek rano.

Holmes usiadł wyprostowany jak struna, jego ręka, która trzymała fajkę, zamarła w połowie drogi do ust.

– To musi być poważna sprawa, Watsonie. Śmierć, która sprawiła, że mój brat zmienił swoje nawyki, nie może być zwyczajną śmiercią. Co on może mieć z tym wspólnego? O ile dobrze pamiętam, to nie była jakaś szczególna sprawa. Ten młody człowiek najwyraźniej wypadł z pociągu i zabił się. Nie został obrabowany, nie było też żadnych specjalnych powodów, by podejrzewać, że to było morderstwo. Mam rację?

– Przeprowadzono dochodzenie – powiedziałem – i wyszło na jaw sporo nowych faktów. Po bliższym przyjrzeniu się tej sprawie z całą pewnością powiedziałbym, że jest dość dziwna.

– Sądząc po tym, jaki wpływ wywarła na mojego brata, musi być wyjątkowa. – Holmes skulił się w swoim fotelu. – A teraz, Watsonie, przyjrzyjmy się tym faktom.

– Ten człowiek nazywał się Arthur Cadogan West. Miał dwadzieścia siedem lat, był kawalerem i pracował jako urzędnik w biurze Arsenału w Woolwich.

– Pracownik rządowy? Oto dlaczego mój brat zaangażował się w tę sprawę!

– W poniedziałek w nocy opuścił nagle Woolwich. Jako ostatnia widziała go panna Violet Westbury, jego narzeczona, którą nagle zostawił we mgle około 7.30 tego wieczoru. Nie doszło między nimi do kłótni, a ona nie potrafiła wyjaśnić jego zachowania. Potem usłyszano o nim dopiero, gdy robotnik torowy o nazwisku Mason znalazł jego zwłoki tuż za stacją Aldgate londyńskiego metra.

– Kiedy?

– Ciało znaleziono we wtorek o szóstej rano. Leżało w pewnej odległości od torów, po lewej stronie, jak się patrzy na wschód, niedaleko stacji, tam, gdzie pociąg wyjeżdża z tunelu. Głowa Arthura Westa została zmiażdżona. Uraz taki mogło równie dobrze spowodować wypadnięcie z pociągu. Tylko w ten sposób ciało mogłoby się znaleźć na torach. Nie mogli je tam przynieść z którejś z sąsiednich ulic: trzeba byłoby przejść przez stację, gdzie zawsze stoją kontrolerzy biletów. To jest całkowicie pewne.

– Bardzo dobrze. Sprawa jest dość konkretna. Człowiek, żywy lub martwy, wypadł lub został wyrzucony z pociągu. Tyle jest dla mnie jasnym. Czytaj dalej.

– Po torach, przy których znaleziono ciało, ruch odbywa się w kierunku zachód – wschód. Jeżdżą tędy i pociągi metra, i pociągi podmiejskie z Willesden oraz bardziej oddalonych węzłów kolejowych. Można stwierdzić z całą pewnością, że ten młody człowiek zginął, gdy jechał w tym właśnie kierunku późno w nocy. Nie sposób jednak stwierdzić, w którym miejscu wsiadł do pociągu.

– Oczywiście wskazywałby na to jego bilet.

– W jego kieszeniach nie było biletu.

– Nie było biletu?! Doprawdy, Watsonie, to rzeczywiście bardzo dziwne. Wiem z doświadczenia, że nie da się przejść na peron, z którego odjeżdża pociąg metra, nie mając biletu. A więc należy przypuszczać, że ten młody człowiek miał bilet. Czy mu go zabrano, żeby ukryć, z której stacji wyjechał? To możliwe. Chyba że zgubił go gdzieś w wagonie. Nie można tego wykluczyć. To wyjątkowo interesujący szczegół. Jak rozumiem, nie było żadnych śladów rabunku?

– Ponoć nie. Oto lista tego, co miał przy sobie. W portfelu znaleziono dwa funty i piętnaście szylingów. Miał również książeczkę czekową filii banku Capital and Counties w Woolwich. Dzięki temu ustalono jego tożsamość. Oprócz tego były jeszcze dwa bilety na ten właśnie wieczór do teatru w Woolwich na balkonie pierwszego piętra oraz pakiet dokumentacji technicznej.

Holmes krzyknął z satysfakcją:

– Nareszcie to mamy, Watsonie! Brytyjski rząd, Arsenał, dokumentacja techniczna i mój brat Mycroft. Nasz łańcuch jest kompletny. Ale o ile się nie mylę, brat właśnie nadchodzi. Zaraz sam nam wszystko wyjaśni.

Chwilę później do pokoju wprowadzono wysokiego tęgiego Mycrofta Holmesa. Był masywny, miał atletyczną posturę, a jego sylwetka świadczyła o całkowitym braku ruchu. Jednak nad tym zwalistym ciałem wznosiła się głowa o władczym bystrym spojrzeniu stalowoszarych, głęboko osadzonych oczu, pełnych stanowczości ustach i tak subtelnym wyrazie twarzy, że zapominało się o olbrzymim ciele, a odczuwało tylko dominujący umysł.

Zaraz za nim wszedł nasz stary przyjaciel Lestrade ze Scotland Yardu, chudy jak zwykle i bardzo czymś przejęty. Powaga malująca się na ich twarzach zapowiadała jakąś wyjątkowo ważną sprawę. Detektyw bez słowa uścisnął nam dłonie. Mycroft Holmes z trudem uwolnił się ze swojego płaszcza i opadł na fotel.

– Wyjątkowo irytująca sprawa, Sherlocku – powiedział. – Nie cierpię zmieniać swoich nawyków, tyle że w tym przypadku nie mogłem postąpić inaczej. Biorąc pod uwagę obecną sytuację w Syjamie, doprowadziłbym do bardzo niezręcznej sytuacji, gdybym nie był na swoim posterunku. Ale mamy do czynienia z prawdziwym kryzysem. Jeszcze nigdy nie widziałem, by premier był tak zdenerwowany. Jeśli chodzi o admiralicję, to zawrzało tam jak w przewróconym ulu. Czytałeś o tej sprawie?

– Tak, przed chwilą. Co to była za dokumentacja techniczna?

– I o to właśnie chodzi. Na szczęście, nie było żadnych przecieków. Prasa by oszalała, gdyby tak się stało. Dokumenty, które miał w kieszeni ten biedak, były planami łodzi podwodnej Bruce-Partington.

Mycroft Holmes wypowiedział te słowa z taką powagą, że od razu dało się wyczuć, jak niezwykle ważna musiała być ta sprawa. Jego brat i ja siedzieliśmy pełni oczekiwania.

– Na pewno o tym słyszeliście. Wydawało mi się, że każdy o niej słyszał.

– Słyszałem jedynie nazwę.

– Jest tak ważna, że nie sposób przecenić jej znaczenia. To była jedna z najściślej strzeżonych rządowych tajemnic. Możecie uwierzyć mi na słowo, wojna na morzu stanie się wręcz niemożliwa w zasięgu operacyjnym łodzi Bruce-Partington. Dwa lata temu przeznaczono ogromną kwotę z budżetu na zakup tego wynalazku. Poczyniono wszelkie starania, aby zachować to w sekrecie. Rysunki techniczne są niezwykle skomplikowane, zawierają około trzydziestu różnych patentów, z których każdy jest wręcz nieodzowny dla całej konstrukcji. Były przechowywane w sejfie o skomplikowanej konstrukcji w utajnionym biurze przy Arsenale; pokoje biura wyposażono w antywłamaniowe okna i drzwi. Pod żadnym pozorem nie wolno było ich wynosić z tego biura. Gdyby chciał je przejrzeć główny konstruktor, nawet on musiałby jechać w tym celu do Woolwich. A jednak znaleźliśmy je w kieszeni tego martwego urzędnika, w samym sercu Londynu. Z oficjalnego punktu widzenia to po prostu katastrofa.

– Ale je odzyskaliście?

– Nie, Sherlocku, nie! W tym właśnie cały problem. Nie odzyskaliśmy ich. Z Woolwich zabrano dziesięć dokumentów. W kieszeni Cadogana Westa było ich tylko siedem. Nie ma trzech najważniejszych. Skradziono je. Przepadły. Masz rzucić wszystkie swoje pospolite drobne zagadki kryminalne. To kluczowa sprawa o międzynarodowym zasięgu! Musisz ją rozwiązać. Dlaczego Cadogan West zabrał te dokumenty? Gdzie są pozostałe? W jaki sposób zginął? Jak jego ciało znalazło się tam, gdzie je odkryto? Jak można naprawić to całe zło? Znajdź odpowiedzi na wszystkie pytania, a wyświadczysz swojemu krajowi ogromną przysługę.

– Dlaczego sam nie rozwiążesz tej sprawy, Mycrofcie? Twój wzrok sięga równie daleko jak mój.

– Być może, Sherlocku, ale to kwestia dotarcia do szczegółów. Zdobądź je dla mnie, a ja, nie wstając z fotela, wydam znakomitą opinię eksperta. Nie jest moim powołaniem bieganie tu i tam, wypytywanie strażników kolejowych, czołganie się po ziemi z lupą przy oku. Nie, nie! To ty jesteś człowiekiem, który potrafi rozwiązać tę sprawę. Jeśli masz ochotę zobaczyć swoje nazwisko na następnej liście odznaczonych...

Mój przyjaciel uśmiechnął się i potrząsnął głową.

– Gram w tę grę dla samej gry – powiedział. – Ale ta zagadka z pewnością ma pewne interesujące cechy, i z przyjemnością się nią zajmę. Podaj mi, proszę, trochę więcej faktów.

– Wynotowałem najistotniejsze, są na tej kartce wraz z paroma adresami, które mogą ci się przydać. Oficjalną osobą odpowiedzialną za przechowywanie dokumentów jest słynny ekspert rządowy sir James Walter, którego odznaczeniami i tytułami można by zapełnić dwie kolumny w encyklopedii. Służąc swojemu krajowi, zdążył posiwieć. Jest dżentelmenem i gościem mile widzianym w najlepszych domach, a przede wszystkim człowiekiem, którego patriotyzmu nie sposób kwestionować. Był jednym z dwóch ludzi, którzy mieli klucz do tego sejfu. Mogę dodać, że dokumenty z całą pewnością znajdowały się w biurze w poniedziałek w godzinach pracy i że sir James wyjechał do Londynu około trzeciej, zabierając ze sobą klucz. Przez cały wieczór był w domu admirała Sinclaira przy Barclay Square.

– Czy ktoś to potwierdził?

– Tak. Jego brat, pułkownik Valentine Walter, poświadczył, że sir James wyjechał z Woolwich, a admirał Sinclair zeznał, że przybył do Londynu. Tak więc można wykluczyć bezpośredni udział sir Jamesa w tej sprawie.

– Kim był drugi człowiek posiadający klucz?

– Wyższy urzędnik i kreślarz pan Sidney Johnson. Czterdzieści lat, żonaty, ma piątkę dzieci. Jest milczącym ponurym człowiekiem, jednak ogólnie rzecz biorąc, ma doskonałe referencje z okresu służby w administracji państwowej. Koledzy za nim nie przepadają, ale to bardzo pracowity człowiek. Według jego własnych słów, potwierdzonych jedynie zeznaniami jego żony, cały poniedziałkowy wieczór spędził po pracy w domu i ani na chwilę nie zdjął klucza z łańcuszka od zegarka, na którym go nosi.

– Powiedz nam, kim był ten Cadogan West.

– Pracował w administracji od dziesięciu lat, był bardzo dobrym urzędnikiem. Miał reputację człowieka porywczego i władczego, ale szczerego i uczciwego. Nie mamy niczego, co świadczyłoby przeciwko niemu. W hierarchii biura był następny po Sidneyu Johnsonie. Jego obowiązki wiązały się z codziennym osobistym dostępem do tych planów. Nikt inny nie mógł dostać ich do rąk.

– Kto tego wieczoru zamykał plany w sejfie?

– Pan Sidney Johnson.

– Cóż, wiadomo przynajmniej, kto je zabrał. Znaleziono je przy tym Cadoganie Weście, urzędniku niższego szczebla. To chyba mówi samo za siebie, prawda?

– Owszem, Sherlocku, a jednak tak wiele pozostaje niewyjaśnione. Przede wszystkim dlaczego miałby je zabrać?

– Zakładam, że miały ogromną wartość.

– Z łatwością mógłby za nie dostać kilka tysięcy.

– Potrafisz podać jakikolwiek inny powód zabrania tych dokumentów do Londynu poza takim, że chciał je sprzedać?

– Nie, nie potrafię.

– W takim razie musimy uznać to za naszą roboczą hipotezę. Młody West wziął te dokumenty. Mógł to zrobić jedynie, posiadając dorobiony klucz.

– Kilka dorobionych kluczy. Musiał otworzyć jeszcze drzwi do budynku i pokój z sejfem.

– W takim razie miał kilka dorobionych kluczy. Zabrał dokumenty do Londynu, aby sprzedać tę tajemnicę, i bez wątpienia zamierzał odłożyć plany na miejsce, nim ktokolwiek zauważy ich brak następnego ranka. Gdy był w Londynie, wypełniając tę zdradziecką misję, dosięgła go śmierć.

– W jaki sposób?

– Załóżmy, że wracał do Woolwich, a wtedy go zamordowano i wyrzucono z pociągu.

– Aldgate, gdzie znaleziono jego zwłoki, jest położone sporo za stacją London Bridge, przez którą wracałby do Woolwich.

– Można wyobrazić sobie wiele różnych okoliczności, które mogły sprawić, że przejechał London Bridge. Na przykład w wagonie był ktoś, z kim prowadził ożywioną rozmowę. Doprowadziła ona do aktu przemocy, wskutek którego stracił życie. Możliwe, że próbował wydostać się z wagonu, spadł na tory i tak zginął. Ten drugi zamknął drzwi. Była wtedy gęsta mgła, i nic nie było widać.

– Przy naszej obecnej wiedzy nie sposób podać lepszego wytłumaczenia, a jednak weź pod uwagę, Sherlocku, jak wiele rzeczy pozostawiłeś niewyjaśnionych. Załóżmy dla potrzeb naszych rozważań, że młody Cadogan West rzeczywiście postanowił zawieźć te dokumenty do Londynu. Wtedy naturalnie umówiłby się na spotkanie z agentem obcego państwa i nic innego nie planowałby na ten wieczór. A jednak kupił dwa bilety do teatru, szedł tam ze swoją narzeczoną, a potem nagle zniknął w połowie drogi.

– Wybieg – wtrącił Lestrade, który siedział, ze zniecierpliwieniem przysłuchując się tej rozmowie.

– Wyjątkowo dziwny. Takie jest zastrzeżenie numer jeden. Zastrzeżenie numer dwa: załóżmy, że dojeżdża do Londynu i spotyka się z tym agentem. Musi odłożyć papiery na miejsce, nim nastanie ranek, żeby nikt nie zauważył ich zniknięcia. Zabrał dziesięć dokumentów. W jego kieszeni znaleziono tylko siedem. Co się stało z pozostałymi trzema? Z całą pewnością z własnej woli by ich nie zostawił. No a wreszcie, gdzie jest zapłata za tę zdradę? Można by oczekiwać, że w jego kieszeniach powinna być spora suma pieniędzy.

– Wydaje mi się to całkowicie jasne – powiedział Lestrade. – Nie mam żadnych wątpliwości, jak to się stało. Wziął dokumenty, żeby je sprzedać. Spotkał się z agentem. Nie mogli się dogadać w sprawie ceny. West pojechał do domu, agent udał się za nim. W pociągu zamordował urzędnika, zabrał najważniejsze dokumenty i wyrzucił jego ciało z wagonu. To by wszystko wyjaśniało, prawda?

– Dlaczego nie miał biletu?

– Bilet pokazywałby, jaka stacja była najbliżej miejsca, w którym mieszkał agent. Dlatego wyjął go z kieszeni zamordowanego.

– Dobrze, panie Lestrade. Bardzo dobrze! – powiedział Holmes. – Pańska teoria brzmi rozsądnie. Jednak gdyby miało to być prawdą, byłby to koniec sprawy. Z jednej strony zdrajca nie żyje, z drugiej natomiast plany łodzi podwodnej Bruce-Partington są już zapewne gdzieś w Europie. Co nam pozostaje do zrobienia?

– Działać, Sherlocku, działać! – zawołał Mycroft, zrywając się na nogi. – Cały mój instynkt podpowiada mi, że to błędne wyjaśnienie. Wykorzystaj swoje zdolności! Udaj się na miejsce zbrodni! Spotkaj się z ludźmi, którzy byli w to zamieszani! Zajrzyj pod każdy kamień! W całej karierze nigdy nie miałeś tak wielkiej szansy przysłużenia się swojemu krajowi.

– No cóż... Dobrze – rzekł Holmes, wzruszając ramionami. – Chodź, Watsonie! Panie Lestrade, czy zechciałby pan zaszczycić nas przez parę godzin swoim towarzystwem? Rozpoczniemy śledztwo od wizyty na stacji Aldgate. Do widzenia, Mycrofcie. Przed wieczorem zdam ci raport. Ale uprzedzam cię z góry, że nie powinieneś zbyt wiele się spodziewać.

Godzinę później Holmes, Lestrade i ja staliśmy na torach metra w miejscu, gdzie wyłaniają się one z tunelu tuż przed stacją Aldgate. Koleje reprezentował uprzejmy starszy dżentelmen o rumianej twarzy.

– To tutaj leżały zwłoki tego młodego człowieka – powiedział, wskazując na miejsce oddalone jakieś trzy stopy od torów. Nie mogły spaść z góry, bo tam, jak pan widzi, są tylko nagie ściany. A to oznacza, że ciało mogło wypaść jedynie z pociągu, który – jeżeli dobrze go zidentyfikowaliśmy – musiał tędy przejeżdżać w poniedziałek około północy.

– Czy sprawdzono wagony w poszukiwaniu jakichś śladów przemocy?

– Nie było żadnych takich śladów. I nie znaleźliśmy biletu.

– Żadnej wzmianki o tym, że jakieś drzwi były otwarte?

– Nie.

– Dziś rano uzyskaliśmy nowe informacje – odezwał się Lestrade. – Pasażer, który przejeżdżał w poniedziałek przez stację Aldgate pociągiem metra około godziny 23.40, twierdzi, że wyraźnie słyszał jakiś głuchy odgłos, tak jakby ciało wypadło na tory na chwilę przed tym, nim pociąg wjechał na stację. Wszystko jednak tonęło w gęstej mgle, i niczego nie było widać. Wówczas tego nie zgłosił. Ale co się stało, panie Holmes?

Mój przyjaciel trwał w bezruchu z wyrazem skrajnego skupienia na twarzy, wpatrując się swym bystrym pytającym wzrokiem w szyny w tym miejscu, gdzie one łukiem wybiegały z tunelu. Aldgate jest sporym węzłem kolejowym, zbiega się tam wiele torów.

Na zamyślonej twarzy Sherlocka dostrzegłem to zacięcie ust, lekkie drżenie nozdrzy i uniesienie gęstych krzaczastych brwi, które tak dobrze znałem.

– Punkty – mruknął – punkty, w których krzyżują się tory.

– Co z torami? O co ci chodzi?

– Zakładam, że w takim systemie jak ten nie ma zbyt wielu zwrotnic?

– Rzeczywiście, jest ich bardzo mało.

– No i zakręt. Zwrotnice i zakręt. Na Jowisza, gdyby tylko okazało się, że mam rację.

– O co chodzi, panie Holmes? Ma pan jakiś trop?

– Pomysł... Wskazówkę. Nic więcej. Z całą pewnością sprawa staje się coraz ciekawsza. Unikalna, jedyna w swoim rodzaju. Ale... Nie widzę żadnych śladów krwi na torach.

– Bo żadnych nie było.

– Rana, jak rozumiem, była bardzo rozległa.

– Kość uległa zmiażdżeniu, ale nie było dużych obrażeń zewnętrznych.

– Jednakże można by się było spodziewać jakichś śladów krwi. Czy mógłbym przeszukać pociąg, którym jechał ten pasażer? No ten, który usłyszał głuchy odgłos we mgle...

– Obawiam się, że to niemożliwe, panie Holmes. Tamtego składu już nie ma, a wagony doczepiono do nowych.

– Mogę pana zapewnić, panie Holmes – rzekł Lestrade – że każdy wagon został bardzo starannie przeszukany. Osobiście się tym zająłem.

Jedną z najbardziej oczywistych wad mojego przyjaciela było to, że mając do czynienia z ludźmi mniej inteligentnymi od siebie, tracił cierpliwość.

– Bardzo możliwe – powiedział, odwracając się. – Ale to nie wagony chciałem przeszukać. Watsonie, zrobiliśmy tu już wszystko, co się dało. Nie będziemy już pana dłużej fatygować, panie Lestrade. Pojedziemy teraz do Woolwich.

Przy London Bridge Holmes napisał telegram do swojego brata, po czym dał mi go do przeczytania przed wysłaniem. Oto treść depeszy:

Widzę małe światełko w ciemności, ale może ono zgasnąć. Tymczasem prześlij mi na Baker Street przez posłańca kompletną listę wszystkich szpiegów, o których wiadomo, że przebywają w Anglii, wraz z ich dokładnymi adresami. Chciałbym ją mieć po powrocie do domu.

Sherlock

 

– To powinno nam pomóc, Watsonie – zauważył, gdy zajęliśmy miejsca w pociągu do Woolwich. – Z całą pewnością musimy być wdzięczni Mycroftowi za to, że przedstawił nam problem, który zapowiada się na doprawdy niezwykłą sprawę.

Na jego bystrej twarzy wciąż malował się znany mi wyraz intensywnego, pełnego napięcia skupienia, świadczący o tym, że jakiś świeży sugestywny szczegół zapoczątkował w jego umyśle nowy tok rozumowania. To było tak, jakby wyżła leżącego sobie spokojnie w psiarni ze zwisającymi uszami i opuszczonym ogonem porównać z tym samym psem, który z błyskiem w oczach i naprężonymi mięśniami podąża czyimś tropem. Taka właśnie zmiana zaszła w Holmesie tego dnia rano. Nie był już tą bezwładną rozleniwioną istotą w szarym szlafroku, która jeszcze kilka godzin temu tak niespokojnie dreptała po pokoju. – Jest w tym ciekawy materiał, są interesujące możliwości – powiedział. – Naprawdę byłem głupcem, że od razu ich nie dostrzegłem.

– Nawet teraz sprawa wygląda na dość mglistą.

– Mnie również rozwiązanie wydaje się niejasne, przyszła mi jednak do głowy pewna myśl, która może nas daleko zaprowadzić. Ten człowiek zginął gdzie indziej, a jego ciało było na DACHU wagonu.

– Na dachu?

– Niezwykłe, prawda? Przyjrzyj się faktom. Czy to zbieg okoliczności, że ciało znaleziono dokładnie tam, gdzie pociąg kołysze się, przejeżdżając przez punkt, w którym zbiegają się tory? Czyż nie jest to miejsce, gdzie można by się spodziewać, że coś, co leży na dachu wagonu, spadnie z niego? Nie miałoby to wpływu na coś, co było wewnątrz wagonów. Albo te zwłoki spadły z dachu, albo mamy do czynienia z innym, bardzo osobliwym wytłumaczeniem. Zastanówmy się też nad śladami krwi. Oczywiście, jeśli wykrwawił się gdzie indziej, na torach nie byłoby żadnych śladów. Każdy pojedynczy fakt jest już sam w sobie wymowny, wszystkie razem mogą powiedzieć bardzo dużo.

– No i bilet! – zawołałem.

– Tak, tak. Nie byliśmy w stanie wyjaśnić jego braku. Zaistniałe okoliczności tłumaczą sporo, teraz wszystko do siebie pasuje.

– Ale nawet zakładając, że tak było, jesteśmy tak samo dalecy od rozwiązania tajemnicy jego śmierci jak przedtem. W rzeczywistości sprawa, zamiast się klarować, jeszcze bardziej się komplikuje.

– Być może – rzekł z namysłem Holmes – być może. – Po czym zapadł w milczącą zadumę, która trwała aż do chwili, gdy powoli jadący pociąg wjechał wreszcie na stację Woolwich. Kiedy wysiedliśmy, przywołał dorożkę i wyciągnął z kieszeni kartkę, którą dał mu Mycroft.

– Dziś po południu musimy złożyć sporo wizyt – powiedział. – Myślę, że najpierw powinniśmy się udać do sir Jamesa Waltera.

Słynny mąż stanu mieszkał w pięknej willi; rozciągające się wokół zielone trawniki opadały w dół aż do Tamizy. Gdy dojechaliśmy na miejsce, mgła właśnie się unosiła, i przez jej opary zaczął się przebijać słaby rozproszony blask słońca. Drzwi otworzył nam kamerdyner.

– Do sir Jamesa? – zapytał z wielką powagą. – Sir James zmarł dziś rano.

– Wielkie nieba! – zawołał zdumiony Holmes. – W jaki sposób zmarł?

– Być może zechce pan wejść do środka i porozmawiać z jego bratem pułkownikiem Valentine Walterem?

– Tak. Tak byłoby najlepiej.

Wprowadzono nas do salonu, w którym paliło się przyćmione światło. Chwilę później dołączył do nas bardzo wysoki przystojny mężczyzna z jasną brodą, około pięćdziesiątki. Był to młodszy brat zmarłego. Jego niespokojne spojrzenie, nieogolone policzki i zwichrzone włosy świadczyły o tym, jaki bolesny cios spadł na rodzinę. Ledwie był w stanie wydobyć z siebie słowa.

– To przez ten straszliwy skandal mój brat James nie żyje – powiedział. – Był człowiekiem honoru. Ta okropna afera złamała mu serce. Zawsze był ogromnie dumny ze skuteczności swojego wydziału, takie zrządzenie losu było dla niego zbyt okrutne.

– Mieliśmy nadzieję, że poda nam pan jakieś wskazówki, które mogłyby nam pomóc w wyjaśnieniu tej sprawy.

– Zapewniam pana, że było to dla niego taką samą zagadką, jaką jest dla pana i dla każdego z nas. Przekazał policji wszystko, co wiedział na ten temat. Naturalnie, nie miał żadnych wątpliwości co do winy Cadogana Westa. Wszystko inne było nie do pomyślenia.

– Więc nie może pan wnieść niczego nowego do tej sprawy?

– Sam nic o tym nie wiem prócz tego, co słyszałem lub czytałem. Nie chciałbym być nieuprzejmy, ale jak pan rozumie, panie Holmes, w tej chwili jesteśmy bardzo poruszeni, i muszę pana prosić o jak najszybsze zakończenie tej rozmowy.

– To doprawdy nieoczekiwany rozwój wydarzeń – rzekł mój przyjaciel, gdy znaleźliśmy się z powrotem w dorożce. – Zastanawiam się, czy śmierć nastąpiła z naturalnych przyczyn, czy też ten biedak się zabił. Jeśli prawdziwa jest ta druga wersja, to czy można ją uznać za pewną oznakę wyrzutów sumienia spowodowaną zaniedbaniem swych obowiązków? Musimy jednak odłożyć na później odpowiedź na to pytanie. Teraz zajmiemy się Cadoganem Westem.

Matka zmarłego mieszkała w ładnym zadbanym domu na skraju miasta. Starsza pani była zbyt oszołomiona śmiercią syna, by mogła nam się na cokolwiek przydać. Młoda dama o pobladłej twarzy, która jej towarzyszyła, przedstawiła się jako panna Violet Westbury, narzeczona zmarłego. Ona ostatnia widziała Cadogana Westa tamtej feralnej nocy.

– Nie potrafię niczego wyjaśnić, panie Holmes – powiedziała. – Od czasu tragedii nie zmrużyłam oka. Ciągle, w dzień i w nocy, myślę, myślę, co to może tak naprawdę oznaczać. Arthur był niezwykle ambitnym, najbardziej rycerskim człowiekiem, jakiego znałam. Był prawdziwym patriotą. Wolałby odciąć sobie prawą rękę, niż sprzedać tajemnicę państwową, którą mu powierzono. Każdy, kto go znał, postrzega to jako coś absurdalnego, niemożliwego, wręcz groteskowego.

– A fakty, panno Westbury?

– Tak, tak. Przyznaję, że też nie potrafię ich wyjaśnić.

– Czy brakowało mu pieniędzy?

– Nie. Miał bardzo skromne potrzeby, a jego pensja w zupełności wystarczała na ich pokrycie. Odłożył kilkaset funtów, wkrótce mieliśmy się pobrać.

– Czy wykazywał jakieś oznaki podekscytowania? Proszę, panno Westbury, niech pani będzie z nami absolutnie szczera.

Bystre oczy mojego towarzysza spostrzegły jakąś zmianę w jej zachowaniu. Zarumieniła się i zawahała.

– Tak – odpowiedziała wreszcie. – Odniosłam wrażenie, że coś go dręczyło.

– Od jak dawna?

– Tylko przez ostatni tydzień. Był zamyślony i czymś zmartwiony. Raz go o to zapytałam. Przyznał, że jest coś, co go dręczy, i że dotyczy to jego pracy. „To zbyt poważna sprawa, nie mogę o tym mówić. Nawet tobie” – odpowiedział. Nic więcej nie byłam w stanie z niego wydobyć.

Holmes słuchał jej ze skupieniem na twarzy.

– Proszę mówić dalej, panno Westbury. Nawet jeśli się pani wydaje, że to go obciąża, proszę mówić. Nie potrafimy w tej chwili przewidzieć, dokąd nas to może zaprowadzić.

– Tak naprawdę to nie mam już nic więcej do powiedzenia. Raz czy dwa razy wydawało mi się, że już jest gotów mi coś wyjawić. Pewnego wieczoru mówił o tym, jak ważny jest to sekret, i pamiętam, że wspomniał, iż agenci obcych wywiadów z pewnością dobrze by zapłacili, aby go poznać.

Twarz mojego przyjaciela stała się jeszcze poważniejsza.

– Coś oprócz tego?

– Powiedział, że jesteśmy zbyt niedbali w takich sprawach, że zdrajcy łatwo byłoby dotrzeć do planów.

– Czy te uwagi wypowiedział dopiero co?

– Tak, całkiem niedawno.

– A teraz proszę nam opowiedzieć o ostatnim waszym wieczorze.

– Mieliśmy pójść do teatru. Mgła była tak gęsta, że dorożka na nic by nam się nie przydała. Udaliśmy się więc pieszo, mijając po drodze jego biuro. Nagle zniknął we mgle.

– Bez słowa?

– Krzyknął coś, to wszystko. Czekałam, ale już nie wrócił. Poszłam do domu, a następnego ranka po otwarciu jego biura przyszli i dopytywali się o niego. Około dwunastej usłyszałyśmy tę straszliwą wieść o jego śmierci. Och, panie Holmes, gdyby tylko mógł pan ocalić jego honor! Tak wiele dla niego znaczył.

Holmes ze smutkiem potrząsnął głową.

– Chodź, Watsonie – powiedział. – Pójdziemy teraz gdzie indziej. Naszym kolejnym przystankiem będzie biuro, z którego skradziono dokumenty.

– Fakty od samego początku wskazywały winę tego młodego człowieka, a w miarę postępowania naszego śledztwa obciążają go coraz bardziej – zauważył, gdy dorożka ospale ruszyła z miejsca. – To, że wkrótce miał się żenić, dostarcza motywu zbrodni. Jest oczywistym, że potrzebował pieniędzy. Musiała mu przejść przez głowę taka myśl, skoro nawet o tym mówił. Niemal uczynił tę dziewczynę wspólniczką zdrady, opowiadając jej o swoich planach. To wszystko wygląda bardzo nieciekawie.

– Ale, Holmesie, z pewnością jego charakter też się liczy. No i po co miałby zostawiać dziewczynę na ulicy, by nagle zniknąć, aby popełnić przestępstwo?

– Tak, tak! Budzi to duże zastrzeżenia, ale obalić zarzuty będzie bardzo trudno.

Pan Sidney Johnson, urzędnik wyższego szczebla, spotkał się z nami w biurze i potraktował nas z szacunkiem, jaki zawsze wzbudzała wizytówka mojego towarzysza. Był chudym szorstkim mężczyzną w średnim wieku, nosił okulary i miał wymizerowaną twarz, a ręce drżały mu pod wpływem zdenerwowania sytuacją, w jakiej się znalazł.

– Źle to wygląda, panie Holmes. Bardzo źle! Słyszał pan o śmierci szefa naszego wydziału?

– Właśnie wracamy z jego domu.

– A tu zapanował chaos. Szef nie żyje, Cadogan West nie żyje, skradziono tajne dokumenty, chociaż gdy zamykaliśmy drzwi w poniedziałek wieczorem, byliśmy równie skutecznym biurem jak wiele innych instytucji rządowych. Dobry Boże, jakie to straszne, żeby spośród wszystkich ludzi właśnie West zrobił coś takiego!

– A więc jest pan pewien, że to on?

– Nie widzę żadnej innej możliwości. A ufałem mu tak, jak ufam samemu sobie.

– O której zamknięto w poniedziałek biuro?

– O piątej.

– To pan je zamykał?

– Zawsze wychodzę ostatni.

– Gdzie znajdowała się dokumentacja?

– W tamtym sejfie. Sam je tam umieściłem.

– Czy w budynku nie ma strażnika?

– Owszem, jest. To stary żołnierz, człowiek godny zaufania. Ale pilnuje też innych wydziałów. Tego wieczoru nic nie widział. Mgła była bardzo gęsta.

– Załóżmy, że Cadogan West chciałby dostać się do budynku po godzinach pracy. Potrzebowałby trzech kluczy, żeby dotrzeć do dokumentów, prawda?

– Tak. Do zewnętrznych drzwi, do biura i sejfu.

– Tylko sir James Walter i pan mieliście te klucze?

– Ja nie miałem kluczy do drzwi. Mam klucz tylko do sejfu.

– Czy sir James był człowiekiem dobrze zorganizowanym?

– Tak, sądzę, że tak. Wiem, że te trzy klucze trzymał wszystkie na jednym kółku. Często je widziałem.

– I zabrał ze sobą te klucze do Londynu?

– Tak powiedział.

– A pan nigdy nie stracił z oczu swojego klucza?

– Nie, nigdy.

– W takim razie West musiał dorobić klucz, jeśli założymy, że to on był sprawcą. A jednak klucza przy zwłokach nie znaleziono. Jeszcze jedno. Gdyby jakiś pracownik biura chciał sprzedać te plany, czy nie byłoby prościej skopiować je, zamiast brać oryginały, tak jak to miało miejsce w tym przypadku?

– Skuteczne skopiowanie tych planów wymagałoby znacznej wiedzy technicznej.

– Zakładam jednak, że sir James czy West posiadali taką wiedzę. Dotyczy to również pana.

– Tak, bez wątpienia. Błagam jednak, by nie próbował mnie pan wciągnąć w tę sprawę, panie Holmes. Jaki sens mają takie spekulacje, skoro oryginały planów znaleziono przy zwłokach Westa?

– Cóż, to z całą pewnością bardzo dziwne, że zaryzykował zabrać oryginały, skoro mógł bezpiecznie wykonać i wynieść kopie, które równie dobrze służyłyby jego celom.

– Tak. Bez wątpienia, to dziwne, a jednak to zrobił.

– Każde pytanie, jakie zadaję w tym śledztwie, ujawnia coś niewytłumaczalnego. Teraz nadal brakuje trzech dokumentów. Jak rozumiem, to te najistotniejsze?

– Tak, rzeczywiście.

– Czy chce pan przez to powiedzieć, że ktoś, kto posiadałby te trzy dokumenty, mógłby skonstruować łódź podwodną, taką ja Bruce-Partington, nie mając siedmiu pozostałych?

– Taki raport złożyłem admiralicji. Jednak dziś ponownie przeglądałem rysunki i już nie jestem tego taki pewny. Plany podwójnych zaworów z automatycznymi samonastawnymi szczelinami były w jednym z dokumentów, który do nas wrócił. O ile ci cudzoziemcy sami nie wynaleźli czegoś takiego, nie mogliby zbudować tej łodzi. Oczywiście, wkrótce mogliby się uporać z tym problemem.

– Ale trzy brakujące rysunki są najważniejsze?

– Bez wątpienia.

– Teraz, za pańskim pozwoleniem, rozejrzę się po waszym biurze. Nie przychodzi mi na razie do głowy żadne pytanie, jakie chciałbym zadać.

Mój przyjaciel zbadał zamek sejfu, drzwi prowadzące do pomieszczenia i metalowe okiennice. Dopiero gdy znaleźliśmy się na trawniku przed budynkiem, coś nagle wzbudziło jego zainteresowanie. Przy oknie rósł krzak wawrzynu, kilka jego gałęzi najwyraźniej ktoś połamał. Holmes bardzo starannie zbadał je przez lupę, a potem zaczął się przyglądać jakimś niewyraźnym śladom na ziemi. Wreszcie poprosił szefa wydziału, by ten zamknął okiennice. Zwrócił moją uwagę na to, że pośrodku okiennice się nie stykały i że każdy, kto zaczaiłby się na zewnątrz, mógł zobaczyć, co się dzieje w pomieszczeniu.

– Przez te trzy dni ślady zdążyły się już zatrzeć. Mogą coś oznaczać, ale równie dobrze mogą nie znaczyć nic. Cóż, Watsonie, nie sądzę żebyśmy mogli się czegoś jeszcze dowiedzieć w Woolwich. Skromny zebraliśmy tutaj plon. Zobaczmy, czy w Londynie nie pójdzie nam lepiej.

Jednak zanim odjechaliśmy ze stacji Woolwich, zasób naszych informacji powiększył się o jeszcze jedną. Kasjer z okienka biletowego był całkowicie pewien, że w poniedziałek wieczorem Cadogan West, którego dobrze znał z widzenia, udał się do Londynu pociągiem o 20.15. Był sam i kupił bilet trzeciej klasy w jedną stronę do stacji London Bridge. Kasjera uderzyło wówczas jego podekscytowanie i nerwowe zachowanie się. Był tak roztrzęsiony, że nie potrafił sam pozbierać wydanej mu reszty, i kasjer musiał mu w tym pomóc. Z rozkładu jazdy wynikało, że pociąg o 20.15 był pierwszym, do którego mógł wsiąść West po tym, jak rozstał się ze swoją narzeczoną około 19.30.

– Zrekonstruujmy to, Watsonie – powiedział Holmes po półgodzinnym milczeniu. – Nie przypominam sobie, byśmy podczas naszych wspólnych spraw mieli kiedykolwiek do czynienia z taką, którą trudniej byłoby rozwiązać. Wszystko, czego się dowiadujemy, odsłania przed nami jedynie kolejne przeszkody, chociaż z całą pewnością poczyniliśmy znaczne postępy.

To, o czym nas poinformowano w Woolwich, świadczyło wyraźnie przeciwko Cadoganowi Westowi, jednak ślady odkryte pod oknem pozwalają postawić bardziej korzystną dla niego hipotezę. Załóżmy na przykład, że skontaktował się z nim agent obcego państwa. Być może zobowiązał go do milczenia, jednak West nie mógł przestać o tym myśleć, co przejawiało się w uwagach, które słyszała jego narzeczona. Bardzo dobrze. Teraz załóżmy, że gdy szedł z tą młodą damą do teatru, nagle we mgle spostrzegł tego samego agenta zmierzającego w stronę biura. Był porywczy i szybko podejmował decyzje. W jednej chwili rzucił wszystko, by wypełnić swój obowiązek. Poszedł za tym człowiekiem, dotarł pod okno, zobaczył, jak ten zabiera dokumenty, po czym podążył za złodziejem. W ten sposób możemy poradzić sobie z zastrzeżeniem, że nikt nie wziąłby oryginału, skoro mógł sporządzić kopie. Ten człowiek z zewnątrz musiał wziąć oryginały. Jak do tej pory wydaje się to dość rozsądne.

– Jaki jest kolejny krok?

– Teraz natrafiamy na trudności. Można by sobie wyobrazić, że w takich okolicznościach pierwszym, co zrobiłby Cadogan West, byłoby schwytanie złodzieja i wszczęcie alarmu. Dlaczego tak nie postąpił? Czy jest możliwym, że to jakiś zwierzchnik z jego biura wziął dokumenty? To by wyjaśniało postępowanie naszego urzędnika. A może to właśnie szef wydziału wymknął się Westowi we mgle, a ten ostatni natychmiast wyruszył do Londynu, by przeciąć mu drogę do domu, zakładając, że wiedział, gdzie mieszka? To musiała być jakaś niezwykle pilna sprawa, bo zostawił swoją dziewczynę i nawet nie próbował jej niczego wytłumaczyć. W tym miejscu nasz trop urywa się, i powstaje ogromna luka pomiędzy którąkolwiek z tych hipotez a ciałem Westa z siedmioma dokumentami w kieszeni, leżącym na dachu miejskiego pociągu. Instynkt podpowiada mi teraz, bym zaczął poszukiwania od końca. Jeśli Mycroft już przesłał mi listę agentów z adresami, może będzie wśród nich ten, kogo potrzebujemy, wobec tego zyskujemy dwa tropy zamiast jednego.

I rzeczywiście, na Baker Street czekał na nas list. Został on błyskawicznie dostarczony przez rządowego posłańca. Holmes rzucił na niego okiem i podał mnie.

Jest tu mnóstwo drobnych płotek, niewielu jednak takich, którzy mogliby być zamieszani w tak grubą aferę. Jedynymi godnymi uwagi są: Adolph Mayer z Great George Street 13 w Westminsterze, Louis La Rothiere z Campden Mansions w Notting Hill oraz Hugo Oberstein z Caulfield Garden 13 w Kensington. O tym ostatnim wiadomo, że w poniedziałek był w mieście, a ostatnio doniesiono, że wyjechał. Cieszę się, słysząc, że ujrzałeś światełko w ciemności. Rząd z niepokojem oczekuje twojego końcowego raportu. W trybie pilnym zebrali się najważniejsi urzędnicy w państwie. Cała policja tego kraju jest do twojej dyspozycji, jeśli będziesz jej potrzebował.

MYCROFT

 

– Obawiam się – rzekł z uśmiechem Holmes – że w tej sprawie nie mogą nam pomóc ani wszyscy konni, ani wszyscy dworzanie3. – Rozłożył swoją ogromną mapę Londynu i w skupieniu się nad nią pochylił. – No, no! – zawołał po chwili z satysfakcją. – Wreszcie sprawy zaczynają się powoli układać po naszej myśli. Wiesz, Watsonie, jestem szczerze przekonany, że mimo wszystko nam się to uda. – Klepnął mnie w ramię w nagłym przypływie wesołości. – Wychodzę na mały rekonesans. Ty zostań tutaj. Ale bez obaw, nie podejmę nic ważnego bez mojego towarzysza i biografa u boku. Wszystko wskazuje na to, że zobaczymy się znów za godzinę czy dwie. Jeśli będzie ci się dłużyło, weź pióro i arkusz papieru i zacznij spisywać opowieść o tym, jak uratowaliśmy Anglię.

Jego euforia w pewnym stopniu udzieliła się również i mnie. Musiał mieć jakiś bardzo ważny powód do radości, bo inaczej nie zauważyłbym tak znacznej zmiany w jego zazwyczaj powściągliwym zachowaniu. Czekałem przez cały długi listopadowy wieczór, z niecierpliwością wyglądając jego powrotu. Wreszcie, krótko po dziewiątej, przybył posłaniec z listem:

Jem kolację u Goldiniego przy Gloucester Road w Kensington. Proszę, przybądź natychmiast i dołącz do mnie. Weź ze sobą krótki łom, małą latarkę, dłuto i rewolwer.

S.H.

 

Dla szanowanego obywatela idącego przez ciemne, spowite mgłą ulice był to naprawdę wymarzony sprzęt do noszenia przy sobie. Wszystkie te przedmioty upchnąłem dyskretnie pod płaszczem i pojechałem prosto pod wskazany adres. Tam, w jasno oświetlonej włoskiej restauracji, zastałem mojego przyjaciela siedzącego przy małym okrągłym stoliku ustawionym przy drzwiach.

– Jadłeś już coś? Tak? W takim razie napij się ze mną kawy i curaçao. Spróbuj jednego z cygar, które proponują w tym lokalu. Są mniej trujące, niż można by się spodziewać. Masz narzędzia?

– Są tutaj, ukryte w moim płaszczu.

– Doskonale. Pozwól, że opowiem ci w ogólnych zarysach, co robiłem, i o tym, co mamy do zrobienia. Teraz musi już być dla ciebie oczywistym, Watsonie, że ciało tego młodego człowieka zostało UMIESZCZONE na dachu pociągu. Było to dla mnie jasne od chwili, gdy ustaliłem, że spadło z dachu, a nie wypadło z wagonu.

– Czy nie mogło zostać zrzucone z mostu?

– Na pewno nie. Gdybyś się przyjrzał dachom wagonów, zauważyłbyś, się, że są lekko zaokrąglone i nie mają balustradki. Tak więc możemy stwierdzić z całą pewnością, że Cadogana Westa umieścili na dachu.

– W jaki sposób?

– Dobre pytanie. Jest tylko jeden sposób, w jaki można to zrobić. Wiesz, że metro wyjeżdża z tuneli w kilku miejscach na West Endzie. Pamiętałem jak przez mgłę, że gdy jeździłem metrem, widziałem okna domów tuż nad głową. A teraz załóżmy, że pociąg zatrzymuje się tuż pod takim oknem. Czy wówczas umieszczenie ciała na dachu byłoby trudne?

– To się wydaje wyjątkowo mało prawdopodobne.

– Musimy trzymać się starej zasady: gdy wszystkie inne możliwości zawiodą, to ta z nich, która pozostaje, musi być prawdziwa, jakkolwiek byłaby nieprawdopodobna. Wszystkie inne ewentualności ZAWIODŁY. Gdy dowiedziałem się, że najważniejszy szpieg zagraniczny, który właśnie wyjechał z Londynu, mieszkał w jednym z domów przylegających do torów, bardzo się ucieszyłem. Widzę, że zdumiała cię moja nagła wesołość.

– Och! A więc o to chodziło!

– Tak, o to. Moim celem stał się Hugo Oberstein, zamieszkały przy Caulfield Gardens pod numerem 13. Zacząłem od stacji Gloucester Road, gdzie bardzo pomocny pracownik przeszedł się ze mną wzdłuż torów i pomógł mi się upewnić nie tylko co do tego, że tylne okna domów przy Caulfield Gardens wychodzą na linię metra. Z uwagi na sąsiedztwo węzła, gdzie przecinają się różne linie kolejowe, pociągi metra często zatrzymują się w tym właśnie miejscu na kilka minut.

– Wspaniale, Holmesie! Znalazłeś to, czego szukałeś!

– Powoli, Watsonie, powoli. Robimy postępy, ale cel wciąż jeszcze jest daleko. Obejrzawszy sobie tyły domów przy Caulfield Gardens, przyjrzałem się im też od frontu i upewniłem się, że ptaszek rzeczywiście wyfrunął z gniazdka. Dom, gdzie mieszkał, jest dość duży i nieumeblowany, tyle byłem w stanie ustalić, przynajmniej jeśli chodzi o mieszkanie na piętrze. Oberstein mieszkał tam z jednym służącym, który prawdopodobnie był jego zaufanym wspólnikiem. Musimy pamiętać o tym, że Oberstein wyjechał do Europy, by tam pozbyć się łupu, ale bynajmniej nie traktował swojego wyjazdu jako ucieczki. Nie miał żadnego powodu, by obawiać się nakazu rewizji, i na pewno nie przyszło mu do głowy, że jakiś amator złoży wizytę u niego w domu. A właśnie to zamierzamy teraz zrobić.

– Nie moglibyśmy uzyskać nakazu i zrobić tego legalnie?

– Z tymi dowodami, które mamy, to wykluczone.

– Czego się możemy spodziewać?

– Trudno przewidzieć, jaką korespondencję możemy tam znaleźć.

– Nie podoba mi się to, Holmesie.

– Mój drogi przyjacielu, ty będziesz trzymał wartę na ulicy, a ja zajmę się całą brudną robotą. To naprawdę nie jest odpowiednia pora, by powstrzymywały nas takie drobiazgi. Pomyśl o liście od Mycrofta, o admiralicji, rządzie i o tej najważniejszej osobie, która czeka na wieści. Musimy tam iść.

W odpowiedzi wstałem od stołu:

– Masz racje, Holmesie, musimy.

Zerwał się na nogi i uścisnął mi dłoń.

– Wiedziałem, że nie wycofasz się w ostatniej chwili – powiedział, i na krótką chwilę w jego oczach pojawiło się coś, co było bliższe wzruszeniu niż cokolwiek, co do tej pory u niego widziałem. W następnej chwili znów był sobą. Władczy i praktyczny. – To prawie pół mili stąd, ale nigdzie nam się nie śpieszy. Zróbmy sobie spacer – powiedział. – Tylko proszę cię, nie upuść narzędzi. Gdyby aresztowano cię jako podejrzanego typa, byłaby to dla nas wyjątkowo niefortunna komplikacja.

Caulfield Gardens była jedną z ulic z szeregiem domów o prostej fasadzie z kolumnami i portykami, tak bardzo charakterystycznych dla epoki wiktoriańskiej w londyńskim West Endzie. W sąsiednim domu odbywała się chyba jakaś zabawa dla dzieci, bo w wieczornej ciszy rozbrzmiewał wesoły gwar młodych głosów i dźwięki pianina. Mgła, która wciąż wisiała nad miastem, przykryła nas swą przyjazną zasłoną. Holmes zapalił latarkę i oświetlił nią masywne drzwi.

– Poważna sprawa – powiedział. – Na pewno są zamknięte na klucz i zaryglowane. Lepiej poradzimy sobie z wejściem od podwórza. A tam dalej jest dogodne przejście, na wypadek gdyby chciał nam przeszkodzić jakiś nadgorliwy policjant. Podaj mi rękę, Watsonie. Potem ja ci pomogę.

Minutę później obaj byliśmy na podwórzu. Ledwie udało nam się skryć w cieniu, gdy usłyszeliśmy we mgle zbliżającego się policjanta. Gdy stłumiony rytm jego kroków ucichł, Holmes zabrał się do pracy przy drzwiach do piwnicy. Zobaczyłem, jak się pochyla i męczy z ich otwarciem. Wreszcie drzwi odskoczyły z ostrym trzaskiem. Pośpiesznie weszliśmy w ciemny korytarz, zamykając drzwi. Holmes ruszył przede mną krętymi, pozbawionymi wykładziny schodami. Skierował strumień żółtego światła na okno na parterze.

– No i proszę, Watsonie. To musi być to, czego szukaliśmy. – Otworzył je, a wówczas rozległ się cichy ostry szmer, który stopniowo przerodził się w głośny ryk, kiedy w ciemnościach przemknął pod oknem pociąg. Holmes oświetlił latarką parapet. Był pokryty grubą warstwą sadzy, jednak w niektórych miejscach czarna powierzchnia była rozmazana.

– Widzisz? Tu oparli ciało. Hola, Watsonie! A to co? Nie ma najmniejszych wątpliwości, że to ślady krwi. – Wskazywał na słabe odbarwienia na stolarce okiennej. – Tutaj też, na tych kamiennych schodach. Wszystko jak na dłoni. Poczekajmy, aż jakiś pociąg się zatrzyma.

Nie musieliśmy długo czekać. Z tunelu dobiegł ryk kolejnego pociągu, jednak tym razem, gdy pociąg wyjechał na otwartą przestrzeń, zwolnił i z piskiem hamulców zatrzymał się bezpośrednio pod nami. Parapet okna dzieliło nie więcej niż cztery stopy od dachu wagonu. Holmes cicho zamknął okno.

– Jak do tej pory nasze działania są usprawiedliwione – powiedział. – Co o tym sądzisz, Watsonie?

– Prawdziwy majstersztyk. Jeszcze nigdy nie wzniosłeś się na takie wyżyny.

– Tutaj nie mogę się z tobą zgodzić. Od chwili gdy przyszło mi do głowy, że ciało było na dachu, co z całą pewnością nie było zbyt skomplikowanym pomysłem, cała reszta była już nieuniknioną konsekwencją. Gdyby nie to, że chodzi o poważne interesy państwowe, to sprawa ta byłaby już po prostu trywialna. Niemniej wciąż piętrzą się przed nami trudności. Może jednak znajdziemy tutaj coś, co nam pomoże.

Wspięliśmy się po kuchennych schodach do apartamentu na pierwszym piętrze. Pierwszym z pokoi była jadalnia, surowo urządzona i nie zawierająca niczego, co by nas mogło interesować. Drugim była sypialnia, w której też nie znaleźliśmy niczego ciekawego. Ostatni pokój wydał nam się bardziej obiecujący, i mój towarzysz zabrał się za jego przeszukiwanie. Wszędzie walały się książki i jakieś papiery, a pomieszczenie ewidentnie było używane jako gabinet. Holmes szybko i systematycznie wysypywał zawartość poszczególnych szuflad i opróżniał każdą szafkę, jednak jego poważnej twarzy nie rozświetlił uśmiech zadowolenia. Po godzinie nie posunęliśmy się ani o krok naprzód.

– Ten szczwany lis zatarł po sobie ślady – powiedział. – Nie zostawił niczego, co by go obciążało. Musiał zniszczyć lub zabrać ze sobą wszelką niebezpieczną korespondencję. To nasza ostatnia szansa.

Wskazał na małą blaszaną kasetkę na pieniądze, stojącą na biurku. Holmes podważył jej wieko dłutem. Wewnątrz było kilka ruloników papieru pokrytych jakimiś cyframi i obliczeniami bez żadnych notatek wyjaśniających, do czego się one odnoszą. Wciąż powtarzające się słowa, takie jak „ciśnienie wody” i „ciśnienie na cal kwadratowy”, świadczyły o możliwym związku z łodzią podwodną. Holmes niecierpliwym gestem odrzucił je na bok. Teraz pozostała tam już tylko koperta z jakimiś małymi wycinkami z gazet. Wytrząsnął je wszystkie na stół, i w jednej chwili zobaczyłem po wyrazie jego skupionej twarzy, że coś wzbudziło w nim nadzieję.

– Co to jest, Watsonie? No? Co to jest? Szereg wiadomości, które ukazały się w ogłoszeniach w jakiejś gazecie. Sądząc po czcionce i papierze, to rubryka towarzyska „Daily Telegraph”. Prawy górny róg strony nie ma daty, ale wiadomości układają się w całość. To musi być pierwsza:

Miałem nadzieję dowiedzieć się czegoś wcześniej. Warunki przyjęte. Opisz wszystko dokładnie i prześlij pod adres podany na wizytówce.

Pierrot

 

A to następna:

Zbyt skomplikowane, opis nie wystarcza. Muszę mieć pełny raport. Gdy dostarczysz towar, coś będzie na ciebie czekać.

Pierrot

 

I jeszcze jedna:

Są naciski. Muszę wycofać ofertę, o ile umowa nie zostanie spełniona. Dogadaj się listownie. Potwierdzę w ogłoszeniu.

Pierrot

 

Nareszcie ostatnia:

W poniedziałek wieczorem po dziewiątej. Pukać dwa razy. Tylko my. Nie bądź taki podejrzliwy. Po dostarczeniu towaru płatność w gotówce.

Pierrot

 

W końcu mamy kompletny obraz, Watsonie. Gdybyśmy tylko mogli dostać człowieka, który za tym stoi! – Siedział pogrążony w myślach, pukając palcami w stół. Wreszcie zerwał się na nogi. – Cóż, może mimo wszystko nie będzie to wcale takie trudne. Nie mamy tu już nic więcej do roboty, Watsonie. Udamy się teraz do redakcji „Daily Telegraph” i w ten sposób zakończymy nasz udany dzień.

Następnego dnia Mycroft Holmes i Lestrade zjawili się na umówione spotkanie, a Sherlock Holmes opisał im poczynione poprzednio postępy. Gdy przyznaliśmy się do włamania, policyjny detektyw potrząsnął głową.

– W policji nie możemy robić takich rzeczy, panie Holmes – powiedział. – Nic dziwnego, że uzyskuje pan lepsze rezultaty. Ale pewnego dnia posunie się pan za daleko, a wtedy pan i pański przyjaciel będziecie mieli kłopoty.

– Wszystko dla naszej pięknej Anglii4, prawda, Watsonie?

Będziemy męczennikami na ołtarzu naszej ojczyzny. Ale co ty o tym sądzisz, Mycrofcie?

– Wspaniale, Sherlocku. To godne podziwu. Jak chcesz to wykorzystać?

Holmes wziął ze stołu „Daily Telegraph”:

– Widziałeś dzisiejsze ogłoszenie Pierrota?

– Co takiego? Kolejne?

– Tak, jest tutaj:

Dziś wieczorem. Ten sam czas i to samo miejsce. Pukać dwa razy. Bardzo ważne. Chodzi o twoje bezpieczeństwo.

Pierrot

 

– Na Jowisza! – krzyknął Lestrade. – Jeśli na to odpowie, mamy go!

– Właśnie z tą myślą je zamieściłem. Proszę udać się dziś z nami do Caulfield Gardens około ósmej wieczorem. Jestem pewien, że zbliżymy się do rozwiązania tej sprawy.

Jedną z najbardziej wyjątkowych cech Sherlocka Holmesa była jego zdolność kierowania swych myśli na inne tory i zajmowania umysłu lżejszymi rzeczami zawsze, kiedy przekonywał się o tym, że jego praca nie mogła przynieść już żadnych efektów. Pamiętam, że cały ten wyjątkowy dzień spędził nad swoją monografią na temat polifonicznych motetów Orlando di Lasso. Ja natomiast nie posiadałem nic z tej zdolności, i w efekcie wydawało mi się, że ten dzień ciągnie się w nieskończoność. Fakt, że była to sprawa wagi państwowej, która mogła wywołać kryzys na najwyższych szczeblach, a także czekające nas niebezpieczeństwo – wszystko to miało wpływ na moje nerwy. Poczułem ulgę, kiedy wreszcie po lekkim posiłku wyruszyliśmy na naszą wyprawę. Tak jak wcześniej ustaliliśmy, Lestrade i Mycroft spotkali się z nami przed stacją Gloucester Road. Tylne drzwi do domu Obersteina zostawiliśmy otwarte ubiegłej nocy, musiałem więc wejść do środka i otworzyć drzwi frontowe, bo Mycroft Holmes stanowczo i z oburzeniem odmówił wspinania się po ogrodzeniu. Przed dziewiątą siedzieliśmy już wszyscy w gabinecie, cierpliwie czekając na naszego człowieka.

Minęła godzina, a potem kolejna. Wielki zegar na wieży kościelnej wybił jedenastą; ten dźwięk zdawał się kłaść kres naszym nadziejom. Lestrade i Mycroft wiercili się na swoich miejscach, co chwilę spoglądając na zegarek. Holmes siedział w milczeniu, opanowany, z na wpół przymkniętymi powiekami, jednak wszystkie jego zmysły były w pełnej gotowości. Nagle wzdrygnął się i uniósł głowę.

– Idzie – powiedział.

Usłyszeliśmy ukradkowe kroki przy drzwiach. Potem jeszcze raz. Dobiegł nas odgłos szurania, a potem dwa ostre uderzenia kołatki. Holmes powstał, pokazując nam gestem, żebyśmy się nie podnosili z miejsc. Lampa gazowa w korytarzu była zaledwie punkcikiem światła. Otworzył drzwi, a wtedy jakaś ciemna postać prześlizgnęła się koło niego. Holmes zamknął drzwi i przekręcił klucz.

– Tędy proszę! – usłyszeliśmy jego głos. Chwilę później stanął przed nami mężczyzna, na którego czekaliśmy.

Mój przyjaciel szedł tuż za nim, a gdy nasz gość odwrócił się z okrzykiem strachu i zaskoczenia, złapał go za kołnierz i wepchnął z powrotem do pokoju. Nim nasz więzień odzyskał równowagę, drzwi były już zamknięte, a Holmes stał, opierając się o nie plecami. Mężczyzna rozejrzał się wokół jak osaczony zwierz, zachwiał się i upadł nieprzytomny na podłogę. Podczas upadku jego kapelusz z szerokim rondem zsunął się z głowy, fularowy szal opadł z twarzy i naszym oczom ukazała się długa jasna broda i delikatne przystojne rysy pułkownika Valentine’a Waltera.

Holmes aż gwizdnął ze zdumienia.

– Tym razem możesz odnotować, że wyszedłem na osła, Watsonie – powiedział. – To nie ten ptaszek, którego się spodziewałem.

– Kto to jest? – spytał niecierpliwie Mycroft.

– Młodszy brat zmarłego sir Jamesa Waltera, szefa wydziału łodzi podwodnych. Tak, tak, teraz widzę, jak ułożyły się karty. Dochodzi do siebie. Myślę, że najlepiej zrobisz, jeśli pozwolisz mi go przesłuchać.

Przenieśliśmy bezwładne ciało na sofę. Nasz więzień usiadł, rozejrzał się wokół z przerażoną twarzą i przyłożył dłoń do czoła jak ktoś, kto nie potrafi dać wiary własnym zmysłom.

– Co to ma znaczyć? – spytał. – Przyszedłem tu z wizytą do pana Obersteina.

– O wszystkim już wiemy, pułkowniku Walter – powiedział Holmes. – Zupełnie jednak nie potrafię pojąć, jak angielski dżentelmen może postępować w taki sposób. Poznaliśmy już całą pańską korespondencję i relacje z Obersteinem. Podobnie zresztą jak okoliczności związane ze śmiercią młodego Cadogana Westa. Radzę, by okazał pan przynajmniej skruchę z powodu tego, co pan uczynił, i wszystko nam wyznał, bo wciąż istnieją pewne kwestie, które tylko pan może wyjaśnić.

Mężczyzna jęknął i ukrył twarz w dłoniach. Czekaliśmy, ale on wciąż milczał.

– Mogę pana zapewnić – powiedział Holmes – że poznaliśmy już wszystkie istotne fakty. Wiemy, że potrzebował pan pieniędzy, że zrobił pan odcisk klucza przechowywanego przez pańskiego brata i że korespondował z Obersteinem, który odpowiadał na pańskie listy w ogłoszeniach publikowanych w „Daily Telegraph”. Wiemy też o tym, że w poniedziałek wieczorem, we mgle, udał się pan do biura, ale wtedy zobaczył go Cadogan West i poszedł za panem, bo prawdopodobnie już wcześniej miał jakieś powody, by pana podejrzewać. Zobaczył, jak kradnie pan dokumenty, ale nie mógł wszcząć alarmu, bo istniała możliwość, że bierze pan te dokumenty dla swojego brata do Londynu. Zapominając o wszystkich swoich prywatnych sprawach, jak dobry obywatel, którym zresztą był, śledził pana we mgle i deptał mu po piętach, póki nie dotarł pan do tego oto domu. Tutaj spróbował interweniować, i to właśnie wtedy, pułkowniku Walter, do zdrady stanu dodał pan jeszcze straszniejsze przestępstwo. Morderstwo.

– Nie zrobiłem tego! Nie zrobiłem! Przysięgam na Boga, że tego nie zrobiłem! – zawołał nasz nieszczęsny więzień.

– W takim razie proszę nam powiedzieć, w jaki sposób zginął Cadogan West, nim położył pan jego ciało na dachu wagonu kolejowego.

– Opowiem wszystko. Przysięgam. Zrobiłem resztę, przyznaję się do tego. Było tak, jak pan mówi. Musiałem spłacić długi, które zrobiłem na giełdzie. Bardzo potrzebowałem pieniędzy. Oberstein zaproponował mi pięć tysięcy. Chciałem się ratować przed ruiną. Ale jeśli chodzi o popełnienie morderstwa, to jestem równie niewinny jak pan.

– W takim razie jak to się stało?

– Już wcześniej West miał wobec mnie pewne podejrzenia i śledził mnie, jak pan to opisał. Nie zorientowałem się, póki nie stałem pod samymi drzwiami. Mgła była bardzo gęsta, i nic nie było widać na odległość większą niż trzy jardy. Dwa razy zapukałem kołatką, i Oberstein otworzył drzwi. Wtedy ten młody człowiek nagle wybiegł z oparów mgły i zażądał, żebyśmy natychmiast mu powiedzieli, co chcemy zrobić z tymi dokumentami. Oberstein miał krótką pałkę, którą zawsze nosił ze sobą. Gdy West wtargnął za nami do jego domu, uderzył go w głowę. Cios był śmiertelny. Zmarł w ciągu pięciu minut. Leżał w holu, a my nie mieliśmy pojęcia, co zrobić. Wtedy Obersteinowi przyszedł do głowy pomysł na to, jak pozbyć się ciała, bo wiedział, że pociągi zatrzymują się tuż pod jego oknem na tyłach domu. Najpierw jednak przejrzał dokumenty, które przyniosłem. Powiedział, że trzy z nich są najistotniejsze i że musi je zatrzymać. „Nie może ich pan zatrzymać – powiedziałem. – Jeśli nie zostaną zwrócone, w Woolwich wybuchnie straszna afera”. „Muszę je zatrzymać – stwierdził – bo są tak skomplikowane, że nie zdołam zrobić kopii do rana”. „W żadnym wypadku. Wszystkie dokumenty muszę tam zwrócić jeszcze dziś w nocy” – odparłem. Przez chwilę się zastanawiał, a potem powiedział, że ma pewien pomysł. „Te trzy zatrzymam – powiedział – a pozostałe włożymy do kieszeni tego młodego człowieka. Kiedy znajdą jego ciało, na pewno pomyślą, że to on jest odpowiedzialny za całą tę sprawę”. Nie widziałem żadnego innego wyjścia. Zrobiliśmy więc tak, jak zaproponował. Odczekaliśmy pół godziny, wówczas pod oknem zatrzymał się pociąg. Mgła była tak gęsta, że nic nie było widać, więc bez problemu opuściliśmy ciało Westa na dach. Jeśli o mnie chodzi, to taki właśnie był koniec tej sprawy.

– A pański brat?

– Nic nie powiedział, ale przyłapał mnie raz ze swoim kluczem, i sądzę, że mnie podejrzewał. Wyczytałem to w jego oczach. Jak pan wie, nigdy po tym zajściu nie doszedł do siebie.

W pokoju zapanowało milczenie. Przerwał je Mycroft Holmes.

– Może jest pan gotów jakoś to naprawić? Ulżyłoby to pańskiemu sumieniu i być może złagodziłoby wymiar kary.

– A w jaki sposób mogę to naprawić?

– Gdzie jest Oberstein z dokumentami?

– Tego nie wiem.

– Nie podał panu adresu?

– Powiedział, żeby pisać do niego na adres hotelu „Du Louvre” w Paryżu.

– W takim razie wciąż jeszcze może pan to naprawić – rzekł Sherlock Holmes.

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Nie mam powodów, by mieć szczególnie dobrą wolę wobec tego człowieka. Doprowadził mnie do upadku i ruiny.

– Tu jest papier i pióro. Proszę usiąść przy tym biurku i napisać to, co panu podyktuję. Niech pan napisze na kopercie wskazany przez niego adres. Dobrze. A teraz list.

Szanowny Panie!

Jeśli chodzi o naszą transakcję, to bez wątpienia musiał pan zauważyć, że jak do tej pory brakuje pewnego bardzo istotnego szczegółu. Mam kopię dokumentu, dzięki której będzie ona kompletna. Wiązało się to jednak dla mnie z dodatkowymi trudnościami, i muszę prosić pana o zaliczkę w wysokości pięciuset funtów. Nie wyślę tego pocztą i nie przyjmę żadnej innej formy płatności prócz złota lub banknotów. Przyjechałbym do pana, jednak gdybym w tej chwili opuścił kraj, mogłoby to wywołać różne plotki. W związku z tym chciałbym się z panem spotkać w palarni hotelu „Charing Cross” w sobotę, w południe. Proszę pamiętać o tym, że przyjmę wyłącznie angielskie banknoty lub złoto.

 

To powinno wystarczyć. Będę bardzo zaskoczony, jeśli nie sprowadzi go to do Anglii.

I sprowadziło! To fakt historyczny. Wydarzenia te pozostały utajnione, jednak prawdziwa historia kraju często bywa o wiele nam bliższa i ciekawsza niż to, co możemy przeczytać w oficjalnych kronikach. Oberstein, pragnąc dokończyć misję swojego życia, połknął haczyk i trafił na piętnaście lat do brytyjskiego więzienia. W jego kufrze podróżnym odnaleziono bezcenne plany łodzi Bruce-Partington, które oferował marynarkom wojennym wszystkich krajów w Europie.

Pułkownik Walter zmarł w więzieniu pod koniec drugiego roku odsiadywania wyroku. A Holmes z nową energią powrócił do swej monografii o motetach polifonicznych Lasso, która już została wydrukowana przez prywatnego wydawcę i według ekspertów jest najlepszym opracowaniem na ten temat. Kilka tygodni później dowiedziałem się przypadkiem, że mój przyjaciel spędził dzień w Windsorze, skąd wrócił z wyjątkowo piękną szmaragdową spinką do krawata. Gdy go zapytałem, czy ją kupił, odparł, iż jest to prezent od pewnej łaskawej damy, dla której miał kiedyś zaszczyt wykonać drobne zadanie. Nic więcej nie powiedział, sądzę jednak, że potrafię odgadnąć imię tej dostojnej damy, i nie mam najmniejszych wątpliwości, że ta szmaragdowa spinka już zawsze będzie przypominała mojemu przyjacielowi o przygodzie z planami łodzi Bruce-Partington.

3 parafraza znanej rymowanki „Humpty Dumpty”

4 For England, home and beauty – zawołanie w marynarce brytyjskiej, używane też jako toast

Rozdział piąty

 

Umierający detektyw

 
 

Pani Hudson, która wynajmowała mieszkanie Sherlockowi Holmesowi, była cierpliwą kobietą. Nie dość, że do jej pokoi na piętrze przychodziły o wszelkich możliwych godzinach tłumy dziwnych i często niezbyt pożądanych ludzi, to w dodatku jej wyjątkowy lokator był ekscentrykiem i prowadził nieregularny tryb życia, co musiało być dla niej poważną próbą. Straszliwy bałagan, jaki u niego panował, granie na skrzypcach o dziwnych porach dnia, fakt, że czasami ćwiczył strzelanie z rewolweru u siebie w mieszkaniu, osobliwe i niekiedy wyjątkowo cuchnące eksperymenty, jakich dokonywał, oraz atmosfera zbrodni i przemocy, która go otaczała, czyniły z niego najgorszego lokatora w Londynie. Z drugiej strony płacił po królewsku. Nie miałem żadnych wątpliwości, że za pieniądze, które Holmes uiścił w tych latach, kiedy z nim mieszkałem, można byłoby kupić cały dom.

Gospodyni darzyła go ogromnym szacunkiem i nie ośmielała się wchodzić mu w drogę, jakkolwiek skandaliczne mogły się wydawać jego nawyki. Poza tym lubiła go, ponieważ był wyjątkowo miły i uprzejmy wobec kobiet. Nie darzył sympatią przedstawicielek słabej płci i im nie ufał, zawsze jednak był w stosunku do nich rycerski. Wiedziałem o tym, jak pani Hudson poważała Holmesa, więc gdy przyszła do mnie w drugim roku mojego małżeństwa, żeby opowiedzieć, w jak ciężkim stanie znalazł się mój biedny przyjaciel, wysłuchałem jej z zaniepokojeniem.

– On umiera, doktorze Watson – powiedziała. – Od trzech dni ciągle mu się pogarsza, i wątpię, czy dożyje jutra. Nie pozwolił mi sprowadzić lekarza. Dziś rano, kiedy zobaczyłam, jak sterczą mu kości na wychudłej twarzy, gdy spojrzał na mnie tymi swoimi wielkimi jasnymi oczyma, nie byłam w stanie dłużej tego znieść. „Wszystko jedno, czy mi pan pozwala, czy nie, panie Holmes, natychmiast idę sprowadzić lekarza” – powiedziałam. „W takim razie niech to będzie doktor Watson” – odrzekł. Na pańskim miejscu nie traciłabym ani chwili, sir, bo może go pan już nie zastać żywego.

Byłem przerażony, bo nic nie słyszałem o jego chorobie. Nie muszę chyba mówić, że natychmiast pobiegłem po płaszcz i kapelusz. W drodze na Baker Street wypytałem ją o szczegóły.

– Niewiele mogę panu powiedzieć, sir. Pracował nad jakąś sprawą w Rotherhithe, w jakiejś uliczce nad rzeką, i stamtąd przywlókł tę chorobę. W środę po południu położył się do łóżka i od tej pory już z niego nie wstał. Przez te trzy dni nic nie jadł ani nie pił.

– Dobry Boże! Czemu nie wezwała pani lekarza?

– Nie pozwalał mi na to, sir. Sam pan wie, jaki potrafi być uparty. Nie ośmieliłam się mu sprzeciwić. Ale niedługo już pożyje na tym świecie. Sam się pan o tym przekona, kiedy tylko go zobaczy.

Holmes faktycznie wyglądał żałośnie. W przyćmionym świetle mglistego listopadowego dnia pokój chorego był ponurym miejscem, a ta jego wymizerowana, wychudła twarz spoglądająca na mnie z łóżka zmroziła mi serce. Oczy niezdrowo błyszczały, rozpalone od gorączki policzki oblewał chorobliwy rumieniec, wargi były suche i sine. Chude dłonie, leżące na kołdrze, nieustannie się trzęsły, a głos miał ochrypły i słaby. Gdy wszedłem do pokoju, leżał bezwładnie, jednak na mój widok w jego oczach pojawiły się iskry. Wiedziałem, że mnie rozpoznał.

– Cóż, Watsonie, wygląda na to, że nastały dla nas złe czasy – powiedział słabym głosem, w którym jednak pobrzmiewała jego dawna beztroska.

– Mój drogi przyjacielu! – zawołałem, zbliżając się do niego.

– Cofnij się! Natychmiast się cofnij! – powiedział ostrym władczym tonem, którego używał tylko w krytycznych momentach. – Jeśli spróbujesz się do mnie zbliżyć, Watsonie, wyproszę cię z tego domu.

– Ale dlaczego?

– Bo tak sobie życzę! Czy to nie wystarczy?

Tak, pani Hudson miała rację. Był jeszcze bardziej despotyczny niż kiedykolwiek. Widziałem jednak jego ogromne wyczerpanie. Był to dla mnie bardzo smutny widok.

– Chciałem ci tylko pomóc... – wyjaśniłem.

– Wiem! Najlepiej mi pomożesz, jeśli będziesz robił to, co ci powiem.

– Oczywiście, Holmesie.

Jego srogie oblicze trochę złagodniało.

– Nie jesteś na mnie zły? – spytał, z trudem łapiąc oddech.

Biedak. Jak mógłbym być na niego zły, widząc, jak leży przede mną złożony chorobą.

– To dla twojego własnego dobra – wychrypiał.

– Dla MOJEGO dobra?

– Wiem, co mi dolega. To choroba kulisów z Sumatry. Coś, o czym Holendrzy wiedzą więcej niż my, choć jak do tej pory niewiele im ta wiedza dała. Pewne jest tylko jedno. W każdym przypadku jest śmiertelna, a poza tym jest absolutnie zaraźliwa.

Mówił teraz z gorączkowym zapałem, a gdy wskazywał mi gestem, że mam się odsunąć, jego długie dłonie trzęsły się i drżały.

– Przenosi się przez dotyk, Watsonie. Dokładnie. Przez dotyk. Trzymaj się ode mnie z daleka, a wszystko będzie dobrze.

– Wielkie nieba, Holmesie! Coś takiego nie powstrzymałoby mnie nawet w przypadku obcego człowieka. Naprawdę myślisz, że z tego powodu nie pomogę mojemu staremu przyjacielowi?

Znów zrobiłem krok w jego stronę, obrzucił mnie jednak wściekłym gniewnym spojrzeniem.

– Jeśli zostaniesz tam, gdzie jesteś, wszystko ci opowiem. Jeśli nie, masz wyjść z tego pokoju!

Darzę Holmesa tak głębokim szacunkiem za jego niesamowite zdolności, że zawsze ulegałem jego woli, nawet gdy zupełnie niczego nie rozumiałem. Teraz jednak doszedł do głosu mój zawodowy instynkt. Może sobie rządzić we wszystkich innych sprawach, ale w pokoju chorego to ja mam coś powiedzenia.

– Holmesie – powiedziałem – nie jesteś sobą. Chory człowiek jest jak dziecko, i tak cię właśnie będę traktował. Czy ci się to podoba, czy nie, zamierzam cię zbadać i leczyć zgodnie z objawami.

Rzucił mi jadowite spojrzenie.

– Skoro już ma mnie zbadać lekarz, bez względu na to, czego ja sam bym chciał, niech to przynajmniej będzie taki lekarz, do którego mam zaufanie – powiedział.

– A więc nie masz do mnie zaufania?

– Do twojej przyjaźni – jak najbardziej. Ale fakty pozostają faktami, a ty bądź co bądź jesteś tylko lekarzem ogólnym o bardzo ograniczonym doświadczeniu i miernych kwalifikacjach. Przykro mi mówić tobie takie rzeczy, ale nie pozostawiasz mi żadnego wyboru.

Dotknęło mnie to do żywego.

– Takie uwagi są niegodne ciebie, Holmesie. Wskazują bardzo wyraźnie, w jakim stanie są twoje nerwy. Ale jeśli nie masz do mnie zaufania, nie będę ci się narzucał z moją pomocą. Pozwól, że sprowadzę tu sir Jaspera Meeka albo Penrose’a Fishera czy któregokolwiek z najlepszych lekarzy w Londynie. Jeden z nich MUSI cię zbadać. To moje ostatnie słowo. Jeśli ci się wydaje, że będę tak stał i patrzył, jak umierasz, nie próbując ci pomóc ani nie sprowadzając innego lekarza, to bardzo się mylisz.

– Wiem, że chcesz dobrze, Watsonie – powiedział chory, wydając z siebie coś pomiędzy szlochem a jękiem. – Mam ci zademonstrować twoją własną ignorancję? Powiedz mi, proszę, co wiesz o gorączce z Tapanuli. Co wiesz o czarnej zarazie z Formozy?

– Nigdy o nich nie słyszałem.

– Na wschodzie jest wiele różnych chorób, Watsonie. Wiele dziwnych patologicznych przypadków. – Po każdym zdaniu na chwilę przerywał, by zebrać słabnące siły. – Tyle się przynajmniej dowiedziałem podczas moich niedawnych medyczno-kryminalny badań. To właśnie wtedy, gdy je prowadziłem, nabawiłem się tych dolegliwości. Nic nie możesz zrobić.

– Może nie. Ale tak się składa, że doktor Ainstree, największy współczesny autorytet od chorób tropikalnych, przebywa w tej chwili w Londynie. Nic ci nie pomogą żadne protesty, Holmesie. Natychmiast go tutaj sprowadzę!

Stanowczo odwróciłem się do drzwi.

Nigdy w życiu nie przeżyłem takiego szoku. W jednej chwili konający Holmes dopadł mnie w tygrysim skoku. Usłyszałem ostry zgrzyt przekręcanego klucza. Następnie chwiejnym krokiem poszedł z powrotem do łóżka, wyczerpany i zdyszany po tym wysiłku, który kosztował go tak wiele energii.

– Nie odbierzesz mi siłą tego klucza, Watsonie. Mam cię, przyjacielu! Jesteś tutaj i tu pozostaniesz, dopóki nie zechcę, by było inaczej. Ale zaraz poprawię ci nastrój – wszystko to mówił urywanymi słowami, dysząc, a w przerwach z ogromnym trudem usiłując złapać oddech. – Leży ci na sercu moje dobro. Oczywiście, doskonale o tym wiem. Zrobisz tak, jak zechcesz, ale daj mi trochę czasu, żebym zebrał siły. Nie teraz, Watsonie, nie teraz. Jest czwarta. Możesz pójść o szóstej.

– To jakieś szaleństwo, Holmesie.

– Tylko dwie godziny, Watsonie. Obiecuję ci, że o szóstej będziesz mógł pójść. Zaczekaj, proszę.

– Wygląda na to, że nie mam wyboru.

– Żadnego, Watsonie. Dziękuję ci. Nie potrzebuję pomocy przy poprawianiu pościeli. Proszę cię, trzymaj się z daleka. A teraz, przyjacielu, stawiam jeszcze jeden warunek. Sprowadzisz do mnie pomoc, ale to nie będzie żaden z tych lekarzy, o których wspominałeś, tylko ktoś, kogo ci sam wskażę.

– Ależ oczywiście.

– To pierwsze sensowne słowa, jakie wypowiedziałeś, odkąd wszedłeś do tego pokoju, przyjacielu. Tam znajdziesz jakieś książki. Jestem nieco wyczerpany. Zastanawiam się, jak musi się czuć elektryczna bateria, chcąc przekazać energię izolatorowi. O szóstej, Watsonie, wrócimy do naszej rozmowy.

Było nam jednak pisane podjąć naszą rozmowę o wiele wcześniej, i to w okolicznościach, które wywołały u mnie prawie tak wielki szok, jak ten spowodowany jego skokiem do drzwi. Stałem przez kilka minut, patrząc na milczącą postać w łóżku. Jego twarz prawie zniknęła pod kocem, i wydawało mi się, że śpi. Nie mogąc się uspokoić na tyle, by coś czytać, zacząłem powoli przechadzać się po pokoju, przyglądając się portretom znanych przestępców, które zdobiły wszystkie jego ściany. Wreszcie, spacerując bez celu, dotarłem do kominka. Panował na nim straszny bałagan. Leżały tu fajki, kapciuchy na tytoń, strzykawki, scyzoryki, naboje do rewolweru i inne drobiazgi. W samym środku tego bałaganu zauważyłem małą czarno-białą szkatułkę z kości słoniowej z odsuwanym wiekiem. Był to śliczny drobiazg, i już wyciągałem rękę, by się dokładniej mu przyjrzeć...

Cóż to był za przerażający krzyk! Straszliwy wrzask, który słychać było chyba aż na ulicy. Skóra mi ścierpła, a włosy stanęły dęba na głowie. Gdy się odwróciłem, ujrzałem wykrzywioną twarz i oszalałe oczy mojego przyjaciela. Stałem jak sparaliżowany, trzymając w dłoni małą szkatułkę.

– Odłóż to! Odłóż to w tej chwili, Watsonie! W tej chwili, mówię!

Gdy odłożyłem szkatułkę na kominek, jego głowa znów opadła na poduszkę, a on wydał z siebie głębokie westchnienie ulgi.

– Nienawidzę, jak ktoś dotyka moich rzeczy, Watsonie, wiesz, że nienawidzę. Tak się wiercisz, że już nie potrafię tego znieść. Ty, lekarz, już sam wystarczysz, żeby pacjent trafił do domu wariatów! No usiądź, człowieku, i pozwól mi wypoczywać!

Ten incydent wywarł na mnie wyjątkowo przykre wrażenie. Jego gwałtowny wybuch bez żadnego powodu, a potem te ostre słowa, tak bardzo nie pasujące do jego zwyczajnej uprzejmości, pokazały mi, jak wielki chaos spowodowała choroba w jego umyśle. Spośród wszystkiego, co zostało zrujnowane, najbardziej smutna była utrata szlachetnych cech jego osobowości. Siedziałem, przygnębiony, pogrążony w milczeniu, póki nie minął uzgodniony czas. Wyglądało na to, że tak jak i ja patrzył na zegar, bo ledwie minęła szósta, znów zaczął mówić w ten sam gorączkowy sposób.

– Słuchaj, Watsonie – powiedział – masz jakieś drobne w kieszeni?

– Mam.

– Jakieś srebrne?

– Tak, sporo.

– Ile masz półkoronówek?

– Pięć.

– Ach, za mało! Za mało! To bardzo źle, Watsonie. Ale i tak możesz je włożyć do swojej kieszonki na zegarek. Pozostałe pieniądze przełóż do lewej kieszeni spodni. Dziękuję. Lepiej utrzymasz równowagę.

To były jakieś majaczenia szaleńca! Wzdrygnął się i znów wydał z siebie ten dźwięk, coś pomiędzy kaszlem a szlochem.

– Teraz zapal lampę gazową, Watsonie. Ale musisz być bardzo ostrożny. Nawet przez chwilę nie może być odkręcona bardziej niż do połowy. Błagam cię, Watsonie, bądź ostrożny. Dziękuję. Wspaniale. Nie! Nie musisz zasłaniać okna. A teraz, proszę cię, bądź tak dobry i połóż te listy i dokumenty tu na stole, w zasięgu mojej ręki. Dziękuję. I jeszcze kilka drobiazgów z kominka. Świetnie, Watsonie! Są tam szczypce do cukru. Proszę, bądź tak dobry i z ich pomocą podnieś tę małą szkatułkę z kości słoniowej. Połóż ją tutaj, między tymi papierami. Dobrze! A teraz idź i sprowadź tu pana Culvertona Smitha z Lower Burke Street 13.

Prawdę mówiąc, moja chęć sprowadzenia lekarza nieco osłabła, bo biedny Holmes majaczył w tak ewidentny sposób, że bałem się zostawić go samego. Jednak w tej chwili z równym zapałem chciał wezwać tego Smitha, co przedtem z uporem odmawiał jakiejkolwiek pomocy.

– Nigdy o nim nie słyszałem – powiedziałem.

– Możliwe, mój dobry Watsonie. Być może cię to zaskoczy, ale człowiekiem, który najlepiej na świecie zna się na tej chorobie, nie jest lekarz, lecz pewien znany plantator z Sumatry pan Culverton Smith. Obecnie przebywa w Londynie. Epidemia tej choroby wybuchła na jego plantacji, położonej w bardzo odległym miejscu. Sprowadzenie jakiejkolwiek pomocy medycznej było niemożliwe, dlatego pan Smith sam zaczął doszukiwać się przyczyn tej choroby i osiągnął w tym spory sukces. Jest człowiekiem bardzo systematycznym, i nie chciałem, żebyś wyruszył stąd przed szóstą, ponieważ dobrze wiedziałem, że wcześniej w gabinecie go nie zastaniesz. Gdybyś zdołał go namówić, żeby tutaj przyszedł i pozwolił nam skorzystać ze swych unikalnych doświadczeń związanych z tą chorobą, której badanie jest jego ulubionym zajęciem, to bez wątpienia mógłby mi pomóc.

Przedstawiłem słowa Holmesa jako jedną, spójną całość i nie będę nawet usiłował opisać, jak bardzo były przerywane sapaniem, próbami złapania oddechu i zaciskaniem rąk, co wskazywało na to, jak wielki odczuwał ból. W ciągu tych kilku godzin, kiedy z nim przebywałem, jego wygląd znacznie się pogorszył. Wypieki stały się wyraźniejsze, oczy błyszczały coraz bardziej w pociemniałych oczodołach, a na czole połyskiwał zimny pot. Nadal jednak mówił w ten ironiczny, pewny siebie sposób. To on chciał jak zwykle być panem sytuacji, aż do ostatniego oddechu.

– Opowiedz mu ze szczegółami, w jakim stanie mnie zostawiłeś – powiedział. – Przekaż wszystkie swoje obserwacje. Powiedz mu, że umieram. Umieram, majacząc. Doprawdy, nie potrafię zrozumieć, dlaczego całe dno oceanu nie jest jedną spójną masą ostryg, te stworzenia są takie płodne. Ach, to ciekawe! Dziwne, w jaki sposób mózg kontroluje myślenie. Co mówiłem, Watsonie?

– Udzielałeś mi wskazówek o tym, co mam powiedzieć panu Culvertonowi Smithowi.

– Ach tak, pamiętam. Od tego zależy moje życie. Błagaj go o pomoc, Watsonie. Nie pałamy do siebie zbytnią sympatią. Jego siostrzeniec, Watsonie... Miałem podejrzenia, że Smith jest zamieszany w jakieś brudne sprawki, i dopuściłem do tego, by to spostrzegł. Chłopak zginął straszną śmiercią, a Smith żywi do mnie urazę. Namów go jakoś, Watsonie. Błagaj, proś, ale sprowadź go tutaj za wszelką cenę. Tylko on potrafi mnie ocalić!

– Przywiozę go dorożką, choćbym miał na siłę go do niej zawlec.

– Nie rób niczego takiego! Namów go, żeby przyszedł. Ale wróć koniecznie przed nim. Znajdź jakąś wymówkę. Nie zapomnij o tym, Watsonie! Nie zawiedziesz mnie, prawda? Nigdy mnie nie zawiodłeś. Bez wątpienia istnieją jacyś naturalni wrogowie ograniczający przyrost tych stworzeń. Ty i ja, Watsonie, obaj odegraliśmy nasze role. W takim razie czy światem mają zawładnąć ostrygi? Nie, nie! To straszne! Przekaż mu wszystko, co sam na ten temat myślisz.

Wyszedłem, a mój umysł przepełniał obraz tego niesamowitego intelektu, bełkoczącego niczym jakieś głupawe dziecko. Dał mi do ręki klucz, a ja chętnie wziąłem go ze sobą, myśląc, że przyda mi się, gdyby Holmes chciał się zamknąć od środka. W korytarzu czekała pani Hudson, drżąca i zalana łzami. Gdy zamknąłem za sobą drzwi, usłyszałem jeszcze wysoki cienki głos Sherlocka, monotonnie bredzącego coś w malignie. Wyszedłem na ulicę i zagwizdałem na dorożkę, gdy z mgły wyłonił się jakiś człowiek.

– Jak się czuje pan Holmes, sir? – zapytał. Był to nasz stary znajomy, inspektor Morton ze Scotland Yardu, ubrany po cywilnemu w tweedowy garnitur.

– Jest bardzo chory – odparłem.

Spojrzał na mnie jakoś dziwnie. Gdyby nie wydało mi się to takie absurdalne, pomyślałbym, że w przelotnym błysku światła zobaczyłem rozbawienie na jego twarzy.

– Doszły mnie o tym pewne słuchy – powiedział.

Zajechała dorożka, i my pożegnaliśmy się.

Lower Burke Street leżącą na pograniczu Notting Hill i Kensington była ulicą z szeregami pięknych budowli po obydwu stronach. Dom, przy którym zatrzymała się dorożka, prezentował się dość skromnie, lecz dostojnie – staroświecka żelazna balustrada przy wejściu i masywne drzwi ze lśniącymi mosiężnymi okuciami. Do tego wszystkiego doskonale pasował majestatyczny kamerdyner, który pojawił się w drzwiach w różowym blasku elektrycznego światła.

– Tak, pan Culverton Smith jest w domu, doktorze Watson. Oczywiście, sir. Zaraz zaniosę pańską wizytówkę.

Wyglądało na to, że moje skromne nazwisko i tytuł nie zrobiły żadnego wrażenia na panu Culvertonie Smisie. Przez na wpół przymknięte drzwi usłyszałem wysoki, przenikliwy i niezadowolony głos.

– Co to za człowiek? Czego tu chce? Doprawdy, Staplesie, ile razy już ci mówiłem, by mi nie przeszkadzać, kiedy prowadzę badania.

Usłyszałem potok cichych słów: to kamerdyner próbował go ułagodzić i wszystko mu wytłumaczyć.

– Nie spotkam się z nim, Staplesie. Nie mogę pozwolić na to, żeby przeszkadzano mi w pracy. Nie ma mnie w domu. Powiedz mu tak! Powiedz, że jeśli już koniecznie musi, może przyjść jutro rano.

I znów łagodne mamrotanie kamerdynera.

– No dobrze. Przekaż mu tę wiadomość. Może przyjść rano albo wcale. Nie może mi tak przeszkadzać w pracy.

Pomyślałem o Holmesie rzucającym się na łóżku i być może liczącym minuty w oczekiwaniu, aż sprowadzę pomoc. To nie był odpowiedni moment na jakieś ceregiele. Jego życie zależało od tego, czy będę działał szybko. Nim kamerdyner zdołał wyjaśnić wszystko swoim przepraszającym tonem, minąłem go i wkroczyłem do pokoju.

Mężczyzna zerwał się z fotela przy kominku z przenikliwym, wściekłym okrzykiem. Ujrzałem jego ogromną żółtą twarz z obwisłym podwójnym podbródkiem, otyłą i prostacką. Spod krzaczastych płowych brwi spoglądało na mnie złowrogo dwoje nieżyczliwych szarych oczu. Na wielkiej różowej łysinie miał kokieteryjnie przekrzywioną na jedną stronę małą aksamitną czapeczkę5. Jego czaszka musiała być ogromna, a jednak, gdy mu się przyjrzałem, ze zdumieniem odkryłem, że mężczyzna ten był niski i sprawiał wrażenie kruchego, a jego ramiona i plecy były powykrzywiane, jakby w dzieciństwie cierpiał na krzywicę.

– Co to ma znaczyć?! – zawołał piskliwym głosem. – Co ma oznaczać to najście? Czy nie przekazano panu wiadomości, że spotkam się z panem jutro rano?

– Przepraszam – powiedziałem – ale to sprawa nie cierpiąca zwłoki. Pan Sherlock Holmes...

Gdy tylko wspomniałem nazwisko mojego przyjaciela, zauważyłem, że wywarło ono ogromne wrażenie na tego drobnego człowieka. Złość w jednej chwili znikła z jego twarzy. Jego rysy stały się czujne i napięte.

– Przychodzi pan od Holmesa? – spytał.

– Właśnie od niego wyszedłem.

– I co z nim? Jak się czuje?

– Jest bardzo poważnie chory. To właśnie dlatego przychodzę.

Mężczyzna wskazał mi ręką krzesło, po czym odwrócił się i również usiadł. W tej chwili ujrzałem przelotnie odbicie jego twarzy w lustrze wiszącym nad kominkiem. Mógłbym przysiąc, że dostrzegłem na niej złośliwy wstrętny uśmiech. Zdołałem jednak przekonać samego siebie, że był to jakiś nerwowy skurcz na jego twarzy, bo gdy chwilę później odwrócił się do mnie, malowała się na niej szczera troska.

– Przykro mi to słyszeć – powiedział. – Znam pana Holmesa tylko w związku z pewnymi interesami, które prowadziliśmy, bardzo jednak szanuję jego talent i profesjonalizm. Jest znawcą zbrodni, podobnie jak ja jestem znawcą chorób. Dla niego łotrzy są tym, czym dla mnie mikroby. A oto i moje więzienie – ciągnął dalej, wskazując na rząd butelek i słoików stojących na stoliku pod ścianą. – Na tych kulturach z żelatyny odsiadują swój wyrok najgorsi przestępcy na świecie.

– To właśnie w związku z pana szczególną wiedzą pan Holmes pragnął się z panem spotkać. Ma o panu bardzo dobrą opinię i jest przekonany, że pan jako jedyny w Londynie będzie w stanie mu pomóc.

Drobny człowieczek wzdrygnął się, a zawadiacko przekrzywiona czapeczka ześlizgnęła się na podłogę.

– Dlaczego? – zapytał. – Czemu pan Holmes sądzi, że mógłbym mu pomóc w jego kłopotach?

– Ponieważ zna się pan na wschodnich chorobach.

– Ale dlaczego uważa, że ta choroba, którą się zaraził, pochodzi ze wschodu?

– Ponieważ prowadząc pewne śledztwo, pracował w dokach wśród chińskich żeglarzy.

Pan Culverton Smith uśmiechnął się uprzejmie i podniósł swoją czapeczkę.

– Ach, więc to tak? Mam nadzieję, że sprawa nie jest na tyle poważna, jak pan sądzi. Od jak dawna jest chory?

– Mniej więcej od trzech dni.

– Majaczy?

– Od czasu do czasu.

– Hmm. Wygląda to poważnie. Byłoby nieludzkie, gdybym nie zareagował na jego wezwanie. Nie cierpię, kiedy ktoś przeszkadza mi w pracy, doktorze Watson, ale z całą pewnością jest to wyjątkowa sytuacja. Natychmiast udam się tam z panem.

Przypomniałem sobie instrukcje Holmesa.

– Jestem już umówiony... – powiedziałem.

– Cóż, w takim razie pojadę sam. Zanotowałem sobie adres pana Holmesa. Może pan być pewien, że będę u niego najpóźniej za pół godziny.

Ze ściśniętym sercem ponownie wchodziłem do sypialni Holmesa. Zdawałem sobie sprawę, że pod moją nieobecność mogło dojść do najgorszego, jednak ku mojej ogromnej uldze jego stan znacznie się poprawił. Wyglądał równie upiornie jak przedtem, znikły jednak wszelkie ślady delirium i teraz, choć nadal mówił słabym głosem, robił to nawet bardziej rzeczowo i jasno niż zwykle.

– No i co, spotkałeś się z nim, Watsonie?

– Tak. Przyjedzie.

– Cudownie, Watsonie! Cudownie! Jesteś najlepszym posłańcem na świecie.

– Chciał jechać razem ze mną.

– To by nie wystarczyło, Watsonie. To by było oczywiście niemożliwe. Pytał, co mi dolega?

– Opowiedziałem mu o Chińczykach z East Endu.

– Świetnie! Cóż, Watsonie, zrobiłeś wszystko, co mógł zrobić dobry przyjaciel.

Teraz możesz już zniknąć ze sceny.

– Muszę poczekać i wysłuchać jego opinii, Holmesie.

– Oczywiście, że musisz. Mam jednak powody, by wierzyć, że ta opinia będzie o wiele bardziej szczera i cenna, jeśli będzie mu się wydawało, że jesteśmy tutaj sami. Tutaj za wezgłowiem mojego łóżka jest trochę miejsca, Watsonie...

– Ależ mój drogi Holmesie!

– Obawiam się, że nie ma innego wyjścia, Watsonie. W pokoju nie ma możliwości, żeby się ukryć, ale to nawet lepiej, bo tym mniejsze jest prawdopodobieństwo, że coś wzbudzi jego podejrzenia. Myślę jednak, Watsonie, że tutaj uda ci się jakoś schować. – Usiadł nagle na łóżku, a jego wymizerowana twarz zastygła w skupieniu. – Słyszę, jak zajeżdża dorożka. Szybko, człowieku, jeśli chcesz mego dobra! I niezależnie od tego, co się stanie, nie możesz się ruszyć. Niezależnie od tego, co się stanie, słyszysz?! Nic nie mów! Nie ruszaj się! Zamień się cały w słuch!

Potem w jednej chwili ten jego nagły przypływ sił znów go opuścił, a logiczne, wypowiadane władczym tonem słowa przeszły w ciche, niewyraźne mamrotanie człowieka na wpół majaczącego.

Z kryjówki, do której w takim pośpiechu mnie zagonił, usłyszałem kroki na schodach oraz odgłos otwierania i zamykania drzwi sypialni. Potem, ku mojemu zaskoczeniu, nastało długie milczenie, które przerywały jedynie ciężki oddech i posapywania chorego. Mogłem się tylko domyślać, że nasz gość stoi przy nim i mu się przygląda. W końcu jednak to dziwne milczenie zostało przerwane.

– Holmes! – zawołał. – Holmes! – wołał uporczywym tonem kogoś, kto budzi śpiącego. – Słyszysz mnie, Holmes?

Pochwyciłem jakiś szelest, jakby ostro potrząsnął chorego za ramię.

– To pan, panie Smith? – wyszeptał Holmes. – Nie śmiałem mieć nadziei, że pan przyjedzie.

Nasz gość się roześmiał.

– Wcale mnie to nie dziwi – powiedział. – A jednak, jak pan się przekonał, jestem tu. Odpłacam panu dobrem za krzywdy!

– To bardzo wspaniałomyślnie z pańskiej strony... Bardzo szlachetnie. Cenię pańską szczególną wiedzę.

Smith nieprzyjemnie zachichotał.

– Owszem. Ceni pan. Jest pan na szczęście jedynym człowiekiem w Londynie, który ją ceni. Wie pan, co panu dolega?

– To samo – odpowiedział Holmes.

– O, rozpoznaje pan objawy?

– Aż nazbyt dobrze.

– Cóż, nie powinien pan być zaskoczony, panie Holmes. Bardzo możliwe, że jest to właśnie to samo. A jeśli już, to pańskie rokowania są kiepskie. Biedny Victor umarł na czwarty dzień. A był silnym, krzepkim młodym człowiekiem. Wówczas zaskoczyło pana to, że zaraził się ewidentnie chorobą azjatycką w samym sercu Londynu, i to w dodatku taką, której poświęciłem specjalne badania. Przedziwny zbieg okoliczności, panie Holmes. Bardzo sprytnie pan to zauważył, ale sugestia, że można tu dostrzec przyczynę i skutek, nie była zbyt życzliwa.

– Wiedziałem, że to pana sprawka.

– Wiedział pan? Doprawdy? Ale nie był pan w stanie tego udowodnić. Co pan sobie myśli? Opowiada pan takie rzeczy na mój temat, a potem, kiedy ma kłopoty, czołga się u mych stóp, prosząc o pomoc. Co to za gra, co?

Usłyszałem chrapliwy, ciężki oddech chorego.

– Wody... – wysapał.

– Mało ci już zostało do końca, mój przyjacielu, nie chcę jednak, byś odszedł, zanim nie zamienię z tobą paru słów. Tylko dlatego podam ci wodę. Nie rozlej jej! Dobrze. Rozumiesz, co mówię?

Holmes jęknął.

– Niech pan zrobi dla mnie wszystko, co w pana mocy. Zapomnijmy o przeszłości – wyszeptał. – Wymażę te słowa z pamięci, przysięgam. Tylko niech mnie pan wyleczy, a zapomnę o tym.

– O czym pan zapomni?

– O śmierci Victora Savage’a. Właściwie to już się pan przyznał, że pan to zrobił. O tym zapomnę.

– Może pan o tym zapomnieć albo to pamiętać, jak się panu żywnie podoba. Jakoś nie widzę pana w roli świadka w sądzie. Raczej w trumnie, zapewniam. Nie ma dla mnie żadnego znaczenia, czy pan wie, w jaki sposób umarł mój siostrzeniec, czy nie wie.

To nie o nim teraz rozmawiamy, tylko o panu.

– Tak, tak.

– Ten jegomość, który po mnie przyszedł, zapomniałem, jak się nazywa, powiedział, że zaraził się pan na East Endzie od marynarzy.

– Tylko tak potrafiłem to wyjaśnić.

– Jest pan dumny ze swojego umysłu, panie Holmes, prawda? Wydaje się panu, że jest pan taki bystry, co? Tym razem trafił pan na kogoś bardziej inteligentnego. A teraz proszę się zastanowić, panie Holmes. Nie przychodzi panu do głowy żaden inny pomysł, jak mógł się pan tym zarazić?

– Nie mogę myśleć. Mój mózg nie działa, jak należy. Na Boga, niech mi pan pomoże!

– O tak, pomogę panu. Pomogę panu zrozumieć, co się stało i jak do tego doszło. Chciałbym, żeby pan się tego dowiedział, nim umrze.

– Niech mi pan coś da na złagodzenie bólu.

– Boli, no nie? Tak, kulisi też trochę jęczeli przed śmiercią. Coś mi się wydaje, że czuje się pan tak jak przy skurczach.

– Tak, tak, to są skurcze.

– Nie szkodzi, one nie przeszkodzą panu wysłuchać, co mam do powiedzenia. Niech pan posłucha. Nie przypomina pan sobie żadnego niezwykłego incydentu, mniej więcej w tym czasie, gdy pojawiły się pierwsze objawy?

– Nie, nie. Nic nie pamiętam.

– Niech się pan jeszcze zastanowi.

– Jestem zbyt chory, żeby jasno myśleć.

– Cóż, w takim razie pomogę panu. Nic nie przyszło do pana pocztą?

– Pocztą?

– A może przypadkiem jakaś szkatułka?

– Mdleję... Umieram!

– Słuchaj, Holmes! – Poczułem, jak potrząsa umierającym, i ledwie byłem w stanie się powstrzymać, by nie wyskoczyć z mojej kryjówki. – Musisz mnie posłuchać! Wysłuchasz mnie. Pamiętasz szkatułkę, taką z kości słoniowej? Przyszła w środę. Otworzyłeś ją. Pamiętasz?

– Tak, tak, otworzyłem ją. W środku była ostra sprężyna. Jakiś dowcip...

– To nie był dowcip. Na pewno się o tym przekonasz. Ty głupcze, prosiłeś się o to i dostałeś, co chciałeś. Po co wchodziłeś mi w drogę? Gdybyś zostawił mnie w spokoju, nie musiałbym cię krzywdzić.

– Pamiętam – sapnął Holmes. – Sprężyna! Skaleczyła mnie do krwi. Ta szkatułka... Ta na stole.

– Właśnie ta, na Jowisza! I spokojnie może teraz opuścić ten pokój w mojej kieszeni. Tak oto znikają resztki twoich dowodów. Ale teraz poznałeś prawdę, Holmes, i możesz umrzeć, mając świadomość, że cię zabiłem. Za dużo wiedziałeś o losach Victora Savage’a, wysłałem cię więc tam, gdzie i jego. Niewiele ci zostało czasu, Holmes. Posiedzę sobie tutaj i popatrzę, jak umierasz.

Głos Sherlocka opadł do niemal niesłyszalnego szeptu.

– Co takiego? – powiedział Smith. – Podkręcić lampę? Ach, zaczynasz widzieć cienie, co? Tak, podkręcę tę lampę, żebym mógł cię lepiej widzieć. – Przeszedł przez pokój i nagle światło stało się jaśniejsze. – Mogę ci jeszcze wyświadczyć jakąś przysługę, przyjacielu?

– Papierosa. I zapałki.

Niemal krzyknąłem z radości i ze zdumienia. Znów mówił swoim naturalnym głosem. Być może trochę słabym, ale dokładnie takim samym głosem, który tak dobrze znałem. Nastąpiła długa chwila milczenia, i czułem, że Culverton Smith stoi zdumiony, oniemiały, patrząc na swojego rozmówcę.

– Co to ma znaczyć? – usłyszałem, jak mówi suchym, ochrypłym głosem.

– Najlepszym sposobem odegrania jakiejś roli jest pełne utożsamienie się z przedstawianą postacią – powiedział Holmes. – Daję panu słowo, że przez trzy ostatnie dni nawet nie skosztowałem jedzenia ani picia, póki nie był pan tak dobry, by nalać mi tę szklankę wody. Ale to brak tytoniu najbardziej mi doskwierał. Ach, tu są jakieś papierosy. – Usłyszałem trzask zapalanej zapałki. – O, tak! Tak jest o wiele lepiej. Ale, ale. Czyżbym słyszał mojego przyjaciela?

Z korytarza dobiegły odgłosy czyichś kroków, po czym drzwi się otworzyły, i pojawił się w nich inspektor Morton.

– Wszystko w porządku. Oto pański człowiek – rzekł Holmes.

Policjant wygłosił standardowe pouczenie.

– Aresztuję pana pod zarzutem zamordowania niejakiego Victora Savage’a – zakończył.

– I może pan jeszcze dodać do tego usiłowanie zamordowania niejakiego Sherlocka Holmesa – zauważył mój przyjaciel, chichocząc. – Aby oszczędzić fatygi schorowanemu człowiekowi, inspektorze, pan Culverton Smith był tak miły, by nadać umówiony sygnał, podkręcając lampę. Nawiasem mówiąc, aresztowany ma w prawej kieszeni płaszcza małą szkatułkę, którą radziłbym mu odebrać. Dziękuję bardzo. Na pańskim miejscu ostrożnie bym się z tym obchodził. Proszę ją położyć tam. Może odegrać pewną rolę podczas procesu.

Nagle usłyszałem jakieś poruszenie i odgłosy szamotaniny, a po chwili brzęk metalu i okrzyk bólu.

– Tylko zrobisz sobie krzywdę – powiedział inspektor. – Stój spokojnie. – Rozległo się kliknięcie zamykanych kajdanek.

– Niezła pułapka! – zawołał Smith wysokim, piskliwym głosem. – To TY trafisz do więzienia, nie ja, Holmes! Prosił mnie, abym tutaj przyszedł i go wyleczył. Zrobiło mi się go żal, więc przyszedłem. A teraz na pewno będzie wmawiał, że powiedziałem jakieś wymyślone przez niego rzeczy, które potwierdzają jego szaleńcze podejrzenia. Możesz łgać, ile ci się podoba, Holmes. Moje słowo jest równie dobre jak twoje.

– Wielkie nieba! – zawołał Sherlock. – Zupełnie o nim zapomniałem. Mój drogi Watsonie, jestem ci winien ogromne przeprosiny. Jak mogłem tak cię zostawić? Chyba nie muszę cię przedstawiać panu Culvertonowi Smithowi, bo jak rozumiem, spotkaliście się już wcześniej dziś wieczorem. Zostawił pan na dole dorożkę? Pójdę za panem, kiedy się tylko ubiorę, bo mogę się jeszcze na coś przydać na posterunku. Nigdy nie potrzebowałem tego bardziej – kontynuował mój przyjaciel, wychylając kieliszek bordo i posilając się herbatnikami w przerwach podczas ubierania. – Jednak, jak wiesz, mam niezbyt regularny sposób życia, więc takie wyrzeczenia oznaczały dla mnie dużo mniejsze poświęcenie niż dla większości ludzi. Bardzo ważnym było przekonać panią Hudson, że mój stan jest bardzo ciężki, ponieważ to ona miała przekazać wiadomość tobie, a ty z kolei jemu. Nie obrazisz się na mnie, prawda, Watsonie? Na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, że mimo wielu talentów aktorstwo nie jest, niestety, twoją mocną stroną. Gdybym zdradził ci mój sekret, nigdy nie byłbyś w stanie przekonać Smitha, że jego przyjście jest palącą koniecznością. A to był najistotniejszy punkt w całym planie. Znając jego mściwą naturę, byłem zupełnie przekonany, że zechce się tu zjawić i podziwiać swoje dzieło.

– Ale twój wygląd, Holmesie, twoja upiorna twarz?

– Trzy dni całkowitego postu nie poprawiają urody, Watsonie. A jeśli chodzi o resztę, to nie ma niczego, czego nie mogłaby zdziałać gąbka. Smarując czoło wazeliną, zakrapiając belladoną oczy, nakładając róż na kości policzkowe i suche grudki wosku pszczelego na usta, można uzyskać bardzo dobry efekt. Zastanawiałem się czasami, czy nie napisać monografii na temat symulowania różnych chorób. Rzucanie od czasu do czasu uwag o półkoronówkach, ostrygach czy jakichkolwiek innych sprawach nie związanych z tematem sprawia wrażenie maligny.

– Ale czemu nie pozwoliłeś mi do siebie podejść? Przecież w rzeczywistości nie było żadnej infekcji.

– Jak możesz o to pytać, mój drogi Watsonie? Wydaje ci się, że naprawdę nie szanuję twoich lekarskich zdolności? Czy wyobrażasz sobie, że z twoją zdrową oceną sytuacji uznałbyś za umierającego człowieka, który choć jest słaby, nie ma przyśpieszonego pulsu ani podwyższonej temperatury? Z odległości czterech jardów byłem w stanie cię zwodzić. Gdyby mi się to nie udało, kto by mi sprowadził tu Smitha? Nie, Watsonie, na twoim miejscu nie dotykałbym tej szkatułki. Jeśli spojrzysz na nią z boku, zobaczysz, skąd wyskakuje sprężyna, ostra niczym ząb żmii. Przypuszczam, że to właśnie dzięki takiemu urządzeniu biedny Savage, który stał temu potworowi na drodze do przejęcia majątku, stracił życie. Jednak, jak wiesz, otrzymuję bardzo różnorodną korespondencję i zawsze mam się na baczności, kiedy dostaję jakąś paczkę. Było dla mnie oczywistym, że udając, iż jego plan naprawdę się powiódł, mógłbym z zaskoczenia wyciągnąć z niego przyznanie się do winy. Tak więc zachowywałem wszelkie pozory, przeprowadzając to tak solidnie i rzetelnie, jak prawdziwy artysta. Musisz mi pomóc założyć płaszcz, Watsonie. Dziękuję. Myślę, że kiedy już załatwimy wszystkie sprawy na posterunku, całkiem na miejscu byłaby jakaś pożywna kolacja u Simpsona.

5 chodzi o małą czapeczkę zakładaną przez palaczy, by uchronić włosy przed przykrym zapachem dymu tytoniowego (przyp. tłum.)

Rozdział szósty

 

Zniknięcie lady Frances Carfax

 
 

– Ale dlaczego tureckie? – spytał Sherlock Holmes, wbijając wzrok w moje buty. Siedziałem wygodnie na krześle z trzcinowym oparciem, a moje wyciągnięte stopy przykuły jego wiecznie czujną uwagę.

– Angielskie – odparłem z pewnym zaskoczeniem. – Kupiłem je u Latimera na Oxford Street.

Holmes uśmiechnął się jak człowiek cierpliwy, ale znużony nieco brakiem polotu u swego rozmówcy.

– Łaźnie – powiedział. – Łaźnie. Czemu chcesz zażywać odprężających kąpieli w drogiej łaźni tureckiej, zamiast pozwolić, by dodała ci energii zwykła domowa kąpiel?

– Bo przez kilka ostatnich dni doskwierał mi reumatyzm, i poczułem się staro. Kąpiele w łaźni tureckiej są czymś, co w medycynie nazywamy środkiem zmieniającym nastrój. To początek, oczyszczenie całego organizmu. A tak nawiasem mówiąc, Holmesie – dodałem – nie wątpię, że związek pomiędzy moimi butami a łaźnią turecką jest dla kogoś logicznie myślącego całkowicie oczywisty, jednak byłbym ci bardzo zobowiązany, gdybyś mi go wyjaśnił.

– W tym przypadku tok rozumowania nie jest zbyt zawiły, Watsonie – odparł Holmes z łobuzerskim błyskiem w oku. – Należy do tych samych elementarnych podstaw dedukcji, które mógłbym ci zilustrować, pytając, z kim jechałeś dziś rano dorożką.

– Nie sądzę, żebyś mógł mi to wyjaśnić, kompletnie zmieniając temat – odparłem dość oschle.

– Brawo, Watsonie! Logiczny sprzeciw pełen godności. Ale zobaczmy... O co nam chodziło? Na początek weźmy tę drugą kwestię, dorożkę. Zauważ, że masz ochlapany lewy rękaw i lewe ramię płaszcza. Gdybyś siedział w dorożce pośrodku, prawdopodobnie nie byłbyś ubrudzony, a nawet gdybyś był, to z całą pewnością symetrycznie. Dlatego jest dla mnie oczywistym, że siedziałeś z boku, a co za tym idzie, również niewątpliwym to, że nie jechałeś sam.

– To całkowicie jasne.

– Absurdalnie banalne, prawda?

– Ale te buty i łaźnia turecka?

– To również dziecinnie proste. Masz nawyk wiązania butów w ten sam określony sposób. Tym razem widzę, że zawiązano je na bardzo wymyślną podwójną kokardę, czyli nie tak jak zwykle. A to oznacza, że je zdejmowałeś. Kto ci je zawiązał? Szewc? A może chłopak w łaźni? Jest raczej mało prawdopodobne, byś był u szewca, bo twoje buty są prawie nowe. Co nam w takim razie pozostaje? Łaźnia. Banalne, prawda? Ale przynajmniej ta łaźnia się do czegoś przydała. Mówiłeś, że poszedłeś tam, bo potrzebowałeś jakiejś odmiany. Pozwól, że ci jedną zasugeruję. Co byś powiedział na wyjazd do Lozanny, mój drogi Watsonie? Bilety pierwszej klasy i pokrycie wszystkich kosztów. Zaiste po królewsku.

– Cudownie! Ale dlaczego?

Holmes rozparł się wygodniej w fotelu i wyjął z kieszeni notes.

– To przedstawicielka jednego z najbardziej niebezpiecznych rodzajów na świecie – zaczął. – Wolna, jeżdżąca tu i tam, nie mająca przyjaciół kobieta. Często jest nieszkodliwa, a nawet pożyteczna dla innych śmiertelników; są jednak tacy, których nieuchronnie skłania do zbrodni. Jest bezbronna. Prowadzi wędrowny tryb życia. Ma dość środków, by podróżować z kraju do kraju, zatrzymując się w hotelach. Najczęściej jest zagubiona w labiryncie rozmaitych pensjonatów i kwater. Jest niczym zbłąkany kurczak w świecie pełnym lisów. Kiedy ktoś ją połknie, nikt nawet nie zauważy, że jej brakuje. Obawiam się, że lady Frances Carfax przytrafiło się coś złego.

Odczułem ulgę, gdy tak nagle przeszedł od ogółu do konkretu. Holmes zajrzał do swoich notatek.

– Lady Frances – ciągnął dalej – jest jedyną żyjącą osobą z najbliższej rodziny zmarłego hrabiego Rufton. Jak sobie zapewne przypominasz, majątki ziemskie były dziedziczone po mieczu. Została z ograniczonymi środkami, jednak przypadła jej w udziale bardzo wyjątkowa stara hiszpańska biżuteria, srebro z ciekawie oszlifowanymi brylantami. Była bardzo przywiązana do tych klejnotów. Zbyt przywiązana, nie chciała ich zostawić w depozycie swego banku i zawsze woziła je ze sobą. Lady Frances to dość żałosna postać. Jest ładną kobietą w średnim wieku, obdarzoną nieprzemijającą urodą. A jednak za sprawą dziwnego przypadku to tylko nędzne odbicie kobiety, która zaledwie dwadzieścia lat temu postrzegana była jako niezwykła piękność.

– A co się jej przytrafiło?

– Otóż, właśnie. Co się przytrafiło lady Frances? Żyje czy nie? To jest zagadka, którą musimy rozwikłać. Ta kobieta ma swoje nawyki. Od czterech lat regularnie co dwa tygodnie pisywała do panny Dobney, swej byłej guwernantki, która dawno już przeszła na emeryturę i mieszka w Camberwell. To właśnie panna Dobney poprosiła mnie o radę. Minęło prawie pięć tygodni, a ona nie dostała ani słowa. Ostatni list przyszedł z hotelu „National” w Lozannie. Wszystko wskazuje na to, że lady Frances wyjechała stamtąd i nie podała kolejnego adresu. Jej rodzina się niepokoi, a ponieważ jest bardzo bogata, nie zamierza szczędzić kosztów, by wyjaśnić tę sprawę.

– Czy panna Dobney jest jedynym źródłem informacji? Lady Frances na pewno koresponduje jeszcze z innymi ludźmi.

– Jest ktoś, z kim na pewno musi korespondować, Watsonie. To jej bankier. Samotne damy muszą z czegoś żyć, a ich książeczki czekowe są niczym specyficzne pamiętniki. Pieniądze trzyma w banku Silvester’s. Przejrzałem jej konto. Przedostatni czek opiewał na ogromną sumę. Po opłaceniu rachunku hotelowego w Lozannie prawdopodobnie zostało jej jeszcze sporo gotówki. Od tamtego czasu wystawiła tylko jeden czek.

– Na kogo i gdzie?

– Na pannę Marie Devine. Nic nie wskazuje na to, gdzie go wystawiono, natomiast został zrealizowany w banku Credit Lyonnais w Montpellier niecałe trzy tygodnie temu. Opiewał na pięćdziesiąt funtów.

– A kim jest panna Marie Devine?

– To również udało mi się ustalić. Panna Devine była służącą lady Frances Carfax. Jak do tej pory nie wiemy, dlaczego zapłaciła jej czekiem. Nie wątpię jednak, że twoje dociekania wkrótce wyjaśnią tę kwestię.

– MOJE dociekania?!

– Stąd ta zdrowotna wycieczka do Lozanny. Wiesz przecież, że nie mogę wyjechać z Londynu, póki życiu starego Abrahamsa grozi tak wielkie niebezpieczeństwo. Poza tym w ogóle nie powinienem opuszczać kraju. Scotland Yard czuje się beze mnie samotny, a ponadto moja nieobecność budzi niezdrowe ożywienie wśród przestępców. A więc jedź, mój drogi Watsonie, i jeśli moje skromne rady mogą być warte tak wygórowanej ceny jak dwa pensy za słowo, będą one do twojej dyspozycji we dnie i w nocy na drugim końcu drutu telegraficznego łączącego Anglię z kontynentem.

Dwa dni później byłem już w hotelu „National” w Lozannie, gdzie zostałem bardzo gościnnie przyjęty przez słynnego dyrektora monsieur Mosera. Poinformował mnie, że lady Frances mieszkała u niego w hotelu przez kilka tygodni. Wszyscy, z którymi się spotykała, bardzo ją polubili. Miała nie więcej niż czterdzieści lat. Wciąż była bardzo ładna, i wszystko świadczyło o tym, że w młodości musiała być niezwykle urodziwą kobietą. Monsieur Moser nie wiedział nic na temat jej cennej biżuterii, jednak pokojówki i służące zauważyły, że w sypialni damy stał zawsze starannie zamknięty ciężki kufer. Służącą Marie Devine wszyscy równie dobrze znali jak jej panią. Aktualnie była zaręczona z jednym z głównych kelnerów pracujących w hotelu, i nie było żadnych problemów z uzyskaniem jej adresu. Mieszkała w Montpellier przy Rue de Trajan pod numerem 11. Zanotowałem wszystkie informacje z poczuciem, że nawet Holmes nie mógłby zręczniej zebrać faktów dotyczących sprawy.

Tylko z jednym wciąż nie dawałem sobie rady. W żaden sposób nie potrafiłem rzucić światła na to, dlaczego lady Frances tak nagle wyjechała. W Lozannie była bardzo szczęśliwa. Wszyscy byli przekonani, że zamierzała pozostać w swych luksusowych pokojach z widokiem na jezioro przez cały sezon. A jednak wyjechała, informując o tym zaledwie dzień wcześniej, co wiązało się z bezsensowną koniecznością dokonania opłaty za cały tydzień. Tylko Jules Vibart, ukochany jej służącej, był w stanie podsunąć mi jakiekolwiek wyjaśnienie. Nagły wyjazd lady Frances wiązał z faktem, że jeden czy dwa dni wcześniej złożył jej w hotelu wizytę jakiś wysoki smagły mężczyzna z brodą. „Un sauvage, un veritable sauvage!” – wołał Jules Vibart. Człowiek ten wynajmował kwaterę gdzieś w mieście. Widziano go, jak prowadził poważną rozmowę z madame na promenadzie nad jeziorem. Potem przyszedł do niej z wizytą, nie miała jednak ochoty się z nim spotkać. Był Anglikiem, ale nikt nie znał jego nazwiska. Zaraz potem madame wyjechała. Oboje, Jules Vibart i – co istotniejsze – jego ukochana, uważali, że ta wizyta i wyjazd damy były ze sobą bezpośrednio powiązane. Tylko o jednej rzeczy Jules nie mówił. Był nią powód, dla którego Marie opuściła swoją panią. Na ten temat nie mógł lub nie chciał niczego powiedzieć. Jeśli zamierzałem się tego dowiedzieć, musiałem pojechać do Montpellier i zapytać o to ją samą.

W ten sposób dobiegł końca pierwszy rozdział mojego śledztwa. Drugi dotyczył miejsca, do którego lady Frances Carfax udała się po opuszczeniu Lozanny. Było ono najwyraźniej owiane tajemnicą, co potwierdzało podejrzenie, że udała się tam po to, żeby zmylić trop i umknąć temu, kto ją śledził. W przeciwnym razie dlaczego jej bagaż nie miałby zostać otwarcie wysłany do Baden? Zarówno ona, jak i jej rzeczy dotarły do kurortu nad Renem jakąś okrężną drogą. Tyle udało mi się dowiedzieć od kierownika miejscowego biura Cooka. Pojechałem więc do Baden, przesławszy uprzednio Holmesowi telegram z relacją o wszystkich moich poczynaniach i otrzymawszy od niego odpowiedź pełną na wpół żartobliwych pochwał.

W Baden nietrudno było podążać za tropem lady Frances. Przez dwa tygodnie mieszkała w Englischer Hof. Wówczas poznała doktora Shlessingera i jego żonę, misjonarzy z Ameryki Południowej. Podobnie jak większość samotnych kobiet lady Frances znajdowała pocieszenie i zajęcie w religii. Ogromne wrażenie wywarła na niej osobowość doktora Shlessingera, jego żarliwe oddanie dla wiary oraz fakt, że dochodził właśnie do siebie po chorobie, którą zaraził się, wypełniając swe misjonarskie obowiązki. Pomagała pani Shlessinger pielęgnować tego powracającego do zdrowia „świętego”. Jak opowiadał mi kierownik, spędzał on dni na leżaku rozłożonym na werandzie, z usługującymi mu damami po obu stronach. Opracowywał mapę Ziemi Świętej, ze szczególnym uwzględnieniem królestwa Madianitów, o którym pisał monografię. Gdy wreszcie stan jego zdrowia znacznie się poprawił, wrócił wraz z żoną do Londynu, a lady Frances pojechała z nimi. Działo się to zaledwie trzy tygodnie temu. Od tego czasu kierownik nic więcej o nich nie słyszał. Jeśli zaś chodzi o służącą Marie, odeszła kilka dni wcześniej, zalana łzami, poinformowawszy inne służące i pokojówki, że na zawsze opuszcza lady Carfax. Przed wyjazdem doktor Shlessinger zapłacił rachunek za wszystkich.

– Nawiasem mówiąc – rzekł, podsumowując, kierownik – nie jest pan jedynym przyjacielem lady Frances Carfax, który o nią dopytuje. Zaledwie tydzień temu zjawił się tutaj pewien mężczyzna dokładnie w tej samej sprawie.

– Podał nazwisko? – spytałem.

– Nie, ale był Anglikiem, choć dość niezwykłym z wyglądu.

– Nieokrzesany typ? – spytałem, kojarząc fakty w taki sposób, jak zrobiłby to mój wybitny przyjaciel.

– Właśnie, to świetnie określa jego wygląd: potężny i opalony, bardziej pasowałby ze swoją brodą do wiejskiej karczmy niż do eleganckiego hotelu. Twardy gwałtowny człowiek, takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Nie miałbym ochoty wejść mu w drogę.

Cała tajemnica zaczęła nabierać wyraźniejszych kształtów, tak jakby unosiła się spowijająca ją mgła. Mieliśmy więc tę dobrą i pobożną damę, którą ścigał jakiś złowrogi nieustępliwy mężczyzna. Musiała się go bać, bo w przeciwnym razie nie uciekłaby z Lozanny. Pojechał za nią. Prędzej czy później ją doścignie. A może już ją doścignął? Czy na tym właśnie polegał sekret jej długiego milczenia? Czy ci dobrzy ludzie, w których towarzystwie podróżowała, nie zdołali uchronić jej przed przemocą czy szantażem ze strony tego Anglika? Jakiż straszliwy cel, jaki niewiarygodny plan krył się za tym jego pościgiem? To był właśnie problem, który musiałem rozwiązać.

Napisałem do Holmesa, informując go, jak szybko i konsekwentnie dotarłem do samego sedna sprawy. W odpowiedzi dostałem telegram, w którym prosił mnie, bym opisał lewe ucho doktora Shlessingera. Poczucie humoru Holmesa jest dość dziwne i czasem nawet obraźliwe, nie zwróciłem więc uwagi na jego kiepski dowcip. Do tego czasu dotarłem już zresztą do Montpellier w poszukiwaniu służącej Marie.

Nie miałem żadnych problemów z odnalezieniem dziewczyny, od której dowiedziałem się o wszystkim, co była mi w stanie powiedzieć. Ta pełna oddania istota opuściła swoją panią tylko dlatego, że była pewna, iż ta znalazła się w dobrych rękach. Ponadto rozstanie było tak czy inaczej nieuniknione ze względu na jej zbliżające się zamążpójście. Wyznała mi ze smutkiem, że podczas pobytu w Baden jej pani była rozdrażniona, miała zły nastrój, a nawet raz ją wypytywała, tak jakby o coś podejrzewała. To właśnie sprawiło, że rozstanie przyszło Marie łatwiej, niż miałoby to miejsce w innych okolicznościach. Lady Frances podarowała jej pięćdziesiąt funtów w prezencie ślubnym. Podobnie jak ja Marie była bardzo podejrzliwa wobec tego nieznajomego, którego przybycie przyczyniło się do wyjazdu jej pani z Lozanny. Widziała na własne oczy, jak gwałtownie złapał damę za rękę na publicznej promenadzie nad jeziorem. Był dzikim i straszliwym człowiekiem. Marie nie kryła przekonania, że to właśnie ze strachu przed nim lady Frances zgodziła się, by państwo Shlessinger towarzyszyli jej w drodze do Londynu. Nigdy nie rozmawiała o tym z Marie, ale wiele drobnych oznak przekonało służącą, że jej pani żyła w stanie nieustannego lęku. Doszła do tego miejsca w swej opowieści, kiedy nagle zerwała się z krzesła, a na jej twarzy pojawił się grymas zaskoczenia i strachu.

– Proszę spojrzeć! – zawołała. – Ten szubrawiec nadal podąża jej tropem! To jest właśnie ten człowiek, o którym panu mówiłam!

Przez otwarte okno salonu ujrzałem potężnego smagłego mężczyznę z krzaczastą czarną brodą, idącego powoli środkiem ulicy i przypatrującego się intensywnie numerom domów. Było dla mnie jasnym, że podobnie jak ja próbował odnaleźć służącą. Pod wpływem impulsu wybiegłem na zewnątrz i zaczepiłem go.

– Jest pan Anglikiem – powiedziałem.

– I co z tego? – odparł z wyjątkowo paskudnym grymasem.

– Mogę spytać, jak się pan nazywa?

– Nie, nie może pan – odparł stanowczo.

Sytuacja była niezręczna, ale najbardziej bezpośredni sposób jest często najlepszy.

– Gdzie jest lady Frances Carfax? – spytałem.

Spojrzał na mnie osłupiały.

– Co pan z nią zrobił? Czemu ją pan śledził? Proszę mi natychmiast odpowiedzieć! – zawołałem.

Jegomość wydał z siebie gniewny ryk i skoczył na mnie jak tygrys. Dobrze sobie radziłem podczas wielu walk, ale ten człowiek miał żelazny uścisk i siłę diabła. Zacisnął rękę na moim gardle, i byłem już bliski utraty przytomności, gdy jakiś nieogolony francuski ouvrier w niebieskiej koszuli wypadł z cabaret naprzeciwko z pałką w ręku. Z całych sił walnął nią napastnika w przedramię. Ten puścił mnie. Przez chwilę stał nade mną, dysząc wściekle, najwyraźniej zastanawiając się, czy nie ponowić ataku. Potem z gniewnym warknięciem zostawił mnie leżącego na ziemi i wszedł do domu, z którego dopiero co wyszedłem. Zwróciłem się do mojego wybawcy, stojącego tuż przy mnie na drodze, aby mu podziękować.

– Cóż, Watsonie – powiedział – pięknego bałaganu nam narobiłeś. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli wrócisz ze mną do Londynu nocnym ekspresem.

Godzinę później Sherlock Holmes, ubrany jak zwykle, siedział razem ze mną w moim pokoju w hotelu. Wyjaśnienie tego, w jaki sposób tak nagle i szczęśliwie dla mnie się zjawił, było banalnie proste. Dowiedziawszy się, że może wyjechać z Londynu, postanowił przeciąć mi drogę w kolejnym punkcie mej podróży. Przebrany za robotnika siedział w cabaret, czekając, aż się pojawię.

– Przeprowadziłeś wyjątkowo spójne i konsekwentne śledztwo, mój drogi Watsonie – powiedział. – W tej chwili nie przychodzi mi do głowy żaden błąd, którego byś nie popełnił. Całkowity efekt twoich poczynań jest taki, że ostrzegłeś wszystkich wokół, niczego przy tym nie odkrywając.

– Może tobie wcale nie poszłoby lepiej – odparłem urażony.

– Tutaj nie ma miejsca na „może”. Mnie POSZŁO lepiej. Oto szanowny Philip Green, który tak jak i ty mieszka w tym hotelu. Możemy uznać go za punkt wyjścia do bardziej udanego śledztwa.

Przyniesiono nam wizytówkę na tacy, a po chwili zjawił się ten sam brodaty łotr, który zaatakował mnie na ulicy. Wzdrygnął się na mój widok.

– Co to ma znaczyć, panie Holmes? – spytał. – Dostałem pański list i przyszedłem do pana. Ale co ten człowiek ma wspólnego ze sprawą?

– To mój stary przyjaciel i pomocnik, doktor Watson. Pomaga nam w rozwiązaniu tej zagadki.

Nieznajomy wyciągnął swoją wielką opaloną dłoń, mrucząc pod nosem słowa przeprosin.

– Mam nadzieję, że nie zrobiłem panu krzywdy. Kiedy mnie pan oskarżył, że coś jej zrobiłem, straciłem panowanie nad sobą. Doprawdy, w ostatnim czasie nie zachowuję się zbyt odpowiedzialnie. Moje nerwy napięte są do granic wytrzymałości. Ale ta sytuacja mnie przerasta. Przede wszystkim, panie Holmes, chciałbym się dowiedzieć, jak u diabła w ogóle dowiedział się pan o moim istnieniu?

– Jestem w kontakcie z panną Dobney, guwernantką lady Frances.

– Stara Susan Dobney w tym swoim czepku na głowie! Doskonale ją pamiętam.

– A ona pamięta pana. Jeszcze z czasów, zanim... Zanim uznał pan, że lepiej panu będzie w Afryce Południowej.

– Aha, widzę, że zna pan całą moją historię. Nie muszę nic przed panem ukrywać. Przysięgam, panie Holmes, nigdy nie było na świecie mężczyzny, który bardziej by kochał jakąś kobietę niż ja Frances. Byłem dzikim, nieokrzesanym młodzieńcem, wiem o tym, ale nie gorszym niż inni z mojego otoczenia. Jednak jej umysł był czysty niczym śnieg. Nie potrafiła znieść choćby cienia prostactwa. Tak więc kiedy usłyszała o tym, co zrobiłem, nie miała mi już nic więcej do powiedzenia. A jednak mnie kochała. To jest w tym wszystkim najdziwniejsze! Kochała mnie do tego stopnia, że pozostała samotna, spędzając dni niczym jakaś święta tylko i wyłącznie z mojego powodu. Minęło wiele lat, ja dorobiłem się w Barberton fortuny i pomyślałem, że być może uda mi się ją odnaleźć i poruszyć jej serce. Słyszałem, że nie wyszła za mąż. Odnalazłem ją w Lozannie i próbowałem wszystkiego, co tylko mi przyszło do głowy. Myślę, że jej opór osłabł, ma jednak bardzo silną wolę, i gdy następnym razem przyszedłem ją odwiedzić, okazało się, że opuściła już miasto. Pojechałem za nią do Baden, a po jakimś czasie usłyszałem, że znajduje się tam jej służąca. Jestem nieokrzesanym twardym człowiekiem, bo takie miałem życie, i kiedy doktor Watson tak się do mnie odezwał, na chwilę straciłem panowanie nad sobą. Ale na miłość boską, niech mi pan powie, co się stało z lady Frances!

– Tego właśnie próbujemy się dowiedzieć – odparł Holmes z jakąś dziwną powagą w głosie. – Jaki jest pański adres w Londynie, panie Green?

– Listy do mnie dotrą pod adresem hotelu „Langham”.

– W takim razie radziłbym panu, żeby tam wrócił i był pod ręką na wypadek, gdybym go potrzebował. Nie chcę wzbudzać fałszywych nadziei, może pan jednak być spokojny, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby zapewnić lady Frances bezpieczeństwo. W tej chwili nie mogę panu powiedzieć niczego więcej. Zostawię tę wizytówkę, żeby pan mógł się z nami kontaktować. A teraz, Watsonie, spakuj, proszę, swoją torbę, a ja wyślę pani Hudson telegram, żeby jutro na siódmą trzydzieści postarała się przygotować coś dobrego dla dwóch głodnych podróżnych.

Gdy dotarliśmy na Baker Street, czekał na nas telegram. Holmes odczytał go z ogromnym zainteresowaniem, po czym podał mnie. Telegram nadany z Baden zawierał trzy słowa: „Poszarpane albo naderwane”.

– Co to znaczy? – spytałem.

– Wszystko – odparł Holmes. – Może pamiętasz moje pozornie nieistotne pytanie o kształt lewego ucha tego duchownego? Nie odpowiedziałeś na nie.

– Wyjechałem już z Baden i nie mogłem się tego dowiedzieć.

– Z tego właśnie powodu wysłałem duplikat depeszy do kierownika Englischer Hof. A to jego odpowiedź.

– I o czym to świadczy?

– O tym, mój drogi Watsonie, że mamy do czynienia z wyjątkowo przebiegłym i niebezpiecznym człowiekiem. Ten wielebny dr Shlessinger, misjonarz z Ameryki Południowej, jest w rzeczywistości Holym Petersem, jednym z największych, pozbawionych skrupułów łotrów, jakich wydała Australia, a jak na tak młody kraj jest ojczyzną paru naprawdę wyjątkowych drani. Jego specjalność to zwodzenie samotnych dam: czyni to, grając na ich uczuciach religijnych, a ta jego niby-żona, Angielka o nazwisku Frazer, jest jego nie mniej niebezpieczną wspólniczką. Domyśliłem się tożsamości „wielebnego” na podstawie stosowanej przez niego taktyki, a ten znak szczególny (bo został dotkliwie pobity w 1889 roku podczas bójki w barze w Adelajdzie) potwierdził moje podejrzenia. Biedna lady znalazła się w rękach wyjątkowo perfidnej pary, która nie cofnie się przed niczym. Bardzo możliwe, że już nie żyje. Jeśli jeszcze tak się nie stało, to jest już niewątpliwie gdzieś uwięziona i dlatego nie może napisać do pani Dobney ani do innych przyjaciół. Można przypuszczać, że nigdy nie dotarła do Londynu lub że tylko przez niego przejechała i pojechała dalej. Jednak ta pierwsza ewentualność wydaje się nieprawdopodobna, bo biorąc pod uwagę graniczny system rejestracyjny na kontynencie, cudzoziemcom niełatwo jest oszukać miejscową policję. Druga możliwość również jest mało prawdopodobna, ponieważ ta zbrodnicza para raczej nie mogła liczyć na to, że uda jej się znaleźć jakieś inne miejsce, gdzie będzie równie łatwo kogoś więzić. Mój instynkt podpowiada mi, że lady Frances jest w Londynie, jednak ponieważ na chwilę obecną nie mamy sposobu, by dowiedzieć się gdzie, możemy tylko podjąć rutynowe kroki, zjeść kolację i uzbroić się w cierpliwość. Później wieczorem zamierzam się przejść do Scotland Yardu i zamienić parę słów z naszym przyjacielem Lestrade’em.

Jednak ani policja, ani mała, lecz wyjątkowo skuteczna, grupa dochodzeniowa Holmesa nie zdołały wyjaśnić tej tajemnicy. Trzy osoby zniknęły w wielomilionowym mieście, jakby nigdy nie istniały. Dawaliśmy ogłoszenia w gazetach, ale i to nie pomogło. Podążaliśmy w trop za nimi, wszakże donikąd to nas nie doprowadziło. Obserwowaliśmy wszystkie znane miejsca spotkań przestępców, w których mógł się pojawić Shlessinger. Śledziliśmy jego dawnych wspólników, jednak z żadnym się nie kontaktował. A potem nagle, po tygodniu błądzenia i bezradności, pojawiło się światełko w tunelu. Srebrny wisiorek z brylantem starej hiszpańskiej roboty został oddany w zastaw u Bovingtona przy Westminster Road. Człowiek, który go przyniósł, był olbrzymim, gładko ogolonym mężczyzną o wyglądzie duchownego. Podane przez niego nazwisko i adres były oczywiście fałszywe. Właściciel lombardu nie zwrócił uwagi na jego ucho, ale rysopis z całą pewnością pasował do Shlessingera.

Nasz brodaty przyjaciel z Langham trzykrotnie przychodził do nas, by się czegoś dowiedzieć. Za trzecim razem zjawił się w niecałą godzinę po tym, kiedy dowiedzieliśmy się o zastawieniu klejnotu. Ubrania zwisały coraz luźniej na jego potężnym ciele. Sprawiał wrażenie, jakby marniał z niepokoju. „Gdyby tylko dał mi pan coś do roboty!” – nieustannie narzekał. I wreszcie Holmes znalazł dla niego zadanie.

– Zaczął oddawać w zastaw klejnoty. Teraz go dostaniemy.

– Ale czy to znaczy, że lady Frances stała się jakaś krzywda?

Holmes bardzo poważnie potrząsnął głową.

– Nawet zakładając, że do tej pory ją więzili, jest oczywistym, że nie mogą jej wypuścić, nie sprowadzając na siebie zguby. Musimy przygotować się na najgorsze.

– Co mogę zrobić?

– Ci ludzie nie znają pana z widzenia?

– Nie.

– Możliwe, że on pójdzie do jakiegoś innego lombardu. W takiej sytuacji będziemy musieli zaczynać od nowa. Z drugiej strony, tam dostał dobrą cenę, i nikt nie zadawał pytań, więc jeśli będzie pilnie potrzebował pieniędzy, prawdopodobnie wróci do Bovingtona. Napiszę list do właściciela lombardu, a tam pozwolą panu czekać w sklepie. Jeśli zjawi się ten człowiek, będzie go pan śledził aż do jego kryjówki. Ale proszę zachowywać się bardzo dyskretnie. I przede wszystkim żadnej przemocy! Proszę dać mi słowo honoru, że nie podejmie pan żadnych kroków bez mojej wiedzy i zgody.

Przez dwa dni Philip Green (wspomnę w tym miejscu, że był on synem słynnego admirała Greena, który podczas wojny krymskiej dowodził flotą na Morzu Azowskim) nie dawał znaku życia. Jednak wieczorem trzeciego dnia wbiegł do naszego salonu blady i roztrzęsiony, a każdy mięsień jego potężnego ciała drżał z podniecenia.

– Mamy go! Mamy go! – zawołał.

Był tak podekscytowany, że nie mógł sensownie się wysłowić. Holmes uspokajał go, skłaniając jednocześnie, by usiadł w fotelu.

– Spokojnie, spokojnie... Proszę nam opowiedzieć po kolei, co się wydarzyło.

– Niecałą godzinę temu zjawiła się kobieta, chyba jego żona, która przyniosła wisiorek, bardzo podobny do poprzedniego. Była wysoka i blada, a oczy miała takie jak fretka.

– Tak, to ona – rzekł Holmes.

– Wyszła z lombardu, a ja poszedłem za nią. Ruszyła Kennington Road, ja trzymałem się z tyłu. Po chwili weszła do jakiegoś biura. Panie Holmes, to był zakład pogrzebowy.

Mój towarzysz się wzdrygnął.

– I co? – spytał ożywionym głosem, świadczącym o tym, że mimo zewnętrznych oznak opanowania wewnątrz krył się ognisty temperament.

– Rozmawiała z kobietą stojącą za ladą. Ja również wszedłem do środka. „Jest późno” – powiedziała. Pracownica zakładu pogrzebowego próbowała się usprawiedliwiać. „Dawno już powinna tu być – odparła. – Zajęło nam to więcej czasu, bo była dość nietypowa”. Wtedy obie przerwały i spojrzały na mnie, więc zadałem parę pytań i wyszedłem.

– Doskonale sobie pan poradził. Co się stało później?

– Ja ukryłem się w bramie, a kobieta po chwili wyszła z zakładu. Myślę, że wzbudziłem w niej podejrzenia, bo rozglądała się dookoła. Potem zatrzymała dorożkę i wsiadła do niej. Miałem szczęście, bo udało mi się zatrzymać kolejną dorożkę; pojechałem za nią. Wysiadła w Brixton przy Poultney Square 16. Przejechałem nieco dalej, kazałem dorożkarzowi zatrzymać się na rogu placu, wysiadłem i zacząłem obserwować dom.

– Widział pan kogoś?

– We wszystkich oknach było ciemno, z wyjątkiem jednego na parterze. Było zasłonięte, więc nie mogłem zajrzeć do środka. Stałem tam, zastanawiając się, co mam teraz robić, kiedy zajechał kryty powóz, w którym siedziało dwóch mężczyzn. Wysiedli, wyjęli coś z powozu i wnieśli to po schodach przez drzwi. Panie Holmes, to była trumna.

– Och!

– Mało brakowało, a wtargnąłbym do środka. Drzwi się otworzyły, żeby mężczyźni mogli wejść i wnieść trumnę, a ja zobaczyłem tę samą kobietę. Kiedy tam stałem, ona musiała mnie zauważyć, i wydaje mi się, że mnie rozpoznała, bo wzdrygnęła się i szybko zamknęła drzwi. Pamiętałem jednak o tym, co panu obiecałem, więc jestem.

– Doskonale pan sobie poradził – rzekł Holmes, bazgrząc coś na kartce papieru. – Legalnie niczego nie jesteśmy w stanie zrobić bez nakazu, pan przysłuży się sprawie najlepiej, gdy zaniesie ten list na policję i uzyska taki nakaz. Mogą powstać pewne trudności, myślę jednak, że sprzedaż biżuterii będzie dostatecznym powodem. Lestrade zatroszczy się o wszystkie szczegóły.

– Ale w tym czasie ją zamordują! O czym świadczy ta trumna, panie Holmes? I dla kogo mogła być przeznaczona, jeśli nie dla niej?

– Zrobimy wszystko, co w ludzkiej mocy, panie Green. Nie stracimy ani chwili. Proszę nam to pozostawić. A teraz, Watsonie – dodał, kiedy nasz klient pośpiesznie wyszedł – on sprowadzi na miejsce policję, a my, siły ochotnicze, jak zwykle musimy działać po swojemu. Sytuacja wydaje się tak dramatyczna, że usprawiedliwione są nawet najbardziej skrajne działania. Ruszajmy natychmiast! Jedziemy na Poultney Square!

– Spróbujmy zrekonstruować sytuację – powiedział, gdy dorożka szybko minęła parlament i przejeżdżała przez Westminster Bridge. – Ta para łotrów zwabiła nieszczęsną kobietę do Londynu, odsuwając ją najpierw od wiernej służącej. Jeśli pisała jakieś listy, wszystkie zostały przechwycone. Przy pomocy wspólnika wynajęli urządzony dom. Gdy się już w nim znaleźli, uwięzili ją i zabrali kosztowną biżuterię, która od początku było ich celem. Zaczęli już ją częściowo wyprzedawać, co wydawało się im dość bezpieczne, ponieważ nie mieli powodu, by sądzić, że ktoś się interesuje losem tej damy. Gdyby ją wypuścili, oczywiście, zgłosiłaby sprawę na policję, dlatego nie mogą do tego dopuścić. Ale nie mogą jej też wiecznie trzymać pod kluczem. Tak więc morderstwo wydaje się jedynym rozwiązaniem.

– Te rozważania nie są pozbawione logiki.

– A teraz proponuję inny tok rozumowania. Gdy prześledzisz obydwa, Watsonie, znajdziesz taki punkt, w którym one się przecinają. Ten punkt powinien odpowiadać prawdzie. Teraz zaczniemy nie od naszej lady, lecz od trumny, i będziemy odtwarzali postępowanie wstecz. Obawiam się, że ten incydent niewątpliwie dowodzi, iż lady nie żyje. Wskazuje na to również oficjalny, legalnie organizowany pogrzeb, któremu towarzyszy przedstawienie stosownego aktu zgonu. Gdyby lady została zamordowana, zakopaliby ją po prostu w ogródku na tyłach domu. Tutaj jednak wszystko odbywa się jawnie i oficjalnie. Co to oznacza? Zapewne zabili ją w jakiś sposób, który zwiódł lekarza i symulował śmierć z przyczyn naturalnych. Być może ją otruli. A z drugiej strony, jakie to dziwne, że w ogóle pozwolili zbliżyć się do niej lekarzowi! Chyba że był ich wspólnikiem, ale to raczej mało prawdopodobne.

– Ale mogli sfałszować akt zgonu?

– To niebezpieczne, Watsonie. Bardzo niebezpieczne. Nie. Wątpię, by to zrobili. Stój, dorożkarzu! To jest zapewne ten zakład pogrzebowy, bo już minęliśmy lombard. Wszedłbyś do środka, Watsonie? Twój wygląd budzi zaufanie. Spytaj, o której jest jutro pogrzeb przy Poultney Square.

Kobieta z zakładu pogrzebowego odpowiedziała bez wahania, że pogrzeb ma się odbyć o ósmej rano.

– Widzisz, Watsonie! Żadnych tajemnic. Wszystko jawnie! W jakiś sposób załatwili wszystkie formalności prawne i sądzą, że mają niewiele powodów do obaw. Cóż, w tej chwili nie pozostaje nam nic prócz bezpośredniego frontalnego ataku. Masz broń?

– Mam laskę!

– No cóż, jakoś będziemy musieli sobie z nimi poradzić. Po trzykroć jest uzbrojonym ten, kto walczy w słusznej sprawie. Po prostu nie możemy czekać, aż zjawi się policja. Musimy złamać prawo. Może pan już jechać, dorożkarzu. A teraz, Watsonie, spróbujmy razem szczęścia, tak jak robiliśmy to już nieraz w przeszłości!

Zadzwoniliśmy głośno do drzwi wielkiego ciemnego domu stojącego pośrodku Poultney Square. Drzwi natychmiast się otworzyły, i na tle przyćmionego światła w holu pojawiła się postać wysokiej kobiety.

– Tak? O co chodzi? – spytała ostro, przypatrując się nam w ciemności.

– Chciałbym porozmawiać z doktorem Shlessingerem – rzekł Holmes.

– Nikt taki tu nie mieszka – powiedziała i spróbowała zamknąć drzwi, lecz Holmes zdążył zablokować je stopą.

– W takim razie chcę się zobaczyć z mężczyzną, który tu mieszka, niezależnie od tego, jak się nazywa – rzekł stanowczo Holmes.

Zawahała się, potem otworzyła drzwi na całą szerokość.

– Dobrze, proszę wejść – powiedziała. – Mój mąż nie boi się stawić czoła żadnemu człowiekowi na świecie.

Zamknęła za nami drzwi i wprowadziła nas do salonu po prawej stronie holu, po czym podkręciła lampę gazową.

– Pan Peters zaraz do panów przyjdzie – powiedziała i wyszła.

I była to prawda w dosłownym sensie, bo ledwie rozejrzeliśmy się po pokoju, którego ściany obite były zakurzonym, przeżartym przez mole materiałem, gdy drzwi się otworzyły i do środka wszedł lekkim krokiem potężny łysy mężczyzna. Był gładko ogolony, miał wielką czerwoną twarz, obwisłe policzki i na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie życzliwego. Psuły go tylko wąskie zacięte usta.

– Na pewno doszło do jakiejś pomyłki, panowie – rzekł przymilnym beztroskim głosem. – Obawiam się, że ktoś wprowadził panów w błąd. Gdybyście, panowie, spróbowali poszukać dalej w dół ulicy...

– To wystarczy. Nie mamy czasu do stracenia – rzekł stanowczo mój towarzysz. – Jest pan Henrym Petersem z Adelajdy, który ostatnio podawał się za wielebnego doktora Shlessingera z Baden i Ameryki Południowej. Jestem tego równie pewien jak tego, że nazywam się Sherlock Holmes.

Peters, bo tak go teraz będę nazywać, wzdrygnął się i wbił spojrzenie w swego rozmówcę.

– Pańskie nazwisko mnie nie przeraża, panie Holmes – rzekł chłodno. – Kiedy człowiek ma czyste sumienie, nie sposób go niczym zastraszyć. Czego pan szuka w moim domu?

– Chcę wiedzieć, co pan zrobił z lady Frances Carfax, którą przywiózł pan tutaj ze sobą z Baden.

– Bardzo bym się ucieszył, gdyby mi pan powiedział, gdzie lady może w tej chwili przebywać – odparł chłodno Peters. – Zostawiła mi do zapłacenia rachunek na prawie sto funtów i nie dała nic na jego pokrycie poza paroma tandetnymi wisiorkami, na które w lombardzie nie chcą nawet spojrzeć. Przyłączyła się do mnie i do pani Peters w Baden (to fakt, że wówczas używałem innego nazwiska) i trzymała się nas aż do chwili, gdy przybyliśmy do Londynu. Opłaciłem jej rachunek w hotelu i kupiłem jej bilet. Kiedy już tu dotarliśmy, znikła bez słowa, i jak już wspomniałem, zostawiła tę staroświecką biżuterię na pokrycie długu. Jeśli pan ją znajdzie, panie Holmes, będę mu bardzo zobowiązany.

– Zamierzam ją znaleźć – rzekł Sherlock Holmes. – Będę tak długo przeszukiwał ten dom, dopóki jej nie znajdę.

– A gdzie pański nakaz?

Holmes wysunął rewolwer z kieszeni.

– Taki będzie musiał wystarczyć, póki nie przybędzie lepszy.

– Wobec tego jest pan pospolitym włamywaczem.

– Może mnie pan tak określić – rzekł wesoło Holmes. – Mój towarzysz również jest niebezpiecznym łotrem. A teraz razem przeszukamy ten dom.

Nasz przeciwnik otworzył drzwi.

– Sprowadź policję, Annie! – zawołał. Sukienka kobiety śmignęła w korytarzu, drzwi holu otworzyły się i zamknęły.

– Mamy mało czasu, Watsonie – rzekł Holmes. – Jeśli spróbujesz nas powstrzymać, Peters, z całą pewnością stanie ci się jakaś krzywda. Gdzie jest ta trumna, którą wnosili do domu?

– A czego pan chce od tej trumny? Jest zajęta. Leży w niej ciało.

– Muszę zobaczyć to ciało.

– Nigdy się na to nie zgodzę.

– Więc zrobię to bez twojej zgody! – szybkim ruchem Holmes odepchnął go na bok i wyszedł na korytarz. Znaleźliśmy się przed uchylonymi drzwiami. Weszliśmy do środka. To była jadalnia. Na stole, w na wpół przygaszonym świetle wiszącego nad nim żyrandola, stała trumna. Holmes podkręcił lampę gazową i uniósł wieko. W wielkiej głębokiej trumnie leżała jakaś wymizerowana postać. Światło z góry oświetliło starą pomarszczoną twarz. Nie było możliwości, by jakiekolwiek okrucieństwo, głodzenie czy choroba mogły przekształcić piękną lady Frances w ten zmęczony, zużyty wrak człowieka. Na twarzy Holmesa malowało się zdumienie, lecz również ulga.

– Dzięki Bogu – wymamrotał. – To ktoś inny.

– Popełnił pan straszny błąd, panie Holmes – rzekł Peters, który wszedł za nami do pokoju.

– Kim jest ta kobieta?

– Skoro koniecznie musi pan wiedzieć, to dawna opiekunka mojej żony. Nazywała się Rose Spender. Znaleźliśmy ją w szpitalu Brixton Workhouse. Sprowadziliśmy ją tutaj, wezwaliśmy doktora Horsoma z Firbank Villas 13 (proszę zapamiętać sobie ten adres, panie Holmes!), i starannie o nią dbaliśmy, tak jak przystoi dobrym chrześcijanom. Trzeciego dnia zmarła. W akcie zgonu wpisane jest: „Śmierć ze starości”. Ale to tylko opinia lekarza, pan oczywiście wie lepiej. Zamówiliśmy dla niej pogrzeb w Stimson and Co. z Kennington Road. Pochowają ją jutro rano o ósmej. Widzi pan w tym jakąś lukę, panie Holmes? Popełnił pan głupi błąd i na pewno za niego zapłaci. Sporo bym dał, żeby mieć zdjęcie pańskiej osłupiałej, zaskoczonej twarzy, kiedy odsunął pan to wieko, spodziewając się zobaczyć lady Frances Carfax, a zobaczył jakąś biedną dziewięćdziesięcioletnią staruszkę.

Podczas gdy jego przeciwnik tak sobie z niego drwił, twarz Holmesa zachowała swój zwykły obojętny wyraz, lecz zaciśnięte dłonie zdradzały, jak bardzo był poirytowany.

– Przeszukam pański dom – powiedział.

– Doprawdy? – zawołał Peters, gdy usłyszeliśmy kobiecy głos i czyjeś ciężkie kroki dobiegające z korytarza. – Wkrótce się o tym przekonamy. Tędy proszę, panowie. Ci ludzie wtargnęli do mojego domu, i nie potrafię się ich pozbyć. Proszę pomóc mi ich stąd usunąć!

W drzwiach stali sierżant i konstabl. Holmes wyciągnął z futerału swoją wizytówkę.

– Oto moje nazwisko i adres. A to mój przyjaciel, doktor Watson.

– Świetnie pana znamy, panie Holmes – rzekł sierżant – ale nie może pan tutaj przebywać bez nakazu.

– Oczywiście, doskonale to rozumiem.

– Aresztujcie go! – krzyknął Peters.

– Wiemy, gdzie znaleźć tego dżentelmena, jeśli będziemy go potrzebowali – oświadczył z godnością sierżant. – Ale musi pan stąd wyjść, panie Holmes.

– Tak, Watsonie, musimy wyjść.

Minutę później znów znaleźliśmy się na ulicy. Holmes był opanowany jak zwykle, ale ja aż kipiałem z gniewu i upokorzenia. Sierżant wyszedł za nami.

– Przykro mi, panie Holmes, ale takie jest prawo.

– Racja, sierżancie. Nie mógł pan postąpić inaczej.

– Zakładam, że miał pan uzasadniony powód, żeby tam wejść. Jeśli mogę coś dla pana zrobić...

– Zaginęła pewna kobieta, sierżancie, i sądzimy, że jest w tym domu. Właśnie czekamy na nakaz.

– W takim razie będę miał ich na oku, panie Holmes. Jeśli cokolwiek się wydarzy, na pewno dam panu znać.

Była dopiero dziewiąta, znów ruszyliśmy w drogę. Najpierw pojechaliśmy do szpitala Brixton Workhouse, gdzie dowiedzieliśmy się, że to, co opowiedział Peters, było prawdą. Kilka dni temu zjawiła się jakaś miłosierna para. Oboje twierdzili, że zniedołężniała staruszka była ich dawną służącą. Gdy uzyskali pozwolenie, zabrali ją ze sobą do domu. Nikt sie nie zdziwił, że staruszka właśnie zmarła.

Potem udaliśmy się do lekarza. On opowiedział, że został wezwany do chorej, po czym pokazano mu jakąś leciwą kobietę, umierającą ze starości. Odeszła na jego oczach. Sporządził wówczas stosowny akt zgonu.

– Mogę panów zapewnić, że wszystko odbyło się całkiem naturalnie. W ogóle nie było tu miejsca na jakieś brudne sprawki – dodał.

W całym domu nie spostrzegł niczego dziwnego poza tym, że ludzie z tych sfer nie mieli żadnej służby. Tyle dowiedzieliśmy się od lekarza.

Wreszcie udaliśmy się do Scotland Yardu. Pojawiły się pewne trudności z uzyskaniem nakazu. Zwłoka była nieunikniona, gdyż sędzia mógł podpisać nakaz dopiero rano. Gdyby Holmes przyszedł około dziesiątej, mógłby się udać na miejsce z Lestrade’em i przeszukać dom. W ten sposób zakończył się dzisiejszy dzień, dodam tylko, że około północy odwiedził nas jeszcze nasz przyjaciel sierżant. Poinformował, że widział migoczące światła w oknach tego wielkiego ciemnego domu, lecz nikt stamtąd nie wychodził i nikt nie wchodził do środka. Mogliśmy się tylko uzbroić w cierpliwość i czekać na nadejście poranka.

Sherlock Holmes był zbyt rozdrażniony, aby rozmawiać, i zbyt podekscytowany, aby położyć się spać. Kiedy udawałem się na spoczynek, wciąż siedział, marszcząc ciemne brwi i paląc fajkę, a jego długie palce nerwowo bębniły w oparcie fotela. Zastanawiał się nad każdym możliwym rozwiązaniem tej zagadki. W nocy kilka razy słyszałem, jak krąży po domu. Rano, tuż po tym jak się przebudziłem, Holmes wpadł do mojego pokoju. Wciąż był w szlafroku, lecz jego blada twarz i podkrążone oczy świadczyły o tym, że w nocy w ogóle nie spał.

– O której miał być ten pogrzeb? O ósmej, prawda? – spytał z przejęciem. – Teraz jest siódma dwadzieścia. Wielkie nieba, Watsonie! Co się stało z tym rozumem, danym mi od Boga? Szybko, szybko! Pośpiesz się, człowieku! To sprawa życia i śmierci. Szanse są jak jeden do stu. Nigdy, nigdy sobie nie wybaczę, jeśli przybędziemy za późno!

Niecałe pięć minut później mknęliśmy już dorożką po Baker Street. Mimo to, gdy mijaliśmy Big Ben, była już za dwadzieścia pięć ósma, a gdy wjechaliśmy na Brixton Road, wybiła ósma. Jednak pozostali spóźnili się tak samo jak my. Dziesięć po ósmej karawan wciąż jeszcze stał pod drzwiami domu, a gdy nasz spieniony koń się zatrzymał, trzech mężczyzn wynosiło właśnie trumnę przez próg. Holmes wyskoczył z dorożki i zagrodził im drogę.

– Wnieście ją z powrotem do środka – zawołał, kładąc dłoń na piersi pierwszego z mężczyzn. – Do środka, natychmiast!

– Czego pan, u diabła, chce?! Jeszcze raz pytam, gdzie pański nakaz? – wrzasnął Peters, a jego wielka czerwona twarz płonęła z wściekłości.

– Nakaz jest już w drodze. Trumna pozostanie w domu, dopóki policjanci nie przybędą z nakazem.

Władczy głos Holmesa podziałał na niosących trumnę. Peters nagle zniknął w domu, oni zaś posłuchali poleceń.

– Szybko, Watsonie, szybko! Tu jest śrubokręt! – zawołał, gdy tylko trumnę odstawiono na stół. – A tu drugi dla ciebie, mój dobry człowieku. Płacę suwerena, jeśli zdejmie pan to wieko w ciągu minuty! Żadnych pytań, niech się pan natychmiast bierze do pracy. Dobrze! I kolejna! I jeszcze jedna! A teraz unieśmy to wszyscy. Ustępuje! Ustępuje! Ach, nareszcie!

Wspólnym wysiłkiem podważyliśmy wieko. Gdy tylko to uczyniliśmy, po pokoju rozeszła się odurzająca nieprzyjemna woń chloroformu. W trumnie leżało jakieś ciało. Cała twarz owinięta była watą nasączoną tym środkiem. Holmes zdjął watę, i naszym oczom ukazała się piękna niczym posąg, uduchowiona twarz kobiety w średnim wieku.

W jednej chwili objął ją ramieniem i uniósł do pozycji siedzącej.

– Watsonie, czy ona żyje? Czy tli się w niej jeszcze choćby iskra życia? Na pewno nie zjawiliśmy się zbyt późno?

Przez pół godziny wydawało się, że jednak było już za późno. Biorąc pod uwagę to, że się dusiła, a do tego jeszcze otaczały ją trujące opary chloroformu, należało przypuszczać, że życia lady Frances nie sposób już uratować. Ale potem po zastosowaniu sztucznego oddychania, podaniu eteru i użyciu wszystkich środków znanych nauce, wreszcie pojawiła się w niej słaba iskra życia. Powieki lekko zadrżały, powierzchnia lusterka zmatowiała, a lady powoli zaczęła dochodzić do siebie. Gdy pod dom zajechała dorożka, Holmes rozsunął zasłony i wyjrzał na zewnątrz.

– Jest Lestrade ze swoim nakazem – powiedział. – Przekona się, że jego ptaszki wyfrunęły. A z nim – dodał, gdy w korytarzu rozległy się ciężkie pośpieszne kroki – idzie ktoś, kto ma o wiele większe prawo niż my opiekować się tą damą. Dzień dobry, panie Green. Myślę, że im szybciej przeniesiemy lady Frances, tym lepiej. A tymczasem pogrzeb się odbędzie, ta biedna staruszka uda się na miejsce wiecznego spoczynku bez towarzystwa.

– Czy będziesz chciał dodać tę sprawę do swoich kronik, mój drogi Watsonie? – spytał tego wieczoru Holmes. – Może ona ci posłużyć za przykład chwilowego zaćmienia, które przytrafia się nawet najsprawniej funkcjonującemu umysłowi. Takie pomyłki zdarzają się wszystkim śmiertelnikom, i chwała tym, którzy potrafią je zauważyć i naprawić. Być może mógłbym się do nich zaliczyć. Przez całą noc dręczyło mnie przeczucie, że jest jakaś wskazówka, jakieś dziwne zdanie lub niecodzienny szczegół, które musiałem zauważyć, a potem zbyt łatwo odrzucić. I nagle, gdy już wstawał świt, przypomniały mi się te słowa. To były słowa żony przedsiębiorcy pogrzebowego, które powtórzył nam Philip Green: „Dawno już powinna tu być. Zajęło nam to więcej czasu, bo była dość nietypowa”. Chodziło o trumnę. Była nietypowa. Mogło to tylko oznaczać, że została wykonana w jakimś specjalnym celu. Ale dlaczego? Po co? Potem w jednej chwili przypomniałem sobie tę głęboką, przepastną trumnę i drobną, wymizerowaną postać na dnie. Po co tak wielka trumna na tak niewielkie ciało? Żeby zostawić miejsce na drugie ciało! Obie zostałyby pochowane na jeden akt zgonu. To wszystko było takie oczywiste! Gdybym tylko był wystarczająco bystry, żeby wcześniej na to wpaść! Lady Frances miała zostać pochowana o ósmej. Jedyne, co mogliśmy uczynić, to zatrzymać orszak pogrzebowy, zanim wyjdzie z domu.

Szansa, że znajdziemy ją jeszcze żywą, była desperacko nikła. A jednak ISTNIAŁA, jak się później okazało. Z tego, co wiem, ci ludzie nigdy przedtem nie popełnili morderstwa. Być może w ostatniej chwili okazali się niezdolni do czegoś tak brutalnego. Mogli ją natomiast pochować tak, by nie pozostały żadne ślady wskazujące, w jaki sposób zmarła. Nawet gdyby ją ekshumowano, wciąż jeszcze trudno byłoby im coś udowodnić. Miałem nadzieję, że doszli do takiego właśnie wniosku. Możemy dość dobrze odtworzyć tę scenę. Widziałeś tę straszną norę na górze, gdzie tak długo trzymali biedną lady? Wpadli do środka i odurzyli ją chloroformem, znieśli na dół, nalali do trumny jeszcze więcej chloroformu dla pewności, że się nie obudzi, a potem przykręcili wieko. Bystra sztuczka, Watsonie. Jak sądzę, to nowość w kronikach zbrodni. Jeśli nasz były misjonarz jakoś wymknie się Lestrade’owi, to spodziewam się, że w przyszłości jeszcze usłyszę o błyskotliwych poczynaniach tej parki łotrów.

Rozdział siódmy

 

Czarcia stopa

 
 

Od czasu do czasu uzupełniam swoje notatki dotyczące mego starego przyjaciela Holmesa o kolejne zadziwiające wydarzenia i ciekawe wspomnienia naszej wieloletniej i bliskiej przyjaźni. Wówczas nieustannie natrafiam na pewne trudności powodowane niechęcią Sherlocka Holmesa do jakiegokolwiek rozgłosu. Pełen powagi i cynizmu umysł mojego przyjaciela nigdy nie znosił publicznego aplauzu. Nic nie bawiło go bardziej niż powierzenie – w ostatniej fazie sprawy – ujęcia przestępcy i ujawnienia wszystkich szczegółów jakiemuś sztywnemu policjantowi, a potem słuchanie z drwiącym uśmiechem chóru gratulacji kierowanych do niewłaściwego adresata. W rzeczywistości to właśnie takie nastawienie mojego przyjaciela, a nie z całą pewnością brak interesujących materiałów skłoniło mnie do tego, że tylko nieliczne z naszych przygód przedstawiłem moim czytelnikom. Mój udział w niektórych jego sprawach zawsze był przywilejem, który wymagał ode mnie dyskrecji i powściągliwości.

Dlatego więc byłem bardzo zdumiony, gdy w ubiegły wtorek otrzymałem od Holmesa telegram (jeszcze nigdy nie napisał listu, jeśli tylko wiedział, że telegram w zupełności wystarczy) o następującej treści:

Dlaczego by im nie opowiedzieć o tym kornwalijskim horrorze? To najdziwniejsza sprawa, jaką prowadziłem.

 

Nie mam pojęcia, co sprawiło, że wspomnienia te odżyły w jego umyśle, i za sprawą jakiego kaprysu poprosił mnie, bym o tym opowiedział. Przed otrzymaniem następnego telegramu, w którym Holmes napisał, że jednak nie chce tego ujawnić, pobiegłem po swoje szczegółowe notatki, by przedstawić tę opowieść moim czytelnikom.

Działo się to wiosną 1897 roku. Wtedy pojawiły się oznaki pogorszenia się żelaznego zdrowia Holmesa, na co miała wpływ nieustanna i bardzo wyczerpująca praca. Nie jest wykluczone, że przyczyniła się do tego jego własna nieostrożność. W marcu dr Moore Agar z Harley Street, o którego dramatycznym spotkaniu z Holmesem być może któregoś dnia opowiem, zalecił słynnemu prywatnemu detektywowi, by odłożył na bok wszystkie swoje sprawy i poświęcił się w pełni wypoczynkowi, jeśli chce uniknąć całkowitego wycieńczenia. Sam Holmes bynajmniej nie interesował się stanem własnego zdrowia, bo jego umysł nie zwracał uwagi na tego typu drobiazgi, jakimi były symptomy choroby, w końcu jednak ustąpił w obliczu groźby, że zostanie na stałe pozbawiony możliwości wykonywania swojego zawodu, i zgodził się całkowicie zmienić otoczenie i powietrze. W ten właśnie sposób wczesną wiosną rzeczonego roku znaleźliśmy się obaj w małej wiosce niedaleko zatoki Poldhu, na najdalszym krańcu półwyspu kornwalijskiego.

Było to osobliwe miejsce, szczególnie dobrze odpowiadające ponuremu nastrojowi mojego pacjenta. Z okien naszego małego, bielonego wapnem domku, stojącego wysoko na równinnym przylądku, rozlegał się widok na złowrogie półkole zatoki Mount’s Bay, na tę starą straszliwą pułapkę dla żaglowców, z jej czarnymi klifami i sterczącymi skałami, będącymi śmiertelnym zagrożeniem dla niezliczonej ilości żeglarzy. Gdy wieje północna bryza, miejsce to jest spokojne i osłonięte, zapraszając miotane sztormem statki, by schroniły się w zatoce i przeczekały burzę. Potem kierunek wiatru nagle się zmienia, zrywa się wichura z południowego zachodu, rozpoczyna się rzucanie kotwic, fale spychają statki w stronę brzegu, a załogi toczą ostatnią walkę o życie ze spienionymi falami. Mądry marynarz trzyma się zwykle z daleka od tego miejsca.

Od strony lądu okolica była równie ponura jak od strony morza. Była to odludna kraina falujących ciemnobrązowych wrzosowisk. Z rzadka widać było kościelną wieżę, znaczącą miejsce, gdzie znajdowała się niewielka odosobniona, zapomniana przez świat wioska. Wszędzie na tych wrzosowiskach można było znaleźć ślady występowania jakiegoś od dawna nieistniejącego plemienia, które całkowicie zniknęło, pozostawiwszy po sobie jedynie kamienne budowle, nieregularne kurhany z prochami zmarłych oraz dziwne wały i umocnienia ziemne wskazujące na jakieś starożytne konflikty. Piękno i tajemniczość tego miejsca, jego niepokojąca atmosfera, na którą składają się elementy wiary, tradycji oraz historii zapomnianych mieszkańców, poruszały wyobraźnię mojego przyjaciela, spędzał więc większość czasu na wrzosowisku na długich spacerach i samotnych rozważaniach. Uwagę jego przykuł również prastary kornwalijski język, i pamiętam, że rozważał hipotezę, iż ten język był spokrewniony z chaldejskim i w znacznym stopniu wywodził się od fenickich handlarzy cyną. Zamówił sporo książek poświęconych filologii, i właśnie zamierzał rozwinąć swe dociekania. Jednakże ku mojemu rozczarowaniu, a jego niekłamanej radości znaleźliśmy się nagle w samym środku sprawy, i to tutaj, w tej odosobnionej i dzikiej krainie. Sprawa natomiast była nieskończenie bardziej zajmująca i tajemnicza niż jakakolwiek z tych, które wygnały nas z Londynu. Nasze proste spokojne życie i zdrowe nawyki zostały gwałtownie zaburzone: w jednej chwili znaleźliśmy się w samym środku wydarzeń, które wywołały ogromne poruszenie nie tylko w Kornwalii, lecz na całym zachodzie Anglii. Wielu moich czytelników może przypomni sobie tę historię, określaną wówczas „kornwalijskim horrorem”, na podstawie wyjątkowo niedoskonałej relacji z tych wydarzeń, jaka przedostała się do londyńskiej prasy. Teraz, po trzynastu latach, pragnę wyjawić opinii publicznej prawdziwe szczegóły tej niesamowitej sprawy.

Wspominałem już, że miejsca, w których położone były wioski w tej części Kornwalii, znaczyły kościelne wieże. Najbliższą z nich była osada Tredannick Wollas, gdzie domki kilkuset mieszkańców stłoczyły się wokół starego, porośniętego mchem kościoła. Pastor tej parafii pan Roundhay amatorsko zajmował się archeologią, i to właśnie hobby zainteresowało Holmesa. Pastor był dość tęgim życzliwym człowiekiem w średnim wieku, posiadającym sporą wiedzą o lokalnym folklorze. Na jego zaproszenie pojechaliśmy na podwieczorek do plebanii i poznaliśmy tam również pana Mortimera Tregennisa, niezależnego dżentelmena, dzięki któremu pastor mógł podreperować swoje dość skromne dochody, wynajmując kwaterę we własnym wielkim, przestronnym domu. Pan Roundhay był kawalerem i z radością przystał na taki układ, choć niewiele go łączyło z lokatorem, wysokim smagłym człowiekiem w okularach, garbiącym się tak bardzo, iż można było odnieść wrażenie, że jego ciało jest faktycznie zdeformowane. Pamiętam, że podczas naszej krótkiej wizyty przekonaliśmy się, że pastor był dość gadatliwy, zaś jego lokator – dziwnie powściągliwy i skryty. Siedział ze smutną twarzą, odwracając od nas oczy i najwyraźniej zastanawiając się nad jakimiś własnymi sprawami.

To właśnie tych dwóch mężczyzn wtargnęło nagle do naszego małego salonu we wtorek szesnastego marca, wkrótce po śniadaniu, gdy siedzieliśmy, paląc fajki i przygotowując się do naszej codziennej wędrówki po wrzosowisku.

– Panie Holmes! – zawołał pastor poruszonym głosem. – W nocy wydarzyło się coś naprawdę niezwykłego i tragicznego. To rzeczywiście potworna sprawa. Możemy uznać za znak opatrzności, że jest pan teraz akurat tutaj. Chyba nie ma w całej Anglii człowieka, którego byśmy teraz bardziej potrzebowali niż pana.

Spojrzałem niezbyt przychylnie na intruza, Holmes jednak natychmiast wyjął fajkę z ust i wyprostował się na swoim krześle niczym stary pies myśliwski, który usłyszał polecenie, by ruszyć w pogoń za lisem. Wskazał ręką na sofę, a nasz bliski palpitacji gość wraz ze swym wzburzonym towarzyszem usiedli na niej obok siebie. Pan Mortimer Tregennis był bardziej opanowany niż pastor, jednak drżenie jego chudych rąk i blask ciemnych oczu świadczyły o tym, że obaj czuli podobne wzburzenie.

– Ja mam mówić czy pan? – spytał pastora.

– Cóż, skoro, jak się wydaje, pan to odkrył, czymkolwiek by to było, a pan Roundhay zna całą historię z drugiej ręki, chyba będzie najlepiej, jeśli pan nam to opowie – rzekł Holmes.

Spojrzałem na pastora, który najwyraźniej ubierał się w pośpiechu, i na jego porządnie ubranego lokatora, siedzącego tuż obok, i z rozbawieniem zaobserwowałem zaskoczenie, które pojawiło się na ich twarzach po tej prostej dedukcji Holmesa.

– Może lepiej będzie jeśli na początek to ja powiem parę słów – rzekł pastor – a wtedy będzie pan mógł sam ocenić, czy zechce najpierw wysłuchać szczegółów tej sprawy od pana Tregennisa, czy też może powinniśmy natychmiast udać się na miejsce, gdzie wydarzyła się ta tajemnicza sprawa. Chciałbym zatem wyjaśnić, że obecny tu nasz przyjaciel spędził ubiegły wieczór w towarzystwie dwóch swoich braci, Owena i George’a, oraz swojej siostry Brandy w ich domu Tredannick Wartha, niedaleko tego starego kamiennego krzyża na wrzosowisku. Wyszedł od nich krótko po dziesiątej, zostawiając ich grających w karty przy stole w jadalni w doskonałym zdrowiu i nastroju. Pan Tregennis z reguły wstaje wcześniej, więc tego ranka przed śniadaniem ruszył na spacer w kierunku domu rodzeństwa. W pewnej chwili zatrzymał się przy nim powóz doktora Richardsa. Lekarz wyjaśnił mu, że właśnie otrzymał bardzo pilne wezwanie do Tredannick Wartha. Pan Mortimer oczywiście pojechał wraz z nim. Gdy dotarł do domu swego rodzeństwa, zastał bardzo niezwykłą scenę. Obaj jego bracia i siostra znajdowali się przy stole dokładnie tak, jak ich pozostawił, przed nimi wciąż leżały karty, a świece były wypalone do końca. Siostra siedziała odchylona na krześle, zimna i martwa, natomiast dwaj bracia po obu jej stronach śmiali się, krzyczeli i śpiewali. Całkowicie postradali zmysły! Cała trójka, martwa kobieta i dwóch obłąkanych mężczyzn, miała na twarzach wyraz nieopisanego przerażenia, grymas strachu, na który patrzyło się ze zgrozą. W domu nie odnaleziono śladu obecności kogoś obcego z wyjątkiem pani Porter, starej kucharki i gospodyni, która oświadczyła, że głęboko spała i niczego w nocy nie słyszała. Niczego nie skradziono ani nie zniszczono, i absolutnie nie sposób było wyjaśnić, co przeraziło tę młodą kobietę na śmierć i sprawiło, że dwóch silnych mężczyzn oszalało. Tak właśnie w skrócie wygląda sytuacja, panie Holmes, i jeśli pomoże nam pan to wyjaśnić, wykona doprawdy wspaniałą pracę.

Liczyłem jeszcze na to, że w jakiś sposób uda mi się namówić mojego towarzysza do kontynuowania tego spokojnego trybu życia, który był celem naszego przyjazdu do Kornwalii. Wystarczyło jednak tylko spojrzeć na jego skupioną twarz i ściągnięte brwi, by się przekonać, jak płonne były moje nadzieje. Przez chwilę siedział w milczeniu, pochłonięty tym dziwnym dramatem, który wtargnął w nasze spokojne życie.

– Zajmę się tą sprawą – powiedział wreszcie. – Na pierwszy rzut oka wydaje się wyjątkowo niezwykła. Był pan tam, panie Roundhay?

– Nie, panie Holmes. Pan Tregennis przywiózł wieści o zajściu na plebanię, i natychmiast razem z nim pośpieszyliśmy tutaj, by poradzić się pana.

– Jak daleko jest stąd do domu, w którym wydarzyła się ta straszna tragedia?

– Mniej więcej mila w głąb lądu.

– W takim razie przejdziemy się tam razem. Jednak zanim wyruszymy, muszę zadać panu kilka pytań, panie Tregennis.

Drugi z naszych gości przez cały ten czas milczał, zdążyłem jednak zauważyć, że choć lepiej panował nad swoimi nerwami, był nawet bardziej poruszony niż ostentacyjnie okazujący swoje emocje duchowny. Siedział z pobladłą ściągniętą twarzą, utkwiwszy niespokojne spojrzenie w Holmesie, dłonie miał konwulsyjnie zaciśnięte. Gdy słuchał o tej straszliwej tragedii, która dotknęła jego rodzinę, zbielałe wargi drżały, a w ciemnych oczach wydawało się odbijać coś z grozy tej opisanej wcześniej sceny.

– Proszę pytać, o co tylko pan zechce, panie Holmes – rzekł skwapliwie. – Cała ta sprawa jest tak mroczna, że trudno mi o niej mówić, ale powiem panu całą prawdę.

– Proszę mi opowiedzieć o wydarzeniach ubiegłej nocy.

– Cóż, panie Holmes. Tak jak wspominał pastor, zjadłem tam kolację, a potem mój starszy brat zaproponował, byśmy zagrali w wista. Siedliśmy do gry około dziewiątej. Wyszedłem mniej więcej kwadrans po dziesiątej. Zostawiłem ich wszystkich wesołych, siedzących przy stole.

– Kto otwierał panu drzwi, gdy pan wychodził?

– Pani Porter już spała, więc wyszedłem sam. Zamknąłem za sobą wyjściowe drzwi. Okno pokoju, w którym siedzieli i grali, było zamknięte, ale zasłona nie była zaciągnięta. Dziś rano nie zauważyłem żadnych zmian na drzwiach czy oknach ani niczego, co dałoby mi powody sądzić, że w domu był ktoś obcy. A mimo to siedzieli tam obłąkani z przerażenia. Brenda spoczywała martwa na krześle, z głową zwisającą na bok. Nigdy, póki żyję, nie zapomnę widoku tego pokoju.

– Fakty, tak jak je pan opisuje, są z całą pewnością bardzo niezwykłe – rzekł Holmes. – Zakładam, że sam pan nie ma żadnej teorii, która mogłaby wszystko jakoś wyjaśnić.

– To diabelska sprawka, panie Holmes. Diabelska sprawka! – zawołał Mortimer Tregennis. – To, co się tam zdarzyło, nie pochodzi z tego świata. W tym pokoju zjawiło się coś, co zgasiło światło rozsądku w ich umysłach. Czy jakikolwiek człowiek mógłby wymyślić coś takiego?

– Obawiam się – rzekł Holmes – że jeśli sprawa nie jest zwykłej ludzkiej natury, wówczas jej rozwiązanie będzie zadaniem, które mnie przerośnie. Zanim uciekniemy się do takiej teorii, musimy najpierw wyczerpać wszelkie naturalne ziemskie wyjaśnienia. A jeśli chodzi o pana, panie Tregennis, zakładam, że z jakiegoś powodu celowo odseparował się pan od rodziny, jako że oni mieszkali razem, a pan wynajmuje kwaterę.

– W istocie, panie Holmes, jednak ta sprawa należy do przeszłości i została już załatwiona. Wszyscy pochodziliśmy z rodziny związanej z kopalnią cyny w Redruth, sprzedaliśmy jednak nasze przedsiębiorstwo pewnej firmie i zostaliśmy rentierami, dysponując środkami pozwalającymi nam się spokojnie utrzymywać. Nie przeczę, że istniały pewne problemy związane z podziałem tych pieniędzy, i przez jakiś czas one nas dzieliły, wszystko jednak zostało wybaczone i zapomniane, i znów staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi.

– Jeśli chodzi o wieczór, który spędziliście razem, czy pańską uwagę zwróciło coś, co mogłoby ewentualnie rzucić światło na tę tragedię? Proszę się dobrze zastanowić, panie Tregennis, każda wskazówka mogłaby mi bardzo pomóc.

– Ale nie było niczego takiego, sir.

– Byliście w takich nastrojach jak zwykle?

– Nigdy nie czuliśmy się lepiej.

– Czy to byli nerwowi ludzie? Czy kiedykolwiek wykazywali oznaki obaw przed jakimś zbliżającym się niebezpieczeństwem?

– Nic podobnego.

– W takim razie czy może pan dodać jeszcze coś, co mogłoby mi pomóc?

Mortimer Tregennis przez chwilę poważnie się zastanawiał.

– Przychodzi mi do głowy jedna rzecz – powiedział wreszcie. – Siedziałem przy stole, zwrócony plecami do okna, a mój brat George, który był moim partnerem w grze, siedział do niego przodem. Zobaczyłem w pewnym momencie, jak intensywnie na coś patrzy ponad moim ramieniem, więc odwróciłem się i również tam spojrzałem. Okno było zamknięte, lecz zasłona odsunięta. Widziałem krzewy na trawniku i przez chwilę wydawało mi się, że coś się w nich porusza. Nie potrafię nawet powiedzieć, czy to był człowiek, czy zwierzę, ale wydawało mi się, że coś tam jest. Kiedy go spytałem, na co tak patrzy, powiedział mi, że odniósł podobne jak ja wrażenie. To wszystko, co mogę powiedzieć.

– Nie próbował pan tego sprawdzić?

– Nie. Zapomnieliśmy o całej sprawie, bo wydawała się zupełnie nieważna.

– A więc kiedy pan stamtąd wychodził, nie miał pan jakichś złych przeczuć?

– Najmniejszych.

– Nie do końca rozumiem, jak to się stało, że dziś, o tak rannej porze usłyszał pan te wieści.

– Wcześnie wstaję i z reguły wychodzę na spacer przed śniadaniem. Dziś rano ledwo zdążyłem wyruszyć z domu, gdy dogonił mnie lekarz w swoim powozie. Powiedział mi, że stara pani Porter przysłała chłopaka z pilnym wezwaniem. Wskoczyłem do powozu, siadłem obok niego, i obaj tam pojechaliśmy. Kiedy dotarliśmy na miejsce, rzuciliśmy się do tego upiornego pokoju. Świece i ogień na kominku musiały się wypalić wiele godzin wcześniej, a oni siedzieli tam w ciemności, póki nie nastał świt. Lekarz stwierdził, że Brenda musiała nie żyć co najmniej od sześciu godzin. Nie było żadnych śladów przemocy. Po prostu leżała w krześle, przewieszona przez jego poręcz, z tym przerażającym wyrazem na twarzy... George i Owen śpiewali urywki jakichś piosenek i bełkotali jak dwie wielkie małpy. Och, co za straszny widok! Nie byłem w stanie tego znieść, a lekarz pobladł jak płótno. Sam nawet opadł na krzesło, tak jakby zaraz miał zemdleć.

– Niezwykłe. Wyjątkowo niezwykłe! – rzekł Holmes, wstając i sięgając po kapelusz. – Myślę, że powinniśmy teraz bezzwłocznie udać się do Tredannick Wartha. Muszę przyznać, że rzadko zdarzała mi się sprawa, która już na pierwszy rzut oka wydawałaby się tak bardzo osobliwą.

To, co zrobiliśmy tego pierwszego ranka, niewiele posunęło śledztwo naprzód. Jednak już na samym początku miał miejsce pewien incydent, który wywarł na mnie wyjątkowo ponure wrażenie. Do domu, w którym wydarzyła się ta tragedia, szło się wiejską drogą, wąską i krętą. Idąc tą drogą, usłyszeliśmy turkot powozu zbliżającego się w naszym kierunku i zeszliśmy na bok, aby mógł przejechać. Gdy nas mijał, ujrzałem przez zamknięte okno potwornie powykręcaną, paskudnie roześmianą twarz, która się nam przypatrywała. Te wlepione w nas oczy i wyszczerzone zęby przemknęły obok niczym jakaś koszmarna wizja.

– Moi bracia! – zawołał Mortimer Tregennis. Zbladł tak, że nawet jego wargi wydawały się białe. – Zabierają ich do Helston.

Zdjęci grozą, patrzyliśmy w ślad za czarnym powozem, toczącym się ciężko po drodze, po czym ruszyliśmy w stronę owego domu, w którym tych ludzi spotkał tak dziwny los.

Był to duży i przestronny budynek, raczej willa niż wiejska chata, ze sporym ogrodem, który w łagodnym kornwalijskim klimacie był już pełen wiosennych kwiatów. Na ten właśnie ogród wychodziło okno salonu, skąd, według Mortimera Tregennisa, przyszło zło, które w przerażający sposób w jednej chwili poraziło umysły jego braci. Nim weszliśmy na ganek, Holmes powoli, w skupieniu przechadzał się między rabatami wzdłuż ścieżki. Pamiętam, że był tak pochłonięty swoimi myślami, iż potknął się o konewkę i wylał jej zawartość na ścieżkę, zalewając nam buty.

W domu powitała nas leciwa kornwalijska gospodyni, pani Porter, która z pomocą młodej dziewczyny troszczyła się o wszystkie potrzeby tej rodziny. Chętnie odpowiedziała na wszystkie pytania Holmesa. W nocy nie słyszała niczego. Ostatnimi czasy wszyscy jej pracodawcy byli we wspaniałych nastrojach, i nie pamiętała, żeby kiedykolwiek byli weselsi i lepiej im się powodziło. Ona sama zemdlała z przerażenia, gdy rano weszła do pokoju i zobaczyła to koszmarne towarzystwo przy stole. Kiedy już doszła do siebie, otworzyła okno, by wpuścić trochę porannego powietrza, i pobiegła do drogi, skąd wysłała parobka, aby sprowadził lekarza. Jeśli chcemy zobaczyć jej panią, to leży ona w swoim łóżku na górze. Potrzeba było czterech silnych mężczyzn, aby wsadzić obu braci do powozu, który zabrał ich do zakładu dla obłąkanych. Ona sama nie zamierzała pozostawać w tym domu ani dnia dłużej i jeszcze tego samego popołudnia wybierała się do St. Ives, by zamieszkać u swojej rodziny.

Weszliśmy na piętro i obejrzeliśmy ciało. Panna Brenda Tregennis była bardzo piękną kobietą, choć wkraczała już nieuchronnie w wiek średni. Jej smagła wyrazista twarz była cudowna nawet po śmierci, lecz wciąż widać było na niej grymas przerażenia, które okazało jej ostatnim uczuciem za życia. Z sypialni zeszliśmy na dół do salonu, w którym wydarzyła się ta niebywała tragedia. Na ruszcie kominka leżał popiół po spalonym drewnie. Na stole stały cztery wypalone świece, a na jego blacie wciąż leżały rozrzucone karty. Krzesła odsunięto do ściany, lecz wszystko inne pozostawiono w takim stanie, w jakim zostało znalezione. Holmes przemierzał pokój lekkimi szybkimi krokami. Siadał na różnych krzesłach, przysuwał je do stołu i odtwarzał ich pierwotne położenie. Sprawdzał, w jakim stopniu przez okno był widoczny ogród, zbadał podłogę, sufit i kominek, ale ani razu nie spostrzegłem na jego twarzy tego nagłego błysku w oczach czy zaciśnięcia ust, które powiedziałyby mi, że dostrzegł jakieś światełko w tej całkowitej ciemności.

– Dlaczego w kominku rozpalili? – spytał. – Czy w tym małym pokoju grzeją nawet wiosną?

Mortimer Tregennis wyjaśnił, że noc była zimna i wilgotna, i dlatego już po jego przyjeździe rozpalono ogień.

– Co pan zamierza teraz zrobić, panie Holmes? – zapytał.

Mój przyjaciel uśmiechnął się i położył mi dłoń na ramieniu.

– Myślę, Watsonie, że wrócę do intensywnego zatruwania się tytoniem, które tak często i tak słusznie potępiałeś – powiedział. – Za pozwoleniem, panowie, teraz udamy się do siebie, ponieważ nie sądzę, byśmy mogli znaleźć tu jeszcze coś nowego. Zastanowię się nad wszystkim, panie Tregennis, i jeśli cokolwiek przyjdzie mi do głowy, z całą pewnością skontaktuje się z panem i pastorem. A tymczasem, panowie pozwolą, życzę wam obu miłego dnia.

Po powrocie do naszego domku w Poldhu upłynęło dużo czasu, nim Holmes przerwał całkowite, pełne skupienia milczenie. Siedział skulony w swoim fotelu, a jego chuda ascetyczna twarz była ledwie widoczna w zasłonie kłębów niebieskawego tytoniowego dymu. Czarne brwi były ściągnięte, czoło zmarszczone, a nieobecne oczy spoglądały gdzieś w dal. W końcu odłożył swoją fajkę i zerwał się na nogi.

– To nam nie wystarczy, Watsonie – powiedział z uśmiechem. – Przejdźmy się razem wzdłuż klifów i poszukajmy krzemiennych grotów. Łatwiej przyjdzie nam je znaleźć, niż uzyskać jakieś wskazówki potrzebne do rozwiązania tej zagadki. Zmuszanie mózgu do pracy bez wystarczającego materiału jest jak przeciążanie silnika. W końcu rozpadnie się na kawałki. Morskie powietrze, słońce i cierpliwość, Watsonie. Reszta przyjdzie sama.

– A teraz przeanalizujmy naszą sytuację – ciągnął dalej, gdy ruszyliśmy wzdłuż krawędzi klifów. – Zdefiniujmy tę niewielką ilość informacji, którą posiadamy, żeby wówczas, gdy pojawią się nowe fakty, można je było natychmiast dopasować we właściwe miejsce tej układanki. Przede wszystkim zakładam, że żaden z nas nie jest gotów pogodzić się z możliwością interwencji jakichś demonicznych sił w ludzkie sprawy. Zacznijmy od całkowitego wykluczenia tej ewentualności. Bardzo dobrze. Mamy trzy ofiary świadomego lub nieświadomego przestępstwa popełnionego przez człowieka. Na razie poruszamy się po twardym gruncie. A teraz pomyślmy. Kiedy to się stało? Zakładając, że jego opowieść była prawdziwa, doszło do tego najwyraźniej bezpośrednio po wyjściu pana Mortimera Tregennisa z pokoju. To bardzo ważny moment. Zakładamy, że stało się to jakieś kilka minut później. Karty wciąż leżały na stole. Minęła już pora, o której zazwyczaj udawali się na spoczynek. Nie zmienili pozycji ani nie odsunęli krzeseł. A więc, powtarzam, musiało do tego dojść bezpośrednio po jego wyjściu, nie później niż o jedenastej ubiegłego wieczoru.

Naszym kolejnym krokiem jest ustalenie, na tyle na ile to możliwe, poczynań Mortimera Tregennisa po opuszczeniu pokoju. Nie jest to trudne, jego działania nie wydają się wzbudzać żadnych podejrzeń. Człowiek, który zna moje metody tak dobrze jak ty, Watsonie, musiał naturalnie zdawać sobie sprawę z tej nieco niezręcznej sztuczki z wywróceniem konewki, dzięki czemu udało mi się uzyskać wyraźniejszy odcisk jego stopy, niż byłoby to możliwe w innych okolicznościach. Przepięknie się odcisnęła na tej mokrej piaszczystej ścieżce. Ostatnia noc, jak pamiętasz, również była wilgotna, i łatwo prześledziłem jego drogę. Wygląda na to, że szybkim krokiem odszedł w kierunku plebanii.

Tak więc skoro Mortimer Tregennis zniknął ze sceny, to pojawił się ktoś inny, ktoś, kto wywarł takie wrażenie na pozostałych uczestnikach gry w karty. Panią Porter możemy wykluczyć. Jest całkowicie nieszkodliwa. Czy mamy jakieś dowody, że ktoś zakradł się pod okno wychodzące na ogród i spowodował, że ci, którzy go zobaczyli, postradali zmysły? Jedyna sugestia pochodzi od samego Mortimera Tregennisa, który powiedział nam, że podobnie jak jego brat zauważył jakiś ruch w ogrodzie. Jest to z całą pewnością niezwykłe, ponieważ noc była deszczowa, pochmurna i ciemna. Każdy, kto zamierzałby wystraszyć tych ludzi, byłby zmuszony przysunąć twarz do samej szyby, żeby w ogóle go zobaczyli. Pod tym oknem jest szeroka na trzy stopy rabata z kwiatami, nie ma jednak na niej żadnych odcisków stóp. W związku z tym trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób człowiek z zewnątrz mógłby wywrzeć tak straszliwe wrażenie na siedzącym w środku towarzystwie. Nie znaleźliśmy też do tej pory żadnego motywu, który tłumaczyłby uknucie tak dziwnego misternego planu. Widzisz, jakie mamy trudności, Watsonie?

– Są aż nazbyt wyraźne – odparłem z przekonaniem.

– A jednak jeśli uzyskamy trochę więcej materiału, przekonamy się, że wcale nie są nie do pokonania – rzekł Holmes. – Myślę, Watsonie, że w swoich obszernych archiwach mógłbyś znaleźć parę przypadków, które wydawały się równie niejasne. A tymczasem odłóżmy tę sprawę na bok, dopóki nie otrzymamy bardziej dokładnych danych, i poświęćmy resztę tego poranka na poszukiwanie śladów człowieka neolitu.

Wspominałem już o tym, jak mój przyjaciel potrafił wyłączyć się nagle ze sprawy i skierować swe myśli na zupełnie inne tory, nigdy jednak nie zdumiało mnie to tak bardzo, jak tego wiosennego ranka w Kornwalii, kiedy przez dwie godziny raczył mnie wykładem o Celtach, grotach strzał i skorupach garncarskich. Robił to z takim zaangażowaniem, jakby nie istniała żadna złowieszcza tajemnica, którą należało rozwiązać. Dopiero gdy tego popołudnia powróciliśmy do naszego domu i zastaliśmy czekającego na nas gościa, nasze myśli znów powróciły do bieżącej sprawy. Żadnemu z nas nie trzeba było wyjaśniać, kim był ten człowiek. Potężne ciało, pomarszczona, głęboko pobrużdżona twarz o dzikich oczach i orlim nosie, siwa głowa, która niemal dotykała sufitu pokoju, broda, złocista na końcu, a biała w okolicach ust, z wyjątkiem plamy od nikotyny po jego nieodłącznym cygarze, wszystko to było równie dobrze znane tak w Londynie, jak i w Afryce i jednoznacznie wskazywało na niesamowitą osobowość doktora Leona Strendale’a, wielkiego badacza i łowcy lwów.

Słyszeliśmy już wcześniej, że przebywa w tej okolicy, i parę razy widzieliśmy jego sylwetkę na ścieżkach wiodących przez wrzosowisko. Nie szukał jednak z nami kontaktu, my natomiast nawet nie marzyliśmy o tym, że to uczyni, ponieważ doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, iż to z powodu swego upodobania do życia w odosobnieniu spędzał większość czasu pomiędzy swoimi ekspedycjami w małym domku ukrytym gdzieś w lesie Beauchamp Arriance. Tam, w otoczeniu książek i map, wiódł absolutnie samotne życie, troszcząc się o najprostsze potrzeby i pozornie nie zwracając uwagi na sprawy swoich sąsiadów. Było więc dla mnie ogromnym zaskoczeniem, gdy usłyszałem, jak pełnym przejęcia głosem pyta Holmesa, czy poczynił jakiekolwiek postępy w odtworzeniu okoliczności tego tajemniczego wydarzenia.

– Policja z hrabstwa zupełnie nie wie, co począć – powiedział – ale być może pańskie bogatsze doświadczenie podsunęło mu jakieś wytłumaczenie. Proszę pana, by wtajemniczył mnie w tę sprawę tylko dlatego, że wielokrotnie zatrzymywałem się w tej okolicy i bardzo dobrze poznałem rodzinę Tregennisów. Mógłbym ich nawet nazwać kuzynami ze strony mojej matki, Kornwalijki. Ten przedziwny los, który ich spotkał, był dla mnie ogromnym szokiem. Wybierałem się do Afryki i byłem już w Plymouth, ale dziś rano dotarły do mnie te wieści, więc natychmiast powróciłem, by pomóc w śledztwie.

Holmes uniósł brwi.

– Pański statek odpłynął?

– Popłynę następnym.

– O rany! To musiała być prawdziwa przyjaźń.

– Wspominałem już panu, że byli moimi krewnymi.

– Tak, tak. Kuzynami ze strony matki. Czy pański bagaż był już na pokładzie?

– Częściowo, większość została w hotelu.

– Rozumiem. Ale o tym wydarzeniu na pewno nie pisano jeszcze w porannych gazetach w Plymouth?

– Nie, sir. Dostałem telegram.

– Mogę spytać, od kogo?

Po surowej twarzy podróżnika przemknął cień.

– Jest pan bardzo dociekliwy, panie Holmes.

– Taką mam pracę.

Z wyraźnym wysiłkiem doktor Sterndale odzyskał panowanie nad sobą.

– Nie mam nic przeciwko temu, powiem panu – rzekł. – To pastor, pan Roundhay, wysłał telegram, który mnie tutaj sprowadził.

– Dziękuję – rzekł Holmes. – Jeżeli chodzi o pana pierwsze pytanie, nie mam sprecyzowanej opinii na temat tej sprawy, żywię jednak nadzieję, że ją rozwiążę. Jest jeszcze przedwcześnie na jakiekolwiek wnioski.

– Być może zechciałby mi pan powiedzieć, czy pańskie podejrzenia idą w jakimś konkretnym kierunku?

– Nie, nie mogę odpowiedzieć na to pytanie.

– W takim razie zmarnowałem czas i nie będę już przedłużać mojej wizyty – słynny podróżnik szybkim krokiem opuścił nasz dom w wyraźnie złym humorze, a po pięciu minutach Holmes ruszył za nim.

Nie było go aż do wieczora. Wracając, szedł powolnym krokiem, twarz miał ponurą i wymizerowaną. Wiedziałem już, że nie poczynił żadnych znaczących postępów w swym śledztwie. Rzucił okiem na telegram, który na niego czekał, i cisnął go na ruszt kominka.

– To z hotelu w Plymouth, Watsonie – powiedział. – Dowiedziałem się od pastora, jak się nazywał, i wysłałem tam telegram, żeby sprawdzić, czy relacja doktora Leona Sterndale’a była prawdziwa. Wygląda na to, że rzeczywiście spędził tam ubiegłą noc i wysłał już część swojego bagażu do Afryki, sam zaś powrócił, by uczestniczyć w tym śledztwie. Co o tym sądzisz, Watsonie?

– Jest nim bardzo zainteresowany.

– Bardzo zainteresowany... Tak. To jest nić, której jeszcze nie chwyciliśmy, a która być może przeprowadzi nas przez ten splątany kłębek. Rozchmurz się, Watsonie, bo jestem pewien, że niewiele jeszcze wiemy. Kiedy poznamy więcej, pokonamy wszystkie trudności.

Nie zdawałem sobie nawet sprawy, jak szybko spełni się przepowiednia Holmesa ani jak dziwny i złowróżbny będzie dalszy rozwój wypadków, który zapoczątkował zupełnie nowy rozdział w naszym śledztwie. Goliłem się rano przy oknie, gdy usłyszałem tętent kopyt; wyjrzawszy przez okno, zobaczyłem dwukółkę pędzącą galopem drogą. Zatrzymała się przy naszych drzwiach, po czym wyskoczył z niej nasz przyjaciel pastor i co tchu ruszył ogrodową ścieżką. Holmes był już ubrany, i obaj pośpieszyliśmy na dół, by wyjść mu na spotkanie.

Nasz gość był tak poruszony, że ledwie mógł wydobyć z siebie słowo. W końcu jednak, łapiąc powietrze, urywanymi zdaniami wyrzucił z siebie tę tragiczną nowinę.

– Nawiedził nas diabeł, panie Holmes! Moją biedną parafię nawiedził diabeł! – zawołał. – Sam szatan tutaj grasuje! Wszyscy jesteśmy w jego rękach!

W swoim podekscytowaniu niemal tańczył po pokoju, wyglądałby dość groteskowo i śmiesznie, gdyby nie jego biała jak kreda twarz i przerażone oczy. Wreszcie wydobył z siebie straszne wieści.

– Pan Mortimer Tregennis zmarł dzisiaj w nocy. Miał dokładnie takie same objawy, jak reszta jego rodziny.

Holmes zerwał się na równe nogi, w jednej chwili pełen energii i żądny działania.

– Zmieścimy się wszyscy do pańskiej dwukółki?

– Owszem.

– W takim razie, Watsonie, odłożymy na później nasze śniadanie. Panie Roundhay, jesteśmy całkowicie do pańskiej dyspozycji. Tylko szybko, szybko, zanim ktoś coś poprzestawia!

Lokator pastora zajmował na plebanii dwa narożne pokoje, położone jeden nad drugim. Na dole znajdował się duży salon, a nad nim sypialnia. Okna wychodziły na trawnik do gry w krykieta, sięgający do samych okien salonu. Przyjechaliśmy na miejsce jeszcze przed pojawieniem się lekarza i policji, więc wszystko znajdowało się w całkowicie nienaruszonym stanie. Opiszę teraz tę scenę tak dokładnie, jak ją ujrzeliśmy w ten mglisty marcowy poranek. Do tego stopnia wryła się w moją pamięć, że nigdy nie potrafię jej zapomnieć.

W pokoju panował potworny przygnębiający zaduch. Gdyby służący nie otworzył okna wcześnie rano, zaduch byłby wręcz nie do zniesienia. Po części mogło to wynikać z faktu, że pośrodku stołu stała zapalona i wciąż dymiąca lampa. Przy stole siedział na krześle zmarły, odchylony do tyłu. Jego rzadka bródka sterczała do góry, okulary zsunęły się na czoło, a szczupłą ciemną twarz zwróconą w stronę okna wykrzywił taki sam grymas przerażenia, jaki odbił się bardzo wyraźnie w rysach jego nieżyjącej siostry. Ręce i nogi były powykręcane, a palce zaciśnięte, tak jakby zmarł w paroksyzmie strachu. Był ubrany, choć znaleźliśmy oznaki świadczące o tym, że ubierał się w pośpiechu. Wcześniej dowiedzieliśmy się, że spał w swoim łóżku i ten tragiczny koniec spotkał go wczesnym rankiem.

Gdy tylko weszliśmy do salonu, w Holmesie nastąpiła gwałtowna zmiana: flegmatyczna powierzchowność przeobraziła się w rozgrzaną do białości energię. W jednej chwili stał się spięty i czujny, w oczach pojawił się błysk, twarz stężała, a mięśnie rąk się naprężyły w oczekiwaniu na fizyczny wysiłek. Wyszedł na trawnik, wrócił przez przeszklone drzwi, obszedł pokój, przeszedł do sypialni niczym wyżeł w pogoni za zwierzyną. Błyskawicznie przeszukał sypialnię, a na koniec energicznie otworzył okno na oścież, co najwyraźniej dało mu jakieś nowe powody do ekscytacji, bo natychmiast się przez nie wychylił z głośnymi okrzykami radości i zaciekawienia. Potem pędem ruszył na dół po schodach, wybiegł przez otwarte drzwi, rzucił się na trawnik, zerwał na równe nogi i znów wrócił do pokoju, a wszystko to z energią myśliwego, który depcze już po piętach ściganej zwierzynie. Wyjątkowo drobiazgowo i starannie zbadał lampę, która wydawała się zupełnie zwyczajna, i dokonał pewnych pomiarów jej pojemnika na naftę. Obejrzał starannie przez lupę warstwę sadzy pokrywającą szczyt osłony lampy i zdrapał trochę osadu, który przylgnął do jej górnej powierzchni. Odrobinę tego pyłu wsypał do koperty, którą umieścił w swoim portfelu. Gdy wreszcie przyjechał lekarz i zjawiła się policja, Holmes przywołał gestem pastora, po czym wszyscy trzej wyszliśmy na trawnik.

– Mogę z przyjemnością poinformować, że moje śledztwo nie było całkowicie jałowe. Nie mogę tutaj pozostać, by omówić go z policją, ale byłbym panu bardzo zobowiązany, panie Roundhay, gdyby przekazał pan wyrazy szacunku inspektorowi i raczył zwrócić mu uwagę na okno w sypialni oraz na lampę w salonie. Każdy z tych obiektów jest bardzo ważny, a razem mają niemal rozstrzygające znaczenie. Jeśli policjanci będą chcieli uzyskać więcej informacji, chętnie się z nimi spotkam w naszym domu. A teraz, Watsonie, myślę, że znacznie lepiej wykorzystamy nasz czas gdzie indziej.

Być może policjanci poczuli się urażeni wtargnięciem jakiegoś amatora lub też wydawało im się, że są na jakimś obiecującym tropie, ponieważ nikt z policji nie zjawił się u nas przez kolejne dwa dni. Holmes spędził ten czas, siedząc zamyślony w fotelu i paląc fajkę. Zaczął jednak częściej wychodzić na samotne spacery, a kiedy wracał po wielu godzinach, nawet słowem nie wspominał, gdzie był. Jeden z przeprowadzonych przez niego eksperymentów wskazał mi, w jakim kierunku podąża śledztwo. Kupił lampę, identyczną jak ta, która paliła się w pokoju Mortimera Tregennisa tego samego ranka, gdy doszło do tragedii. Napełnił ją taką samą naftą, jakiej używano na plebanii, i starannie zmierzył czas potrzebny do tego, aby jej pojemnik się opróżnił. Kolejny przeprowadzony przez niego eksperyment był bardziej nieprzyjemny, i z całą pewnością nigdy go nie zapomnę.

– Pamiętasz chyba, Watsonie – zauważył pewnego popołudnia – że w tych wszystkich relacjach, które usłyszeliśmy, występuje jeden wspólny czynnik. Chodzi mi o oddziaływanie powietrza na ludzi, którzy wchodzili do pokoju. Mortimer Tregennis, opisując ostatnią wizytę w domu swoich braci, powiedział nam, że lekarz po wejściu do tego pokoju opadł na krzesło. Zapomniałeś już o tym? Cóż, mogę cię zapewnić, że tak właśnie nam powiedział. Pamiętasz też zapewne, że i gospodyni, pani Porter, mówiła nam, iż wszedłszy do pokoju, zemdlała, a potem, gdy doszła do siebie, otworzyła okno. Przypomnij sobie ten potworny zaduch, jaki panował w salonie Mortimera Tregennisa, kiedy przybyliśmy na miejsce, choć służący już wcześniej otworzył okno. Pytałem o to i dowiedziałem się, że następnie tak się źle poczuł, iż musiał położyć się do łóżka. Przyznasz chyba, Watsonie, te fakty są bardzo znaczące. W obu przypadkach mamy dowody świadczące o tym, że powietrze w pokojach było niezdrowe, wręcz zatrute. Jednocześnie w obydwu pomieszczeniach, gdzie znajdowały się ofiary, zachodził bez przeszkód proces spalania: w jednym ogień palił się na kominku, w drugim – płonęła lampa. Ogień był, jak się okazało, potrzebny dla ogrzania pomieszczenia, jednak lampa, co wiemy na podstawie ilości zużytej nafty, została zapalona na długo po tym, gdy na zewnątrz było już całkiem jasno. Dlaczego? Z całą pewnością dlatego, że istnieje jakiś związek pomiędzy tymi trzema zjawiskami, jakimi były: proces spalania, zaduch panujący w pokojach i wreszcie szaleństwo lub śmierć tych nieszczęsnych ludzi. To jasne, nieprawdaż?

– Tak się przynajmniej wydaje.

– Możemy to w każdym razie przyjąć za naszą roboczą hipotezę. A więc załóżmy, że w obu tych przypadkach spalono coś, co spowodowało wytworzenie się toksycznej atmosfery, wywołującej dziwne efekty. Doskonale. W pokoju, gdzie przebywała rodzina Tregennisa, tę substancję umieszczono w kominku. Okno było zamknięte, ale ciąg kominowy sprawiał, że część trujących oparów ulatywała do komina z dymem. W związku z tym można by oczekiwać, że efekty działania trucizny będą słabsze niż w mieszkaniu Tregennisa, bo stamtąd opary nigdzie się nie wydostawały. Efekty wydają się potwierdzać to przypuszczenie. W pierwszym przypadku ofiarą padła tylko kobieta, która przypuszczalnie miała bardziej wrażliwy organizm, zaś u pozostałych pojawiły się trwałe lub przejściowe objawy szaleństwa, które najwyraźniej muszą być pierwszym objawem działania tej substancji. W drugim przypadku jej wpływ był niczym nie zmącony. Tak więc fakty wydają się potwierdzać teorię, że użyto tu jakiejś trucizny, która uaktywniała się przy zetknięciu z płomieniem.

Ze względu na takie rozumowanie było naturalnym, że szukałem w pokoju Mortimera Tregennisa jakiejś pozostałości tej substancji. Oczywistym miejscem, gdzie należało to sprawdzić, była osłona lampy. I owszem, zauważyłem tam trochę łuszczącego się osadu, a wzdłuż krawędzi dolnej osłony obwódkę brązowawego proszku, który nie uległ jeszcze spaleniu. Widziałeś, zebrałem połowę tego proszku i przesypałem go do koperty.

– Dlaczego tylko połowę, Holmesie?

– Ponieważ, mój drogi Watsonie, nie mogę stawać na drodze oficjalnych przedstawicieli prawa. Zostawiłem im wszystkie dowody, jakie sam znalazłem. Trucizna nadal jest w osadzie, jeśli tylko będą na tyle bystrzy, żeby ją znaleźć. A teraz, Watsonie, zapalimy naszą lampę. Zachowajmy jednak ostrożność i otwórzmy okno, by nie dopuścić do przedwczesnego zgonu dwóch jakże szanowanych obywateli. Ty siądziesz przy otwartym oknie w fotelu, chyba że, będąc rozsądnym człowiekiem, dojdziesz do wniosku, iż nie zamierzasz brać udziału w tym eksperymencie. Aha, chcesz się jednak przekonać, co się stanie? Wiedziałem, że dobrze znam mojego przyjaciela Watsona. To krzesło postawię naprzeciwko twojego fotela, będziemy siedzieli w tej samej odległości od trucizny, zwróceni twarzami do siebie. Drzwi zostawimy uchylone. W ten sposób każdy z nas będzie mógł obserwować drugiego i zakończyć ten eksperyment, gdyby tylko pojawiły się niepokojące objawy. Wszystko jasne? Cóż, w takim razie wyjmę z koperty proszek, a przynajmniej to, co z niego zostało, i umieszczę go nad płonącą lampą. O tak! A teraz, Watsonie, usiądźmy sobie i zobaczmy, co się wydarzy.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Ledwie zdążyłem usiąść w fotelu, gdy poczułem gęsty piżmowy zapach, subtelny i wywołujący mdłości. W tej samej chwili świadomość mi się zmąciła, i straciłem kontrolę nad sobą. Przed oczyma pojawiła się gęsta czarna chmura, a umysł podsunął mi wizję, że w tej chmurze znajduje się wszystko to, co w jakiś niejasny sposób jest przerażające i, choć jeszcze niewidoczne, zaraz mnie dopadnie. Czułem, że w niepojęty sposób kryje ona w sobie wszystko, co potworne i podłe we wszechświecie. W tej ciemnej chmurze majaczyły i poruszały się niewyraźne kształty, każdy niczym jakiś złowróżbny znak, ostrzeżenie przed czymś, co dopiero ma nadejść, przeczucie, że na progu stoi coś niewypowiedzianego, czego sam cień wystarczy, by zniszczyć moją duszę. Mrożące krew w żyłach przerażenie przejęło nade mną kontrolę. Poczułem, że włosy stają mi dęba, oczy wytrzeszczają się, usta otwierają, a język robi się sztywny niczym rzemień. W moim mózgu zapanował chaos, byłem pewien, że za chwilę coś w nim pęknie. Próbowałem krzyknąć i niejasno usłyszałem ochrypłe skrzypienie, które było moim własnym głosem, jednak jakimś odległym i całkowicie nie związanym ze mną. W tej samej chwili, zdobywając się na nieprawdopodobny wysiłek, aby od tych wyobrażeń uciec, przebiłem się przez chmurę rozpaczy i na moment ujrzałem twarz Holmesa. Była biała i sztywna. Malowało się na niej takie samo przerażenie, jakie zobaczyłem w rysach tych martwych ludzi. Widok ten przywrócił mi na chwilę siły i kontrolę nad umysłem. Zerwałem się z fotela, z całych sił objąłem ramionami Holmesa i razem chwiejnym krokiem wydostaliśmy się na zewnątrz. Chwilę później padliśmy na trawnik i leżeliśmy obok siebie, świadomi jedynie wspaniałego blasku słońca, które zaczęło się przebijać przez tę piekielną chmurę przerażenia, jaka jeszcze przed chwilą nas otaczała. Powoli strach opuszczał nasze dusze niczym mgła podnosząca się nad łąką, aż wreszcie powrócił do nas rozsądek i spokój ducha. Usiedliśmy na trawie. Ocierając lepkie od potu czoła i patrząc z lękiem na siebie nawzajem, dostrzegaliśmy ustępowanie tego strasznego doświadczenia, jakie właśnie przeżyliśmy.

– Wielkie nieba, Watsonie! – odezwał się wreszcie Holmes niepewnym łamiącym się głosem. – Jestem ci winien zarówno podziękowania, jak i przeprosiny. Tego eksperymentu nie można by usprawiedliwić nawet wówczas, gdybym przeprowadził go tylko na sobie, a już tym bardziej na moim przyjacielu. Naprawdę bardzo cię przepraszam.

– Wiesz – odparłem poruszony, bo jeszcze nigdy nie widziałem, by Holmes okazał tyle ludzkich uczuć – że pomaganie tobie to moja największa radość i mój największy przywilej.

Znów przyjął ten swój na wpół żartobliwy, na wpół cyniczny ton, jakim miał zwyczaj zwracać się do ludzi, którzy go otaczali.

– Doprowadzanie nas do obłędu byłoby zbyteczne – powiedział. – Obiektywny obserwator z pewnością by oświadczył, że byliśmy już obłąkani, nim rozpoczęliśmy ten szaleńczy eksperyment. Muszę przyznać, że nawet nie przyszło mi do głowy, iż efekty mogą być tak nagłe i intensywne. – Pobiegł do domu, a po chwili pojawił się, trzymając płonącą lampę na odległość wyciągniętego ramienia, po czym cisnął ją w zarośla jeżyn. – Musimy trochę odczekać, aż powietrze w pokoju się oczyści. Zakładam, Watsonie, że nie masz już nawet cienia wątpliwości co do tego, w jaki sposób doprowadzono do tragedii?

– Absolutnie żadnego.

– Jednak przyczyna pozostaje równie niejasna, tak jak przedtem. Chodźmy do tamtej altany i omówmy sprawę. Mam wrażenie, że to ohydztwo nadal tkwi mi w gardle. Myślę, że powinniśmy przyznać, iż wszystko wskazuje na tego całego Mortimera Tregennisa, który był sprawcą pierwszej tragedii, natomiast padł ofiarą drugiej. Musimy przede wszystkim pamiętać, że w rodzinie doszło jakiś czas temu do niesnasek, po których wszyscy się pogodzili. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jak zajadły był to spór ani jak szczere było wybaczenie. Kiedy myślę o Mortimerze Tregennisie z tą jego lisią twarzą i małymi cwanymi świdrującymi oczyma spoglądającymi zza okularów, to raczej trudno mi uwierzyć, by chętnie wybaczał innym. Poza tym pamiętasz zapewne, że sugestia, dotycząca czegoś, co poruszało się w ogrodzie, która na jakiś czas odciągnęła naszą uwagę od prawdziwej przyczyny tragedii, pochodziła właśnie od niego. Miał motyw, by skierować nas na fałszywy trop. A wreszcie skoro to nie on wrzucił tę substancję do ognia w chwili, kiedy stamtąd wychodził, to kto mógł to zrobić? Ta tragedia wydarzyła się natychmiast po tym, jak stamtąd wyszedł. Gdyby ktokolwiek następnie tam wszedł, ci ludzie z całą pewnością wstaliby od stołu. Poza tym w spokojnej Kornwalii goście nie pojawiają się po dziesiątej w nocy. Możemy więc założyć, że wszystkie dowody wskazują na Mortimera Tregennisa, który popełnił tę zbrodnię.

– Ale w takim razie jego własna śmierć była samobójstwem!

– Cóż, Watsonie, na pierwszy rzut oka nie wydaje się to wcale takie niemożliwe. Człowiek, który miał na sumieniu członków własnej rodziny, mógł równie dobrze sam się zabić pod wpływem wyrzutów sumienia. Istnieją jednak pewne przekonujące powody, by sądzić, że tak nie było. Na szczęście jest w Anglii pewien człowiek, który wie dużo na interesujący nas temat, i tak to zaaranżowałem, byśmy dziś po południu mogli poznać prawdę z jego ust. Aha, oto i on! Jest trochę przed czasem. Bardzo proszę tutaj, doktorze Sterndale! Przeprowadzaliśmy pewien eksperyment chemiczny, w związku z czym nasz niewielki pokoik chwilowo nie nadaje się na przyjęcie tak znamienitego gościa.

Usłyszałem skrzypnięcie ogrodowej furtki, i na ścieżce pojawiła się majestatyczna postać wielkiego podróżnika i znawcy Afryki. Z pewnym zaskoczeniem skierował się ku altanie, w której siedzieliśmy.

– Posłał pan po mnie, panie Holmes. Dostałem pański list jakąś godzinę temu i przybyłem, choć doprawdy nie wiem, z jakiej racji miałbym się stawiać na pańskie wezwanie.

– Być może uda nam się wyjaśnić tę kwestię, nim się rozstaniemy – rzekł Holmes. – Tymczasem jestem panu bardzo wdzięczny, że był pan tak uprzejmy i tutaj przyszedł. Proszę nam wybaczyć to nietypowe przyjęcie pod gołym niebem, ale mój przyjaciel Watson i ja niemal napisaliśmy kolejny rozdział tej historii, którą gazety już nazywają „kornwalijskim horrorem”, i chwilowo wolimy pozostać na świeżym powietrzu. Biorąc pod uwagę fakt, że sprawy, które poruszymy, mogą dotyczyć pana osobiście, lepiej nawet będzie rozmawiać tutaj, gdzie nikt nie podsłucha naszej rozmowy.

Podróżnik wyjął cygaro z ust i spojrzał surowo na mojego towarzysza.

– Bardzo bym się chciał dowiedzieć, sir – powiedział – co takiego pan ma do powiedzenia, co miałoby mnie dotyczyć.

– Zabił pan Mortimera Tregennisa – rzekł Holmes.

Przez chwilę żałowałem, że nie mam przy sobie broni. Wściekła twarz Sternadale’a przybrała purpurowy odcień, oczy błysnęły, a na czoło wystąpiły nabrzmiałe żyły. Z zaciśniętymi pięściami rzucił się na mojego towarzysza. Zaraz jednak się zatrzymał i potężnym wysiłkiem woli znów powrócił do chłodnej opanowanej postawy, która zdawała się jeszcze groźniejsza niż ten porywczy wybuch.

– Tak długo żyłem wśród dzikich ludzi, poza jakimkolwiek prawem – powiedział – że sam zacząłem stanowić dla siebie prawo. Dobrze by było, panie Holmes, gdyby pan o tym nie zapominał, bo nie chciałbym zrobić panu krzywdy.

– Ja również nie mam ochoty zrobić panu krzywdy, doktorze Sterndale. Najlepszym dowodem jest chyba fakt, że wiedząc to, co wiem, posłałem po pana, zamiast zawiadomić policję.

Sterndale z westchnieniem opadł na krzesło, onieśmielony, chyba po raz pierwszy w ciągu swego całego życia, pełnego przygód. Spokojny chłodny Holmes był tak stanowczy, że nasz gość nie potrafił mu się oprzeć: zająknął się, a jego wielkie dłonie nerwowo otwierały się i zaciskały.

– Co to ma znaczyć? – zapytał w końcu. – Jeśli to blef, panie Holmes, to wybrał pan nieodpowiedniego człowieka do swego eksperymentu. Ale skończmy już z owijaniem w bawełnę. O co panu chodzi?

– Powiem panu – rzekł Holmes – a zrobię to tylko dlatego, że mam nadzieję, iż szczerość wywoła szczerość. Mój następny krok zależy wyłącznie od tego, w jaki sposób będzie się pan bronił.

– Bronił?

– Tak, sir.

– Bronił przed czym?

– Przed zarzutem zamordowania Mortimera Tregennisa.

Sterndale otarł czoło chustką.

– Wielkie nieba, posuwa się pan za daleko! – wykrzyknął. – Czy wszystkie pańskie sukcesy wynikają z tej niezwykłej umiejętności blefowania?

– To pan blefuje, doktorze Sterndale, a nie ja – odparł z powagą Holmes. – Aby to panu udowodnić, przedstawię pewne fakty, na których opieram swoje wnioski. Pański powrót z Plymouth oraz informacja o tym, że znaczna część pańskiego bagażu popłynęła do Afryki, naprowadziły mnie na myśl, iż pan jest jednym z czynników, które trzeba wziąć pod uwagę przy rekonstrukcji przebiegu tego dramatu.

– Wróciłem...

– Słyszałem już powody, jakie pan podawał, i uważam je za nieprzekonujące i niewystarczające. Ale pomińmy to. Przyszedł pan wówczas, żeby zapytać, kogo podejrzewam. Odmówiłem odpowiedzi na to pytanie. Potem poszedł pan w stronę plebanii, przez jakiś czas czekał przed budynkiem i wreszcie wrócił do siebie.

– Skąd pan to wie?

– Śledziłem pana.

– Nikogo nie widziałem.

– Bo tego właśnie oczekuję, gdy kogoś śledzę. Spędził pan w domu bezsenną noc i uknuł pewien plan, do którego realizacji zabrał się wcześnie rano. Wychodząc z domu o świcie, napełnił pan kieszeń jakimś czerwonawym żwirem, którego sterta leży przy pańskiej furtce.

Sterndale wzdrygnął się gwałtownie i zdumiony spojrzał na Holmesa.

– Potem szybkim krokiem przebył pan milę dzielącą jego dom od plebanii. Pragnę zauważyć, że miał pan na nogach te same tenisówki z karbowaną podeszwą, co teraz. Przeszedł pan przez sad w pobliżu plebanii, pokonał ogrodzenie i w ten sposób dotarł pod okno Tregennisa. Słońce już wzeszło, jednak w domu nie rozpoczęła się jeszcze codzienna krzątanina. Wyjął pan trochę żwiru z kieszeni i rzucił nim w okno na piętrze.

Sterndale zerwał się na równe nogi.

– Jest pan wcielonym diabłem! – zawołał.

Holmes uśmiechnął się, słysząc ten komplement.

– Wystarczyły jakieś dwie czy trzy garście żwiru, by lokator podszedł do okna. Pokazał mu pan gestem, żeby zszedł na dół. Szybko się ubrał i udał się do swojego salonu. Pan wszedł przez oszklone drzwi i podczas krótkiej rozmowy przemierzał pokój, następnie wyszedł, zamykając za sobą drzwi do ogrodu. Przez jakiś czas stał pan na zewnątrz na trawniku, paląc cygaro i obserwując to, co się wydarzyło. Wreszcie, gdy śmierć dosięgła Tregennisa, wycofał się pan tą samą drogą, którą przyszedł. A teraz, doktorze Sterndale, czym chce pan usprawiedliwić ten czyn i co było motywem pańskich działań? Jeśli będzie pan próbował udzielić mi wymijających odpowiedzi albo grać ze mną w jakieś gierki, mogę zapewnić, że przekażę tę sprawę władzom.

Gdy nasz gość słuchał tych oskarżycielskich słów, jego oblicze stawało się popielatoszare. Przez jakiś czas siedział pogrążony w myślach, z twarzą ukrytą w dłoniach. Później, pod wpływem nagłego impulsu, wyciągnął z kieszeni na piersi zdjęcie i rzucił je na stojący przed nami nieociosany stolik.

– To dlatego to zrobiłem – powiedział.

Zdjęcie przedstawiało portret bardzo pięknej kobiety. Holmes pochylił się nad nim.

– Brenda Tregennis.

– Tak, Brenda Tregennis – powtórzył nasz gość. – Od lat ją kochałem. Od lat ona kochała mnie. To jest właśnie ten sekret mojego życia w odosobnieniu, gdzieś w Kornwalii, któremu ludzie tak bardzo się dziwili. W ten sposób mogłem być blisko jedynej osoby na świecie, która była mi tak droga. Nie mogłem się z nią ożenić, bo mam żonę, która wiele lat temu ode mnie odeszła, a z którą jednak przez to żałosne angielskie prawo nie mogę się rozwieść. Przez wiele lat Brenda czekała. I ja czekałem. I doczekaliśmy się tej tragedii – jego potężnym ciałem wstrząsnął straszliwy szloch, który ścisnął mu gardło. Po chwili z trudem się opanował i ciągnął dalej. – Pastor o tym wiedział. Wtajemniczyliśmy go w nasz sekret. Mógłby panu powiedzieć, że była aniołem chodzącym po ziemi. To właśnie dlatego wysłał mi telegram, bym wrócił. Cóż dla mnie znaczyły ten bagaż czy ta Afryka, kiedy dowiedziałem się, że na moją ukochaną spadło takie nieszczęście? To jest ten pański brakujący motyw moich działań, panie Holmes.

– Proszę mówić dalej – rzekł mój przyjaciel.

Doktor Sterndale wyjął z kieszeni papierową paczuszkę i położył ją na stole. Było na niej napisane: „Radix pedis diaboli”. Poniżej znajdowała się czerwona nalepka, ostrzegająca, że zawartość jest trująca. Pchnął ją w moim kierunku.

– Wiem, że jest pan lekarzem, sir. Czy słyszał pan kiedyś o tym preparacie?

– Korzeń czarciej stopy! Nie, nigdy o czymś takim nie słyszałem.

– Nie umniejsza to w niczym pańskiej fachowej wiedzy – rzekł Sterndale – bo jestem przekonany, że z wyjątkiem jednej próbki w laboratorium w Budapeszcie nie znajdzie go pan w całej Europie. Preparat ten nie trafił jeszcze do farmakopei ani do literatury dotyczącej toksykologii. Korzeń ma kształt w połowie ludzkiej stopy, a w połowie koźlego kopyta; stąd ta wymyślna nazwa, jaką nadał mu jakiś misjonarz botanik. Jest stosowany podczas obrzędów przez szamanów w pewnych rejonach Afryki Zachodniej, a wiedza o nim jest utrzymywana w tajemnicy. Tę konkretną próbkę otrzymałem w bardzo niezwykłych okolicznościach w dorzeczu Ubangi – mówiąc to, rozchylił papier i pokazał nam stosik czerwonawobrązowego proszku, przypominającego tabakę.

– I? – wtrącił surowo Holmes.

– Zamierzam panu opowiedzieć, panie Holmes, o wszystkim, co się wydarzyło, ponieważ wie pan już tak dużo, że z całą pewnością leży w moim interesie, by poznał pan całą resztę. Wyjaśniłem już panu, jakie były moje związki z rodziną Tregennisów. Ze względu na siostrę zaprzyjaźniłem się z braćmi. W rodzinie doszło do sporu o pieniądze, wskutek którego ten Mortimer się od nich odsunął, podobno jednak wszystko sobie wyjaśnili, i spotykałem się z nim tak samo, jak z pozostałymi. Był przebiegłym wyrafinowanym intrygantem. Wydarzyło się parę rzeczy, które wzbudziły moje podejrzenia, nie miałem jednak żadnych podstaw, by coś mu zarzucić.

Pewnego dnia, zaledwie parę tygodni temu, przyszedł do mojego domu, a ja pokazałem mu parę ciekawostek z moich podróży do Afryki. Opowiedziałem między innymi o dziwnych właściwościach tego proszku i o tym, jak pobudza ośrodki w mózgu, które kontrolują odczuwanie strachu: nieszczęśni tubylcy poddawani próbie przez szamana swojego plemienia popadają pod wpływem proszku w obłęd lub umierają. Wspomniałem mu również, jak bezsilna jest europejska nauka, jeśli chodzi o jego wykrywanie. Nie potrafię powiedzieć, w jaki sposób udało mu się go ukraść, bo ani na chwilę nie wyszedłem z pokoju, nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że to musiało być wtedy, gdy otwierałem szafki albo pochylałem się nad jakimiś skrzyniami. W każdym razie udało mu się wziąć trochę tego proszku z korzenia czarciej stopy. Doskonale pamiętam, jak męczył mnie pytaniami o dawkę i czas, który jest potrzebny, by pojawiły się efekty. Nigdy jednak nie przyszło mi choćby przez chwilę do głowy, że mógł mieć osobiste powody, by o to pytać.

Nie zastanawiałem się więcej nad tą sprawą, dopóki w Plymouth nie dotarł do mnie telegram od pastora. Mortimer myślał, że wypłynę na morze, nim zdążę otrzymać jakieś wieści, i że na parę lat zniknę gdzieś w Afryce. Wróciłem jednak natychmiast. Oczywiście, gdy tylko usłyszałem o szczegółach tej tragedii, byłem pewien, że użyto mojej trucizny. Przyszedłem tu spotkać się z panem, żeby sprawdzić, czy nie nasunęło mu się jakieś wyjaśnienie. Jednak nie mogło być żadnego innego. Byłem pewny, że to Mortimer Tregennis był mordercą i że dla pieniędzy – być może pomyślał, że gdyby pozostali członkowie jego rodziny oszaleli, on zostanie jedynym spadkobiercą całego ich majątku – wykorzystał proszek z czarciej stopy, doprowadzając dwóch z nich do obłędu i zabijając własną siostrę Brendę, jedyną ludzką istotę na świecie, którą kochałem i która kochała mnie. Taka była jego zbrodnia. A jaka miała być jego kara?

Czy powinienem był zwrócić się do przedstawicieli prawa? Jakie miałem dowody? Znałem prawdę, ale jak mogłem sprawić, by wiejscy przysięgli uwierzyli w tak fantastyczną historię? Może by mi się to udało, a może nie. Jednak nie mogłem sobie pozwolić na klęskę. Moja dusza wołała o pomstę. Mówiłem już panu, panie Holmes, że znaczną część życia przeżyłem poza prawem i w końcu sam się stałem prawem dla samego siebie. Tym razem też tak było. Postanowiłem, że Mortimer powinien podzielić los swoich bliskich. Musiał zginąć w taki sposób, jaki im zgotował. Gdyby się to nie udało, sam zamierzałem zadbać o to, by sprawiedliwości stało się zadość, i zabić go własnymi rękoma. W całej Anglii nie może być w tej chwili ani jednego człowieka, który mniej ceniłby swoje własne życie niż ja sam.

Opowiedziałem panu wszystko. Reszty sam się pan dowiedział. Rzeczywiście, po bezsennej nocy wczesnym rankiem wyszedłem z domu. Przewidziałem, że będę miał trudności z obudzeniem go, wziąłem więc trochę żwiru z tej sterty, o której pan wspominał, i rzuciłem nim w jego okno. Zszedł na dół i wpuścił mnie do środka przez drzwi w salonie. Powiedziałem mu, że wiem o jego zbrodni i że przychodzę jako sędzia i kat w jednej osobie. Ten łajdak opadł na krzesło, sparaliżowany widokiem mojego rewolweru. Zapaliłem lampę, umieściłem nad nią proszek i stałem na zewnątrz za oknem, gotów spełnić moją groźbę i go zastrzelić, gdyby spróbował opuścić pokój. Umarł po pięciu minutach. Mój Boże! Jak on umierał! Ale moje serce było twarde jak skała. Miałem satysfakcję, że musiał odczuwać to wszystko, co wcześniej czuła moja niewinna ukochana. Taka jest moja historia, panie Holmes. Być może, jeśli kochał pan kiedyś jakąś kobietę, postąpiłby pan tak samo jak ja. Tak czy inaczej jestem w pańskich rękach. Może pan zrobić to, na co ma pan ochotę. Jak już powiedziałem, nie ma takiego człowieka na świecie, który mniej bałby się śmierci niż ja w tej chwili.

Holmes przez chwilę siedział w milczeniu.

– Jakie miał pan plany? – zapytał w końcu.

– Zamierzałem zakopać się gdzieś w środkowej Afryce. Moja praca w tych rejonach nie jest jeszcze nawet w połowie skończona.

– W takim razie proszę tam jechać i ją dokończyć – rzekł Holmes. – Ja przynajmniej nie zamierzam panu w tym przeszkadzać.

Doktor Sterndale podniósł się, skłonił z powagą, po czym opuścił altanę. Holmes zapalił fajkę i podał mi woreczek z tytoniem.

– Dla odmiany przydałoby się trochę oparów, które nie są tak trujące – powiedział. – Myślę, że zgodzisz się ze mną, Watsonie, iż nie jest to sprawa, w którą powinniśmy się wtrącać. Prowadziliśmy to śledztwo niezależnie od oficjalnego, i nasze działania również takie będą. Doniósłbyś na tego człowieka?

– Z całą pewnością nie – odparłem.

– Nigdy nie byłem zakochany, lecz gdybym kogoś pokochał i gdyby tę kobietę spotkał taki koniec, mógłbym postąpić dokładnie tak jak nasz żyjący poza prawem łowca lwów. Kto wie, Watsonie? Kto wie? Nie zamierzam, mój drogi, obrażać twojej inteligencji, wyjaśniając ci to, co jest oczywiste. Naturalnie, punktem wyjścia w moim śledztwie był ten żwir na parapecie. Nie przypominał ziemi z ogródka przy plebanii. Dopiero po wizycie doktora Sterndale’a zwróciłem uwagę na jego osobę i domek, w którym mieszkał, a obok domu znalazłem podobny żwir. Lampa paląca się w biały dzień i pozostałości tego proszku na jej osłonie były ogniwami w dość oczywistym łańcuchu. A teraz, mój drogi Watsonie, myślę, że możemy zapomnieć o tej sprawie i z czystym sumieniem powrócić do badania chaldejskich korzeni, które z całą pewnością można wyśledzić w kornwalijskiej odmianie wspaniałej celtyckiej mowy.

Rozdział ósmy

 

Ostatni ukłon

 
 

Sherlock Holmes. Epilog

 

Była dziewiąta wieczorem drugiego sierpnia, tego najstraszliwszego sierpnia w historii ludzkości. Można by pomyśleć, że klątwa Boga już ciążyła nad zdegenerowanym światem, bo panowała nad nim pełna grozy cisza, a w parnym nieruchomym powietrzu wisiało niejasne oczekiwanie na coś, co miało dopiero nadejść. Słońce zaszło już dawno, ale na zachodzie, tuż nad horyzontem, widniała jeszcze na niebie krwistoczerwona plama, niczym otwarta rana. Nad głową jasno świeciły gwiazdy, a niżej, w zatoce, połyskiwały światła statków.

Przy kamiennej balustradzie na ogrodowej ścieżce stało dwóch Niemców. Za nimi wznosił się długi przysadzisty dom z ciężką fasadą. Patrzyli w dół na szerokie plaże ciągnące się u stóp wielkiego kredowego klifu, na którym von Bork zagnieździł się cztery lata temu niczym jakiś wędrowny orzeł. Stali blisko siebie, niemal dotykając głowami, i rozmawiali cichym głosem. Patrząc z dołu, można było odnieść wrażenie, że dwa żarzące się końce ich cygar to płonące oczy jakiegoś złośliwego diabła, który spogląda w dół poprzez ciemność.

Von Bork był niezwykłym człowiekiem. Nie znalazłoby się takiego drugiego wśród najbardziej oddanych agentów cesarza niemieckiego. Dzięki jego rzadkim talentom powierzono mu misję w Anglii, najważniejszą ze wszystkich. Odkąd się jej podjął, te jego talenty zdawały się coraz bardziej oczywiste dla pół tuzina ludzi, którzy znali prawdę. Jednym z nich był towarzyszący mu obecnie baron von Herling, pierwszy sekretarz ambasady, którego ogromny Benz z silnikiem o mocy stu koni mechanicznych blokował wiejską dróżkę, gotów odwieźć swojego właściciela z powrotem do Londynu.

– O tyle, o ile jestem w stanie ocenić bieżącą sytuację, w ciągu tygodnia pan zapewne znów będzie w Berlinie – mówił sekretarz. – A kiedy już pan tam dotrze, mój drogi panie von Bork, myślę, że będzie zaskoczony powitaniem, jakie go czeka. Tak się składa, że wiem, co ludzie znajdujący się na najwyższym szczeblu w tym kraju sądzą o pańskiej pracy. – Sekretarz był wysokim potężnym mężczyzną o szerokich ramionach. Mówił powoli i twardo, co było jego głównym atutem w karierze politycznej.

Von Bork się roześmiał.

– Łatwo ich zwieść – zauważył. – Trudno by sobie było wyobrazić bardziej uległych i prostodusznych ludzi.

– Tego nie wiem – rzekł jego rozmówca z namysłem. – Mają dziwne cechy, trzeba się nauczyć ich obserwować. To właśnie ich zewnętrzna prostoduszność stanowi pułapkę dla cudzoziemca. Sprawiają wrażenie łagodnych i miękkich. Później nagle natrafiasz na coś twardego i zdecydowanego i już wiesz, że osiągnęło się pewną granicę i trzeba się do tego dostosować. Mają te swoje wyspiarskie zwyczaje, których po prostu należy przestrzegać.

– Czyli trzymać fason i robić tego typu rzeczy – von Bork westchnął jak człowiek, który wiele wycierpiał.

– Inaczej mówiąc, brytyjskie uprzedzenia we wszystkich dziwacznych przejawach. Jako przykład przytoczę jedną z moich najgorszych wpadek. Mogę sobie pozwolić, by o tym mówić, bo doskonale zna pan moją pracę i jest pan świadom moich sukcesów. To było wówczas, gdy przyjechałem tu po raz pierwszy. Zaproszono mnie na weekend na przyjęcie w wiejskiej rezydencji ministra. Rozmowy były niesamowicie niedyskretne.

Von Bork kiwnął głową.

– Byłem tam – rzekł sucho.

– Tak, tak. Oczywiście, wysłałem streszczenie wszystkich rozmów do Berlina. Niestety, nasz dobry kanclerz jest mało taktowny w pewnych sprawach. Wygłosił jakąś uwagę, z której można było wywnioskować, że wiedział, jakie słowa tam padały. A to oczywiście prowadziło prosto do mnie. Nie ma pan nawet pojęcia, jak bardzo mi to zaszkodziło. Mogę zapewnić, że nasi brytyjscy gospodarze nie byli wtedy łagodni. Przez dwa lata nie mogli mi tego zapomnieć. A teraz pan, który udaje sportowca...

– Nie, nie! Nie nazwałbym tego w ten sposób. Gra to coś sztucznego, a ja zachowuję się całkiem naturalnie. Jestem urodzonym sportowcem. Uwielbiam to.

– Cóż, dzięki temu pańska działalność jest jeszcze skuteczniejsza. Ściga się pan z nimi na jachtach, poluje, gra w polo. Jest pan dla nich równym przeciwnikiem w każdej grze. Pański czterokonny zaprzęg wygrywa zawody w Olimpii6. Słyszałem nawet, że posunął się pan do tego, że boksował się z młodymi oficerami. I jaki jest efekt? Nikt nie traktuje pana poważnie. Mają pana za „dobrego starego kolegę”, „całkiem przyzwoitego człowieka jak na Niemca”, sporo pijącego, włóczącego się po nocnych klubach, panoszącego się po mieście beztroskiego młodzieńca. Przez cały ten czas pański spokojny dom na wsi pozostaje ośrodkiem, w którym rozgrywa się połowa intryg w Anglii, i komu może przyjść do głowy, że ten młody wysportowany chłopak to najzręczniejszy agent tajnych służb w całej Europie. Jest pan geniuszem, mój drogi panie von Bork, prawdziwym geniuszem!

– Schlebia mi pan, baronie. Jednak z całą pewnością mogę powiedzieć, że cztery lata, które spędziłem w tym kraju, nie były bezproduktywne. Nigdy nie pokazywałem panu mojej małej kolekcji. Zechciałby pan wstąpić na chwilę do domu?

Drzwi gabinetu otwierały się prosto na taras. Von Bork pchnął je i, idąc przodem, włączył światło elektryczne. Następnie zamknął drzwi za zwalistym mężczyzną, który wszedł za nim, i starannie zasunął ciężką zasłonę. Dopiero kiedy przedsięwziął te środki ostrożności i wszystko dokładnie sprawdził, zwrócił wyrazistą opaloną twarz do swego gościa.

– Niektórych dokumentów już tu nie ma – powiedział. – Gdy moja żona i wszyscy domownicy wyjechali wczoraj do Flushing, zabrali ze sobą te mniej istotne. Jeśli chodzi o pozostałe, to muszę oczywiście prosić ambasadę o ich ochronę.

– Pańskie nazwisko zostało już wpisane na listę członków osobistej świty. Pan nie napotka na żadne trudności, a pański bagaż będzie bezpieczny. Oczywiście, istnieje możliwość, że nie będziemy musieli jechać. Anglia może pozostawić Francję jej losowi. Jesteśmy pewni, że nie ma pomiędzy nimi żadnego wiążącego traktatu.

– A Belgia?

– Dotyczy to też Belgii.

Von Bork potrząsnął głową.

– Nie rozumiem, jak to możliwe. Ten traktat bardzo precyzyjnie określa zobowiązania stron. Anglia nigdy by się nie podźwignęła po takim upokorzeniu.

– Ale przynajmniej przez chwilę będą mieli spokój.

– A honor kraju?

– Phi! Mój drogi panie, żyjemy w wieku utylitaryzmu. Honor to pojęcie średniowieczne. Poza tym Anglia nie jest gotowa. To wprost niepojęte, ale nawet nasz specjalny podatek wojenny, opiewający na pięćdziesiąt milionów, który tak wyraźnie wskazuje na nasze cele, jakbyśmy ogłosili je na pierwszej stronie „Timesa”, nie obudził tych ludzi z drzemki. Od czasu do czasu ktoś zada pytanie. Moim zadaniem jest wymyślenie odpowiedzi. Czasami ktoś bywa rozdrażniony. Moim zadaniem jest go uspokoić. Mogę jednak pana zapewnić, że jeśli chodzi o najważniejsze kwestie, takie jak składowanie amunicji, przygotowanie na atak łodzi podwodnych, ustalenia dotyczące produkcji materiałów wybuchowych, nic nie jest przygotowane. Jak w takim razie Anglia może się w to włączyć? Zwłaszcza teraz, gdy przyrządziliśmy Anglikom diabelski koktajl złożony z wojny domowej w Irlandii, furii tłukących okna7 i Bóg wie czego jeszcze, by musieli myśleć wyłącznie o tym, co się dzieje u nich w kraju.

– A ich przyszłość?

– To już inna kwestia.

– Zdaje mi się, że mamy własne, bardzo konkretne plany co do przyszłości Anglii i że informacje dostarczone przez pana mogą mieć dla nas kluczowe znaczenie. Rozprawimy się z Anglikami nie dziś, to jutro. Jeśli wolą, żeby to było dziś, jesteśmy całkowicie gotowi. Jeśli wybiorą jutro, będziemy tym bardziej przygotowani. Sądzę, że zrobiliby mądrzej, mając przy swoim boku sojuszników, ale to już ich sprawa. W tym tygodniu ważą się ich losy. Ale mówił pan o swoich dokumentach. – Usiadł w fotelu, a światło odbijało się od jego wielkiej łysej głowy, kiedy spokojnie pykał swoje cygaro.

W najdalszym rogu wielkiego pokoju z dębową boazerią i regałami pełnymi książek przy ścianach wisiała zasłona. Kiedy von Bork ją odsunął, wyłonił się potężny, obity mosiężną blachą sejf. Mężczyzna zdjął z łańcuszka do zegarka mały klucz i po chwili manipulowania przy zamku otworzył ciężkie drzwi.

– Proszę spojrzeć! – powiedział, odsuwając się na bok i wskazując gestem na zawartość sejfu.

Jasne światło padło na otwarty sejf, sekretarz ambasady patrzył z zainteresowaniem na rzędy wypełnionych dokumentami przegródek. Każda przegródka była odpowiednio opisana. Przebiegając je wzrokiem, odczytał długą listę tytułów: „Brody”, „Obrona portów”, „Samoloty”, „Irlandia”, „Egipt”, „Fortyfikacje Portsmouth”, „Kanał La Manche”, „Rosyth” oraz wiele innych. W każdej przegródce jeżyły się upchnięte dokumenty i plany.

– Kolosalne zbiory! – zawołał sekretarz. Odłożywszy cygaro, lekko zaklaskał swymi otyłymi dłońmi.

– A to wszystko w cztery lata, baronie. Nie najgorzej jak na sporo pijącego, jeżdżącego konno chłopaka ze wsi, prawda? Pokażę panu prawdziwy klejnot mojej kolekcji, bo wszystko jest już na to gotowe. – Wskazał na przegródkę, nad którą widniała nazwa: „Sygnały marynarki wojennej”.

– I tak ma pan już niezłe dossier.

– To dziś już makulatura. Admiralicja została w jakiś sposób ostrzeżona, zmienili wszystkie kody. To był straszliwy cios, baronie. Najgorsza porażka w całej mojej karierze. Ale dzięki książeczce czekowej i dobremu Altamontowi dziś w nocy wszystko znów będzie dobrze.

Baron zerknął na zegarek i wydał z siebie gardłowy okrzyk rozczarowania.

– Uff! Doprawdy nie mogę już dłużej czekać. Chyba potrafi pan sobie wyobrazić, jak szybko posuwają się teraz sprawy w Carlton Terrace. My wszyscy musimy być na swoich posterunkach. Miałem nadzieję, że będę mógł przynieść panu wieści o wielkim przewrocie. Czy Altamont nie podał żadnej godziny?

Von Bork wręczył mu telegram.

Przyjdę z całą pewnością dziś w nocy i przyniosę nowe świece zapłonowe.

 

 

ALTAMONT

 

– Świece zapłonowe?

– Wie pan, udaje wielkiego eksperta od silników, a ja mam przecież pełen garaż samochodów. To nasz kod, wszystkiemu, co może nas interesować, nadaliśmy nazwy części zamiennych do samochodu. Kiedy mówi o chłodnicy, ma na myśli pancernik, pompa olejowa oznacza krążownik i tak dalej. Świece zapłonowe to sygnały marynarki wojennej.

– Nadane z Portsmouth w południe – rzekł sekretarz, przyglądając się nagłówkowi. – A tak nawiasem mówiąc, ile pan mu płaci?

– Pięćset funtów za tę konkretną robotę. Oczywiście, ma również stałą pensję.

– Zachłanny łotr. Pożyteczni są ci zdrajcy, ale szkoda mi pieniędzy, które na nich wydajemy.

– Ja niczego nie żałuję Altamontowi. Wspaniały z niego pracownik. Kiedy mu dobrze płacę, przynajmniej dostarcza mi dobry towar, tak sam to ujął. Poza tym nie jest żadnym zdrajcą. Mogę pana zapewnić, że nasi najbardziej pangermańscy junkrzy są niczym łagodne gołąbki w swoich odczuciach wobec Anglii w porównaniu z najbardziej zajadłym Amerykaninem irlandzkiego pochodzenia.

– Aha, więc to Amerykanin irlandzkiego pochodzenia!

– Gdyby pan usłyszał, jak mówi, nie miałby pan co do tego cienia wątpliwości. Zapewniam, że czasami ledwo go rozumiem. Wygląda na to, że wydał wojnę nie tylko angielskiemu królestwu, lecz również klasycznej angielszczyźnie. Naprawdę musi pan już iść? Może tu być w każdej chwili.

– Niestety. Przykro mi, ale i tak już zostałem dłużej niż powinienem. Oczekujemy pana jutro wcześnie rano. Jeżeli uda się panu przekazać te kody sygnałowe w obecności księcia Yorku8, może pan uważać za zakończony swój tryumfalny pobyt w Anglii. A to co takiego?! Tokaj?

Wskazał na zapieczętowaną, pokrytą kurzem butelkę stojącą na tacy wraz z dwoma wysokimi kieliszkami.

– Mogę zaproponować panu kieliszek przed podróżą?

– Nie dziękuję. Ale wygląda zachęcająco.

– Altamont zna się na winach, bardzo mu zasmakował mój tokaj. Jest drażliwy, łatwo się obraża, muszę starać się o jego względy. Ma bardzo trudny charakter, zapewniam pana.

Powolnym krokiem wyszli na taras i skierowali się do jego najdalszego krańca. Tam czekał olbrzymi samochód barona, który natychmiast zadrżał i zamruczał, jak tylko kierowca go dotknął.

– Przypuszczam, że są to światła Harwich – rzekł sekretarz, zakładając prochowiec. – Wszystko jest takie ciche i senne. W ciągu tygodnia mogą się tu pojawić inne światła, i angielskie wybrzeże nie będzie już takim spokojnym miejscem. Niebo też może nie być już takie przyjazne, jeśli nasz dobry zeppelin spełni wszystkie swoje obietnice. A to kto?

W jednym z okien paliło się światło. Za szybą widać było stojącą lampę, a obok przy stoliku staruszkę o rumianej twarzy w wiejskim czepku na głowie. Siedziała, pochylona nad robótką ręczną. Od czasu do czasu odkładała ją na bok, żeby pogłaskać wielkiego czarnego kota leżącego na stołku przy niej.

– To Martha, jedyna służąca, jaka mi jeszcze została.

Sekretarz zachichotał:

– Może być uosobieniem Brytanii: całkowicie skupiona na własnych sprawach, leniwie i wygodnie drzemie. Au revoir, von Bork! – Machnął jeszcze ręką na pożegnanie, po czym wskoczył do samochodu i chwilę później ciemność przebiły dwa złociste stożki świateł reflektorów. Sekretarz rozparł się wygodnie na poduszkach swojej luksusowej limuzyny, pogrążony w myślach o nadciągającej europejskiej tragedii. Nawet nie zauważył niewielkiego forda jadącego z przeciwka, który minął go, gdy Benz skręcał w wiejską drogę.

Kiedy ostatni błysk świateł samochodu barona zniknął w oddali, von Bork wolnym krokiem wrócił do swojego gabinetu. Przechodząc obok, zauważył, że jego stara gospodyni zgasiła lampę i udała się na spoczynek. To było dla niego nowe doświadczenie. Cisza i ciemność w ogromnym domu. Miał liczną rodzinę i wielu służących. Z ulgą jednak pomyślał o tym, że teraz wszyscy byli już bezpieczni i że z wyjątkiem tej jednej staruszki, która przed chwilą siedziała jeszcze w kuchni, w całym tym domu jest sam. W gabinecie czekało go sporo sprzątania. Pilnie wziął się do pracy, a jego bystra przystojna twarz zarumieniła się od gorąca bijącego od płonących dokumentów. Przy stole stała skórzana walizka. Zaczął pakować do niej w bardzo porządny i systematyczny sposób bezcenną zawartość swojego sejfu, jednak ledwo się za to zabrał, jego doskonały słuch wyłowił z oddali dźwięki silnika zbliżającego się samochodu. Krzyknął z zadowolenia, zapiął paski walizki, zamknął sejf, przekręcił klucz i szybkim krokiem ruszył na taras. Zdążył akurat, by zobaczyć światła małego samochodu, który zatrzymywał się właśnie pod bramą. Wyskoczył z niego pasażer i szybko zaczął iść w jego stronę, podczas gdy szofer, potężnie zbudowany starszy mężczyzna z szarymi wąsami, usadowił się wygodnie, jakby spodziewał się, że długo sobie poczeka.

– I jak? – spytał z zapałem von Bork, wybiegając na spotkanie gościowi.

W odpowiedzi mężczyzna tryumfalnie machnął nad głową małą paczuszką owiniętą w brązowy papier.

– Może mi pan pogratulować! – zawołał. – Wreszcie zarobiłem na chleb.

– Sygnały?

– Tak jak pisałem w telegramie. Wszystkie, co do jednego. Flagi, sygnały świetlne, szyfry radiowe... Proszę zwrócić uwagę, że to kopia, a nie oryginał. Inaczej byłoby zbyt niebezpieczne. Ale to prawdziwy towar, zapewniam pana. – Klepnął Niemca w ramię z nieokrzesaną poufałością. Von Bork aż się skrzywił.

– Proszę wejść – powiedział. – Jestem zupełnie sam w domu. Czekałem tylko na to. Oczywiście, kopia jest lepsza niż oryginał. Gdyby zaginął oryginał, wszystko by pozmieniali. Sądzi pan, że ta kopia jest całkowicie pewna?

Amerykanin wszedł do gabinetu, usiadł w fotelu i wyciągnął swoje długie nogi. Był wysokim chudym mężczyzną około sześćdziesiątki o wyrazistych rysach, miał niewielką hiszpańską bródkę. Wszystko to sprawiało, że przypominał karykatury wuja Sama. Z kącika ust zwisało na wpół wypalone zgaśnięte cygaro; gdy tylko usiadł, natychmiast go zapalił.

– Przygotowania do wyprowadzki? – zauważył, rozglądając się wokół. – Proszę mi powiedzieć – dodał, spoglądając na odsłonięty sejf. – Chyba nie chce mi pan wmówić, że w tym sejfie trzyma pan dokumenty?

– A czemu nie?

– Cholera! Taka tandeta! Taka skrzynka! A uważają pana za szpiega pierwszej klasy. Każdy jankeski złodziej włamałby się do niego za pomocą otwieracza do konserw. Gdybym wiedział, że moje listy leżą sobie w czymś takim, byłbym frajerem, pisząc do pana.

– Każdy miałby problemy, żeby dostać się do tego sejfu – odparł von Bork. – Tego metalu nie przetnie się żadnym narzędziem.

– A zamek?

– Nie, nie! To zamek z podwójną kombinacją. Wie pan, co to jest?

– Niech mnie pan oświeci – rzekł Amerykanin.

– Żeby skłonić ten zamek do współpracy, potrzebuje pan słowa hasłowego i określonej liczby – mówiąc to, wstał i wskazał na podwójny dysk wokół dziurki od klucza. – Ten zewnętrzny krąg przeznaczono na litery, wewnętrzny – na cyfry.

– No, no. Całkiem niezłe.

– A więc nie jest on taki prymitywny, jak pan myślał. Kazałem go zrobić cztery lata temu, i według pana, jakie słowo i jakie cyfry wybrałem?

– Nie mam pojęcia.

– Słowo „sierpień”, a liczbę „1914”. No i proszę.

Twarz Amerykanina wyrażała zaskoczenie i podziw.

– O rany, sprytnie pan to wykombinował, dopracował do ostatniego szczegółu.

– Tak. Niektórzy z nas już wtedy mogli odgadnąć datę. No i proszę, wszystko się sprawdziło, a ja zwijam się stąd jutro rano.

– Hm, tak sobie myślę, że będzie pan też musiał załatwić coś dla mnie. Nie zostanę całkiem sam w tym pieprzonym kraju. Coś mi się wydaje, że najdalej za tydzień John Bull zacznie się miotać jak wściekły byk. Wolałbym go wówczas obserwować zza wody.

– Ale jest pan przecież amerykańskim obywatelem.

– Jack James też był amerykańskim obywatelem, a mimo to siedzi teraz w więzieniu w Portland. Angielskim gliniarzom nie trafia do przekonania, jak się im powie, że jest się amerykańskim obywatelem. „Tu mamy brytyjskie prawo i brytyjski porządek” – mówią. A nawiasem mówiąc, skoro już jesteśmy przy Jacku Jamesie, coś mi się wydaje, że nie bardzo się pan wysila, by chronić własnych ludzi.

– Co pan ma na myśli? – spytał ostro von Bork.

– Zatrudnia ich pan, prawda? Więc do pana należy tak ich ubezpieczyć, by nie mieli kłopotów. Jednakże wpadali w kłopoty. I co, wyciągnął ich pan kiedyś? Był James...

– To była jego wina. Sam pan o tym dobrze wie. Był za uparty do tej roboty.

– James to była zakuta pała, muszę przyznać. Potem był Hollis.

– Ten człowiek był szaleńcem.

– Tak, pod koniec trochę mu odbiło. Kiedy człowiek musi grać jakąś rolę od świtu aż do nocy, a setka ludzi tylko czeka, żeby nasłać na niego gliniarzy, to może się zdarzyć, że trafia się do wariatkowa. Ale jest jeszcze Steiner...

Von Bork wzdrygnął się gwałtownie, a jego rumiana twarz stała się o jeden odcień bledsza.

– Co ze Steinerem?

– Dopadli go. To wszystko. Zrobili wczoraj w nocy nalot na jego magazyn, teraz siedzi ze swoimi papierami w areszcie w Portsmouth. Pan sobie stąd wyfrunie, a ten biedak Steiner beknie i będzie miał szczęście, jeśli uda mu się ocalić życie. To dlatego chcę się znaleźć za tą wodą równie szybko jak pan.

Von Bork był silnym opanowanym mężczyzną, nie trudno było jednak zauważyć, że te wieści go zszokowały.

– Ale jak dotarli do Steinera? – mruknął. – To jest dopiero cios.

– Niewiele brakowało, a doszłoby do jeszcze gorszego, bo myślę, że depczą mi po piętach.

– Nie mówi pan tego poważnie!

– Jak najbardziej. Moją gospodynię we Fratton o coś wypytywali. Kiedy się o tym dowiedziałem, doszedłem do wniosku, że pora się już stamtąd usunąć. Chciałbym się tylko dowiedzieć jednej rzeczy. Skąd gliniarze mają takie informacje? Steiner jest piątym człowiekiem, którego pan traci, odkąd zacząłem dla pana pracować, i coś mi się zdaje, że znam nazwisko szóstego, jeśli szybko się stąd nie wyniosę. Jak pan mi to wyjaśni? Nie wstyd panu, że jego ludzie wpadają jeden po drugim?

Na twarzy von Borka pojawił się purpurowy rumieniec.

– Jak śmiesz tak do mnie mówić?!

– Gdybym nie ośmielał się na to czy owo, to bym dla pana nie pracował. Ale powiem, co myślę, prosto z mostu. Słyszałem, że tym waszym niemieckim politykom nie jest nawet przykro, gdy się dowiadują, że uwięziono ich agenta, kiedy już wykonał swoją robotę.

Von Bork zerwał się na równe nogi.

– Śmiesz podejrzewać, że wydałem własnych agentów?

– Tego nie twierdzę, ale gdzieś musi być jakiś agent czy donosiciel, i do pana należy dowiedzieć się, kto to taki. W każdym razie ja już więcej nie zamierzam ryzykować. Chcę się dostać do Holandii, i to im szybciej, tym lepiej.

Von Bork opanował złość.

– Zbyt długo byliśmy sojusznikami, by się kłócić teraz, w godzinie zwycięstwa – powiedział. – Wykonał pan wspaniałą robotę, ogromnie ryzykując, a ja o tym nie zapomnę. Oczywiście, proszę jechać do Holandii. Tam może pan wsiąść na statek z Rotterdamu do Nowego Jorku. Za tydzień żadna inna linia nie będzie bezpieczna. Wezmę tę księgę sygnałów i spakuję z całą resztą.

Amerykanin trzymał w ręku niewielką paczkę, nie zrobił jednak żadnego gestu, aby ją podać.

– A co z zapłatą? – spytał.

– Z czym?

– Z pieniędzmi. Z nagrodą. Moje pięćset funtów. Na koniec bosman zrobił się naprawdę paskudny i musiałem go uspokoić setką funtów, bo w przeciwnym razie zostalibyśmy na lodzie: i pan, i ja. „Nie da rady” – powiedział, i to właśnie miał na myśli, ale druga setka załatwiła sprawę. W sumie kosztowało mnie to dwieście funtów, więc raczej małe są szanse, żebym to panu oddał, póki nie dostanę swojej forsy.

Von Bork gorzko się uśmiechnął.

– Jak widzę, nie ma pan zbyt wysokiego mniemania o moim honorze – rzekł. – Żąda pan pieniędzy, zanim odda mi pan tę książkę.

– Mój drogi panie, to propozycja, ubijamy interes.

– W porządku. Niech będzie tak, jak pan chce. – Usiadł przy stole, wypełnił czek, po czym wyrwał go z książeczki, nie kwapił się jednak z wręczeniem go swojemu towarzyszowi. – A właśnie, panie Altamont, skoro nasze relacje uległy zmianie – powiedział – nie widzę powodu, żebym miał ufać panu bardziej niż pan mnie. Pan mnie rozumie? – dodał, oglądając się przez ramię na Amerykanina. – Czek leży na stole. Mam prawo obejrzeć tę paczkę, zanim zgarnie pan pieniądze.

Amerykanin podał mu ją bez słowa. Von Bork rozwiązał oplątujący paczkę sznurek i ściągnął dwie warstwy papieru. Przez chwilę siedział, milczący i osłupiały, patrząc na małą niebieską książeczkę. Na okładce napisano złotymi literami: „Praktyczny podręcznik pszczelarstwa”. Zdumiony arcyszpieg wpatrywał się w dziwny, zupełnie nieoczekiwany tytuł tylko przez moment. W następnej chwili ręce mocne niczym żelazny chwyt ścisnęły mu gardło, a do jego wykrzywionej twarzy ktoś przycisnął gąbkę nasączoną chloroformem.

– Jeszcze jeden kieliszek, Watsonie? – rzekł Sherlock Holmes, trzymając w ręce butelkę cesarskiego tokaju.

Przysadzisty szofer, który usadowił się przy stole, z widocznym zapałem podsunął swój kieliszek.

– To wyśmienite wino, Holmesie.

– Wyjątkowe wino, Watsonie. Nasz przyjaciel, który leży tam na sofie, zapewniał mnie, że pochodzi ze specjalnej piwniczki Franciszka Józefa z pałacu Schönbrunn. Możesz otworzyć okno? Opary chloroformu nie sprzyjają rozkoszom podniebienia.

Holmes stał przed otwartym sejfem, szybko wyjmując pakiety dokumentów, jeden po drugim. Przeglądał każdy bardzo dokładnie, a następnie starannie wkładał do walizki von Borka. Niemiec spał na sofie, głośno chrapiąc; jego ramiona były mocno związane paskiem, drugi pasek krępował nogi.

– Nie musimy się śpieszyć, Watsonie. Nikt nam nie przeszkodzi. Mógłbyś zadzwonić? W domu nie ma nikogo prócz starej Marthy, która przewspaniale odegrała swoją rolę. Przedstawiłem jej całą sytuację, kiedy tylko podjąłem się tej sprawy. Ach, Martho, na pewno się ucieszysz, kiedy ci powiem, że wszystko jest w porządku.

W drzwiach pojawiła się miła starsza pani. Uśmiechnęła się do Holmesa i dygnęła, ale z pewną obawą zerknęła na śpiącego.

– Wszystko dobrze, Martho. Nic mu nie będzie.

– Cieszę się, panie Holmes. Na swój sposób był dobrym panem. Wczoraj chciał, żebym pojechała z jego żoną do Niemiec, ale to by raczej nie odpowiadało pańskim planom, prawda, sir?

– Tak, Martho, to prawda. Dopóki byłaś tutaj, byłem spokojny. Ale dziś w nocy musieliśmy poczekać na twój sygnał.

– Był tu sekretarz, sir.

– Wiem. Mijaliśmy jego samochód.

– Myślałam, że nigdy nie wyjdzie. Wiedziałam, że mogło to pokrzyżować pańskie plany, gdyby pan zastał go tutaj.

– Tak, w istocie. Ale musieliśmy poczekać jakieś pół godziny, póki nie zobaczyliśmy, że gasisz swoją lampę. Droga była wolna. Możesz zgłosić się do mnie jutro w Londynie, Martho. Będę w hotelu „Claridge”.

– Dobrze, sir.

– Zakładam, że masz już wszystko gotowe do wyjazdu?

– Tak, sir. Nadał dzisiaj siedem listów. Tak jak zwykle, mam adresy.

– Bardzo dobrze, Martho. Jutro się tym zajmę. Dobranoc. Te dokumenty – ciągnął dalej, gdy staruszka zniknęła – nie są szczególnie ważne, bo zawarte w nich informacje zostały już dawno wysłane niemieckiemu rządowi. Tutaj są tylko oryginały, których nie można było bezpiecznie wywieźć z kraju.

– W takim razie są bezużyteczne.

– Aż tak daleko bym się nie posuwał, Watsonie. Przynajmniej pokażą naszym, o czym Niemcy wiedzą, a czego nie wiedzą. Mogę dodać, że sporą część tych dokumentów dostał ode mnie, i nie muszę ci chyba mówić, że są kompletnie niewiarygodne. Ucieszyłaby mnie na starość wiadomość, że jakiś niemiecki krążownik nawigował przez cieśninę Solent, posługując się planami pól minowych, które ja im dałem. Ale ty, Watsonie... – przerwał swoją pracę i chwycił za ramiona starego przyjaciela. – Nie widziałem cię jeszcze w pełnym świetle. Bardzo się postarzałeś? Wyglądasz na tego samego beztroskiego chłopaka co zawsze.

– Bo czuję się o dwadzieścia lat młodszy, Holmesie. Chyba nigdy nie byłem tak szczęśliwy jak w chwili, gdy dostałem twój telegram, w którym prosiłeś mnie, bym czekał na ciebie w Harwich z samochodem. Ale ty, Holmesie... Prawie wcale się nie zmieniłeś... Może z wyjątkiem tej wstrętnej bródki.

– Człowiek jest gotów do różnych poświęceń dla swojej ojczyzny, Watsonie – rzekł Holmes, pociągając za zarost. – Jutro nie będzie to niczym więcej, jak tylko koszmarnym wspomnieniem. Po odpowiednim przystrzyżeniu włosów i paru innych zmianach w wyglądzie pojawię się jutro w hotelu „Claridge” i będę wyglądał tak samo jak przed tym amerykańskim epizodem. Och, przepraszam cię, Watsonie. Chyba moja angielszczyzna ucierpiała... Przez tę amerykańską robotę.

– Ale, Holmesie, wszak przeszedłeś na emeryturę. Słyszeliśmy, że wiedziesz pustelniczy żywot wśród swoich pszczół i książek na małej farmie w South Downs.

– Owszem, tak, Watsonie. I oto rezultat mojego spokoju i wypoczynku, wielkie dzieło ostatnich lat życia! Podniósł ze stołu książkę i odczytał na głos jej tytuł: „Praktyczny podręcznik pszczelarstwa z pewnymi spostrzeżeniami dotyczącymi segregacji królowej”. Sam to napisałem! Spójrz na ten owoc pełnych zadumy nocy i pracowitych dni, gdy obserwowałem te małe, doskonale zorganizowane i skrzętnie uwijające się gangi, tak jak kiedyś śledziłem światek przestępczy Londynu.

– Ale jak to się stało, że wróciłeś do pracy?

– Ach, sam się temu dziwię. Ministrowi spraw zagranicznych jeszcze bym się jakoś oparł, ale pod mój skromny dach raczył zawitać sam premier. Fakt pozostaje faktem, Watsonie, ten dżentelmen na sofie był trochę za dobry jak dla naszych ludzi. Był jedyny w swoim rodzaju. Różne sprawy toczyły się nie tak, jak trzeba, i nikt nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak się działo. Podejrzewano różnych agentów i nawet ich łapano, były jednak dowody świadczące o działalności jakiejś silnej i tajemniczej centralnej postaci. Jej zdemaskowanie było absolutnie konieczne. Wywierano na mnie silną presję, żebym zajął się tą sprawą. Kosztowało mnie to dwa lata, Watsonie, ale na brak przygód nie narzekałem. Jeśli ci powiem, że zacząłem moją pielgrzymkę w Chicago, wstąpiłem do tajnego irlandzkiego stowarzyszenia w Buffalo, narobiłem poważnych kłopotów posterunkowi w Skibbareen, i dopiero wtedy wpadł mi w oko podrzędny agent von Borka, który polecił mnie szefowi jako odpowiedniego człowieka, zdasz sobie sprawę, jakie to było skomplikowane. Od tego czasu zaszczycał mnie swoim zaufaniem, co w niczym nie zmieniło faktu, że większość jego planów subtelnie się nie powiodła, a pięciu z jego najlepszych agentów siedzi w więzieniu. Obserwowałem ich, Watsonie, i zrywałem, kiedy tylko dojrzeli. Sir? Mam nadzieję, że nic się panu nie stało?!

Ta ostatnia uwaga była skierowana do samego von Borka, który najpierw zaczął sapać i mrugać, a teraz leżał spokojnie, przysłuchując się słowom Holmesa. Nagle wyrzucił z siebie potok strasznych niemieckich przekleństw, a jego twarz wykrzywił wściekły grymas. Holmes szybko przeglądał dokumenty, podczas gdy jego więzień nadal potwornie klął.

– Choć niemiecki nie jest melodyjny, za to najbardziej wyrazisty ze wszystkich języków – zauważył, gdy von Bork zamilkł z wyczerpania. – Ho, ho! – dodał, wbijając wzrok w kalkę rysunku technicznego, nim odłożył ją do walizki. – To powinno wsadzić kolejnego ptaszka do klatki. Nie miałem pojęcia, że skarbnik jest takim łotrem, chociaż już od dawna miałem go na oku. Panie von Bork, odpowie pan za niejedno przestępstwo, ma pan wiele na sumieniu.

Więzień z pewnym trudem uniósł się na sofie i z dziwną mieszaniną zdumienia i nienawiści wpatrywał się w człowieka, który go schwytał.

– Policzę się z tobą, Altamont – powiedział, powoli cedząc słowa. – Nawet jeśli mi to zajmie całe życie, policzę się z tobą!

– Ta sama stara słodka śpiewka – rzekł Holmes. – Ileż razy słyszałem ją w dawnych czasach. To była ulubiona piosenka świętej pamięci profesora Moriarty’ego, którego tak bardzo nam brakuje. Wyśpiewywał ją też pułkownik Sebastian Moran. A ja wciąż sobie żyję i hoduję pszczoły w South Downs.

– Niech cię szlag, ty podwójny zdrajco! – wrzasnął Niemiec, szarpiąc więzy i rzucając Holmesowi mordercze spojrzenie.

– Nie, nie! Aż tak źle nie jest – rzekł Holmes z uśmiechem. – Jak wskazuje moja angielszczyzna, pan Altamont z Chicago tak naprawdę wcale nie istniał. Wykorzystałem go, i on zniknął.

– W takim razie kim pan jest?

– To naprawdę nie jest ważne, kim jestem, ale ponieważ widzę, że ta sprawa pana ciekawi, panie von Bork, mogę powiedzieć, że nie po raz pierwszy mam do czynienia z członkami pańskiej rodziny. W przeszłości rozplątałem kilka spraw w Niemczech, i prawdopodobnie moje nazwisko jest panu znane.

– Chciałbym je poznać – rzekł ponuro Prusak.

– To ja doprowadziłem do separacji pomiędzy Irene Adler a nieżyjącym już królem Czech, kiedy pański kuzyn Heinrich był cesarskim wysłannikiem. To również ja ocaliłem przed zamordowaniem hrabiego von und zu Grafenstein, starszego brata pańskiej matki, kiedy chciał go zabić nihilista Klopman. To ja...

Osłupiały von Bork usiadł.

– Jest tylko jeden taki człowiek – zawołał.

– Tak, tylko jeden – odparł Holmes.

Von Bork jęknął i opadł na sofę.

– A większość informacji, które pan mi dostarczył? – zawołał. – Ile są warte? Co ja narobiłem! Jestem zrujnowany na zawsze.

– Z całą pewnością były odrobinę mało wiarygodne – rzekł Holmes. – Trzeba będzie je sprawdzić, ale pan nie ma na to czasu. Pański admirał szybko się przekona, że nowe działa są trochę większe, niż się spodziewał, a krążowniki nieco szybsze.

Zrozpaczony von Bork schwycił się za gardło.

– Jest jeszcze sporo innych szczegółów, które bez wątpienia wyjdą na światło dzienne w odpowiednim czasie. Ale posiada pan jedną cechę, panie von Bork, którą bardzo rzadko można spotkać u Niemców. Ma pan ducha sportowca i nie będzie miał mi za złe tego, kiedy uświadomi sobie, że ten, kto przechytrzył tak wielu ludzi, w końcu sam został przechytrzony. Bądź co bądź zrobił pan dla swojego kraju, co tylko mógł, ja zaś uczyniłem najlepsze co w mojej mocy dla mojego kraju, a cóż mogłoby być bardziej naturalne? A poza tym – dodał życzliwym tonem, kładąc dłoń na ramieniu mężczyzny wyciągniętego na sofie – to już lepsze, niż ponieść klęskę z powodu działań jakiegoś bardziej pospolitego wroga. Dokumenty są już gotowe, Watsonie. Jeśli mi pomożesz, możemy natychmiast ruszać do Londynu.

Nie było łatwym zadaniem przetransportować silnego i zdesperowanego von Borka do samochodu. Wreszcie, trzymając go z obu stron pod ramię, dwóch przyjaciół bardzo powoli przeprowadziło Niemca ogrodową ścieżką. Zaledwie kilka godzin wcześniej kroczył nią jeszcze tak dumnie i pewnie, gdy wysłuchiwał gratulacji od barona von Herlinga. Po ostatniej krótkiej walce posadzili go ze związanymi wciąż rękoma i nogami na tylnym siedzeniu w małym wozie. Jego bezcenną walizkę upchnięto tuż obok.

– Mam nadzieję, że jest panu wygodnie, biorąc pod uwagę okoliczności – rzekł Holmes, kiedy było już po wszystkim. – Czy pozwoliłbym sobie w pańskich oczach na zbyt wiele, gdybym przypalił cygaro i wsadził je panu do ust?

Jednak Niemiec, wściekły, odrzucał wszystkie uprzejmości.

– Zakładam, że zdaje pan sobie sprawę, panie Holmes – rzekł – iż jeśli pański rząd popiera takie traktowanie przez panów mojej osoby, to jest to równoznaczne z wywołaniem wojny?

– A cóż ma do tego pański rząd i traktowanie pańskiej osoby? – spytał Holmes, poklepując walizkę.

– Jest pan osobą prywatną. Nie ma pan nakazu aresztowania. To, co się tutaj dzieje, jest całkowicie nielegalne i skandaliczne!

– Całkowicie – zgodził się Holmes.

– To uprowadzenie niemieckiego obywatela!

– I kradzież jego prywatnych dokumentów.

– Cóż, widzę, że pan i pański wspólnik zdają sobie sprawę z własnej sytuacji. Gdybym zaczął wzywać pomoc, kiedy będziemy przejeżdżać przez wioskę...

– Mój drogi panie, gdyby zrobił pan coś tak głupiego, prawdopodobnie jedna z naszych wioskowych karczm zyskałaby kolejną nazwę. Wyobrażam sobie ten szyld: „Dyndający Prusak”. Anglicy to cierpliwe stworzenia, ale w tej chwili są nieco poirytowani, i nie byłoby zbyt mądrym tak nadużywać ich cierpliwości. Nie, panie Bork. Spokojnie pojedzie pan z nami do Scotland Yardu, skąd może pan posłać po swojego przyjaciela barona von Herlinga i przekonać się, czy nawet teraz nie mógłby zapewnić panu tego miejsca, które zarezerwował panu w świcie ambasadora. A jeśli chodzi o ciebie, Watsonie, pewnie z przyjemnością się do nas przyłączysz, bo Londyn jest ci po drodze. Postójmy przez chwilę tutaj na tarasie, bo to może być już nasza ostatnia spokojna pogawędka.

Dwóch przyjaciół przez chwilę prowadziło zażyłą rozmowę, jeszcze raz wspominając dawne dni, podczas gdy ich więzień na próżno się wił, próbując uwolnić się ze ściskających go pasków. Gdy powrócili do samochodu, Holmes wskazał za siebie na oświetlone księżycem morze i w zadumie potrząsnął głową.

– Nadchodzi wiatr ze wschodu, Watsonie.

– Nie sądzę, Holmesie. Jest bardzo ciepło.

– Mój dobry stary Watson. Jesteś jedynym stałym punktem odniesienia w zmieniających się czasach. A jednak nadchodzi wiatr ze wschodu, i taki wiatr jeszcze nigdy nie wiał nad Anglią. Będzie zimny i przenikliwy, Watsonie, wielu z nas może nie przetrwać jego podmuchów. Ale mimo wszystko to wiatr Boga. Kiedy burza już minie, w słońcu jawi się czystszy, lepszy i silniejszy kraj. Zapal silnik, Watsonie. Pora ruszać w drogę. Mam czek na pięćset funtów, który chciałbym szybko zrealizować, bo ten, kto go wystawił, może go jeszcze unieważnić.

6 ogromna hala w Londynie, gdzie odbywają się m.in. zawody sportowe

7 chodzi o ruch feministyczny

8 pomnik księcia Yorku znajdował się obok budynku ambasady niemieckiej